Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nyord

Zamieszcza historie od: 5 kwietnia 2011 - 13:59
Ostatnio: 15 maja 2019 - 22:05
  • Historii na głównej: 47 z 88
  • Punktów za historie: 35317
  • Komentarzy: 101
  • Punktów za komentarze: 470
 

#58466

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałem prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Jako że firma się rozwija, i często się zdarzało że większość dnia zamiast normalnej pracy, spędzałem na telefonie i na dodatek doby było mi mało, postanowiłem stworzyć nowe stanowisko pracy. Praca miała polegać na odbieraniu telefonów, zamawianiu towaru, fakturowaniu i księgowaniu faktur. Nic szczególnego. Zdarzyło się także tak, że przyszli do mnie sąsiedzi i prosili o prace dla córki, która wpadła, jednak dziecko odchowane, a ona 3 lata już siedzi w domu i nic nie robi. Zgodziłem się, lubię pomagać, a praca była tylko 7 godzinna, więc czemu nie.

Pierwszy dzień jej pracy, tłumaczę co i jak, pokazuję jak fakturować czy księgować faktury. Tłumaczę także, że na komputerze odpowiedzialnym za księgowość nie ma internetu (ważne). Kiedy miałem powiedzieć, że laptop z internetem znajduje się w szufladzie, zadzwonił telefon i po prostu zapomniałem jej o tym wspomnieć. Już się pewnie domyślacie co było następnego dnia.

Następnego dnia będąc już w trasie. Około 9 dostaje telefon:
[O]na - JA PIERD*LE! NIE BĘDĘ PRACOWAĆ W TAKICH CH*JOWYCH WARUNKACH. TUTAJ NAWET NETA NIE MOŻNA PODŁĄCZYĆ. JAK JA SPRAWDZĘ CO SIĘ DZIEJE W ŚWIECIE, CO NA FEJSIE?!
[J]a - Co?!
[O] - JAJCO! REZYGNUJĘ NIE BĘDĘ W TAKICH WARUNKACH PRACOWAĆ, CO TO ZA FIRMA BEZ INTERNETU!
Tutaj odzyskałem rezon.
[J] - Wyłącz wszystkie sprzęty, zamknij biuro i oddaj klucze dla Adama (pracownik z produkcji). Rozliczymy się po moim powrocie. Na razie.

Mój komputer odpowiedzialny za księgowość nie ma nawet karty sieciowej, więc nie można podłączyć internetu. Przynajmniej dowiedziałem się po co chciała chodzić do pracy. Po wytłumaczeniu, że jednak internet był oraz, że tak nie odnosi się do pracodawcy, oczywiście chciała wrócić do pracy, jednak ja nie potrzebuję takiego pracownika. Jej rodzice bardzo mnie przepraszali, ale cóż mleko się rozlało, przecież nie zatrudnię kogoś kto już 2 dnia pracy z jej rezygnuje, bo nie ma tak ważnej rzeczy jak internet i obraża swojego szefa.

Jej stanowisko przejął Adam, który moim pracownikiem jest już jakoś 2 czy 3 lata. Dostał awans innymi słowy. Na produkcji pracuje osoba, która nie jest z okolicy. Tak na wszelki wypadek.

Firma

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 576 (612)

#57384

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia z montażu, jedna o pani Prezesównej się spodobała, to teraz kolejna.

Jak już wspominałem prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Tym razem jednak miałem montaż listew w nowym bloku w wspólnocie mieszkaniowej. Tak w ramach wyjaśnienia, montaże prowadzę tylko w piątki i soboty, w inne dni tygodnia jestem w trasie. Ten montaż odbył się w sobotę.

Sobota to dobry dzień na montaż w nowych blokach, bo w nich mieszka najwięcej młodych małżeństw, które jednak wstają późno, więc mamy sporo czasu na pracę i nikt nam nie przeszkadza. Do historii.

Zaczęliśmy pracę około 7, cicho i spokojnie, bo i robota cicha. Powoli czas płynął, my z pracą dość szybko sobie radziliśmy, aż nadeszła 11 gdzie już większość ludzi się pobudziła i ruch się zaczął robić. Robota ku końcowi, zostało około 10 schodów, wtem schodzi sobie jegomość w wieku mniej więcej 12 lat z kolegami. Na półpiętrze nad nami coś ze światłem robił konserwator, starszy miły pan. Mały bananowiec będąc właśnie na półpiętrze, kopnął drabinę konserwatora z uśmiechem i słowami na ustach:

[D]zieciak - Zapie*dalać trzeba robolu.

Facet się zachwiał, ale jakoś utrzymał równowagę, a młody gówniarz schodząc po schodach splunął mi pod ręce i nadepnął na dłoń (montowanie odbywa się na kolanach) ze śmiechem i tekstem:

[D] - Zabieraj łapy brudny fizyczniaku.
Tutaj wstałem złapałem dzieciaka za kaptur kiedy był już na piętrze niżej, jego koledzy zwiali i powiedziałem:
[J]a - Co tam powiedziałeś głupi gówniarzu!
[D] - Puszczaj mnie frajerze!
[J] - Coś mówisz? Może grzeczniej przeproś mnie i pana na drabinie.
[D] - Ani mi się śni! Będę roboli przepraszał, puszczaj albo już tu nie pracujesz.
[J] - Wiesz, ja mogę cię potrzymać długo, mam czas, Panie Konserwatorze ma pan jakiś hak do wkręcenia, bo młodego chyba trzeba powiesić i niech spokornieje.

Dzieciak się przestraszył i zaczął się wyrywać i kopać, krzycząc. Wtedy zeszła z piętra wyżej jakaś kobieta, okazało się że matka.

[M]atka - Został mego syna!
[J] - Póki nie przeprosi za swoje zachowanie mnie i pana konserwatora, nie mam najmniejszego zamiaru.
Dzieciak prawie płaczem prosi matkę żeby coś zrobiła.
[M] - Puszczaj go!
[J] - Powiedziałem, że puszczę go jeżeli przeprosi.
[M] - A co on takiego zrobił, że ma przepraszać takich roboli!
[J] - Właśnie to co pani. Nazwał nas robolami, splunął, nadepnął mi na rękę i kopnął pana konserwatora na drabinie, co jest niebezpieczne. Póki nie przeprosi, nie mam najmniejszego zamiaru go puścić, ja mam czas.
[M] - Tak, obijać się to masz czas! Zaraz synku to załatwimy.

Kobieta zbiegła na parter i po 5 minutach wróciła z administratorką budynku.

[M] - Widzi pani, mówiłam trzyma dzieciaka, a nie pracuje, proszę go natychmiast zwolnić.
[A]dministratorka - A dlaczego go trzyma, wątpię żeby pan Nyord go trzymał bez powodu.

Tutaj następuje moje tłumaczenie całej sytuacji i administratorka staje po mojej stronie. Matka dzieciaka dalej się kłóci żeby mnie zwolnić, na to pani administrator:

[A] - Nie mam władzy nad panem Nyordem. Jest on z zewnętrznej firmy, więc nic nie mogę zrobić.
[M] - To daj mi kobieto numer do jego szefa.

Administratorka podała jej mój numer i odzywa się moja komórka, którą odbieram.

[J] - Firma Nyorda w czym mogę pomóc? - Z największym bananem na ustach.
Kobieta się zapowietrzyła i wystrzeliła na górę do mieszkania, wracając z mężem.
Tutaj muszę napisać, że jej męża znam, bo robimy razem interesy, co ciekawe facet jest w podobnej branży i sam także jeździ na montaże.
Tutaj następuje wyjaśnienie i opis zaistniałej sytuacji.

[O]jciec - Masz w tej chwili przeprosić tych dwóch panów, a tą dychę co ci dałem przeznaczysz na czekolady dla nich. Potem prosto do domu, zrozumiałeś?
[M] - Ty tak pozwolisz żeby taki cham trzymał twego syna?! I nim pomiatał!
[O] - Ja za to co on im zrobił to bym jeszcze na miejscu wpierdo*ił, a tak to czeka go to w domu. Bo "kochanie" wyobraź sobie, że ja tak samo często pracuję jak pan Nyord.

Chłopak przeprosił, dostaliśmy po czekoladzie, a i wycie dzieciaka było słychać, tylko szkoda faceta, że na taką kobietę trafił i syna nie wychował.

Montaże

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1330 (1446)

#55020

(PW) ·
| Do ulubionych
Prowadzę działalność gospodarczą, produkuje i sprzedaje sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Zaczął się właśnie sezon na taki zabezpieczający sprzęt. Wychodząc naprzeciw klientom, postanowiłem że jeżeli ktoś u mnie go kupi, to także mogę pomóc z montażem. Montaż jest prosty jak budowa cepa, jednak nie wszyscy mają na to czas i ochotę. Ostatnio trafiła mi się taka oto chałturka u Prezesa i... no o tym się dowiecie.

Facet jest prezesem kilku firm, 2 spółek i zasiada w iluś tam radach nadzorczych. Ogólnie szycha jakich mało u nas w mieście. Moje zadanie polegało na zamontowaniu listew zabezpieczających na schodach na zewnątrz jego pałacu, tfu, domu który wygląda jak pałac. Schodów niedużo, bo razem może z 8, jednak szerokość spora i dużo roboty, docinanie i takie tam.

Zacznijmy od początku. Przyjeżdżamy o omówionej godzinie, brama się otwiera, wjeżdżamy na podwórko, wita się z nami Prezes i przedstawia swoją żonę, która sama się przedstawia jako Prezesówna. Tak, dobrze czytacie - Prezesówna, i od razu mówi nam, że będzie nas nadzorować. Prezes do pracy, to i my do pracy. Przed właściwą pracą musimy umyć schody, więc prosimy o jakiś środek na to. Po prostu zapomnieliśmy o tym. Prezesówna odpowiada, że jednak takich środków u nich w domu nie ma, bo pani Pokojowa (też tak powiedziała) sama w taki sprzęt się zaopatruje. Cóż, wysyłam młodego do sklepu. Na co Prezesówna mówi, że u nich schodów byle czym się nie myje tylko środkiem takim a takim. Ciekawie.

Młody pojechał, wraca a tu brama zamknięta. Proszę o otwarcie, Prezesówna na to, że taki złom na podwórku u niej stać nie będzie, niech na ulicy stoi. Młody przychodzi z jej środkiem, ja rzucam okiem na rachunek, za małą buteleczkę 30zł, jak można kupić dużą innej marki za 8. Cóż zrobić. Schody umyliśmy, wyciągam denaturat żeby jeszcze przetrzeć w miejscu klejenia listwy, żeby na pewno nie było żadnych paprochów. Na co Prezesówna:

- Hola, hola, w pracy picia nie ma, ja wiem że wy to takie denaturanty pijecie. Ale picia nie ma!

Tłumaczę, że to nie do picia tylko do przygotowania do klejenia i takie tam. Na co ona, że będzie mi się uważnie przyglądać. Robota się do przodu posuwa, jednak na podwórku zimno, a Prezesówna cały czas nad nami stoi. Mówi, że idzie do domu. Poszła, wzięła krzesło i usiadła za drzwiami obserwując nas dokładnie. Frontowe schody załatwione zostały ogrodowe i jeden schodek garażowy, już kilka godzin pracy za nami, zgłodnieliśmy, więc robimy sobie przerwę i wyciągamy kanapki. Wychodzi Prezesówna i mówi:

- Hola, Hola trzeba pracować, a nie się obijać i jeść!

Kobieta działa mi ostro na nerwy, mocno się powstrzymuje i odpowiadam grzecznie, że nie pracujemy na godziny, tylko dostaniemy pieniądze za wykonaną pracę, na dodatek przerwa nam się należy, ot tak ustawowo. Kobieta się zamknęła i wróciła do domu dalej nas obserwując. Pracujemy dalej, ona dalej nas obserwuje. W fudze jest jakaś guma biorę nożyk i ją wydłubuje, na co Prezesówna szybko wyskakuje z domu i mówi:

- Panie, zostaw pan to yyy... wypełnienie między płytkami, wiem że ono drogie, ale ja wszystko widzę, nigdzie pan tego nie sprzedasz!

Żyłka pulsuje ale odpowiadam, że w fugę jest wciśnięta guma do żucia i muszę ją wyciągnąć żeby dobrze przykleić listwę. Pofukała i poszła dalej nas obserwować.

Robotę dokończyliśmy, czas zapłaty. Daję kobiecie fakturę, kwota nieistotna, jednak była tam końcówka powiedzmy 7,45zł. Kobieta wyciąga taki wielki słój miedziaków i mówi, że oni takich kwot w portfelu nie noszą i wyciąga powoli ze słoja ta kwotę. Wtedy przyjeżdża Prezes, patrzy na żonę, patrzy na nasze miny. Wyciąga z kieszeni pieniądze, daje nam więcej mówiąc 'reszty nie trzeba', dziękuje za super wykonaną robotę, a my się zwijamy.

Prezesówna działała mi tak na nerwy, że ledwo nad sobą panowałem. Jednak zależało mi żeby niczego nie odwalić, bo jej mąż prowadził kilka hurtowni, w których mógłbym sprzedawać swój towar. Taka klientka, która siedziała przy nas prawie 9h, zdarzyła mi się pierwszy raz i mam nadzieję że ostatni.

Prezesówna

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1061 (1095)

#53452

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o ubezpieczycielu.

Mam samochód w leasingu. Dostawczak do 3,5tony. Tak się złożyło, że zimą nie zauważyłem lekko zasypanego słupka i tak niefortunnie uderzyłem tyłem samochodu, że całe skrzydło drzwi do wymiany. Jako że samochód w leasingu jest ubezpieczony na każdy możliwy sposób, więc dzwonie do banku przedstawiam sprawę, oni kierują mnie do ubezpieczyciela. Sprawę tam dość szybko załatwiam, wiecie rzeczoznawca, zdjęcia i tego typu rzeczy. Pytają jaka kwota mnie interesuje tyle i tyle oni zadowoleni, bo 2 razy mniej niż mieliby wypłacić. Zgoda na wypłatę pieniążków. Jednak mimo wcześniejszych ustaleń na linii ja>leasing>ubezpieczyciel, że odszkodowanie ma trafić od razu do mnie, trafiają na konto mego leasingodawcy. Właśnie w tej części zaczynają się jaja.

Od razu po przyjściu listu z przyznaniem odszkodowania, zauważam błąd, że nr konta się nie zgadza. Dzwonię, a oni mnie informują, że wysłali pieniądze na konto banku, w którym mam leasing. Zabierają się za wyjaśnienie sprawy i przesłanie pieniędzy do mnie. Tylko że to może trochę potrwać. Cóż, co zrobić, samochód naprawiłem na własną rękę, teraz czekam tylko na pieniądze.

Po dwóch tygodniach oczekiwania, żadnej próby kontaktu ze mną. Dzwonię. Dowiaduję się, że został wysłany monit do banku w celu odzyskania moich pieniędzy. Mają 14 dni na rozpatrzenie.

Następne dwa tygodnie czekania. Dzwonię po tym czasie. Bank nie zapłacił wysyłamy następny monit. Sprawa mnie denerwuje, ale czekam.

Po tygodniu oczekiwania znowu dzwonię, a tu stara śpiewka, że znowu wysłali monit. Wtedy już bardzo a to bardzo zdenerwowany mówię dla pani co sądzę o monitach i podważam profesjonalizm ich firmy, skoro nie umieją z banku odzyskać pieniędzy. Ja chcę swoje pieniądze odzyskać. Proszę o przesłanie odszkodowania, a niech oni sami się martwią o te pieniądze z banku. Pani ze słodkim głosem harpii informuje mnie, że mogę się cmoknąć. Póki oni nie odzyskają pieniędzy z leasingu, to i ja ich nie zobaczę i mam sobie czekać aż oni je ściągną. Po tak profesjonalnym potraktowaniu klienta, powiedziałem sobie, że mnie zapamiętają na długo.

Codziennie zaraz po otwarciu infolinii dzwoniłem tam, zawsze było to samo. Doszło nawet do tego, że odkładali słuchawkę jak pytałem kiedy zobaczę swoje pieniądze. Ubezpieczyciel oficjalnie działał, wysłał aż 7 monitów o zwrot, jednak bank oficjalnie się tym nie przejmował. Zrezygnowany zadzwoniłem do swego leasingodawcy i pytam kiedy do jasnej cholery prześlecie pieniądze, kobieta po drugiej stronie mówi, że pieniądze zostały zwrócone ponad dwa miesiące temu, zaraz po informacji że zostały źle wpłacone.

Od razu po tym telefonie zadzwoniłem do ubezpieczyciela, który mnie poinformował, że wysłali właśnie 8 monit. Na co ja odpowiedziałem, po co państwo wysyłacie jak macie te pieniądze na koncie od ponad dwóch miesięcy. Tutaj nastąpiło zmieszanie, jednak tym razem bazyliszek szybko odzyskał rezon i poinformował mnie, że oni nie mają tego w systemie, więc pieniądze pewnie nie doszły, bo nie zostały zaksięgowane. Pan po drugiej stronie zaznaczył, że pewnie bank ma burdel w papierach i póki nie uzyskam potwierdzenia przelewu, dalej ich mogę cmoknąć.

Znowu telefon do banku wyjaśnienie sytuacji, jednak pani nie może mi wydać takiego potwierdzenia, bo nie jestem stroną w sprawie. Jednak na mój lament o zepsutym samochodzie, który nie jeździ już 3 miesiąc i nie możliwości go spłaty skoro nie pracuję, pani nagięła przepisy i wysłała mi te potwierdzenie. Za co muszę jej stokrotnie podziękować.

Kolejny telefon do ubezpieczyciela przedstawienie sprawy, znowu mnie wyśmianie że jak nie mam potwierdzenia niech się cmokam, jednak ja napawając się tą chwilą tryumfu mówię, że takie potwierdzenie posiadam i mogę je nawet do państwa wysłać. Zrezygnowany głos podał mi e-mail i dowiedziałem się, że pieniądze zostaną wypłacone jak najszybciej. Już drugiego dnia miałem żądaną kwotę na koncie.

Po 3 miesiącach batalii i 30 dniach ciągłego dzwonienia na infolinie WARTY udało mi się wywalczyć moje pieniądze.

Wiecie co mnie wkurza? To że płacisz grubą kasę za ubezpieczenie, bo 3,5 tysiąca złotych to jednak dużo, a oni Ci robią łaskę że chcą to wypłacać. Kombinują żeby jak najdłużej tymi pieniędzmi obracać i najlepiej ich nie wypłacić.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 543 (579)

#51724

(PW) ·
| Do ulubionych
Ta historia: http://piekielni.pl/51719 przypomniała mi moje perypetie z jednym pracodawcą.

Jeszcze na studiach złapałem fuchę w dość specjalistycznym sklepie/hurtowni. Moim szefem był młody chłopak, może 5 lat starszy od mnie. Natomiast moja umowa wyglądała tak, że na rękę mam 800zł plus ileś tam % od mojej sprzedaży, bodajże 5%, choć już nie pamiętam dokładnie.

Oczywiście kiedy przez przypadek nie zauważyłem że pracuje cały dzień na jego profilu sprzedawcy, tych obiecanych procentów nie otrzymałem. Na dodatek mój szef chytrusek pracował od 7 do 9 i dopiero ja wchodziłem na sklep. Z prostej przyczyny największy ruch był właśnie w tych godzinach. Ja pracę zaczynałem o 9 i pracowałem do 17. Potrafił wpaść do sklepu w moich godzinach pod pretekstem szybkiego sprawdzenia sprzedaży/internetu/konta w banku/ niepotrzebne skreślić i szybko zmienić profil sprzedawcy na swój. Dość szybko wyrobiłem sobie nawyk sprawdzania właśnie tego profilu. Kilka razy zdarzyło się usunięcie mojego profilu sprzedawcy, stworzenie nowego zajmowało kilka minut więc przy klientach musiałem operować na jego profilu co oznaczało mniejszą wypłatę.

Jednak kiedy sklep się rozwinął i z mojego polecenia kilku znajomych robiło w nim zakupy w moich godzinach pracy, a moja wypłata zaczęła oscylować w granicach 2000zł, zaprosił mnie na rozmowę.

[S]zef- Słuchaj musimy pogadać o twoim wynagrodzeniu.

Już miałem nadzieje na podwyżkę, a tu wiadomo.

[S]- Wiesz Zusy kosztują, podatki. Coraz droższy towar więc musisz zdecydować albo rezygnujesz z procentów albo z podstawy.
[J]a- Mój Zus jest nikły bo się uczę, podatków za mnie też wielkich nie odprowadzasz i co ma towar do mego wynagrodzenia? Pracuję uczciwie, więc sądzę że to co zarabiam i jak się umawialiśmy wcześniej mi się należy.
[S]- W takim razie muszę cie zwolnić dyscyplinarnie.
[J]- A na jakiej podstawie?
[S]- Na podstawie nie słuchania zaleceń szefa.
Tutaj po prostu buchnąłem śmiechem. Cóż, straszenie sądem przyniosło skutek. Pożegnaliśmy się jeszcze tego samego dnia. Od kilku lat mój szef nie ma już swego sklepu, bo wrócił na garnuszek ojca, który mu ten sklep otworzył.

Pamiętajcie zawsze musicie słuchać szefa!

PS. Mimo że byłem młody była to któraś z kolei moja praca, więc co nieco wiedziałem na ten temat.

sklepy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 725 (741)

#48404

(PW) ·
| Do ulubionych
Prowadzę działalność gospodarczą, produkuje i sprzedaje sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.

Kiedyś jeden ze znajomych powiedział, że taki takie rzeczy by się przydały w bankach czy szpitalach, po co takie placówki mają płacić odszkodowania za np. śliskie schody, skoro mogę im sprzedać tanią taśmę która przed tym zabezpiecza. Tak więc po namyśle postanowiłem działać.

Od tamtej pory udało mi się sprzedać owe taśmy do 3 banków i 2 przychodni oraz do jednego urzędu gminny i właśnie o tym urzędzie będzie ta historia.

Wyznaje zasadę za najlepiej gadać z tymi którzy są najwyżej. Poszedłem do wójta i wyjaśniam sprawę, on zainteresowany, jednak nie może podjąć decyzji bo potrzebny jest przetarg. Z tego co wiem gmina ma fundusz na drobne wydatki, i właśnie te taśmy byłyby drobnym wydatkiem. Postanawiam startować w przetargu. Przetarg wygrałem bo miałem najniższą cenę. Wiadomo lepiej zapłacić 2tys. zł niż 30 za wymianę całej terakoty w urzędzie. Tym oto sposobem zrealizowałem zamówienie i zarobiłem trochę pieniędzy.

Ale co w tym piekielnego, zapytacie. Otóż wyjaśniam. Przetarg jest piekielny. Dlaczego? Do przetargu potrzeba podobno jakieś komisji przetargowej. Komisja powstała i wybrała moją ofertę. Jednak komisja nie pracuje za darmo. W skład komisji wchodził wójt jako przewodniczący i za bycie w komisji zgarnął 750zł, dwa dodatkowe ciała komisji czyli zastępca wójta i główna księgowa dostali po 500zł. Natomiast protokolant komisji dostał 100zł. Jak łatwo policzyć gmina straciła prawie dwa razy tyle ile mogła stracić bez żadnych komisji.

Mamy chory system.

Chory system

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 735 (807)

#48058

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja Ciotka jest pielęgniarką w jednym ze szpitali, na jakimś małym i spokojnym oddziale. Dyżur nocny. Siedzi lekarka i 3 pielęgniarki w tym moja ciotka i rozmawiają. Jako że wszystkie kobiety w podobnym wieku, temat musiał zejść na dzieci.

Każda z kobiet chwali się gdzie się uczy czy pracuje jej pociecha. Lekarka oznajmia, że jej synek jest na LEKARSKIM, po jej wywodzie nadszedł czas na ciotkę, która także powiedziała że jej córka także jest na lekarskim, co wielce oburzyło panią doktor która to skwitowała słowami:

[L]ekarka - Ale jak to! Jak to na lekarskim! Córka pielęgniarki? na lekarskim? Toż to taki ELITARNY zawód. Przeznaczony dla Lekarzy i ich dzieci.

Co ciotka skwitowała tymi słowami"
[C]iotka - To widzę, że pani syn do tej elity chyba należeć nie chce skoro już drugi rok kibluje na 3 roku.

Ciotka wstała i wyszła, a pani doktor jest obrażona już drugi miesiąc.

Lekarz to elita, do której żaden plebs nie ma wstępu! Pamiętajcie o tym.

PS. Siostra córka ciotki jest na 5 roku, a studia zaczynała właśnie z synkiem pani doktór.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 870 (958)

#44277

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło mi się że mój etatowy kierowca/przedstawiciel handlowy miał mieć operacje. Przesunęli mu termin czy coś z grudnia na początek listopada. Jak tylko o tym się dowiedziałem zaczęły się poszukiwania zmiennika. Który do końca roku pojeździ. Przecież nie zostawię terenu na pastwę konkurencji i do końca roku można jeszcze trochę zarobić.

Ogłoszenie brzmiało dość logicznie: "Potrzebny kierowca/przedstawiciel handlowy do końca roku. Od zaraz."

Zgłosiło się kilka osób, jednak niektórzy nie umieli czytać: umowa na pół roku czy rok? Na dwa miesiące? nie opłaca mi się.
Inni chyba lubili podkręcać CV: A do stycznia by się nie dało?
Osoby z wysokimi oczekiwaniami finansowymi: To ile na rękę, 3 czy 4 tysiaki?
Czy osoby, które nie miały prawa jazdy.

Wybrałem 3 kandydatów i przeprowadziłem z nimi rozmowę. Z tej trójki wybrałem jednego. Który zaakceptował moje warunki i co miesiąc przedłużanie umowy. Mówił że przynajmniej na święta zarobi. Przez pierwszy tydzień jeszcze jeździł z moim etatowym przedstawicielem, który pokazał mu cześć terenu i zapoznał z klientami. Od następnego tygodnia miał jeździć sam z nawigacją i spisanymi po drodze punktami przez etatowego kierowce. Pierwszy tydzień spoko, pojeździł pohandlował. Drugi już gorzej. Kilka faktur złapał. W trzecim... no działo się.

Nie staram się ingerować w prace swoich pracowników, ale zawsze zadzwonię zapytam jak idzie. Do niego dzwoniłem i pytałem. Zawsze słyszałem może być, chwila rozmowy muszę kończyć, bądź jestem u klienta, bądź szukam hotelu. Myślałem, że się chłopak stara. W poniedziałek w południe dostałem telefon, że muszę pojechać do banku jakaś wielce ważna sprawa, oczywiście w ich mniemaniu, sam już byłem w trasie więc umówiłem się na wtorek. Zjechałem jadę we wtorek do banku i patrzę że mignął mi mój samochód. W lusterko jak byk mój. Podjeżdżam patrze, a ów chłopak siedzi sobie z jakąś laska w lokalu i kawkę piją. Cóż, wkurzyłem się nie na żarty i wparowałem do lokalu. Zażądałem kluczyków dokumentów, nawigacji i telefonu. No wszystkiego co ode mnie otrzymał i nakazałem mu jutro być w biurze żeby komisyjnie rozwiązać umowę. Samochód odebrał mój znajomy, który zaprowadził go do "firmy".

Okazało się, że chłopak sumiennie pierwszy tydzień przejeździł, drugi tylko dwa dni, resztę przesiedział w hotelu, a jak się upewnił że samochód nie ma czujek czy jak niektórzy mówią radarów, olał sprawę. Miał zamiar pojechać na jeden dzień strzelić kilka faktur z rożnymi datami i wmawiać mi że słabo handel, bo koniec roku. Na dodatek dawałem kierowcy około 1000zł na 2 tankowania (zazwyczaj tyle idzie na tydzień) i na hotele plus 50zł na jedzenie w podróży, bułki, czy gdzieś zjedzenie zupy. Trochę sobie kasy przytulił. Do tego wydzwonił na telefonie tyle ile ja mam rachunki za 2-3 miesiące. Dobrze że poczekałem z przekazaniem wypłaty za 2 tygodnie do umówionego dziesiątego. Po odjęciu za telefon i za przytuloną kasę zarobił 12,11zł.

Teraz jeździ mój brat, który wziął zaległy urlop w pracy i pracuje dla mnie. Weź tu człowieku uwierz w ludzi.

Ludzie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 576 (620)

#44274

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój znajomy ma warsztat samochodowy, nie duży taki w sam raz. Dwa stanowiska i lakiernia. Zatrudnia kilka osób.

Tydzień czy dwa temu wieczorem tuż przed zamknięciem wjeżdża na plac dwóch panów i proszą o szybkie sprawdzenia auta. Bo jeden z nich chce go kupić i czy jest w opisanym stanie: "idealny, bezwypadkowy". Pracownicy już się przebierają wiec sam już wskakuje do kanału kiedy jeden z panów wciska mu 100zł do kieszeni z tekstem: "Bądź pan człowiek". Kolega niezbyt już ogarnięty po całym dniu roboty, sprawdza. Najpierw pod samochodem później blachy. Po krótkich oględzinach mówi:

- Samochód uderzony w tył. Z kombi zrobił się hatchback. Belki byle jak po prostowane, blacha tutaj do końca nie spasowana. Ogólnie nie polecam, bo nie była to zwykła stłuczka. Przód też lekko uderzony ale to nic w porównaniu z tyłem.

Mniejszy jegomość tylko prychnął do drugiego: Nie bity, idealny... i zapytał ile za usługę się należy. Na co kumpel zgodnie z prawdą odpowiedział, że tamten pan mu już zapłacił.

Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zorientował się, że dostał łapówkę :) Cóż, czasem warto być nieprzytomnym w pracy.

Warsztat

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1005 (1045)

#43551

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o pieniądzach lokalnych samorządów.

Mój dobry kumpel dostał do pracy w OHP (Ochotnicze Hufce Pracy). W naszym mieście OHP-y mają bardziej rozbudowany system pomocy. Oprócz pomocy osobom bez wykształcenia podstawowego (organizacja lekcji, pomoc w nauce). Pomagają także dla ludzi, którzy chcą podnieść swoje kwalifikacje (organizowanie kursów, itp.) i wiele innych.

Jak pewnie większość z was wie wszystkie ośrodki samorządowe mają wyznaczony budżet roczny. Właśnie o pieniądzach budżetowych.

Mój kumpel dostał się do działu marketingu. Co robi w tym dziale? On to nazywa wydawaniem kasy. Dlaczego? Otóż tłumaczę. Jego referat ma miesięcznie przeznaczone na marketing 15 tys. zł. Tylko co z tą kasą robić jeżeli:
-Reklamy w radiu, gazecie, telewizji są opłacone do połowy następnego roku.
-Billboardy także są opłacone do połowy następnego roku.
-Plakaty są rozwieszane gdzie się da, a zalega jeszcze ich w szafach około 500szt..
-Ulotki są rozdawane na każdym rogu, w biurze także się sporo ich "wala" .
-Długopisy promocyjne: "pakiet podstawowy" (czyt. zwykłe) używa cały OHP plus około 3000szt. leży w szafach. "Pakiet rozszerzony" czyli przeznaczony tylko dla kierowników i dyrekcji w szafach leży około 500szt.

Co mówi kierownik referatu? Że trzeba wszystko wydać co do złotówki miesięcznie, bo jak nie kupimy na określoną kwotę to nam to zabiorą.

I tak miesiąc w miesiąc jest problem z wydaniem całej przeznaczonej na marketing kasy. Według wyliczeń kumpla wystarczyło by 7-10 tys. na to co robią, a tak muszą na koniec miesiąca latać i kupować jakieś badziewie, które leży w szafach. Mistrzostwo ekonomii i marketingu.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 559 (631)