Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nyord

Zamieszcza historie od: 5 kwietnia 2011 - 13:59
Ostatnio: 15 maja 2019 - 22:05
  • Historii na głównej: 47 z 88
  • Punktów za historie: 35317
  • Komentarzy: 101
  • Punktów za komentarze: 470
 
zarchiwizowany

#16883

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jeszcze jako nastolatek, na dodatek niepełnoletni. Dostałem propozycje charytatywnej pracy w jednym z mniejszych klubów piłkarskich na Podlasiu. Jako że „prezesem” został mój znajomy, starszy kolega z którym się dość długo znam, zaproponował mi tą fuchę. Jako że futbolem interesuje się do dziecka zgodziłem się. W kopaniu piłki najlepszy nie byłem, jednak mój kolega znał mój talent organizatorski i dlatego mnie przyjął. Dzisiaj to stanowisko by nazywało się Dyrektor do spraw marketingu i sponsoringu, wtedy nazywało się to: Lataj i szukaj sponsorów bo klub jest strasznie biedny.

Kumpel miał wizję stworzenia klubu który w oparciu o sponsorów by był klubem który jest samowystarczalny, czyli kupno piłek i strojów, zorganizowanie wyjazdu na mecz i wiele innych. Miał wiele innowacyjnych pomysłów, jak organizacja pikników czy różnych innych atrakcji w małej mieścinie gdzie owy klub istniał.
Udało mi się parę osób zwerbować co dawały dość spore miesięcznie datki na klub to jeden właściciel sklepu dawał 300zł miesięcznie, to szef wulkanizacji dał 500zł miesięcznie itd.

W ciągu pół roku udało nam się klub przekształcić nie do poznania. Piłkarze który do tej pory grali tylko dla sportu, teraz grali z większym zacięciem i wolą walki z powodu bonifikaty finansowej. Wiadomo że dla 18-latka 100-200 czy 300zł miesięcznie do sporo. Do klubowej kasy miesięcznie wpływało około 4-5 może 6 tyś. miesięcznie od samych sponsorów. Klub miał jak zorganizować wyjazd, zorganizować pierwsze klubowe pamiątki typu szalik czy kubek, zapewnić wodę podczas meczu czy nawet utworzyć niewielkie premie za wygrany czy zremisowany mecz.

Jednak ktoś był łasy na te pieniądze. Ja w późniejszym czasie dostawałem około 300zł miesięcznie co i tak wszystko szło na paliwo do auta (w miedzy czasie skończyłem owe 18 lat i zdałem prawo jazdy). Kolega prezes robił wszystko charytatywnie.

Wracając jednak do historii i wejścia w iście piekielny klimat. Przyszedł do nas jeden z okolicznych przedsiębiorców, parę miesięcy wcześniej proponowałem mu sponsoring jednak kategorycznie odmówił. Teraz za to był chętny i wykładał na stół 1000zł miesięcznie, czyli największą sumę ze wszystkich sponsorów. My oczywiście w skowronkach. Jednak owy pan zażądał czegoś w zamian. Najlepiej miejsca na koszulkach. Jednak nie było to możliwe, ponieważ miejsce na koszulkach zostało sprzedane zaraz po rozpoczęciu pracy przeze mnie w klubie. Chcieliśmy żeby wszystko wyglądało profesjonalnie wiec spisaliśmy odpowiednią umowę, jeżeli chcielibyśmy ją zerwać musimy oddać kobiecie która nas sponsorowała całe dotychczasowe uposażenie. Zresztą owa pani płaciła także dość sporo miesięcznie, a na dodatek sama na własny koszt kupiła nowe koszulki wraz ze swoim logiem zawodnikom zespołu. Odmówiliśmy i mówimy że gdzie innej z tyłu, bądź na rękawku czy spodenkach można jego reklamę zrobić. Nasi sponsorzy mieli także reklamy na bandach wokół boiska, wykonywane one były już na koszt klubu. Nie zgodził się. Kombinujemy, kombinujemy i owy pan mówi że da te pieniądze jeżeli dostanie się do rady nadzorczej klubu. Coś takiego tam istniało i był w niej mój kolega, jakiś zasłużony działacz Solidarności i były dyrektor szkoły, który ten klub prowadził przed kolegą. Kolega tłumaczy że rada nie może składać się z 4 osób bo nie dojdą do porozumienia bo może być 2 na 2 w głosowaniu i takie tam. Owy pan wpadł na pomysł że jeszcze jego syn chętnie będzie jednym z radnych. Jednak tutaj ja postawiłem liberum veto, jeden sponsor jedno miejsce. Na drugi dzień przychodzi syn i także okazuje wole sponsorowania klubu, ojciec prowadził warsztat samochodowy, synek natomiast miał sklep z częściami do aut. Kwota nieco niższa niż ta ojca jednak zawsze to ponad 1,5 tyś. więcej w klubowej kasie, zawsze te pieniądze można na coś przeznaczyć. Teraz możecie zgadywać co się stało. Po dwóch tygodniach owi panowie wraz z namówionym Solidarnościowcem oskarżyli prezesa o defraudacje pieniędzy i przeznaczenie ich na auto. Owszem kumpel kupił samochód 2 miesiące wcześniej, jednak za jego własnoręcznie zarobione pieniądze. Poszedł się wytłumaczyć, pokazał wszystkie kwity i rachunki, na co odpowiedz była jedno znaczna, kwity można podrobić. Wszystko było udokumentowane na fakturach, poświadczali i piłkarze że dostają pieniądze i firmy od których były brane różne rzeczy. Na nic to się zdało. Kolega został odwołany głosami 3-2. Kumpel dostał wilczy bilet, spakował manatki i udał się na podbój świata do Anglii.

Teraz koniec historii. Owy przedsiębiorca był bardzo łasy na pieniądze. Wiadomo że w małych mieścinach ludzie się znają, z jednym ze sponsorów wódkę wypił z drugim i mniej więcej dowiedział się ile ludzie dają na sponsorowanie klubu. Przekalkulował i wymyślił podstęp którym odwoła prezesa i zgarnie kasę za nic. Wszystko się udało. Otóż dogadał się z Solidarnościowcem że da mu miesięcznie 300zł czyli podliczając ze średniej 5tyś. nie całe 10%. Reszta pójdzie dla nie go i syna. Tak o to wykombinował że położy łapę na kasie. A tak bym zapomniał, jeżeli przebrnęliście przez całą historie i czytaliście ze zrozumieniem zauważyliście że zaproponował 1000zł sponsoringu. Te 1000zł weszło tylko raz. Po 3 dniach po odwołaniu prezesa przynosi dla mnie pisemko. Umowa taka sama co podpisaliśmy wcześniej, tylko kwota z 1000zł stała się uwaga uwaga! Werble! 50zł miesięcznie. Każe mi podpisać i starą umowę zniszczyć. Mowie że nie takie były ustalenia. On na to że on jest prezesem i tyle ile chce wtedy da. Powiedziałem tylko tyle że nie mam zamiaru bawić się z nim w takie gierki i odchodzę. Na umowie oczywiście były dwa takie same podpisy jako sponsor i prezes. Podałem mu tylko świadectwo mojej charytatywnej pracy, podpisał i wyszedłem. Więcej nie postałem w tym klubie.

Co udało się zbudować w klubie przez pół roku przeze mnie i kolegę, zostało za przeproszeniem rozpier*olone w miesiąc. Klub z piątego miejsca, najwyższego w ostatnich bodajże 5 latach spadł na 10. Piłkarze w ciągu tygodnia po dojściu do władzy nowego prezesa otrzymali komunikat że premie są zmniejszone o połowę, po miesiącu że nie ma ich wcale bo: „poprzedni prezes wszystko przehulał”. Sponsorzy także powoli uciekali. Jeden po drugim. Nie dawno minęło 4 lata od mego przyjścia do owego klubu i rozpoczęcia w nim pracy. Teraz klub wygląda tak samo jak zaczynaliśmy prace, prezes dalej urzęduje i chełpi się że prezesuje. Tylko ludzie w tej mieścinie czekają znowu na lepsze czasy, dla ich klubu i dla siebie.

Pewnie zapytacie co z kolegą, dalej jest w Anglii, znalazł fajną posadę i pracuję. Powoli myśli o powrocie, ludzie już dawno nie wierzą w te bajki o defraudacji pieniędzy. Jednak on dalej nie może się przemóc żeby wrócić. Dalej go boli jak go potraktowano.

PS. Uprzedzam pytanie, tak uczyłem się w LO i byłem przed maturą, nie wiem jak to wszystko dzieliłem, ale jakoś się udawało. Tylko szkoła miała mi za złe że tak mało w niej bywałem. Frekwencja jedynie 52%. Nie ma czym się chwalić. Jednak maturę zdałem najlepiej z klasy:) Co też jest ciekawe.

Piłka jest okrągła a liczy się kasa

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 215 (257)

#16354

(PW) ·
| Do ulubionych
Było to parę ładnych lat temu, wraz z kolegą, który świeżo zdał prawo jazdy, wybraliśmy się na Giełdę Samochodową.
Mój kumpel pochodzi z bardzo zamożnej rodziny.
Także trzeba zaznaczyć, że kolega ma kompletnego fioła na temat motoryzacji i mechaniki pojazdów 4 kołowych potocznie zwanych autami. Uczył się w technikum mechanicznym, teraz studiuje mechanikę.

Jednak wracając do tematu, kumpel zdał prawo jazdy, ojciec zaoferował się że kupi mu auto: oczywiście z salonu, nówka sztuka nie śmigana. Jednak kumpel jak wcześniej wspomniałem para się mechaniką nie mógł na to przystać, bo po co grzebać w nowym samochodzie? Umówił się z ojcem że ten dołoży mu 50% do wybranego przez siebie auta. Jako że sam odłożył kwotę dużą jak na statystycznego 18-latka, miał do dyspozycji razem z pieniędzmi dołożonymi przez tatę aż 20tyś. zł czyli kwotę starczającą na fajną i w miarę świeżą furkę.

Wybraliśmy się na giełdę i oglądamy samochody, jedne tańsze, inne droższe. Dochodzimy w pewnym momencie do WV Passata przy którym stał jak domniemywam właściciel. Oglądamy i kumpel wychwytuje małe szczególiki o które będzie pytał owego sprzedającego:
[K]-Kumpel
[S]-Sprzedający
[J]-Ja

[K]- Dobry, ile pan chce za tego Passata?
[S]- No jak widać 19, zejdę do 18 żeby się go pozbyć.
[K]- A dlaczego chce się go pan pozbyć, przecież to jest ładne auto.
[S]- No widzisz (przejście na T) kupiłem nowszy sprzęt, większy i lepszy wiec tego muszę się pozbyć.
[K]- Tylko trochę zawyżył pan cenę.
[S]- Toż to full opcja, to tanio jak na full opcje! Coś ty mi tu bredzisz.
[K]- Tylko że te autko było bite, lewy boczek od pasażera.
[S]- Jakie bite, jakie bite i ty masz jakaś chorobę? Lewy boczek od pasażera. Hahahahaha.
[K]- No bite, bite. Pan podejdzie widzi pan tą przednią i tylną szybę na przedniej mamy 2006 rok na tylnej 2005. A na reszcie 2003. Znaczy że 2003 zszedł z produkcji. Góra styczeń, luty 2004. Po 2 drzwi są ładne spasowane jednak mamy mały szczegół. Dolny róg przednich drzwi nie jest identyczny niż ten po prawej stronie. Mamy około pół centymetra różnicy. Po 3 od pasażera bo mamy tutaj anglika proszę pana. Nie wiem jak pan po przekładce kierownicy widzisz w prawym lusterku, ale domyślam się że nic. Widoczność góra 30%. Proszę pana za tego Anglika to pan weźmiesz góra 12 może 13 tys., a nie 18.
[S]- Co ty pieprz*sz gówniarzu. Wypierd*laj jak się nie znasz! Wypierd*laj gówniarzu, bo du*e skopie! Jak Ccie nie stać to nie marudź. Na rower się przesiądź! Hahahaha. Rowerem zapier*alaj!
[J]- Człowieku opanuj się, on ma rower który więcej jest wart od tego twoje samochodzika. Jak wystawiasz to przynajmniej zrób z nim porządek, a nie liczysz na łatwą kasę!
[S]- Wypierd*lać gównarzeria!

Cóż kumpel kupił auto tydzień później od dziadka, który wszystko jak na spowiedzi powiedział. Że lekko uderzony, że coś tam i coś tam. Samochód które zakupił to bardzo fajne i ekonomiczne autko o nazwie Ford Focus. A owy Passat stał na giełdzie jeszcze długo, jakoś miesiąc, może 2. Ktoś się zlitował i kupił go za 14 tys. bo z każdym tygodniem cena malała i topniała.

Giełda

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 462 (536)
zarchiwizowany

#16519

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako że jestem na małym przymusowym urlopie, przypominam sobie niektóre piekielne historie z przeszłości. Zaznaczam że będzie długi i będzie bardzo szczegółowy wstęp który ma na celu wyjaśnienie wszystkich kwestii.

Zaraz po maturze, dostałem od kuzyna ofertę wyjazdu do kraju tulipanów. Kuzyn ów mieszkał tam już spory czas, zadomowił się, dorobił się dwójki dzieci, a mnie zaprosił żebym sobie dorobił w trakcie najdłuższych wakacji w życiu. Prace miałem nagraną od razu ponieważ owy brat cioteczny odchodził i zaproponował że na wakacje sprowadzi swoją rodzinę czyli mnie. Jako że żył w dobrej komitywie z byłym dyrektorstwem i nie pali za sobą mostów. Zgodzili się. Wypisałem zaświadczenia upoważniające rodziców do składania papierów na studia i w długą do kraju depresji i wiatraków.
Praca była ciężką, a polegała na pracy na taśmie przy sadzonkach kwiatowych. W budynku było 6 taśm, a ludzie przy taśmach byli podzieleni na trzy osobowe zespoły. Jeden zespół układa doniczki na taśmie, drugi wsypuje ziemie, trzeci zasadza roślinkę, czwarty podlewa, piąty zbiera wszystko i pakuje do magazynu. Ja trafiłem do zespołu sadzących owe roślinki, właśnie na miejsce brata.
Dość szybko się zaaklimatyzowałem bo dwójka moich współpracowników była Polakami i kolegami kuzyna, po tygodniu już miałem taką samą efektywność pracy jak oni. Jednak wracając do taśm na naszej taśmie pracowały trzy trójki Polaków, trójka Czechów i trójka Ukraińców. Była także taśma samych Turków, na innej pracowali sami Bługarzy i Romowie, na innych już różne narodowości: Hindusi, Marokańczycy, Słowacy czy Węgrzy, byli także dwaj Holendrzy którzy gdzieś w swoim życiu się pogubili.
Co jakiś czas chodził miedzy taśmami kierownik i mówił, tu dobrze, tu to popraw, tu tamto i owamto. Jak w pierwszym tygodniu dość często zwracał mi uwagę, już w następnych chwalił naszą trójkę, zresztą całą taśmę za bardzo wysoką efektywność i szybkość. Właśnie ten kierownik dla danej taśmy dawał tak zwane małe premię do poborów zazwyczaj 50 czy 100 €. Właśnie w moim pierwszym miesiącu pracy nasza taśma dostała taką premie w wysokości 70 €. Co było dla mnie zaskoczeniem, jednak kierownik zaznaczył że nadrobiliśmy ten tydzień i byliśmy lepsi od drugiej taśmy o 10%.
Tak jak kierownik nas chwalił to Bułgarów i Romów cały czas opieprzał za nie dokładność i wolną pracę. W Lipcu także przodowaliśmy, jednak to komuś się nie spodobało. Po pracy pożegnałem się z kolegami i udałem się piechotą do domu. Zawsze podczas takiego spaceru podsłuchiwałem Holendrów, łapałem słówka i podziwiałem budynki i kanały. Jednak teraz nie było mi to dane. Po oddaleniu się od firmy już na jakiś kilometr, z wnęki miedzy budynkami woła mnie Ivan, jeden ze wspomnianych Bułgarów. Jako że znajomy z pracy, podchodzę pytam co jest (znał trochę angielski chyba jako jedyny z tej paczki Romów i Bułgarów i był chyba ich Hersztem) Było ich tam z 4.
[I]van - Słuchaj nowy! Chcesz jeszcze tutaj popracować?
[J]a -O co Ci chodzi człowieku?
[I] – Teraz mnie posłuchaj. Jest taki system że ja i moja taśma co 2 miesiące ma dostawać premie. Koledzy chyba Cię o tym nie poinformowali. Dlatego ja Cię informuję. Ten miesiąc był wasz, lipiec ma być nasz. Rozumiesz.
[J]- Nie zbyt. Jak będziesz sumiennie pracował wraz ze swoją ekipą to dostaniecie premie. Teraz to wam się nie uda, bo ja jestem w naszej ekipie. – powiedziane w formie żartu.
[I]- Ma nam się udać! Tutaj już pogroził mi nożem.
Cóż pokiwałem tylko głową, bo nie wiedziałem w co uzbrojeni są pozostali i oddaliłem się.
Kuzyn od razu zauważył ze jestem jakiś zasępiony wiec mnie wypytuje i wyciągnął co się stało po pracy. Powiedział że przed moim przyjściem do roboty na miejscu Czechów pracowało 3 wielkich Polaków, każdy ważył około 150kg i był wielkości słonia i nigdy czegoś takiego nie proponowali. Natomiast już od dłuższego czasu są zastraszone linie produkcyjne wielonarodowe gdzie miedzy różnymi pracownikami trudno się dogadać. Poradził mi żeby pracować tak samo. Cóż ja pracowałem tak samo, jednak efektywności na taśmie spadła. Czesi którzy akurat wykładali doniczki trochę zwolnili tempo. Myślałem że popili i teraz trochę wolniej. Jednak jeden, drugi, trzeci dzień pracują jakoś nie mrawo. Oglądam się przez ramię patrzę na Ivana i jego taśmę, a tam wszyscy uśmiechnięci i tylko pogrożono mi palcem. Postanowiłem pogadać z Czechami jako z braćmi, przecież Lech, Czech i Rus byli braćmi z legendy. Na zmianę obiadową schodziła jedna ekipa, po 15minutach mieliśmy wyjść i na nasze miejsce wchodziła inna ekipa tak żeby tylko jedna taśma stała podczas obiadu. Po powiedzeniu mego planu moim grupowym usiadłem razem z Czechami i pytam co się dzieje chłopaki. Jeden z nich był z Cieszyna wiec po Polsku rozumiał i potrafił się komunikować. Od razu zaczęli się wykręcać i takie tam. Postanowiłem zapytać wprost czy coś im nagadał Ivan. Najmłodszy spuścił głowę i już wiedziałem. Zaczynam z nimi gadać że tak nie może być że banda obszczymurków będzie nami rządzić. Wygłosiłem mowę której bym się nie spodziewał po sobie. Powiedziałem że jeżeli wygramy to będą nam chcieli wpieprz*ć, jednak to są Romowie i Bułgarzy, oni są tylko mocni w grupie. Opowiedziałem im że w Białymstoku też się szwendają po mieście Romowie, zaczepiają ludzi, a jak dostaną wpierd*l to od razu są spokojni. Natchnąłem ich do lepszej pracy. Ukraińcy też dostali taką propozycje nie do odrzucenia, jednak jak zobaczyli że kwiaty i tak wolno schodzą z taśmy to nie ingerowali jeszcze bardziej. Czesi podnieśli się z dołka psychicznego i już po przerwie pracowali ze zdwojoną szybkością.

Na następny dzień, zaczepiłem taśmę Słowaków i Węgrów. Pogadałem z nimi chwile i także chcieli przyłączyć się do buntu. Tak codziennie zaczepiałem inne taśmy i wszyscy przyłączyli się do walki z „wielkimi gangsterami”. Przyszedł koniec miesiąca. Kierownik odczytuje rezultaty pracy i znowu nasza taśma na pierwszym miejscu, natomiast nasi koledzy z nożami byli uwaga na ostatnim. Ivan i reszta jego paczki wkurzeni po wsze czasy zapowiedzieli zemstę. Wychodzimy z pracy i co widzimy Ekipę Ivana z nim na czele. Było ich może z 20 kilku czyli koło 2 taśm. Wyszliśmy my i tak stoimy i patrzymy na nich. Ja jako prowodyr mówię, to co będziemy się bić czy nie. To dawaj! Krzyczy do mnie. Twoja ekipa na moją ekipę. Machnąłem ręką za plecami. Na co on zrobił wielkie oczy i wskoczył do najbliższego auta i uciekł. Na następny dzień nikt z jego taśmy w pracy się nie pojawił. Wszyscy przynieśli wymówienie i już Ivana do końca pobytu nie widziałem.

Może nie jest to historia o jakiejś wielkiej piekielności, jednak ludzie trzeba walczyć o swoje, bo jak przyjdzie taki jeden gnojek z drugim i będą chcieli wchodzić Ci na głowę to zanim się obejrzysz będziesz ich niewolnikiem. Walczmy o swoje.

Kwiaty Holandii

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 332 (372)
zarchiwizowany

#16355

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przed chwilą opisałem historię z giełdy i rozmowę mego dobrego kolegi ze sprzedającym, a teraz inna historia z giełdy samochodowej.

Otóż będąc jeszcze w Liceum, 2-3 lata wstecz co do opisanej przed chwilą historii. Dorabiałem sobie na tym zaszczytnym zlocie fanów motoryzacji i biznesu. Moja praca polegała na pytaniu i jeżeli ktoś się zgodził umieszczaniu ogłoszenia na Allegro bądź Otomoto za odpowiednią opłatą. W dobry dzień można było zarobić nawet do 150zł.
Chodzę miedzy samochodami i pytam ludzi czy chcą ogłoszenie i słyszę taką rozmowę miedzy dwoma dresami:
-Ty słuchaj to ma 280 na liczniku. O kur*a to musi zapier*alać!
-Nooo, ostro musi walić po garach. Nikt Ci nie dorówna na drodze stary!
-Jasna sprawa ziom. Trzeba kupić.

Była mowa o Bolidzie Młodego Wieśniaka E36 z najsłabszym silnikiem 1,6. Odpowiednia informacja była oczywiście umieszczona na kartce wewnątrz auta.

Giełda

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (125)
zarchiwizowany

#16156

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia jeszcze z poprzedniego wieku, opowiedziana nie dawno przez ojca.
Ojciec mój od zawsze był kierowcą, to znaczy od swojej pełnoletniości. Poszedł do wojska na kierowcę, po wojsku był kierowcą i dalej jest kierowcą. W wojsku udało mu się zdobyć prawie wszystkie kategorie. Nie może jedynie prowadzić Tirów z naczepą. Po za tym szczegółem może prowadzić wszystko no i jeszcze latać szybowcami. Już po zmianie ustroju tata dalej pracował w wojsku jednak już nie był żołnierzem, a cywilem pracującym w Wojskowym Pogotowiu. Wszystko fajnie i miło bo ograniczona ilość pacjentów, sam jak szedł do lekarza to bez kolejki i takie tam. Jednak w pewnym momencie zaczęli zmniejszać wypłaty, tata nigdy nie zarabiał dużo, a jak zaczęli uszczuplać wypłatę o parę złotych, to było trzeba z tym coś zrobić. Toż ma się rodzinę na utrzymaniu. W ciągu roku przeszedł aż 3 obniżki poborów więc zaczął działać.

Ojciec dostał się na rozmowę do jednej z pierwszych firm spedycyjnych, chyba był to SPEDPOL (prawdopodobnie już nie istniejąca). Spedycja w tamtych czasach wyglądała tak że jechałeś z Białegostoku powiedzmy do Gdańska przez Płock, Toruń, Bydgoszcz i dopiero Gdańsk i wracając powiedzmy przez Elbląg, Olsztyn i Ełk do Białegostku. Cały czas musisz podróżować w nocy bo od 6 do 9 rano są przyjmowane paczki. Wiec zamiast jedno góra dwu dniowej trasy wychodził zawsze tydzień. Jednak wracając do meritum opowieści. Ojciec ubrany jak „struś na Boże Ciało” wchodzi do gabinetu dyrektora. Za biurkiem młody chłopak, świeżo po studiach i opowiada o pracy. Tato miał jeździć 8 tonówką i rozwozić paczki. W pewnym momencie rozmowa schodzi na ilość kilometrów które ojciec miałby przejeżdżać w ciągu jednej nocy:

[D]-Dyrektor
[T]-Tata

[D]- Czasami u NAS w firmie trzeba robić aż ponad normę. Tak 1200km w jedną noc.
Ojciec w śmiech, dyrektor zdziwiony się pyta co się dzieje z czego się pan tak śmieje.
[T]- Z głupoty którą pan obecnie palną. Nie da się przejechać w jedną noc 8-tonówką 1200km.
[D] Oczywiście że się da, u nas kierowcy tak robią. – powiedział z dumą.
[T]- A teraz ja mam pytanie do Pana, jeździł Pan kiedyś takim autem? Ma pan chociaż prawo jazdy na takie auto?
[D]- Nie mam, ja nie musze takimi autami jeździć.
[T]- To dlaczego pan pierdzielisz głupoty że się da 1200km, skoro otwarcie mówię że się nie da ponieważ kierowcy mają ograniczenia które są sprawdzane na Tachografach, po drugie w Polsce mamy takie drogi jakie mamy, cześć jest w robocie i ich nie przeskoczysz i nie pojedziesz 100km/h. Po trzecie to nie jest rakieta którą się lata tylko jeździ i ma pewnie ogranicznik na 110-120km/h.
(Wchodziły pierwsze przepisy o czasie pracy kierowców itp. oraz tachografy)
[D]- Toż panu mówię że się da. Nasi kierowcy tak robią.
[T]- Jeżeli tak robią to nie pozostaje mi nic innego jak złożyć sprawę do PUP-u że wykorzystujecie kierowców i nie przestrzegacie prawa pracy. Nie mamy o czym rozmawiać. Dowidzenia.
Ojciec się ubrał i wyszedł.

Po dwóch tygodniach znalazł jeszcze lepszą prace od tej w spedycji. Mimo że szef choleryk i lubił wrzeszczeć na ludzi to godziwie płacił, dawał paczki dla dzieci i jak to mój ojciec określał strzelał z gumki co polegało na tym że jeżeli jeździłeś w sobotę bądź niedziele (według szefa dni wolne od pracy) bo tak się złożyło, bądź szef prosił. Boss wyciągał plik banknotów, odliczał jakaś ilość (od 500 do 2000 złotych) i dawał jako premie uznaniową.

SPEDPOL

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (225)
zarchiwizowany

#15838

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak już wspominałem we wcześniejszych opowieściach, mieszkam na wsi. Od niedawna co prawda, bo nie całe 2 lata. Jednak jak chcesz mieć ugotowane i uprane to lepiej trzymać się maminej spódnicy. Ja jako typowy mieszczuch który wychował się w mieście po przeprowadzce przeżyłem szok, jednak do wszystkiego da się przyzwyczaić, a oto moja historia.

Jeszcze na początku XXI wieku rodzice kupili działkę z domem do remontu na wsi. Po około 2 latach dokupili kawałek ładnej łąki jakieś 500metrów dalej, ponieważ ś.p sąsiad potrzebował gotówki na ślub najmłodszej córy. Przyszedł do nas. Cena była okazyjna, łąka ładna wiec rodziciele postanowili ją kupić. Mój ojczulek zwykł mówić że za 20 lat to Białystok na naszą wieś zawita i ten kawałek ziemi będzie 4-5 razy droższy jak nie więcej. Owy sąsiad dalej można by rzec rozporządzał ową łąką, kosił, zbierał sianko czy wypasał krówki, a my w zamian mieliśmy ziemniaczki na zimę. Jednak sąsiad zmarł. Sam zostawił ładne choć nie wielkie gospodarstwo. Jedna z córek owego pana (a ma 3) postanowiła dokończyć żniwa i zebrać ziemniaczki, a później łąki, krowy i pola sprzedać zostawiając sobie tylko dom i kawałek pola i spłacając siostry. Nam natomiast zostało zając się naszą łąką. Kiedy trawa sięgnęła prawie 1,5metra i mama suszyła głowę tacie słowami: „Zrób coś z tym!”, a tatuś suszył głowę mi mówiąc: „Kiedyś to będzie twoje, bądź twojego brata. Zrób coś z tym!”. Jako że mój brat obecnie przebywa na pracy sezonowej w Niemczech. Postanowiłem że trzeba tym się zając. Jakoś dwa może trzy tygodnie temu wróciłem z trasy w piątek, ruszyć mi się już nie chciało. Myślę wstanę rano i zobaczę co tam trzeba zrobić. Obudziłem się dość wcześnie (dojenie krów, pierwsze traktory). Wziąłem psa i sru na spacer żeby łąkę zobaczyć. Tak jak wyżej wspominałem trawa wielka jak Mur Berliński, za to pies miał zabawę robiąc sobie tunele. W tył zwrot i pod sklep bo tam najwięcej jegomości z mojej wsi. Patrzę siedzi 4 chłopów przy piwku (standard od rana). Mówię że jest sprawa, że trzeba łąkę skosić. Oni od razu w narzekanie że trawa duża i takie duperele. Natomiast Szachraj (przezwisko, każdy w mojej wsi ma ksywę np. moja rodzina to Nowo Bogaccy bo z miasta na wieś się wyprowadzili, Szachraj bo szuka zarobku na lewo, Kowboj bo nosi kapelusz kowbojski itp.) wymyślił i mówi ile na tym zarobi bo paliwo drogie do traktora. Ja natomiast układ uczciwy ty kosisz, sianko(trawa) twoja. Na to oni że nie tak to się nie opłaca. Nie to nie, bez łachy. Wkurzony że tylko kasę chcą i jeszcze siano za darmo dostać. Postanowiłem dać im trochę popalić, jak to się mówi chytry dwa razy traci. No to ja do domu, starą kosę do cięcia zboża czy trawy znalazłem (w kształcie litery L jeżeli ktoś nie kojarzy) osełkę (do ostrzenia kosy) i sru na łąkę, owe klamoty zostały jeszcze po byłych właścicielach domu, a jak to ma mój ojczulek w zwyczaju, wszystko może się przydać. Pół dnia kosiłem tą trawę, ale skosiłem, co prawda nie zbyt pięknie, krzywo i jak to ma zrobić miastowy który może 2 razy w rękach kosę miał? Jednak byłem dumny ze swojej pracy. Teraz zostało tylko czekać, aż mój plan zacznie działać. Pojechałem w trasę, wracam w piątek i moja matula oznajmia mi że był Szachraj i coś ode mnie chciał. Wiedziałem co się kroi wiec się nie spieszyłem. Jednak Szachraj zjawił się już pół godziny po moim przyjeździe i mi rzecze że on siano chętnie sobie zwiezie. Natomiast ja na to jak zapłacisz to sobie zwieziesz. Kosić nie chciałeś to i siana nie ma. Wielce obrażony pan odszedł z mojego oblicza, bo jak to ja mogę mamony chcieć za siano skoro jestem aż tak bogaty i mam firmę. Od soboty zaczęły się pielgrzymki do mego domu jak do miejsca kultu Maryjnego. Jeden jegomość z pod sklepu któremu proponowałem koszenie łąki, drugi i trzeci, a także znowu pojawił się Szachraj. Chcieli oczywiście siano, oczywiście najlepiej za darmo, później zaczęli pytać o cenę. Podałem normalną którą powinienem dostać za moje siano. Oczywiście że się nie znam i za dużo chce. Jednak jak powiedziałem że były właściciel działki mówił ile na tym sianie da się zarobić, od razu zmykali. Tylko oczywiście Szachraj zaczął kombinować i mówić że ten Stary Dureń (mój ś.p sąsiad) w ogóle nie znał cen. Jedyne co mu odpowiedziałem że o zmarłych nie mówi się źle i że sąsiada obrażać nie pozwolę. To od razu się zmył.

Siano sprzedałem tydzień później dla rolnika z wioski obok za ½ ceny i za 5 litrów dobrego samogonu. Który przyszedł zapytał ile chce, powiedziałem ile, troszeczkę się potargowaliśmy i dobiliśmy targu, wyciągnął gotówkę i samogon i tak nie mam już siana i rośnie nowa trawa. Cóż jak to się mówi chytry dwa razy traci, moi wioskowi kompani stracili dużo na tym interesie, bo jak mówił owy kupiec, tego siana jest w brud i ciut ciut. Zarobiłem, mam 5 litrów samogonu, przepraszam już 4 bo bardzo dobry a jeszcze parę imprez się szykuje, wiec nie wiem na ile mi to starczy ale jest bardzo przyjemnie. Czołem!

Łąka

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (278)
zarchiwizowany

#14923

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak to się mówi: „Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach”. Tak o tym będzie moja historia.


Parę miesięcy temu, był to chyba marzec, ciocia nauczycielka zapragnęła żeby jej syn który pisze test gimnazjalny świetnie wypadł z testu humanistycznego. Jako że kuzyn był osobą o zainteresowaniach stricte ścisłych, nie widziałem w poczynaniach tych logiki. Słabiej napisze Humana nadrobi ścisłym, moje tłumaczenia jednak na nic się nie zdały wiec zostałem zatrudniony. Wiadomo że rodzicielskie ambicje trzeba spełniać. Kuzyn był uczniem bardzo dobrym średnia zawsze 5,0 czasem wyżej. Jednak z Polskiego i Historii mu jakoś super nie szło, co było hańbą na honorze ciotki która naucza Angielskiego. Ja natomiast zostałem zatrudniony jako korepetytor od historii. Mam zasadę że z rodziny nie zdzieram, bądź nie biorę pieniędzy wcale i właśnie ciotka chciała skorzystać z tego fortelu. Świetne referencje które dostałem od moich byłych nauczycieli(w gronie nauczycieli wszyscy się znają) oraz moje osiągnięcia z przeszłości mówiły same za siebie(Potrafiłem zadać takie pytanie nauczycielowi że nie potrafił odpowiedzieć, wygrywałem różne olimpiady, świetnie napisana matura) Jako że prowadzę działalność nie mogłem z nim się spotykać w dni robocze, dlatego widywaliśmy się na sesjach w soboty. Zresztą w jego i tak napchany grafik korepetycji, kursów i innych ustrojstw ciężko w tygodniu było by się wcisnąć. Podzieliliśmy materiał odpowiednio i na każdą książkę przeznaczaliśmy 2 soboty, natomiast II wojnę światową której do czasu testu nigdy nie uda się przerobić zostawiliśmy na ostatnie dwie soboty jako wiedze którą trzeba przyswoić od początku, a resztę tylko przypomnieć. Jestem osobą bardzo sumienną wiec jak wracałem po cało tygodniowej trasie w piątek, marząc o zimnym piwku i łóżku potrafiłem przygotować materiał na sobotnią lekcje. Także będąc w trasie dzwoniłem 2 razy w tygodniu i przepytywałem kuzyna z tego co się nauczył. Jednak nie przedłużając. Wyniki testu były naprawdę zadowalające bo Humana napisał na 39 punktów, natomiast ścisły na aż 47. Ja zadowolony, kuzyn także, mówił że na pytaniach historycznych stracił tylko punkt czy 2. Jednak jedna osoba była nie zadowolona.

W poprzedni weekend były imieniny babci, zjechali się wszyscy na obiad, no i mimo chodem dowiedziałem się co myśli ciotka o moim nauczaniu. Dla babci zmieszała moje nauczacie z błotem, że mógł lepiej napisać i w ogóle. Babcia sugerując że to może z Polskiego bardziej zawalił powiedziała od razu że koleżanka ucząca kuzyna na pewno jej nie zawiodła i ma do niej pełne zaufanie i takie tam. Najlepsze jednak jest to że brat dostał się do wymarzonego ogólniaka na wymarzony profil. Wyciągnął historie na 5 z wahadełka miedzy 3 a 4 po moich korepetycjach i sam mi za to podziękował.

Po prostu lepiej wierzyć obcym osobom niż rodzinie(założenie ciotki). Cóż człowiek poświęca dzień wolny na siedzenie przy książkach i g*wno za przeproszeniem z tego ma (nie brałem zapłaty). Przepraszam coś mam: pretensje.

Korki rodzinne

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (274)
zarchiwizowany

#13604

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o magistrze który chce zwojować świat.

Jak już wspominałem w innych historiach prowadzę własną działalność gospodarczą. Od pierwszego czerwca ruszyłem z produkcją własnego towaru i na maszynie pracował u mnie brat który jeszcze się uczy. Wiadomo nie musze go zatrudnić i nie płace składek. On jest zadowolony i ja także. Jednak brat jako przyszły budowlaniec dostał ofertę wyjazdu na 2 miesiące do Niemiec na budowę hotelu. Grzechem nie było by skorzystać z oferty w której zarobi się 5 razy więcej niż w Polsce. Zdecydował się i jedzie. Mi zostało zorganizować casting na „maszynowego”.
Wiem jak ciężko jest znaleźć prace ludziom młodym, po szkole, studiach. Dlatego postanowiłem że dam nawet takiej osobie prace na umowę zlecenie. Ponieważ ma pracować tylko na 2 miesiące. Zawsze wpisze sobie do CV. Rozwiesiłem ogłoszenie że słupach informacyjnych w pobliskich wsiach i Urzędzie Gminy (tak mieszkam na wsi). Telefony się rozdzwoniły, poprzychodziły meile i poprzychodzili sąsiedzi. Umówiłem się ze wszystkimi na piątek po Bożym Ciele. Przyszło około 15 osób, co jest liczbą bardzo dużą jak na wioskowe warunki. Zaprowadziłem najpierw wszystkich do magazynu. Pokazałem o co w pracy chodzi (naciskanie monotonnie 2 guzików i co jakiś czas opróżnianie kosza z produktu). Wszyscy wstępnie się zapoznali i ruszyliśmy do biura. Jedna osoba, druga, trzecia i wchodzi delikwent którego chce opisać w historii.
Wchodzi młody chłopak, rozgląda się i siada za moim przyzwoleniem. Wyciąga swoje CV. Jednak już je mam, wiec nie ma sensu. Zaczynam go przepytywać.
[J](JA)- Chciałbym pracować dla mnie? Jak widać praca jest lekka i nudna. Jednak radio jest zawsze można sobie posłuchać.
[PP](Przyszły Pracownik)- Chciałbym, nudna ale zawsze coś się będzie robić. Jestem po obronie magisterki i trzeba pracować jak tyle się uczyło. (powiedział z taką wyższością w głosie)
[J]- To dobrze że masz zapał do pracy. W CV nie masz praktycznie żadnego doświadczenia zawodowego, tylko staż studencki.
[PP]-Jest to prawda, ja jednak pochodzę ze wsi i trzeba pomóc w wakacje rodzicom na roli. Zresztą ja się uczyłem, nie musiałem pracować. Mam takie pytanie. Ilość godzin pracy i jak z płacą?
Tutaj coś mi zaczęło świtać, sam zaczął temat zarobków. Jednak drążyłem temat.
[J]- Jest to praca na dwa miesiące wiec powiem szczerze że nie opłaca mi się zatrudniać pana na umowę o prace, jednak jak pan chce możemy zatrudnić na umowę zlecenie. Bądźmy szczerzy że jak będzie pan pracował na czarno dostanie pan około 100-150zł więcej. Jeżeli chodzi o liczbę godzin to 8 godzin dziennie. Sam pan określa na którą chciałby przychodzić do pracy. Co do płacy to proszę powiedzieć czego pan oczekuje.
[PP]- No ja jestem magistrem i musze mieć co do CV wpisać. Szkoda że tak krótki termin tej pracy. Jednak jak oczywiście dostane tą prace w miedzy czasie będę szukał czegoś w WYUCZONYM ZAWODZIE. Mam nadzieję ze chociaż podpiszemy tą umowę zlecenie. Co do płacy to tak 2000 na rękę było by fajnie.
[J]- Dużo pan oczekuje. Jednak mamy stawkę godzinową wiec proszę określić się ile chciałby pan zarabiać na godzinę.
[PP]- Dużo oczekuje bo mam magistra(znowu Buta) i sądzę że przez te 5 lat studiów coś mi się należy! Stawka godzinowa? Hmm tak z 10 na godzinę.
[PP]- Owszem studia dają w życiu coś. Ja jednak uważam że są osoby bardzo mądre i inteligentne bez studiów jak i osoby po studiach, wszystko zależy od człowieka. Takiej stawki nie mogę panu zaproponować, bo jest to zwykła praca na maszynie. Żadnych skomplikowanych kompilacji nie musi pan wykonywać po prostu wciskać dwa guziki co parę sekund i tak w kółko. Góra 6zł na rękę.
[PP]- Ja się nad tym zastanowię, ale ja mam magistra! Cóż zastanowię się nad tym. Będę mógł liczyć na urlop?
[J]- Urlop?
[PP]- No tak, bo są żniwa i chciałbym pomóc rodzicom.
[J]- Ile tego urlopu by pan chciał?
[PP]- Z dwa tygodnie, bo dużo trzeba robić i jeszcze jedno co z dojazdami?
[J]- Nie pracuje pan, nie ma pan pieniędzy proste. A gdzie pan mieszka? Daleko?
[PP]- Jak to nie ma pieniędzy. No jak to? W Piekielniowie.
[J]- Nie ma pana w pracy, praca jest nie wykonana wiec nie płace za nie wykonaną prace. Rowerkiem było by panu najwygodniej, to tylko 3 km.
[PP]- Magister rowerem! Rowerem. Ja mam samochód.
[J]- To pan zatankuje i będzie jeździł.
[PP]- Nie będzie zwrotu za paliwo?
[J]- Niech pan pomyśli. Ma pan 3 km do pracy góra pół godziny piechotą, rowerem krócej. Nawet dla zdrowia.
[PP]- Ale ja jestem magistrem. Jak ja mam rowerem jeździć? Toż musze pokazać że jestem magistrem.
[J]- Niech pan się zastanowi. Napisze mi meila czy jest pan zainteresowany. Na pewno zadzwonię i poinformuje czy pana przyjąłem czy nie. Jak widzi pan mam jeszcze parę osób do przepytania.
Jak pewnie się domyślacie owy pan nie dostał pracy. Chociaż dzwonił 8 razy! i wmawiał mi że ma najlepsze referencje, że jestem cham i nie douczony prostak i w ogóle. Także rozsiewa rózne plotki, ale tym się nie przejmuje. Na dodatek żniwa nie trwały by u niego więcej niż tydzień nawet ślamazarnym tempem, ponieważ jego rodzice mają 4 hektara ziemi w czym około hektara łąk dla krów i trochę posadzonych ziemniaków(wywiad wioskowy).
Prace dostał 17 letni chłopak który chce dorobić i zarobić na prawo jazdy. Pracuje na czarno bo zawsze zarobi parę groszy więcej.

Skąd biorą się tacy magistrzy?

Oferta Pracy

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (180)
zarchiwizowany

#13009

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z przed paru ładnych lat pt. „Podryw na klub piłkarski”

W czasach liceum, czyli kiedy byłem jeszcze młody :> miałem bardzo ładną dziewczynę która podobała się facetom. Cóż z tego że była ładna, skoro rozumu Bóg poskąpił, ale wtedy nie miało to większego znaczenia, bo byłem zapatrzony jedynie w jej urodę.
Pewnego dnia wybraliśmy się razem na dyskotekę do klubu który obecnie obsługuje nawet 14latki (opiszę w innej historii). Tańczymy, bawimy się. Jednak zachciało nam się pić. Ja w kolejkę do baru, moja ówczesna dziewczyna stoi ze spotkaną koleżanką dosłownie 3 kroki ode mnie i rozmawia. Wtedy podchodzi do nich jakiś chłopaczek i zaczyna rozmowę. Jako że koleżanka mojej byłej lubej była nie śmiała, rozmowę zaczęła prowadzić ona.

[K]- Koleś
[D]- Dziewczyna
[K]- Cześć laski! Fajne jesteście.
[D]- Hej, dzięki.
[K]- Ładniutka jesteś (do mojej dziewczyny i jakby druga nie istniała)
Dla jej koleżanki zrobiło się przykro i odeszła.
[D]- No dzięki.
[K]- To jak masz na imię mała?
[D]- Jola
[K]- Ja jestem Patryk.
Tutaj gadka szmatka o niczym, ja stoję dalej w kolejce i czekam na swoją kolej przy barze, słuchając wywodów „Patryka”
[K]- Może zatańczymy co?
[D]- Sorry ale nie.
[K]- Dziewczyno, nie trać tej okazji. Ze mną nie zatańczysz?
[D]- Najwidoczniej nie.
[K]- Ty wiesz kim ja jestem? Ja w Jagiellonii gram.
[D]- No i?
[K]- Ja w tym mieście rządze, nie chcesz zatańczyć z najlepszą partią w mieście?
Tutaj do rozmowy włączam się ja.
[J]- Wątpię żeby chciała zatańczyć z najgorszą partią w mięście.
[K]- Spadaj leszczu.
[J]- Teraz kolego to Ci powiem. Grasz w Jagiellonii?
[K]- Tak kozaczku!
[J]- To chyba w trampkarzach albo juniorach, bo jakoś na żadnym meczu Cię nie widziałem żebyś grał. No chyba że jesteś jednym z tych co piłki podają jak za boisko wylecą.
[K]- Co kur… jak ty do mnie się odnosisz.
[J]- Jak na to zasługujesz. Po pierwsze ona jest ze mną. Po drugie nic sobą nie reprezentujesz. Po 3 wystarczy ze powiem Łopacie* że piwko pijesz, a on przekaże komu trzeba i zobaczymy ile jeszcze pograsz w Jagiellonii trampkarzyku. Chodź Jola idziemy.

Tak oto wygląda podryw juniorów na Jagiellonie. Obecnie ten chłopak kopie piłkę po 4 lidze i dalej lansuje się po dyskotekach.
*Łopata- to nauczyciel w-fu w Liceum w którym są młodzi Jagiellończycy. Facet ma straszny posłuch w szkole, bo jest wielki i łapę ma jak łopata stąd przezwisko.


Jeden z klubów w Białymstoku

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (230)

#12667

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia dość śmieszna i ciekawa.
Mój serdeczny kolega prowadzi od około 2 lat salon tatuażu. Byłem jego jednym z pierwszych klientów, mając oryginalny wzór tatuażu, zrobiony przez siebie, który mu się bardzo spodobał. Podczas wykonania „dzieła” od słowa do słowa zostaliśmy kolegami. Później nagoniłem mu trochę klientów, a jak ja otwierałem biznes on pomógł troszkę mi dając telefon do znajomego, który działał w podobnej branży i wziął mój towar. Tyle słowem wstępu.

Był to dzień przed Bożym Ciałem, a ja musiałem pozałatwiać trochę papierologi typu US, Banki i Urząd Gminy. Jako że wyrobiłem się dosyć szybko i byłem w pobliżu lokalu wspomnianego kumpla postanowiłem wskoczyć na herbatę. Usiedliśmy pijemy herbatę, rozmawiamy, długi weekend się zaczyna wiec klientów nie ma. Spokój i cisza. Jednak po 15 minutach mojej wizyty wchodzi do salonu tleniona blondynka w mini. Zaczyna rozmowę z kolegą, wybiera sobie wzór i miejsce na tatuaż. Stopa, dość popularna obecnie. Jak wiadomo ciężko się tatuuje na stopie, a klientka miała na sobie mini. Po odpowiednim ustawieniu stopy mój przyjaciel mógł podziwiać pięknej roboty stringi, na dodatek z lekka siateczką, wiec chcąc nie chcąc widział także walory klientki. Mimo zapytania czy jej to nie krępuje ona powiedziała że nie i proszę zaczynać. Kolega nakłada kalkę na stopę odciska wzór pytając:

[T]-Tatuażysta
[P]-Paniusia
[T]- Dlaczego wybrałaś akurat żabę za wzór? (zawsze z klientami przechodzi na T, ponieważ wtedy łatwiej się porozumieć)
[P]- A bo wiesz, mój chłopak mówi na mnie Żabciu.
Ja już posyłam koledze ironiczny uśmiech, on do mnie wymowne spojrzenie, ale nie komentujemy.
[T]- A co Cię skłoniło do zrobienia tatuażu?
[P]- Bo mój Romek jest wydzierany i ja chce do niego pasować.
Tutaj wzrok jak pięciozłotówki i szybki łyk herbaty żeby nie parskać śmiechem. Kolega pełna powaga i profesjonalizm.
Paniusia siedzi spokojnie, kumpel włącza maszynkę pobiera pigment i z próżni wydobywa się pytanie.
[P]- A czemu to tak burczy?
[T]- No bo tam jest taki silniczek który napędza igły które robią tatuaż.
[P]- JAKIE IGŁY? JA NIE CHCE ŻADNYCH IGIEŁ!
Tutaj tatuażysta tłumaczy na czym polega robienie tatuażu, że nie jest to żaden straszny ból, a ja już się zaśmiewam z głupoty klientki która myślała chyba że tatuaże to te z gum do żucia. Na szczęście klientka dalej żyje w świecie igieł i nie zauważyła mojego szyderczego śmiechu.
[P]- To jak tak nie chce, nie da się inaczej?
[T]- Mogę dla ciebie zrobić tatuaż z henny, jednak jest on nie trwały i po pewnym czasie schodzi. Jednak powinien utrzymać się dłużej niż 3 tygodnie.
[P]- Ale ja chce prawdziwy tatuaż!
[T]- To będziemy kuć, inaczej się nie da.
[P]- Ja się boje igieł! Na pewno się da!
[T]- Inaczej się nie da, jeszcze nikt nie wymyślił żeby drukować coś na ciele.
[P]- To nic, kłamiesz u konkurencji zrobię bez igieł. Cześć
Wstała z fotela, obciągnęła spódniczkę i wyszła z wykalkowaną stopą. Kolega skomentował to krótko:
„Przynajmniej się napatrzyłem.”

Tatuaż

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 932 (1016)