Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Grim

Zamieszcza historie od: 2 kwietnia 2011 - 13:46
Ostatnio: 11 października 2012 - 15:47
  • Historii na głównej: 35 z 46
  • Punktów za historie: 22470
  • Komentarzy: 144
  • Punktów za komentarze: 958
 

#37965

(PW) ·
| Do ulubionych
Ulica w centrum miasta. Światła się zmieniły, więc jeden pas ruchu staje. Ten moment wybiera na wjechanie na jezdnię z chodnika kierowca w wozie Inspekcji Transportu Drogowego. Ponieważ odległość pomiędzy czekającymi na zielone autami jest za mała, by mógł wykonać manewr, trzeba rozpocząć wymuszanie.

Traf chce, że na upatrzonym przez Pana Inspektora miejscu jest wąskie przejście dla pieszych, na które dwa samochody zostawiły miejsce. Nic to, że po zebrze właśnie idą ludzie - przecież Pan Inspektor chce wjechać! Mimo najlepszych chęci, miejsca wciąż brakuje: wozy po prostu zbyt ciasno stoją, by wpuścić jeszcze jednego użytkownika ruchu.

Pan Inspektor chciał po dobroci, ale z takimi widać się nie da.

Ulicą wstrząsa uruchomiony gwałtownie sygnał koguta na dachu samochodu Inspekcji. Nie ma wyjścia - samochody jakimś cudem rozsuwają się, piesi schodzą z drogi, rezygnując z przejścia na drugą stronę. Pan Inspektor triumfalnie wjeżdża na upragnione miejsce. Można wyłączyć koguta. Wyrobił się akurat na zmianę świateł. Czas podróży został skrócony o całą minutę.

Ulica

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 573 (625)

#37968

(PW) ·
| Do ulubionych
Ludzka natura pożąda władzy. Pragnienie kontroli i decydowania o działaniach innych jest wpisane w samą istotę człowieczeństwa. Nawet, jeśli można ją poczuć choćby przez minutę...

Mam w CV epizod pracy w Telewizji Polskiej. Nasza ekipa jeździła wtedy trochę z kamerą po kraju - m.in. do wówczas świeżo otwartego Muzeum Powstania Warszawskiego. Wszystko załatwione, umówione z dyrekcją, kustoszami, oprowadzającymi, każdy o nas wie i pomaga, widząc kamery obklejone charakterystycznym, niebiesko-białym logo.

Z jednym wyjątkiem.

W trakcie ujęcia, w środek kadru weszła nagle Pani Sprzątająca. Chustka na głowie, szmata w ręku, w drugiej wiadro z mopem. Nie wypuszczając z dłoni ekwipunku, zapytała głośno grzmiącym głosem KTO TU RZĄDZI. Gdy szefowa ekipy wyszła przed szereg, by dowiedzieć się, o co Pani może chodzić, ta zażądała stosownych dokumentów, uprawniających do filmowania. Równocześnie usiłowała własnym ciałem i dzierżoną szmatą zasłonić jak najwięcej eksponatów, bo przecież ZAKAZ FOTOGRAFOWANIA (sic!) W MUZEUM JEST! (to zresztą nieprawda). Poza tym dowiedzieliśmy się, że eksponatów może dotykać wyłącznie obsługa i zwiedzający, a filmujący już absolutnie nie mogą. Bo tak, bo taki jest regulamin, a poza tym ONA NIE POZWALA.
Szefowa, z trudem powstrzymując śmiech, powiedziała, że wszystkim zainteresowanym już okazała dokumenty i każdy wie o naszej obecności, bo nawet mamy gościnne identyfikatory. Pani Sprzątająca nie uwierzyła.
- JA TO WYJAŚNIĘ W DYREKCJI! - zagroziła i ruszyła przed siebie. Już nie wróciła do końca nagrania.

Innym razem konieczność zdobycia materiału do programu rzuciła nas na Jasną Górę. Tak samo jak wcześniej - wszystko umówione, załatwione. Przeor klasztoru już czeka na nas na parkingu, my dojeżdżamy wielkim, firmowym wozem z ogromnymi napisami "TVP" z każdej strony. Dojeżdżamy już do szlabanu i...

Pan Parkingowy nas nie wpuści. Bo on nie wie, kim my jesteśmy, takim samochodem każdy sobie może przyjechać, on potrzebuje zgody swojego przełożonego. Szefowa i przeor tłumaczą, ba! nawet pokazują mu na liście oczekiwanych, że przyjedzie ekipa telewizyjna. Nie, on nie wierzy. On musi dostać błogosławieństwo od szefa parkingu, bo to jemu podlega, a nie przeorowi, którego zresztą nawet nie zna, bo przecież nie korzysta z parkingu. Po czym zamknął się w budce i zaryglował drzwi, czekając na zgodę szefa.

Staliśmy przed szlabanem pięć minut. Chwilę później do przeora zadzwonił zarządca parkingu z przeprosinami. Następnego dnia, gdy wyjeżdżaliśmy, parkingowy był już inny.

Muzeum klasztor

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 471 (539)

#37955

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja rodzina ma kilka kiosków w mieście. Jeden z nich stoi przy ruchliwej ulicy w centrum, więc przez lata całe jedyną możliwością dojechania do niego było wjechanie na chodnik, korzystając z wjazdu do kamienicy, stojącej obok. No właśnie - było. Dopóki jednemu z lokatorów - o, pardon, "współwłaścicieli" rzeczonej kamienicy nie zaczęło się nudzić.

Od niepamiętnych czasów, w kamienicy mieszkał pewien starszy Pan, który z czasem, dzięki wykupieniu lokalu spółdzielczego, awansował na właściciela... 1/8 budynku. Czyli swojego mieszkania i kawałka korytarza przed swoimi drzwiami.

Od tego czasu szczęśliwym, gospodarskim okiem dogląda "swego" terenu, który rozciąga się nie tylko na całą kamienicę z podwórzem, ale także chodnik przed nią. Teren był zaś, wedle jego słów, przez lata regularnie niszczony przez... samochody, dojeżdżające do kiosku. No bo kto to widział, żeby tak dzień w dzień, na 5 - 10 minut o siódmej wieczorem podjeżdżał wóz, wjeżdżał na chodnik (korzystając z JEGO wjazdu do bramy!), po czym po zebraniu dziennego utargu i dostarczeniu towaru, zaraz wyjeżdżał (znów przez JEGO chodnik!) Ponieważ do tej pory teren był miejski, czyli niczyj, a teraz jest jego, już on coś z tym zrobi.

I zrobił.

Któregoś wieczora wjazd do bramy był zastawiony wielkimi, betonowymi gazonami. Trudno, stanęliśmy na awaryjnych na jezdni. Chwilę później, znikąd pojawia się Straż Miejska. Samochód zarejestrowany jako "Zaopatrzenie", więc jeśli wjazd zastawiony, to można warunkowo tak stanąć - zdecydowali mundurowi i podeszli do obserwującego wszystko Staruszka. Następnego dnia gazony zniknęły. Na dzień.

Od tej pory schemat powtarzał się co roku - ponieważ gazony były przenośne, zimą nie mogły stać na chodniku, a więc czekały na cieplejsze dni na podwórzu kamienicy. Jednak od razu na wiosnę, dzięki pomocy kilku miejscowych degustatorów Chateau de Sphirytt lądowały na wjeździe. Po kolejnych wizytach Straży Miejskiej (tym razem już dzięki naszym telefonom) gazony zniknęły z wjazdu, za to okalały go z obu stron (tak, by nie dało się zjechać na chodnik i dojechać do kiosku).
No trudno, nawet, jak jest sporo towaru, to te kilkadziesiąt metrów się doniesie. Chociaż i nam, i reszcie przechodniów byłoby łatwiej, gdyby pomiędzy gazonami były jakiekolwiek przerwy...
W końcu, po kolejnych interwencjach Policji i Straży Miejskiej na przemian, co drugi z gazonów został usunięty. Ruch pieszy, chociaż utrudniony, został przywrócony.

W gazonach absolutnie nic nie rosło, staruszek nie sypał do nich nawet ziemi dla pozorów - stały przez te ciepłe miesiące, kiedy było wolno zupełnie puste.

Na szczęście.

To umożliwiło łatwe sforsowanie ich, gdy którejś nocy pod sąsiednią kamienicę podjechała karetka pogotowia. Przez kaprys "właściciela" ratunek został opóźniony, bo jednak trzy betonowe skrzynie swoje ważą i obsłudze ambulansu usunięcie ich z drogi wiele cennych sekund zajęło. Po tym incydencie gazony znikły - Policja interweniowała kolejny raz (jak się okazało, osiemnasty. Staruszek za każdym razem otrzymał mandat, nigdy nie zapłacił - "biedny kombatant"- więc przestali je dawać).

Na miejscu gazonów postawiono czerwono-białe pachołki na kluczyk; tylko służby miejskie mogą je opuścić dla ułatwienia dojazdu. Wszyscy odetchnęli z ulgą, zwłaszcza sąsiedzi staruszka, mający dosyć kluczenia między zagradzającymi chodnik skrzyniami. Na kilka tygodni zapanował spokój.

Dzisiaj, gdy jechaliśmy do kiosku, staruszek nadzorował wbijanie w chodnik dwóch "niezależnych" stalowych rur - zupełnie odcinających wjazd do bramy od ulicy.

Macie jakiś pomysł, co z nim zrobić?

"Właściciel" kamienicy

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 561 (629)

#34676

(PW) ·
| Do ulubionych
Przychodnia.

Przyszedłem do "swojego" lekarza na badanie w związku z niewielkim, ale irytującym wirusem żołądkowym. Mam wizytę umówioną na 10.05, jest 10.01.Pod drzwiami gabinetu "wieczysta" kolejka rozgałęzia się na dwie ławeczki, więc pytam, kto do doktora Piekielnego.

Wszyscy, tylko tak siedli.

Aha.

Doktor zawsze stara się pilnować umówionych godzin i zawsze wywołuje konkretne nazwiska. No to siadam tam, gdzie jeszcze miejsce, i na te parę minut wyciągam książkę. Nagle jednak odzywa się jeden z panów:
- Ale ja jestem ostatni!
- Pan jest na którą godzinę? - pytam.
- Tu nie jest na godziny, tu jest jak się przyjdzie! Za kolejnością! - odparował pan z oburzeniem.

Dołączyła się jeszcze siedząca obok staruszka.
- Bo gdzie by była sprawiedliwość, jakby ten, co ostatni przyszedł, miał wejść przed tym, co siedzi i czeka już!

W następnej sekundzie miałem przed sobą chór staruszków niczym z tragedii Ajschylosa, śpiewających zgodnie o winie, jaką popełnia przychodzący późno, a nie o szóstej rano, karze, czekającej na zaburzających święte prawo ogonka, fatum, które prowadzi do zguby wierzących w system wizyt na godziny oraz sprawiedliwości, nieśmiertelnej wartości kolejki. Trwało to przez jakieś trzy minuty, do 10.05, kiedy drzwi gabinetu się otworzyły... i doktor wywołał moje nazwisko.
Jeden ze staruszków, który siedział najbliżej gabinetu, zastygł w połowie ruchu - zdążył już wstać i usiłował wejść do środka, wymijając lekarza.

W trakcie wizyty żałowałem, że drzwi są od wewnątrz wyciszone.

Przychodnia

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1008 (1054)
zarchiwizowany

#32998

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jadę dość wąską ścieżką rowerową. W odległości kilkudziesięciu metrów przede mną wchodzi na nią pan, kontrolujący strefy płatnego parkowania, robiąc zdjęcie samochodowi bez biletu za szybą. Słysząc mój nadjeżdżający rower, odwrócił głowę, popatrzył w moją stronę, po czym wrócił do fotografowania. Ok, miejsce na ścieżce jeszcze jest, wyminę go.

Gdy byłem jakieś dwa metry od niego i skręciłem kierownicą, by przejechać obok, znienacka (nie odrywając wzroku od wyświetlacza aparatu) zrobił krok w tył.

Bardzo się zdziwił, widząc, jak prawie przeleciałem przez kierownicę, usiłując wyhamować.

Ścieżka rowerowa

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (164)

#32890

(PW) ·
| Do ulubionych
W ostatniej klasie podstawówki brałem udział w konkursie krasomówczym, organizowanym przez PTTK. Należało przygotować ciekawą opowieść o historycznej lub legendarnej przeszłości swojego regionu a potem zaprezentować ją przed komisją, złożoną z pracowników Towarzystwa.

W jednym z etapów trafiło mi się pechowe miejsce na liście - byłem ostatni przed przerwą na obiad dla jury. Do dziś nie wiem, jak przeszedłem do półfinałów, ponieważ z czteroosobowej komisji tylko jedna w trakcie przesłuchania nie narzekała (półgłosem, ale jednak słyszalnie), że jest głodna, nie wychodziła w trakcie i nie rozmawiała na temat obiadu z pozostałymi(już pełnym głosem). O dziwo, jednak się udało.

Na finał pojechałem z babcią. Przesłuchania ogólnopolskie trwały trzy dni, mieszkaliśmy więc przez ten czas razem z pozostałymi uczestnikami i opiekunami w zwolnionym przez studentów akademiku (był wrzesień). Już pierwszego wieczoru do babci na pogaduchy przyszła matka jednego z "weteranów" konkursu, który w finale był wówczas już trzeci raz z rzędu.
W pewnym momencie niezobowiązującej gadki szmatki kobieta wypaliła:

- A pani ile przygotowała? Ja w tym roku dam więcej, żeby temu mojemu Tomusiowi coś więcej niż wyróżnienie w końcu dali...
- Przepraszam, ale co miałam przygotować?
- A, no tak, pani pierwszy raz... - Podsumowała matka "Tomusia" i wróciła do gadania o niczym.

"Tomuś" zajął trzecie miejsce. Grand Prix otrzymała dziewczynka, która w drugiej minucie swojego występu zamilkła, zacięła się w poszukiwaniu słowa po czym popłakała się na scenie. Po rozdaniu nagród razem z mamą i jednym z członków jury gawędziła wesoło przed budynkiem, w którym odbywało się rozdanie nagród, zwracając się do niego per "wujku".

Konkurs PTTK

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 961 (1003)
zarchiwizowany

#32887

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W podstawówce (bodaj czwartej klasie) brałem udział w Konkursie Ortograficznym. Po etapie szkolnym i miejskim przyszła pora na finał "powiatowy". Udało mi się zająć miejsce.
Podczas uroczystego ogłoszenia wyników, dobre dziesięć minut trwało odczytywanie wszystkich sponsorów konkursu, którzy ufundowali dla "naszej bezbłędnej, ha ha, młodzieży" nagrody. Po odczytaniu protokołu, na salę wjechał stolik z książkami.
W zależności od kategorii (podstawówka, gimnazjum, liceum), nagrodzeni otrzymywali odpowiadające stopniom edukacji tomy: w większości wydania lektur z "Grega" (po trzy, cztery złote sztuka). Nikt jednak nie sprawdził, w jakim wieku jest większość finalistów. W ten sposób dzieciaki z piątej podstawówki otrzymały "Anaruka, chłopca z Grenlandii" (wyjątkowo nie z Grega), maturzyści dawno już omówione książki z klasy pierwszej (chociaż niektórzy, dla których zabrakło "licealnych", dostali też lektury z gimnazjum, jakie były w zapasie) itd.

Dla laureatów pierwszych miejsc były jednak wyjątkowe nagrody. Każdy otrzymał, jako "Mistrz Ortografii"... słownik ortograficzny. Logiczne, prawda?

Konkurs

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (191)

#31907

(PW) ·
| Do ulubionych
Empik.

Nie jestem zwolennikiem tej firmy i rzadko zaglądam do salonów, ale ostatnio, skuszony wyprzedażą starszych, w dużej mierze niedostępnych już w obiegu książek i komiksów, odwiedziłem "Empik outlet". Spora część przecenionych egzemplarzy, to rzeczy straszliwie już przez "czytaczy" przemielone, rozpadające się, z połamanymi grzbietami, naderwanymi okładkami i najróżniejszymi zniszczeniami. Jednak jeden z komiksów na półce przekroczył wszelkie granice.

Brakowało ponad połowy stron. Pomiędzy okładkami latały resztki kartek - wszystkie były oderwane od grzbietu. Pomijając już sens wystawiania na sprzedaż (za minimalną stawkę "outletu", czyli 9,99) oczywistego śmiecia, nadającego się wyłącznie na przemiał, interesujący był sposób, wymyślony przez któregoś z pracowników, by ewentualny nabywca nie dostrzegł od razu tych uchybień. Komiks został szczelnie zalaminowany, a okładka lekko przygięta, by ukryć rozdźwięk między jej rzeczywistą szerokością a grubością pliku stron, jakie pozostały. Na folii żadnej karteczki z ostrzeżeniem, że czegokolwiek brakuje. Może ktoś się nabierze. Glanc.

Podszedłem do jednej z pracownic.
- Przepraszam, ale tutaj brakuje ponad połowy stron. Mogłaby pani nakleić informację o tym, że wydanie jest zdekompletowane? (karteczki z taką informacją wisiały na niektórych wystawionych książkach)

Pracownica popatrzyła na mnie dziwnie, po czym przyjęła pozycję obronną.

- Ale ja tego nie wyceniam! To tak ktoś z magazynu wycenił, wie pan!
- No dobrze, ale nie o wycenę mi chodzi, tylko chyba uczciwiej byłoby dać taką informację, by ktoś się nie naciął, że kupuje nową, zafoliowaną sztukę, a w rzeczywistości nie ma połowy.
- Bo to tak musiał ktoś zapakować! (serio?)
- Po prostu chciałem prosić tylko o naklejenie takiej kartki, jak na innych wybrakowanych towarach, i już.
- A bo, wie pan, to przecież pierdółka taka tylko... za dziesięć złotych...

W tym momencie podeszła druga pracownica, podziękowała za radę i obiecała, że cofnie uszkodzony egzemplarz gdzie trzeba.

To było wczoraj.

Dzisiaj komiks wrócił na półkę. Bez żadnej naklejki.

Empik

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 679 (751)

#32242

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep komiksowy.

W kartonie z archiwaliami znajduję elegancko zapakowany egzemplarz brakującego mi do kolekcji zeszytu. Okładka w maleńkim stopniu sfatygowana, strony przez folię wyglądają na niepogniecione, ogólnie bajka - prawie jak nieczytane. Nic dziwnego, że cena wynosi kilka dych. No dobra - za jakość trzeba płacić, idę do kasy.
Kupiłem.

Nie wiem zupełnie, co mnie tknęło moment później.

Po upewnieniu się u kasjera, że komiks nowy, w świetnym stanie, jeszcze przy kasie wyjąłem go z folii, na oczach sprzedawcy. Owszem - okładki wyglądały świetnie. W środku, jako że komiks czarno-biały, zdolny (kilkuletni zapewne) kolorysta na co drugiej stronie świecowymi kredkami dodał kilka barwnych plam, i to z taką pasją, że niektóre kartki nie wytrzymały nacisku.
Kasjer, próbując wycofać się taktycznie na zaplecze (no, bo teraz może sobie pójdę po prostu i problem zniknie?) ostatecznie łaskawie zwrócił mi pieniądze, przebąkując coś, że powinienem zapłacić za powtórne zafoliowanie.

Sklep komiksowy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 837 (877)

#25358

(PW) ·
| Do ulubionych
Biblioteka.

Stoję przy biurku w wypożyczalni, czekam na obsłużenie. Za mną pani lat ok.60 ze stosikiem romansów w dłoniach. Bardzo rozbawiona, zagaduje bibliotekarkę:
-A dzisiaj słyszałam w radio, że jakaś biblioteka to wynajęła firmę windykacyjną, żeby za przetrzymane książki ścigać. Powariowali! Widziała pani kochana takie coś? Komorników na ludzi nasyłać, że książek nie oddali!

Na co bibliotekarka, z twarzą niewzruszoną jak blok marmuru:
- Tak, my mamy umowę z taką firmą od pięciu lat.

Pani wstrzymała głośno oddech, zaperzyła się i wyrzuciła z siebie coś na kształt "No wiecie?". Nie odzywała się więcej.

Biblioteka

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 483 (575)