Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

janhalb

Zamieszcza historie od: 4 lutego 2011 - 17:48
Ostatnio: 16 października 2021 - 16:46
  • Historii na głównej: 49 z 57
  • Punktów za historie: 20058
  • Komentarzy: 923
  • Punktów za komentarze: 7340
 

#88589

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś mnie po prostu szlag trafił. Zderzam się często z piekielnością systemu i urzędów - jak wszyscy - ale to już jest po prostu przesada.

Tak, jak już pisałem, jestem wdowcem. Mam troje dzieci - najmłodszy ma 13 lat, córka prawie 18, najstarszy 19 i właśnie zaczyna studia.

Dzieci dostają rentę rodzinną po zmarłej mamie. Od pewnego wieku renta przysługuje tylko, jeśli dziecko się dalej uczy. Więc co roku we wrześniu trzeba dostarczać do ZUS zaświadczenie ze szkoły, że dziecko się uczy. Już samo to jest idiotyzmem - bo przecież wszyscy uczniowie i studenci są "w systemie", więc ZUS powinien te dane dostawać automatycznie (może z wyjątkiem uczniów uczących się w szkołach prywatnych czy zagranicznych). No ale OK, takie przepisy, rozumiem, więc papierki dostarczam. Na początku września - jak co roku - dostarczyłem zaświadczenie ze szkoły córki, starszy syn już 1 października sam dowiózł zaświadczenie, że jest studentem. Załatwione? Akurat.

Dziś dostaliśmy dwa listy polecone z ZUS z wezwaniem do… złożenia zaświadczeń o nauce. Ale zaraz, przecież już dostarczyliśmy…?

Nie. Tym razem chodzi o zaświadczenie, że (w przypadku mojej córki) "miała ona status ucznia" w dniach 1 września 2020 "do nadal" (cytat dosłowny).

Idę wkurzony do lokalnego inspektoratu ZUS zapytać, w czym rzecz. Dostarczyłem zaświadczenie we wrześniu 2020? Tak. Dostarczyłem we wrześniu 2021? Tak. No to o co, …, chodzi?!

Ano chodzi o to, że była pandemia, więc MOGŁY BYĆ PRZERWY W NAUCE. A jak były przerwy, to za ten czas renta rodzinna nie przysługuje. Więc trzeba kolejne zaświadczenie, że dziecko uczyło się PRZEZ CAŁY CZAS w ubiegłym roku szkolnym i uczy się nadal.

To samo z moim synem - że od 1 września 2020 do 31 sierpnia 2021 "miał status ucznia" (tu po zaświadczenie trzeba się udać do jego liceum, w którym przecież, jako student, już się nie uczy).

Piekielność - nie wiem, czy to widzicie - jest tu co najmniej podwójna. Po pierwsze - kompletny idiotyzm samej procedury (skoro chłopak we wrześniu 2020 się uczył, a w październiku 2021 jest studentem, to SIŁĄ RZECZY oznacza, że cały rok szkody 2020/2021 się uczył i zdał maturę (bo inaczej nie przyjęliby go na studia, prawda?).

Ale piekielność drugiego poziomu - dla mnie dużo bardziej irytująca - polega na tym, że pani w ZUS, mając w ręku poprzednie zaświadczenia, ma kontakt do szkół, w których uczyły się moje dzieci. Jeśli są jakiekolwiek wątpliwości - wystarczy zadzwonić czy napisać maila (no wiem…), żeby potwierdzić, że dziecko się uczyło i nadal uczy. Taka prosta procedura pozwoliłaby zaoszczędzić nie tylko mój czas, ale też pieniądze podatnika wyrzucone na dwa znaczki na listy polecone.
W dodatku pani z ZUS też by trochę czasu zaoszczędziła, bo jestem przekonany, że zajęłoby jej to mniej czasu, niż przygotowywanie korespondencji, drukowanie, podpisywanie i zaklejanie kopert.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (207)

#88539

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do https://piekielni.pl/88523 - są w Polsce rzeczy absolutnie nie do przeskoczenia, zwłaszcza, jeśli chodzi o ZUS.

Rok temu, szczyt pandemii, lockdown i izolacja. Dostaję informację z gminnego wydziału oświaty, że potrzebują zaświadczenia o tym, że moja córka (wtedy - 16-letnia) nadal się uczy. Ponieważ pandemia etc., to najpierw dzwonię do tego wydziału, żeby mi przypomnieli, jak dokładnie ma to zaświadczenie wyglądać - żebym w razie czego nie musiał chodzić dwa razy. I zaskoczenie: miła pani w wydziale oświaty mówi, że jest pandemia etc., więc żebym nie chodził bez sensu, kiedy to nie jest konieczne. "Wystarczy, że szkoła wyśle do nas maila z potwierdzeniem na adres... - i to wszystko". No, nie do wiary! XXI wiek! Dzwonię do szkoły, szkoła wysyła maila do wydziału oświaty z kopią do mnie i wszyscy są zadowoleni. Proste? Nie dla każdego.

Dwa tygodnie później - a więc dalej pandemia, lockdown etc. - dostaję podobne wezwanie z ZUS (jestem wdowcem, moje dzieci dostają rentę rodzinną po mamie, więc ZUS musi mieć potwierdzenie, że się uczą). Zachęcony postawą gminnego wydziału oświaty dzwonię do ZUS i pytam, czy wystarczy jak szkoła wyśle maila…

Pani w ZUS - choć także miła i uprzejma - jak po dłuższej chwili zrozumiała, o co ją pytam, to mało się kawą nie zadławiła ze śmiechu (tak to przynajmniej brzmiało w słuchawce). Mail?! Ze szkoły? Nie, no bardzo śmieszne, naprawdę… Papierek ma być. Przyniesiony do oddziału (no, EWENTUALNIE wysłany poleconym…). I Z PIECZĄTKĄ ma być. No.

ZUS

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (163)

#88242

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak, jak już kiedyś pisałem, zawsze staram się być kulturalny i uprzejmy wobec telemarketerów. Zwykle przynajmniej wysłucham, co mają do powiedzenia, grzecznie podziękuję i cześć. Jak zupełnie nie mam czasu, to przerywam i mówię, że dziękuję, nie jestem zainteresowany. Nie krzyczę, nie jestem niegrzeczny - mam świadomość, że taka robota i oni też z czegoś żyć muszą.

Jest jeden wyjątek, kiedy nie przestając być kulturalny zdecydowanie rezygnuję z bycia uprzejmym: chodzi o sytuację, kiedy telemarketer próbuje ordynarnie robić mnie w… No, oszukiwać.

Dzwoni telefon (komórka). Jakaś pani oznajmia, że nazywa się Tak-a-Tak, że zajmie tylko chwilę, a rozmowa jest nagrywana, i że dzwoni z wydziału ekologii urzędu wojewódzkiego…

Tu przerywam. - Przepraszam, że pani wejdę w słowo, ale SKĄD pani dzwoni?

- No z wydziału ekologii urzędu wojewódzkiego, który przygotował…

- Zaraz, zaraz. Z JAKIEGO urzędu wojewódzkiego pani dzwoni?

- No jak to z jakiego? Z PAŃSKIEGO urzędu wojewódzkiego…

- Proszę pani, mieszkam pod Warszawą i jestem przekonany, że mazowiecki urząd wojewódzki nie ma numerów telefonów z kierunkowym 58. Dlaczego pani kłamie?

- Eeeee… - pani się wyraźnie zawiesiła na chwilę - to ja się musiałam pomylić…

Jasne. Pomyliła się. Szósta z kolei. Dzwonili już do mnie w taki sam sposób z mojego urzędu wojewódzkiego, z "regionalnego centrum ekologii" (spory ten region, kierunkowy z Podkarpacia…) i paru podobnych instytucji. A wszystko po to, żeby mi wcisnąć panele fotowoltaiczne, których i tak nie wezmę, bo najpierw muszę zrobić remont dachu, na co mnie chwilowo nie stać.

Jak śpiewa grupa Strachy na Lachy, "Żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w…"

telemarketing

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (192)

#87865

(PW) ·
| Do ulubionych
Prawie pół roku temu opisywałem przygody z Pocztą Polską w moim mieście (listonosz na zwolnieniu, żadnego zastępstwa, przez prawie miesiąc zero korespondencji w skrzynce - szczegóły tu: https://piekielni.pl/87275).

No i deja vu. Czekam na ważną przesyłkę poleconą. W środku dokumenty, które są naprawdę pilne. Nadawca nadał je tydzień wcześniej, poleconym priorytetem, w Warszawie (ze stolicy do mojego miasta jest 30 km). Przesyłki nie ma. Zaświtało mi, że może to powtórka z rozrywki - problem chorego listonosza?… Dzwonię do urzędu pocztowego, żeby się dowiedzieć (bo jeśli listonosz nie chodzi, pojadę na pocztę, żeby przesyłkę odebrać, ale jeśli problem jest gdzie indziej, to po cholerę mam w środku pandemii pchać się na pocztę?). Dzwonię. Dzwonię. DZWONIĘ. Nikt nie odbiera. Są godziny pracy, przypominam.

Olśniło mnie, że przy okazji jakiejś sprawy dostałem numer telefonu na komórkę do naszego listonosza. Dzwonię. Listonosz (skądinąd bardzo porządny gość, życzliwy, uczynny i kulturalny), choć nieco zdziwiony moim telefonem, potwierdza, że jest chory i "z tego, co wie", nikt go nie zastępuje.

No żesz do licha… Jadę na pocztę. Stoję GODZINĘ w kolejce (z czego pierwsze 40 minut na dworze, bo obostrzenia, bo w środku max. 5 osób). Na sześć okienek czynne trzy (to i tak postęp, zwykle czynne są dwa). Pani w okienku najpierw przez trzy minuty wypytuje mnie, czy jestem pewien, że ta przesyłka już przyszła. I skąd została nadana. I KIEDY została nadana. Ale dokładnie.

Z zaciśniętymi zębami mówię pani wszystko, co wiem, dodając, że do licha JAKIE TO MA ZNACZENIE gdzie, kiedy i przez kogo przesyłka została nadana - jeśli przyszła, to jest. Pani idzie na zaplecze. Nie ma jej kwadrans. Wraca z przesyłką i pyta, czy to do mnie. Nie, no skąd, skoro na kopercie jest moje nazwisko i adres, to na pewno jest to przesyłka do Łotewera Hudefackiego.

OK, odbieram, podpisuję, z jednej strony wkurzony na sytuację (i na straconą godzinę), z drugiej zadowolony, że wreszcie mam to, na co niecierpliwie czekałem.

Wracam do domu. Otwieram kopertę… I zonk: to nie te dokumenty. To znaczy: nadawca ten sam, papiery także dla mnie, ale INNE, wysłane dwa dni później, w innej sprawie. Też potrzebne, rzecz prosta, ale już nie tak pilnie.

Wściekły kontaktuję się z nadawcą. Nadawca potwierdza, że według "śledzenia przesyłek" OBIE przesyłki są już na mojej poczcie i "czekają na doręczenie".

Czyli pani na poczcie znalazła JEDNĄ przesyłkę na moje nazwisko i - choć wiedziała, że listonosz nie chodzi i ludzie nie dostają korespondencji - nie zadała sobie minimum wysiłku, żeby nie sprawdzić czy może jest coś jeszcze. No bo po co.

Dziś czeka mnie kolejna wyprawa na pocztę, kolejna godzina stania w kolejce (w środku pandemii) i wykłócanie się z panią w okienku o to, żeby łaskawie przeszukała przesyłki i wydała mi moją. Nadaną ponad tydzień temu, PRIORYTETOWĄ przesyłkę.

Mam nadzieję, że nie trafię na tę samą panią, bo naprawdę nie wiem, czy będę w stanie zachować spokój.

poczta

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (179)

#87771

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni telefon. Numer nieznany. Odbieram i słyszę... muzyczkę i hasło "Proszę czekać na połączenie".

Więc nie czekam, rozłączam się.

Kwadrans później, ten sam numer. Ta sama historia. Rozłączam się.

Mija pół godziny - ten sam numer. Odbieram już lekko zirytowany, zakładając, że jeśli sytuacja się powtórzy, to dodam numer do czarnej listy i z głowy. Ale nie, tym razem odzywa się jakaś pani. Przedstawia się, mówi, że jest z firmy Blablabla i (z wyraźną pretensją w głosie) mówi, że dzwoni PO RAZ TRZECI, a ja się rozłączam.

- Proszę pani, poprzednio nie słyszałem pani, tylko muzyczkę i informację, że mam czekać na połączenie...

- NO WŁAŚNIE! To dlaczego pan nie czekał?! (serio?)

- A dlaczego miałem czekać? - włącza mi się "trzy piekielny". - Skoro to pani dzwoni, to znaczy, że pani ma do mnie sprawę, więc nie widzę powodu, żebym to ja miał czekać na połączenie. Jak będę chciał posłuchać muzyki to włączę sobie coś z własnej kolekcji.

- Ale ja mam dla pana znakomitą ofertę!

Podziękowałem.

Drodzy telemarketerzy - rozumiem, że taką macie pracę, staram się zawsze być dla Was uprzejmy i kulturalny, jeśli oferta mnie nie interesuje, to mówię o tym grzecznie. Ale, do licha, minimum kultury i zachowania form: jeśli ty WY do mnie dzwonicie, to nie ja mam "czekać na połączenie".

Telemarketerzy.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (187)

#87680

(PW) ·
| Do ulubionych
Próbuję założyć działalność gospodarczą - choć wcale mi się to (z wielu powodów) nie uśmiecha, ale z różnych powodów życiowych okazało się konieczne.

Mamy XXI w., nie trzeba już biegać po stu urzędach, wszystko można załatwić nie wychodząc z domu, on-line: wypełniasz odpowiednie formularze, logujesz się profilem zaufanym (mam), wszystko robi się samo.

Dochodzę do miejsca, w którym trzeba wpisać słynne kody PKD (Polska Klasyfikacja Działalności). O ile główny kod po chwili zastanowienia udaje mi się znaleźć dość łatwo, o tyle kod dodatkowy (drugi, dodatkowy rodzaj działalności) już trudniej. Szukam, szukam… Wyszukiwarka dostępna na stronie CEIDG działa marnie… Myślę - zadzwonię.

Pięć minut sprawdzania - okazuje się, że kwestiami kodów PKD zajmuje się Ośrodek Klasyfikacji i Nomenklatur Urzędu Statystycznego w Łodzi. Podane jest 5 numerów telefonów. Dzwonię. Któryś w końcu odbiera. Miła pani po drugiej stronie słuchawki przerywa mi po pierwszym zdaniu i informuje, że wszelkie pytania o kody PKD trzeba kierować do ośrodka… na piśmie ("…może być mailem"). Proszę wysłać pytanie, odpowiedź otrzyma pan W CIĄGU DWÓCH MIESIĘCY.

Dwa razy dopytywałem, czy na pewno dobrze zrozumiałem…

Urzędy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (118)

#87274

(PW) ·
| Do ulubionych
COVID, pandemia, wiadomo. Nie mam żadnych zastrzeżeń do obostrzeń i do tego, że różne instytucje - także urzędy - funkcjonują nieco inaczej (i mniej dla mnie wygodnie) niż zwykle. Nawet jak niektóre środki czy procedury wydają się przesadzone czy nielogiczne, zakładam, że skoro nie jestem fachowcem (lekarzem, epidemiologiem etc.), to nie będę się mądrzył. Ale czasami bezsens i brak logiki po prostu mnie załamują…

Urząd Skarbowy w moim mieście (30 km od stolicy). Potrzebowałem pewnego papierka - w ubiegłym roku też go potrzebowałem, więc znałem procedurę: przychodzę, wypełniam odpowiedni formularz (żeby dostać papierek trzeba złożyć papierek, jakaś równowaga musi być w biurokracji…) i następnego dnia zgłaszam się po odbiór potrzebnego dokumentu.

No, ale to było w ubiegłym roku. Teraz jest pandemia. Teraz nie ma tak szybko. Urząd ma na wydanie papierka tydzień (papierek wymaga na oko 3 minut pracy pani z okienka: sprawdzenie obywatela po numerze PESEL, znalezienie odpowiedniej rubryczki w bazie danych, kliknięcie "drukuj", przybicie pieczątki i podpis).

Ale OK, nie spieszy mi się, może być za tydzień. Z ciekawości jednak pytam, dlaczego taki czas? Bo każdy złożony dokument zanim będzie "obsługiwany" spędza 48 godzin "w kwarantannie".

Czyli: nie daję papierka pani w okienku (bo w końcu cholera wie, czy nie jestem nosicielem…), tylko wrzucam go do specjalnej urny. Urna jest otwierana po dwóch dniach - i dopiero wtedy ktoś bierze ten mój papierek do ręki i zaczyna coś z nim robić.

No OK, rozumiem - urzędnicy też boja się o swoje (i swoich bliskich) zdrowie, nie mam zastrzeżeń. Ale…

Przychodzę do urzędu. Biorę z półki odpowiedni formularz, który umożliwi mi dostanie potrzebnego papierka. Wypełniam (własnym piórem), a potem pytam panią w okienku (z odległości kilku metrów), gdzie znajduje się ta urna, do której mam wrzucić formularz na te 48 godzin.

- A już pan wypełnił? To proszę mi pokazać, sprawdzę, czy wszystko jest dobrze, żeby nie musiał pan drugi raz przychodzić.

I… tak, właśnie tak. Podchodzę, DAJE PANI PAPIEREK DO RĘKI, ona go sprawdza, po czym oddaje mi, żebym wrzucił go na 48 godzin do specjalnej urny, w której przejdzie kwarantannę.

Ta-daammm!

Urzędy Pandemia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (164)

#87275

(PW) ·
| Do ulubionych
Szlag mnie trafi po prostu.

Dzwoni znajoma. - Dostałeś? - pyta.

- Ale co dostałem…? - odpowiadam zdezorientowany.

- No prezent urodzinowy…

Ha. Urodziny miałem w lipcu, ale znajoma byt wtedy daleko. A teraz jest bliżej i wysłała mi prezent. Symboliczny, ale miły. Za pośrednictwem Poczty Polskiej. I to był błąd.

- Kiedy wysłałaś? - pytam. Okazuje się, że koło 25 września. Czyli minęły lekko licząc trzy tygodnie. Znajoma mieszka w Warszawie. Ja mieszkam 30 km od Warszawy.

Zaraz, zaraz… A kiedy to ja ostatnio widziałem naszego listonosza? Jakoś dawno zdaje się?… Po chwili analizy okazuje się, że na pewno nie widziałem go od początku października. I faktycznie, od ponad dwóch tygodni w skrzynce nie było NIC. W codziennym zabieganiu jakoś o tym nie myślałem, ale kurczę: znajoma wysłała przesyłkę, ktoś inny też mówił, że coś mi wysłał, rachunek za gaz powinien już dawno przyjść. Szybka kwerenda wśród sąsiadów - rzeczywiście, oni też dawno nie widzieli listonosza i nic do skrzynek nie dostają.

Jadę na pocztę. Czekam w kolejce do okienka 20 minut (przede mną tylko trzy osoby, no ale jak to na poczcie: na sześć okienek czynne są dwa). Wreszcie jestem przy okienku i tłumaczę pani za szybką, o co chodzi.

- A tak! - odpowiada pani pogodnie i z uśmiechem, nie wyglądając na speszoną. - Bo wasz listonosz jest na zwolnieniu. Od trzech tygodni.

I co - od trzech tygodni NIKT nie rozwozi poczty na naszym osiedlu? Ano nikt. Ale nie ma żadnego zastępstwa? Ano nie ma. Ale mam się nie martwić, pani zaraz sprawdzi, czy coś do mnie przyszło. Pani bierze ode mnie dane i adres, idzie na zaplecze. Nie ma jej 10 minut. Wraca z grubym naręczem przesyłek. A wśród nich przesyłka od mojej znajomej, trzy listy, dwa zaległe rachunki (termin zapłaty jednego z nich minął tydzień temu) i - na deser - dwa ważne listy z ZUS.

Listy z ZUS dotyczą sprawy, którą powinienem (według nich) załatwić półtora tygodnia temu. I - z różnych powodów - wtedy zajęłoby mi to pewnie kwadrans w lokalnym oddziale, ale dziś już się nie da: termin minął, co oczywiście da się załatwić, ale muszę w tym celu pojechać do Warszawy, czyli stracić pół dnia.

Poczta Polska. Listonosz jest na zwolnieniu, więc ludzie przez TRZY TYGODNIE nie dostają korespondencji. Nikogo nie ma na zastępstwie, a poczta nie wpada nawet na to, żeby to w jakiś sposób ogłosić, żeby ci, co czekają na ważne przesyłki, wiedzieli, że mogą je odebrać sami. - No ale czym się pan martwi, przecież nic nie zginie, wszystko dojdzie, spokojnie!

Zamierzam oczywiście napisać skargę. I oczywiście mam pełną świadomość, że to nic nie da.

poczta

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (159)

#87140

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam historię 87123 - i tak sobie myślę... Klienci. Prywatne firmy. A co w sytuacji, kiedy własnym językiem nie potrafią się posługiwać urzędnicy państwowi?

Dostałem parę lat temu mandat za przekroczenie prędkości - zwykle jeżdżę bardzo spokojnie, ale zamyśliłem się i w miejscu gdzie byt ograniczenie do 90 km/h jechałem 99. I złapał mnie fotoradar.

Co, że takie małe przekroczenie? No właśnie: bo to było we Francji. I tam nie ma, że "małe": przekroczenia do 5 km/h odpuszczają, bo biorą poprawkę na "błąd pomiaru", ale COKOLWIEK wyżej - nie ma zmiłuj.

No więc po powrocie z wakacji dostałem mandat. Pocztą.

Zero zastrzeżeń do samego mandatu, żeby nie było: przekroczyłem, moja wina, grzecznie zapłaciłem.

Ale...

List, który dostałem (na oficjalnym papierze z francuską flagą etc.) składał się z 8 stron. Były tam wszelkie potrzebne informacje - gdzie przekroczyłem prędkość, o ile, zdjęcie mojego samochodu z opisem, dokładne wyjaśnienie jak można ten mandat zapłacić, gdzie można się odwoływać, jeśli się uzna, że mandat jest niesłuszny... I tak dalej, i tak dalej.

Osiem stron. PO POLSKU. I wszystko napisane poprawną, "gładką" polszczyzną. Bez błędów, bez literówek, bez niezręcznych konstrukcji gramatycznych. Takie zawodowe zboczenie (jestem tłumaczem i redaktorem, język to moja praca): przeczytałem to wszystko trzy razy (!), dokładnie i powoli, starając się znaleźć jakiś błąd. Nic. Nawet przecinki były dokładnie tam, gdzie być powinny.

Co w tym piekielnego, zapytacie?

Weźcie do ręki dowolne, oficjalne pismo z polskiego urzędu. Z gminy, z Urzędu Skarbowego, z ZUS... Mnóstwo błędów, literówek, formy gramatyczne takie, że zęby bolą, o interpunkcji już nawet nie wspominam.

Jak to jest, że gdzieś za granicą mogą napisać do mnie urzędowy list poprawnie i bez błędów - a z polskiego urzędu wysyłają pisma, za które ich dzieci w szkołach podstawowych dostałyby jedynki za samą formę?

urzędy

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (201)

#68581

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Lenki (http://piekielni.pl/68562) przypomniała mi inna historyjkę sprzed jakichś 15 lat...

Pracowałem jako dziennikarz w redakcji pewnej dużej gazety. Nowoczesny biurowiec, "open-space" (to oczywiste, każdy z każdym musi mieć szybki kontakt) - ale też świadomość, że kolega obok pisze (być może) jakiś bardzo ważny tekst "na wczoraj", więc każdy z nas starał się nie robić za dużo niepotrzebnego hałasu.

Mieliśmy kolegę (nazwijmy go Kowalski), zresztą bardzo sympatycznego chłopaka, który miał paskudny zwyczaj zostawiania telefonu komórkowego na biurku, kiedy wychodził do toalety/szedł na obiad/na kawę/pogadać z naczelnym etc. Dzwonek w telefonie miał wyjątkowo up…dliwy - takie charakterystyczne "DRRRRYŃ", jak w starych telefonach (przypominam - rzecz się działa 15 lat temu, to były jakieś stare Nokie i Siemensy, żadnej tam polifonii, chamski, elektroniczny dźwięk).

Siedzą ludzie, piszą, spieszą się - bo termin goni, bo zaraz kolegium redakcyjne, bo... - a tu dzwoni telefon. I dzwoni. I dzwoni. A Kowalskiego nie ma, po poszedł się kawy napić. A rozmówca zdeterminowany - minuta przerwy i dzwoni znowu. I tak 20 razy dziennie.

Szlag wszystkich trafiał. Tłumaczyliśmy Kowalskiemu: albo, chłopie, zabieraj telefon ze sobą, albo wyciszaj go wychodząc.
Przepraszał, obiecywał poprawę - ale zapominał i nazajutrz było to samo.
Aż ktoś miał dość i pod nieobecność Kowalskiego wziął jego telefon, wszedł w menu i... zmienił mu język. Na chiński.

Kowalski po powrocie męczył się chyba godzinę - ale bez skutku: żeby zmienić język, musiał nawigować po menu, a do tego musiał wiedzieć, co jest napisane na ekranie. A nie wiedział, bo nie znał, biedak, chińskiego. I nikt w redakcji nie znał. Pech. A komórka (jak wspominałem) stara, menu bez numeracji (jak w niektórych Nokiach), no po prostu kanał.
Kowalski musiał oddać telefon do serwisu, gdzie mu jakoś przywrócili język ojczysty, przy okazji (co za pech...) kasując całą książkę telefoniczną.

I wiecie co? Niesamowita historia: Kowalski nigdy więcej nie zapomniał telefonu odchodząc od biurka - nawet jak szedł trzy metry do kosza na śmieci...

redakcja hałas

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (192)