Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

misguided

Zamieszcza historie od: 29 grudnia 2012 - 20:38
Ostatnio: 22 kwietnia 2021 - 7:06
  • Historii na głównej: 79 z 123
  • Punktów za historie: 13852
  • Komentarzy: 244
  • Punktów za komentarze: 1314
 
zarchiwizowany

#66474

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Mamy dwa wykłady na studiach z jedną Panią Profesor, są prawie o tym samym, więc rozmawialiśmy z nią o tym, abyśmy pisali zaliczenie w formie jednego, większego egzaminu. Zgodziła się, wiedząc, że drugiej grupie z innego kierunku zrobi oddzielny egzamin. Kilka osób wcześniej umówiło się z nią na o wiele wcześniejszy termin, aby zaliczyć dwa egzaminy jako jeden, ze względu na wyjazd w czerwcu. Napisały, mówiły, że ciężki, ale dadzą radę. Dzisiaj dowiadujemy się, że drugi termin egzaminu jest 5 czerwca. Dowiedzieliśmy się od drugiego kierunku, bo ktoś się wygadał. Pani Profesor ma do nas kontakt, zawsze może napisać, skoro już nawet ustala to wszystko z inną grupą. Koleżanka napisała do niej, dowiedzieć się, czy to także i dla nas termin, skoro piszemy z dwóch wykładów. Dowiedzieliśmy się, że 5 czerwca mamy jeden egzamin, a wszyscy (nawet osoby, które zdawały wcześniej) drugi egzamin w innym dniu. Kilka osób idzie się do niej kłócić na najbliższych zajęciach, były świecie przekonane o tym, że piszą egzamin z dwóch wykładów (nawet Pani Profesor to zaręczała przed egzaminem, a na egzaminie były pytania i z tego i z tego materiału).

studia

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -15 (27)
zarchiwizowany

#66454

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejna moja historia o inwentaryzacjach. Dla przypomnienia, od pewnego czasu pracuję w jednej z firm inwentaryzującej. Najważniejsze w niej są dokładność i szybkość wykonywanej pracy. Na naszych urządzeniach, którymi skanujemy produkty pojawia się nasza produktywność, jeżeli jest dosyć spora, dostajemy premię. Dzięki temu więc czasem zatrudniają nas sklepy odzieżowe. O jednym z nich będzie dzisiejsza historia.
Sieciówka ta jest uważana za jedną z bardziej luksusowych. Posiada działy męskie, damskie, dziecięce oraz oddzielnie czasem położony sklep z artykułami do domu- pościelami, ozdobami, sztućcami itd. Mimo, że sklep uważany jest za "ten lepszy" to podczas inwentaryzacji okazuje się, że różni się od innych sieciówek, ale negatywnie.

Zacznijmy od magazynu, gdzie często stoją półki wysokości ponad 3 metrów. Na magazynie i całym sklepie głównie jest jedna, dwie drabiny. Więc dwóch najwyższych chłopaków wchodzą na nie i liczą. Wiadomo, że dosyć wolno to idzie, o czym zostają informowane kierowniczki działu, mają wtedy czas jeszcze na skombinowanie drabin, aby może troszkę szło szybciej. Zwykle pod koniec liczenia magazynu dziwią się, że tak to wolno idzie, że przecież powinniśmy uwijać się szybciej.

Wyobraziliście sobie już wysokie na ponad 3 metry metalowe półki. To wyobraźcie sobie, że jedna półka ma wysokość około 40 cm i długość metr, a na niej leżą swetry, oraz bluzki z satynowego materiału. Nie jedna, dwie, trzy na kupce, tylko dziesięć, albo tyle, że więcej włożyć nie da rady. Gdy liczymy, musimy je wyjmować aby dostać się do metek. Trzy czy cztery razy więcej czasu zajmuje je nam włożenie ich na półkę. Bo mimo, że jakaś pracownica je dała radę wepchać, to niestety my nie mamy takiej wprawy. Przez co często po prostu ubrania ułożone są nie tak równo jak wcześniej. Kierowniczy od razu się wtedy denerwują i każą poprawiać, a później mówią, że jesteśmy powolni.

Ogólnie pracownicy sklepu są w miarę normalnymi ludźmi, którzy są dosyć mili (nie zawsze, ale o tym później), ale kierowniczki są makabryczne. Sprawdzają dokładnie wszystko, czy ubrania są równo położone (co do centymetra) tam gdzie wcześniej leżały. Najgorzej jest jednak, gdy kierowniczka sprawdza po danej osobie czy na danej półce ilość ubrań się zgadza. Niedawno zostałam przydzielona na swetry, całe szczęście były dosyć cienkie i nie było ich tak dużo na półce, więc wiedziałam, że dokładnie liczę. Kierowniczka (K) przyszła, policzyła po mnie (J) i rzecze:
K: Ale tu jest źle policzone.
J: O ile się nie zgadza z kartką (na każdej półce była oddzielna kartka, aby zapisać ilość).
K: O jedną sztukę
J: To proszę jeszcze raz policzyć, a jak nie będzie się zgadzało, to proszę wziąć kartkę od naszej kierowniczki ze spisem produktów na półce i sprawdzić, czy się zgadza.
Policzyła jeszcze raz.
K: Nadal się nie zgadza.
J: Więc proszę pójść po spis.
K: Ale tak nie można zostawić jak się nie zgadza.
J: Przykro mi, ale zakończyłam już tą półkę i nie mogę do niej wracać, mogłam zawsze się pomylić o ten jeden sweter, proszę sprawdzić.
Fuknęła coś i poszła po kartkę. Sprawdzała dwa razy.
K: Jednak jak ja liczyłam, to sweter gdzieś się jeden schował.
Żadnego przepraszam, żadnego ja źle policzyłam. Po pewnym czasie się przyzwyczaiłam.

Często też trafiają nam się ubrania, akcesoria z porwanymi kodami kreskowymi, bez nich, lub takie, które po prostu nie wchodzą. Wtedy mamy odkładać je na kupkę, aby pracownicy mogli dorobić metki. Im więcej takich rzeczy, tym więcej roboty dla sklepu. Ostatnio kierowniczka była na nas zła, bo było sporo rzeczy na kupce. Chodziła po każdym i sprawdzała, czy na pewno kod nie może się zeskanować. Dopiero, gdy nie wchodził dobre 10 minut to poddawała się.

Wracając do pracowników. Uważam, że są bardzo mili, można z nimi porozmawiać w czasie pracy, jednak zdarzają się i tacy, którzy plotkują o klientach. U nich normalne jest wyśmiewanie się z nich, często po prostu z wyglądu. Najlepsza byłą kobieta, która opowiadała o tym jak sprzedała dosyć sporo ubrań pewnej Pani, mimo, że wyglądała w nich strasznie, ale jak to stwierdziła "Utarg wysoki musi być".


I na koniec, historia z liczenia sklepu z artykułami do domów. Na początku wejścia do sklepu jesteśmy informowani co liczyć, a co nie, a co jeszcze zupełnie innym sposobem, wraz z pracownikami sklepu. Każda powłoczka poduszki oddzielnie, bez środków, każda pościel oddzielnie, sztućce razem z pracownikiem. Bardzo proste do ogarnięcia. Pod koniec inwentaryzacji dowiedziałam się, że sklep nie poinformował nas, że niektóre poduszki na wystawach są liczone jako zestaw, przez co muszą być skanowane raz. A potem dziwią się, że ludzie mają po jednym błędzie.

inwentaryzacje

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (171)
zarchiwizowany

#65545

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam w centrum większego miasta. Przy mojej ulicy po jednej stronie mieści się Urząd Miasta i szpital, a po drugiej stronie Komenda Policji, oraz Sąd. Właśnie po tej stronie z Komendą i Sądem znajduje się duży chodnik, wraz z dużą ścieżką rowerową, oraz pasem zieleni, odgradzającym ścieżkę od jezdni. Na tym pasie zieleni głównie rosły niewielkie krzaczki, które wraz z wiosną stawały się coraz bardziej zielone. Jednak ktoś wymyślił, żeby posadzić tam kwiaty- jakie nie wiem, ale mam wrażenie, że miały pokazywać zbliżającą się wiosnę. Tak więc posadzono je na wolnym miejscu, dosłownie obok ścieżki rowerowej, aby krzaczki ich nie zasłaniały od słońca.
Wszystko byłoby idealne, gdyby to wszystko przewidzieli. Często przed sądem parkuje kurier, dostawczym samochodem, ewentualnie radiowóz. Nie ma tam parkingu, więc parkują oni na ścieżce rowerowej. Jednak aby nie blokować jej całej jednym kołem parkują na pasie zieleni. Tak, następnego dnia po kwiatkach zostały po prostu rozjechane strzępy, już zgniłe z opadniętymi płatkami. Nie rozumiem, czy kierowcy tego nie widzieli i parkując jak zawsze po prostu stanęli na pasie zieleni, czy osoby, które sadziły, nie przemyslały tego i posadziły je za blisko. Jednak zamiast pięknego widoku budzącej sie wiosny, widać, że walkę natury z miastem wygrało to drugie.

ulica

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (24)
zarchiwizowany

#65387

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W tej historii to ja byłam piekielna, albo tak m się wydaje, no ale już po prostu nie wytrzymywałam. Koniec bardziej zabawny.
Mam znajomą, wielką fankę produktów elektronicznych z jabłkiem. Ostatnio podczas wymiany komórki wybrałam właśnie ten produkt, ale po pewnym czasie użytkowania stwierdziłam, że za tą cenę następnym razem wolę wybrać zupełnie coś innego i lepszego, z innej firmy, do której mam zaufanie.
Koleżanka ostatnio chwaliła się, że znalazła aplikację do pobrania, która blokuje włączanie się ekranu podczas otrzymywania powiadomień w danych, wybranych godzinach. Ma to podobno wyłączyć oślepiające światło, które pojawia się często w nocy po dostaniu jakiegolokwiek powiadomienia. [J]a spojrzałam się na [K]oleżankę i powiedziałam:
J: Ja mam inny, o wiele lepszy sposób na to.
K: Jaki?
J: Po prostu kładę komórkę ekranem do dołu.
Przybrała od razu minę typu "nie przemyślałam takiej odpowiedzi i właśnie zrobiłaś ze mnie idiotkę, ale powiem coś, aby na nią nie wyjść".
K: Ale to wtedy ekran się rysuje
Tak, ekran komórek rysuje się gdy komórka leży ekranem do dołu na prześcieradle, lub płaskiej powierzchni i nie rusza się nia na wszystkie strony.

znajomi

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (45)

#65152

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno przypomniała mi się historia o, wtedy bardzo cwanym i przebiegłym panu Żulu, która miała miejsce dobre 15 lat temu.

Centrum niewielkiego miasteczka gminnego, moja mama miała zamiar skoczyć do spożywczaka, który się tam mieścił, po podstawowe produkty. Przed sklepem zaczepił ją żul, śmierdzący alkoholem i nie tylko. Zapytał się, czy nie chce moja mama kupić mu chleba, bo jest głodny i chętnie by coś zjadł. Rodzicielka stwierdziła, że skoro nie prosi ani o alkohol ani o pieniądze to bez problemu może mu kupić chleb.

Weszła do sklepu, gdzie od razu ekspedientka (dobra koleżanka mamy) zaczęły wypytywać się co żul chciał. Mama wszystko opisała i poprosiła o chleb dla niego. Wtedy koleżanka opowiedziała jej historię.

Niedaleko w kamieniczkach mieszka starsza kobieta, która nie ma siły wychodzić codziennie po chleb, masło, szynkę itd, czyli po podstawowe produkty spożywcze. Na "ratunek" przyszedł pan Żul, zaproponował, że ona będzie mu dawała pieniądze, a on będzie kupował jej wszystko. Jak to starszy człowiek stwierdziła także ona, że resztę będzie mógł sobie zostawiać, jako podziękowanie za zakupy. Pan Żul się wycwanił, pieniądze przepijał, a resztę dnia stał pod sklepem i żebrał o jedzenie, wiedząc, że naiwni ludzie bez problemu kupią mu bułki, czy masło.

Niestety, nie był aż tak przebiegły, ponieważ sterczał zawsze pod jednym sklepem i po pewnym czasie wszystko się wydało.

żul

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 631 (659)
zarchiwizowany

#64792

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj będzie co nie co, o osobach, które rozdają ulotki. Nie mam nic przeciwko takiej pracy, uważam, że to praca jak każda inna , najlepsza dla studentów i aby dorobić coś dla siebie. Zwykle biorę ulotki, no, ale nie zawsze. Kto był bardziej piekielny ocenicie sami.

Kto chociaż raz był w Gdańsku Głównym, wie, że najbardziej oblegane jest tam przejście podziemne- to ono łączy pod ziemią dworzec PKS z PKP, oraz z tramwajami, SKMkami, autobusami i przejściem na drugą stronę. Schody są wszędzie, jest ich pełno i często dosyć sporo. A na samej górze (bo w tunelu jest zakaz) stoją ludzie, rozdający ulotki. Przez tunele przechodzą codziennie tysiące ludzi, więc miejsce idealne.

Ostatnio, w związku ze zdaniem wszystkich egzaminów stwierdziłam, że wypadałoby wrócić do domu. Jako, że wyjeżdżałam na ponad tydzień miałam ze sobą większość moich ubrań, kosmetyki, książki do poczytania, oraz ciężkiego (3 kg) laptopa. Dojechałam na Główny tramwajem. Zeszłam do tunelu, przeszłam do schodów, chwyciłam w jedną rękę walizkę, w drugą laptopa, a na plecach miałam wypchany plecak. Nie jestem dziewczyną, która dużo ćwiczy, i mogę ledwo co unieść to całe obciążenie. Ledwo co wdrapuję się po schodach a w połowie podchodzi do mnie chłopak z ulotkami i wtyka mi ją prawie przed sam nos.
[J]a: Proszę mi to wsadzić w zęby.
[F]acet od ulotek: Słucham?
[J]: Proszę mi to wsadzić w zęby, bo niestety nie mam rąk wolnych.
[F]: Pani jest nienormalna!
[J]: Ja? To Pan widzi, że ledwo co idę z walizkami i jeszcze wciska mi ulotkę! Nie mam trzech rąk aby jej wziąć, jedynie zostały mi zęby, aby ją chwycić, więc jak Pan tak bardzo chce mi dać tą ulotkę, to proszę ją mi w zęby dać.

Obrażony odszedł ode mnie.

Czy to jest aż takie dziwne, że młoda, szczupła kobieta, która jest cała zawalona walizkami i torbami nie da rady wziąć ulotki w rękę?

ulotki

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (351)
zarchiwizowany

#63976

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Wczoraj cały dzień spędziłam w domu.Sesja się zbliża więc zamiast siedzenia na uczelni, siedzę i uczę się w domu. Czekałam właśnie na list polecony, miał przyjść niedługo, więc zadowolona byłam, gdy zadzwonił domofon, a w słuchawce usłyszałam, że idzie listonosz. Otworzyłam drzwi, stałam przy nich przez chwilę. Jednak on się nie pojawił. Zdziwiłam się, że nie ma listu dla mnie, ale cóż, może przyjdzie po weekendzie. Zeszłam na dół do skrzynki, a tam co? Awizo, na właśnie ten list.
Czyżby listonosz był zbyt leniwy, aby wejść na drugie piętro, skoro już dzwonił do mnie, aby otworzyć drzwi od klatki?

poczta

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (247)
zarchiwizowany

#63582

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jedna z historii przypomniała mi o zmaganiu się moich rodziców z telewizją z plusem w nazwie. Kiedyś u mnie w domu założona była telewizja tez z plusem w nazwie, tylko pełna, przed połączeniem z jednoliterową. Jednak po miesiącu nie spłacenia zadłużenia (aż całych 10 zł, bez informowania o zadłużeniu), odłączono telewizję. Rodzice wtedy postanowili wziąć jednoliterową, ze względu na dosyć niską cenę, oraz odpowiadający nam pakiet. Wszystko było ok, od czasu do czasu zwiększała się cena o kilka złotych, które rodziców nie odstraszały. Aż do czasu połączenia się firmy jednoliterowej z plusem w nazwie, z czego powstała firma dwuliterowa z plusem. Cena wzrosła i to bardzo. Rodzice mieli już wtedy zrezygnować, ale stwierdzili, że mogą poczekać do końca umowy (ponad pół roku). Jednak już po kilku tygodniach dekoder po prostu zacinał się. Na początku rzadko- raz na tydzień, potem codziennie po kilka razy. Trzeba było go zrestartować, co trwało bardzo długo. Czasami mógł się restartować nawet i dwie godziny. W normie był długi czas przełączania między programami, albo zmiana głośności. Wymiana baterii w niczym nie pomogła. Więc tata zadzwonił na infolinię. Zanim połączył się z kimkolwiek, także minęło sporo czasu. Pani w słuchawce poleciła wymianę dekodera, ale za opłatą. Cóż, tata pojechał, wymienił, podłączył, podziałał normalnie dwa tygodnie i znowu to samo. W międzyczasie popytał się znajomych, z okolicy, którzy mają tą samą telewizję. Mieli te same problemy. Więc decyzja zapadła, z końcem umowy, nie podpisujemy jej na nowo. Firma została poinformowana, podczas jednego z telefonów i wtedy się zaczęło. Na początku dzwonili codziennie, z pytaniem i naciąganiem czemu nie chcemy przedłużyć umowy. Namawiano nas na tańszy abonament, z mniejszą ilością programów, darmową wymianę dekodera. Jednak już postanowiliśmy. W ostatnim tygodniu dzwoniono do nas po kilkanaście razy dziennie. Najgorsze nawet było to, że czasem i po 22! Ostatniego dnia umowy po prostu odkładaliśmy słuchawkę, gdy tylko dowiedzieliśmy się, że to stamtąd dzwonią. Dostawca telewizji został zmieniony, mamy takie same kanały, a nawet więcej, po niższej cenie i co najlepsze, korzystamy z telewizji, a nie ciągle restartujemy dekoder i próbujemy się dodzwonić do infolinii.

uslugi

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 4 (58)
zarchiwizowany

#62595

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Opowiem Wam dzisiaj o pewnym wyścigu. Miejsce ma pewnie codziennie, na przystankach autobusowych, tramwajowych itd. wszędzie, gdzie tylko zatrzymują się pojazdy komunikacji i gdzie pasażerowie mogą wsiąść do pojazdu. Zawodnikami są najczęściej mężczyzna, około pięćdziesiątego roku życia (maksymalnie wczesna sześćdziesiątka), oraz kobieta, dużo starsza od niego, około osiemdziesiątki, lub końcówki siedemdziesiątki, czyli taka, która mogłaby być matką wcześniej wymienianego mężczyzny.
Tramwaj podjeżdża- "do biegu". Mężczyzna od razu rusza, najważniejsze, aby być najbliżej miejsca, w którym mogą zatrzymać się drzwi. Kobieta stoi w miejscu, lub bardzo powoli podchodzi bliżej torów, aby szybciej wejść do tramwaju.
Tramwaj zatrzymuje się- "gotowi". Mężczyzna przepycha się do drzwi, tam gdzie realnie się zatrzymały. Co z tego, że pcha się przed osoby, które stały w tamtym miejscu już przed przyjazdem tramwaju. Kobieta ponownie powoli podchodzi do najbliższych drzwi, zdrowie nie za bardzo pomaga jej szybko chodzić, więc zanim podejdzie do drzwi to...
Drzwi się otwierają- "start". Mężczyzna nie patrzy czy ktoś wychodzi, pcha się, przedziera się przez tłum, aby zająć jedyne wolne miejsce. Nie zwraca uwagi, że za nim ledwo co wchodzi po schodkach starsza kobieta. Zajmuje jedyne wolne miejsce siedzące tuż przy drzwiach i siedzi zadowolony swoim łupem. Starszej kobiecie nikt nie pomaga wsiąść, ledwo co weszła po schodkach. Zatrzymuje się nad mężczyzną i stoi. Mężczyzna udaje, że jej nie widzi. Chwilę potem wstaje kobieta na oko po sześćdziesiątce, ustępuje starszej kobiecie miejsce. A co mężczyzna robi? Siedzi dalej.

Rozumiem, że każdy chce usiąść w zatłoczonym środku komunikacji. Rozumiem, że mężczyźni po pięćdziesiątce mogą już gorzej się czuć, ale chyba widać było po owym mężczyźnie, że trzyma się bardzo dobrze. Czasem trzeba pomóc i ustąpić na prawdę komuś starszemu, zwłaszcza, gdy taki mężczyzna, bez problemu mógłby wytrzymać tych PIĘĆ (albo i mniej) przystanków do przystanku końcowego, a nie zajmować jedyne wolne miejsce, które może być wybawieniem dla starszej kobiety. Niby mężczyźni mają być dżentelmenami, jednak ja zauważyłam, że gdy obok siebie w tramwaju/ autobusie siedzą kobieta i mężczyzna w tym samym wieku (lub zbliżonym) to zawsze kobieta ustępuje miejsce starszej osobie.
I gdzie podziali się ci mężczyźni?

komunikacja_miejska

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (32)
zarchiwizowany

#62288

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Idąc na studia od razu stwierdziłam, że muszę znaleźć jakąś pracę, by mieć po prostu na rzeczy dla siebie (ciuchy, bilety na podróże itd) i by nie naciągać rodziców na większą ilość pieniędzy. Znalazłam pod koniec tamtego roku akademickiego firmę zajmującą się inwentaryzacjami we wszystkich możliwych sklepach- z ciuchami, supermarketami (i tymi tylko z jedzeniem i tymi z artykułami biurowymi, jedzeniem, ubraniami, meblami itd). Praca miała być nocami, w dniach w których ja sama określałam dyspozycyjność, a przy tym całkiem nieźle płacą, więc to idealna praca dla studentki. Co do firmy nie mam zastrzeżeń, ale do sklepów, w których przeprowadzamy inwentaryzacje, mam i to spore.
Ostatnio byłam na liczeniu produktów w znanym, droższym supermarkecie, który w swojej ofercie ma wiele produktów trudno dostępnych w Polsce (oryginalne jedzenie orientalne itd). Zawsze przed inwentaryzacją pracownicy sklepu mają uporządkować produkty, czyli posprawdzać, czy żaden z klientów nie pochował czegoś za innymi rzeczami, czy wszystko stoi na swoim miejscu, aby nam było łatwiej i szybciej liczyć.
Myślałam, że droższy sklep, to wszystko będzie uporządkowane, tak, że zostanie mi tylko policzenie szybko produktów. Myliłam się.
Gdy weszłam na zaplecze i magazyn (mieliśmy zostawić tam swoje rzeczy i wziąć maszyny do liczenia), moim oczom ukazał się wielki bajzel (bo bałaganem tego nie można nazwać). Wielkie, przewracające się wieżowce z poukładanych, porwanych kartonów z napisami "Dokumenty (tutaj miesiąc i rok sprzed 5 lat)". W całym magazynie czuć było zapach szczurów. Całe szczęście ja od razu poszłam na salę sklepową. Pierwsze półki do liczenia miałam z przyprawami. Wiadomo, przypraw zawsze jest sporo, ale w tym sklepie chyba przesadzili. Musiałam każdy rodzaj przypraw wyjmować i oddzielnie liczyć, odkładać na kupki "to ta przyprawa, która się powinna tu znajdować" i "to te przyprawy, które powinny znajdować się dwie półki wyżej". Wszystko było tak upchnięte, że gdy chciałam ułożyć, wszystkie opakowania spadały tyłem na dół, przez co musiałam liczyć od początku. Rozumiem, że na sklepie powinno być jak najwięcej produktów, ale chyba powinno być ich tyle, żeby bez problemu się mieściły na półkach, a nie musiały być upychane.
Znajdowałam także wiele produktów, które powinny być położone na swoje miejsce, a były upychane między innymi rzeczami. Gdy liczyłam puszki, znajdowałam pojedyncze, wgniecione opakowania znajdujące się 3-4 półki dalej niż plakietka z ceną. Nie mogłam wtedy wracać do danej strefy, tylko skanować kod i wpisywać po raz setny, że to jeden produkt.
Największym zaskoczeniem była dla mnie ilość popsutych produktów. Rozumiem, że czasem opakowanie od rękawa cukierniczego może być popsute, ale co ono robi upchany na sam koniec przypraw orientalnych, trzy alejki dalej niż dobre produkty? Dużo także było rzeczy przeterminowanych, my nie mieliśmy za zadanie odkładać tych rzeczy, więc liczyło się dalej. Chociaż gdy zobaczyłam plastikowe pudełko suszonych pomarańczy razem z muchami w środku, nie wytrzymałam i odłożyłam jako produkt zniszczony.
Po tej inwentaryzacji zastanawiam się czy tylko ten sklep tak wyglądał, czy wszystkie tej firmy. Ale wiem jedno, na pewno nigdy nie będę robić tam zakupów.

sklepy

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (276)