Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

janhalb

Zamieszcza historie od: 4 lutego 2011 - 17:48
Ostatnio: 5 kwietnia 2021 - 10:58
  • Historii na głównej: 46 z 54
  • Punktów za historie: 19798
  • Komentarzy: 854
  • Punktów za komentarze: 6785
 

#87865

(PW) ·
| Do ulubionych
Prawie pół roku temu opisywałem przygody z Pocztą Polską w moim mieście (listonosz na zwolnieniu, żadnego zastępstwa, przez prawie miesiąc zero korespondencji w skrzynce - szczegóły tu: https://piekielni.pl/87275).

No i deja vu. Czekam na ważną przesyłkę poleconą. W środku dokumenty, które są naprawdę pilne. Nadawca nadał je tydzień wcześniej, poleconym priorytetem, w Warszawie (ze stolicy do mojego miasta jest 30 km). Przesyłki nie ma. Zaświtało mi, że może to powtórka z rozrywki - problem chorego listonosza?… Dzwonię do urzędu pocztowego, żeby się dowiedzieć (bo jeśli listonosz nie chodzi, pojadę na pocztę, żeby przesyłkę odebrać, ale jeśli problem jest gdzie indziej, to po cholerę mam w środku pandemii pchać się na pocztę?). Dzwonię. Dzwonię. DZWONIĘ. Nikt nie odbiera. Są godziny pracy, przypominam.

Olśniło mnie, że przy okazji jakiejś sprawy dostałem numer telefonu na komórkę do naszego listonosza. Dzwonię. Listonosz (skądinąd bardzo porządny gość, życzliwy, uczynny i kulturalny), choć nieco zdziwiony moim telefonem, potwierdza, że jest chory i "z tego, co wie", nikt go nie zastępuje.

No żesz do licha… Jadę na pocztę. Stoję GODZINĘ w kolejce (z czego pierwsze 40 minut na dworze, bo obostrzenia, bo w środku max. 5 osób). Na sześć okienek czynne trzy (to i tak postęp, zwykle czynne są dwa). Pani w okienku najpierw przez trzy minuty wypytuje mnie, czy jestem pewien, że ta przesyłka już przyszła. I skąd została nadana. I KIEDY została nadana. Ale dokładnie.

Z zaciśniętymi zębami mówię pani wszystko, co wiem, dodając, że do licha JAKIE TO MA ZNACZENIE gdzie, kiedy i przez kogo przesyłka została nadana - jeśli przyszła, to jest. Pani idzie na zaplecze. Nie ma jej kwadrans. Wraca z przesyłką i pyta, czy to do mnie. Nie, no skąd, skoro na kopercie jest moje nazwisko i adres, to na pewno jest to przesyłka do Łotewera Hudefackiego.

OK, odbieram, podpisuję, z jednej strony wkurzony na sytuację (i na straconą godzinę), z drugiej zadowolony, że wreszcie mam to, na co niecierpliwie czekałem.

Wracam do domu. Otwieram kopertę… I zonk: to nie te dokumenty. To znaczy: nadawca ten sam, papiery także dla mnie, ale INNE, wysłane dwa dni później, w innej sprawie. Też potrzebne, rzecz prosta, ale już nie tak pilnie.

Wściekły kontaktuję się z nadawcą. Nadawca potwierdza, że według "śledzenia przesyłek" OBIE przesyłki są już na mojej poczcie i "czekają na doręczenie".

Czyli pani na poczcie znalazła JEDNĄ przesyłkę na moje nazwisko i - choć wiedziała, że listonosz nie chodzi i ludzie nie dostają korespondencji - nie zadała sobie minimum wysiłku, żeby nie sprawdzić czy może jest coś jeszcze. No bo po co.

Dziś czeka mnie kolejna wyprawa na pocztę, kolejna godzina stania w kolejce (w środku pandemii) i wykłócanie się z panią w okienku o to, żeby łaskawie przeszukała przesyłki i wydała mi moją. Nadaną ponad tydzień temu, PRIORYTETOWĄ przesyłkę.

Mam nadzieję, że nie trafię na tę samą panią, bo naprawdę nie wiem, czy będę w stanie zachować spokój.

poczta

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (172)

#87771

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni telefon. Numer nieznany. Odbieram i słyszę... muzyczkę i hasło "Proszę czekać na połączenie".

Więc nie czekam, rozłączam się.

Kwadrans później, ten sam numer. Ta sama historia. Rozłączam się.

Mija pół godziny - ten sam numer. Odbieram już lekko zirytowany, zakładając, że jeśli sytuacja się powtórzy, to dodam numer do czarnej listy i z głowy. Ale nie, tym razem odzywa się jakaś pani. Przedstawia się, mówi, że jest z firmy Blablabla i (z wyraźną pretensją w głosie) mówi, że dzwoni PO RAZ TRZECI, a ja się rozłączam.

- Proszę pani, poprzednio nie słyszałem pani, tylko muzyczkę i informację, że mam czekać na połączenie...

- NO WŁAŚNIE! To dlaczego pan nie czekał?! (serio?)

- A dlaczego miałem czekać? - włącza mi się "trzy piekielny". - Skoro to pani dzwoni, to znaczy, że pani ma do mnie sprawę, więc nie widzę powodu, żebym to ja miał czekać na połączenie. Jak będę chciał posłuchać muzyki to włączę sobie coś z własnej kolekcji.

- Ale ja mam dla pana znakomitą ofertę!

Podziękowałem.

Drodzy telemarketerzy - rozumiem, że taką macie pracę, staram się zawsze być dla Was uprzejmy i kulturalny, jeśli oferta mnie nie interesuje, to mówię o tym grzecznie. Ale, do licha, minimum kultury i zachowania form: jeśli ty WY do mnie dzwonicie, to nie ja mam "czekać na połączenie".

Telemarketerzy.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (182)

#87680

(PW) ·
| Do ulubionych
Próbuję założyć działalność gospodarczą - choć wcale mi się to (z wielu powodów) nie uśmiecha, ale z różnych powodów życiowych okazało się konieczne.

Mamy XXI w., nie trzeba już biegać po stu urzędach, wszystko można załatwić nie wychodząc z domu, on-line: wypełniasz odpowiednie formularze, logujesz się profilem zaufanym (mam), wszystko robi się samo.

Dochodzę do miejsca, w którym trzeba wpisać słynne kody PKD (Polska Klasyfikacja Działalności). O ile główny kod po chwili zastanowienia udaje mi się znaleźć dość łatwo, o tyle kod dodatkowy (drugi, dodatkowy rodzaj działalności) już trudniej. Szukam, szukam… Wyszukiwarka dostępna na stronie CEIDG działa marnie… Myślę - zadzwonię.

Pięć minut sprawdzania - okazuje się, że kwestiami kodów PKD zajmuje się Ośrodek Klasyfikacji i Nomenklatur Urzędu Statystycznego w Łodzi. Podane jest 5 numerów telefonów. Dzwonię. Któryś w końcu odbiera. Miła pani po drugiej stronie słuchawki przerywa mi po pierwszym zdaniu i informuje, że wszelkie pytania o kody PKD trzeba kierować do ośrodka… na piśmie ("…może być mailem"). Proszę wysłać pytanie, odpowiedź otrzyma pan W CIĄGU DWÓCH MIESIĘCY.

Dwa razy dopytywałem, czy na pewno dobrze zrozumiałem…

Urzędy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (113)

#87274

(PW) ·
| Do ulubionych
COVID, pandemia, wiadomo. Nie mam żadnych zastrzeżeń do obostrzeń i do tego, że różne instytucje - także urzędy - funkcjonują nieco inaczej (i mniej dla mnie wygodnie) niż zwykle. Nawet jak niektóre środki czy procedury wydają się przesadzone czy nielogiczne, zakładam, że skoro nie jestem fachowcem (lekarzem, epidemiologiem etc.), to nie będę się mądrzył. Ale czasami bezsens i brak logiki po prostu mnie załamują…

Urząd Skarbowy w moim mieście (30 km od stolicy). Potrzebowałem pewnego papierka - w ubiegłym roku też go potrzebowałem, więc znałem procedurę: przychodzę, wypełniam odpowiedni formularz (żeby dostać papierek trzeba złożyć papierek, jakaś równowaga musi być w biurokracji…) i następnego dnia zgłaszam się po odbiór potrzebnego dokumentu.

No, ale to było w ubiegłym roku. Teraz jest pandemia. Teraz nie ma tak szybko. Urząd ma na wydanie papierka tydzień (papierek wymaga na oko 3 minut pracy pani z okienka: sprawdzenie obywatela po numerze PESEL, znalezienie odpowiedniej rubryczki w bazie danych, kliknięcie "drukuj", przybicie pieczątki i podpis).

Ale OK, nie spieszy mi się, może być za tydzień. Z ciekawości jednak pytam, dlaczego taki czas? Bo każdy złożony dokument zanim będzie "obsługiwany" spędza 48 godzin "w kwarantannie".

Czyli: nie daję papierka pani w okienku (bo w końcu cholera wie, czy nie jestem nosicielem…), tylko wrzucam go do specjalnej urny. Urna jest otwierana po dwóch dniach - i dopiero wtedy ktoś bierze ten mój papierek do ręki i zaczyna coś z nim robić.

No OK, rozumiem - urzędnicy też boja się o swoje (i swoich bliskich) zdrowie, nie mam zastrzeżeń. Ale…

Przychodzę do urzędu. Biorę z półki odpowiedni formularz, który umożliwi mi dostanie potrzebnego papierka. Wypełniam (własnym piórem), a potem pytam panią w okienku (z odległości kilku metrów), gdzie znajduje się ta urna, do której mam wrzucić formularz na te 48 godzin.

- A już pan wypełnił? To proszę mi pokazać, sprawdzę, czy wszystko jest dobrze, żeby nie musiał pan drugi raz przychodzić.

I… tak, właśnie tak. Podchodzę, DAJE PANI PAPIEREK DO RĘKI, ona go sprawdza, po czym oddaje mi, żebym wrzucił go na 48 godzin do specjalnej urny, w której przejdzie kwarantannę.

Ta-daammm!

Urzędy Pandemia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (160)

#87275

(PW) ·
| Do ulubionych
Szlag mnie trafi po prostu.

Dzwoni znajoma. - Dostałeś? - pyta.

- Ale co dostałem…? - odpowiadam zdezorientowany.

- No prezent urodzinowy…

Ha. Urodziny miałem w lipcu, ale znajoma byt wtedy daleko. A teraz jest bliżej i wysłała mi prezent. Symboliczny, ale miły. Za pośrednictwem Poczty Polskiej. I to był błąd.

- Kiedy wysłałaś? - pytam. Okazuje się, że koło 25 września. Czyli minęły lekko licząc trzy tygodnie. Znajoma mieszka w Warszawie. Ja mieszkam 30 km od Warszawy.

Zaraz, zaraz… A kiedy to ja ostatnio widziałem naszego listonosza? Jakoś dawno zdaje się?… Po chwili analizy okazuje się, że na pewno nie widziałem go od początku października. I faktycznie, od ponad dwóch tygodni w skrzynce nie było NIC. W codziennym zabieganiu jakoś o tym nie myślałem, ale kurczę: znajoma wysłała przesyłkę, ktoś inny też mówił, że coś mi wysłał, rachunek za gaz powinien już dawno przyjść. Szybka kwerenda wśród sąsiadów - rzeczywiście, oni też dawno nie widzieli listonosza i nic do skrzynek nie dostają.

Jadę na pocztę. Czekam w kolejce do okienka 20 minut (przede mną tylko trzy osoby, no ale jak to na poczcie: na sześć okienek czynne są dwa). Wreszcie jestem przy okienku i tłumaczę pani za szybką, o co chodzi.

- A tak! - odpowiada pani pogodnie i z uśmiechem, nie wyglądając na speszoną. - Bo wasz listonosz jest na zwolnieniu. Od trzech tygodni.

I co - od trzech tygodni NIKT nie rozwozi poczty na naszym osiedlu? Ano nikt. Ale nie ma żadnego zastępstwa? Ano nie ma. Ale mam się nie martwić, pani zaraz sprawdzi, czy coś do mnie przyszło. Pani bierze ode mnie dane i adres, idzie na zaplecze. Nie ma jej 10 minut. Wraca z grubym naręczem przesyłek. A wśród nich przesyłka od mojej znajomej, trzy listy, dwa zaległe rachunki (termin zapłaty jednego z nich minął tydzień temu) i - na deser - dwa ważne listy z ZUS.

Listy z ZUS dotyczą sprawy, którą powinienem (według nich) załatwić półtora tygodnia temu. I - z różnych powodów - wtedy zajęłoby mi to pewnie kwadrans w lokalnym oddziale, ale dziś już się nie da: termin minął, co oczywiście da się załatwić, ale muszę w tym celu pojechać do Warszawy, czyli stracić pół dnia.

Poczta Polska. Listonosz jest na zwolnieniu, więc ludzie przez TRZY TYGODNIE nie dostają korespondencji. Nikogo nie ma na zastępstwie, a poczta nie wpada nawet na to, żeby to w jakiś sposób ogłosić, żeby ci, co czekają na ważne przesyłki, wiedzieli, że mogą je odebrać sami. - No ale czym się pan martwi, przecież nic nie zginie, wszystko dojdzie, spokojnie!

Zamierzam oczywiście napisać skargę. I oczywiście mam pełną świadomość, że to nic nie da.

poczta

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (152)

#87140

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam historię 87123 - i tak sobie myślę... Klienci. Prywatne firmy. A co w sytuacji, kiedy własnym językiem nie potrafią się posługiwać urzędnicy państwowi?

Dostałem parę lat temu mandat za przekroczenie prędkości - zwykle jeżdżę bardzo spokojnie, ale zamyśliłem się i w miejscu gdzie byt ograniczenie do 90 km/h jechałem 99. I złapał mnie fotoradar.

Co, że takie małe przekroczenie? No właśnie: bo to było we Francji. I tam nie ma, że "małe": przekroczenia do 5 km/h odpuszczają, bo biorą poprawkę na "błąd pomiaru", ale COKOLWIEK wyżej - nie ma zmiłuj.

No więc po powrocie z wakacji dostałem mandat. Pocztą.

Zero zastrzeżeń do samego mandatu, żeby nie było: przekroczyłem, moja wina, grzecznie zapłaciłem.

Ale...

List, który dostałem (na oficjalnym papierze z francuską flagą etc.) składał się z 8 stron. Były tam wszelkie potrzebne informacje - gdzie przekroczyłem prędkość, o ile, zdjęcie mojego samochodu z opisem, dokładne wyjaśnienie jak można ten mandat zapłacić, gdzie można się odwoływać, jeśli się uzna, że mandat jest niesłuszny... I tak dalej, i tak dalej.

Osiem stron. PO POLSKU. I wszystko napisane poprawną, "gładką" polszczyzną. Bez błędów, bez literówek, bez niezręcznych konstrukcji gramatycznych. Takie zawodowe zboczenie (jestem tłumaczem i redaktorem, język to moja praca): przeczytałem to wszystko trzy razy (!), dokładnie i powoli, starając się znaleźć jakiś błąd. Nic. Nawet przecinki były dokładnie tam, gdzie być powinny.

Co w tym piekielnego, zapytacie?

Weźcie do ręki dowolne, oficjalne pismo z polskiego urzędu. Z gminy, z Urzędu Skarbowego, z ZUS... Mnóstwo błędów, literówek, formy gramatyczne takie, że zęby bolą, o interpunkcji już nawet nie wspominam.

Jak to jest, że gdzieś za granicą mogą napisać do mnie urzędowy list poprawnie i bez błędów - a z polskiego urzędu wysyłają pisma, za które ich dzieci w szkołach podstawowych dostałyby jedynki za samą formę?

urzędy

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (195)

#68581

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Lenki (http://piekielni.pl/68562) przypomniała mi inna historyjkę sprzed jakichś 15 lat...

Pracowałem jako dziennikarz w redakcji pewnej dużej gazety. Nowoczesny biurowiec, "open-space" (to oczywiste, każdy z każdym musi mieć szybki kontakt) - ale też świadomość, że kolega obok pisze (być może) jakiś bardzo ważny tekst "na wczoraj", więc każdy z nas starał się nie robić za dużo niepotrzebnego hałasu.

Mieliśmy kolegę (nazwijmy go Kowalski), zresztą bardzo sympatycznego chłopaka, który miał paskudny zwyczaj zostawiania telefonu komórkowego na biurku, kiedy wychodził do toalety/szedł na obiad/na kawę/pogadać z naczelnym etc. Dzwonek w telefonie miał wyjątkowo up…dliwy - takie charakterystyczne "DRRRRYŃ", jak w starych telefonach (przypominam - rzecz się działa 15 lat temu, to były jakieś stare Nokie i Siemensy, żadnej tam polifonii, chamski, elektroniczny dźwięk).

Siedzą ludzie, piszą, spieszą się - bo termin goni, bo zaraz kolegium redakcyjne, bo... - a tu dzwoni telefon. I dzwoni. I dzwoni. A Kowalskiego nie ma, po poszedł się kawy napić. A rozmówca zdeterminowany - minuta przerwy i dzwoni znowu. I tak 20 razy dziennie.

Szlag wszystkich trafiał. Tłumaczyliśmy Kowalskiemu: albo, chłopie, zabieraj telefon ze sobą, albo wyciszaj go wychodząc.
Przepraszał, obiecywał poprawę - ale zapominał i nazajutrz było to samo.
Aż ktoś miał dość i pod nieobecność Kowalskiego wziął jego telefon, wszedł w menu i... zmienił mu język. Na chiński.

Kowalski po powrocie męczył się chyba godzinę - ale bez skutku: żeby zmienić język, musiał nawigować po menu, a do tego musiał wiedzieć, co jest napisane na ekranie. A nie wiedział, bo nie znał, biedak, chińskiego. I nikt w redakcji nie znał. Pech. A komórka (jak wspominałem) stara, menu bez numeracji (jak w niektórych Nokiach), no po prostu kanał.
Kowalski musiał oddać telefon do serwisu, gdzie mu jakoś przywrócili język ojczysty, przy okazji (co za pech...) kasując całą książkę telefoniczną.

I wiecie co? Niesamowita historia: Kowalski nigdy więcej nie zapomniał telefonu odchodząc od biurka - nawet jak szedł trzy metry do kosza na śmieci...

redakcja hałas

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (191)

#84591

(PW) ·
| Do ulubionych
Poczta Polska. Piekielny temat-rzeka.

Raz w miesiącu wysyłam coś pocztą, zawsze pod ten sam adres (mieszkam 30 km od Warszawy, adres jest w Warszawie). Ponieważ chodzi o rachunek za wykonaną pracę, kiedyś wysyłałem poleconym - ale od jakiegoś czasu wysyłam zwykłym listem: nie jest to super-ważny dokument, jak zginie - zawsze mogę wydrukować i wysłać jeszcze raz, a stanie pół godziny w kolejce do okienka po to, żeby wysłać jeden list, doprowadza mnie do szału.

Kupiłem więc na zapas kopert i znaczków ("nominał a", bez podanej ceny, na zwykły list) - teraz tylko adresuję, naklejam znaczek i wrzucam do skrzynki.

No i wrzuciłem taki właśnie list - tydzień temu. Tylko akurat skończyły mi się zwykłe koperty, więc włożyłem go do koperty A4. No ale przecież to bez różnicy, prawda? Koperta może większa, ale wagi zwykłego listu przecież nie przekracza, zwłaszcza, że w środku jest JEDNA kartka papieru, prawda?

Nieprawda.

Dziś list wylądował z powrotem w mojej skrzynce pocztowej - zwrot, bo niedopłata w wysokości 70 gr.

Pomijam już fakt, że list wrzuciłem do skrzynki przy poczcie TYDZIEŃ TEMU, w czwartek, więc na logikę powinien wrócić najdalej w poniedziałek. Ale dlaczego "niedopłata"?

Idę na pocztę, pytam. A pani w okienku - skądinąd grzeczna i uprzejma - tłumaczy mi, że właśnie bodaj od kwietnia weszły nowe przepisy. I teraz liczy się nie tylko waga listu, ale też jego wymiary. I pokazuje mi specjalną, plastikową ramkę z dwoma wycięciami. Jak się koperta mieści w pierwszym wycięciu - to jest zwykły, najtańszy list. Jak dopiero w drugim - to trzeba dopłacić. Niezależnie od tego, że nadal jest to JEDNA kartka papieru w JEDNEJ, cienkiej kopercie.

Czy poczta informowała o tych zmianach? No nie bardzo - chyba, że ktoś nadaje list w okienku, to się dowie, że musi dopłacić. Czy jak kupuję koperty, to jestem w stanie "na oko" stwierdzić, która pasuje? też nie. To znaczy, jasne - zwykła "mała" koperta wchodzi w "najmniejsze wycięcie". Ale już ciut większe koperty A5 - nie wszystkie. Niektóre wchodzą. A inne minimalnie przekraczają - więc dopłacasz. Mimo, że "na oko" wyglądają tak samo.

Czyli jak kupujesz koperty nie na poczcie, a w supermarkecie czy sklepie papierniczym, to nie masz pewności, jaki znaczek musisz nalepić.

Kto wymyślił taki idiotyzm?! Czy nie można było ustalić, że "podstawowy" znaczek obejmuje np. koperty do wagi X i do rozmiaru A5? Naprawdę, w XXI wieku pani na poczcie przykłada mój list do wycięcia w plastikowej tabliczce i sprawdza, czy się mieści…?

Wziąłem z półki cztery różne rodzaje kopert A5 - czyli TEORETYCZNIE o takich samych rozmiarach. Trzy okazały się "za duże". Czwarta "się mieściła". Kupiłem zatem na zapas trochę tego czwartego rodzaju i modlę się, żeby nie było za zimno - bo jak od temperatury "wzorzec" się skurczy, to znowu list wróci do mnie…

poczta

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (167)

#84844

(PW) ·
| Do ulubionych
Uliczka na osiedlu domków. Jadę samochodem. Przede mną młody człowiek na rowerze jedzie w tym samym kierunku co ja - muszę go wyprzedzić. Ale coś mi nie gra: gość jedzie jakoś niepewnie, trochę odbija od krawężnika w stronę środka jezdni, wraca, znowu odbija...

Ponieważ ruch na uliczce jest "zerowy" (poza nami dwoma żadnego pojazdu w polu widzenia), na wszelki wypadek omijam rowerzystę NAPRAWDĘ dużym łukiem, zjeżdżając prawie pod lewy krawężnik. Ale i to okazuje się za mało: akurat w momencie, kiedy go wyprzedzam, on nagle odbija w lewo i zjeżdża mi prawie pod auto. Pijany..?

Nie. Chłopak jedzie "bez trzymanki", ponieważ obie ręce ma zajęte: lewą trzyma smartfona, prawą coś na nim pisze (SMS? posta na Fejsbuniu? Nie wiem). I oczywiście nie patrzy na drogę, tylko w ekran.

Dałem ostro po hamulcach i odruchowo - wkurzony - zatrąbiłem. Dureń dopiero wtedy załapał, że w ogóle ktoś poza nim jest na ulicy... i przestraszył się na tyle, że wypuścił telefon. Sam jakoś utrzymał równowagę, nie wywalił się - ale telefon niestety rozwalony.

I co? I pretensja. Wrzask - że przeze mnie (!) stracił drogi telefon, że ja teraz muszę mu odkupić (!), że on policję wzywa... Wkurzyłem się tak, że mu nagadałem jak dawno nikomu - i sam wyciągnąłem telefon, żeby zadzwonić na policję. Otrzeźwiał, złapał rozwalony smartfon i zwiał.

No powiedzcie, jakim trzeba być kompletnym bezmózgiem, żeby jechać ULICĄ, nie trzymając kierownicy i nie patrząc na drogę. Kolejny kandydat do Nagrody Darwina nam rośnie.

I żeby nie było - nie krytykuję rowerzystów jako takich, sam dużo jeżdżę na dwóch kółkach - ale staram się przy tym MYŚLEĆ.

rowerzysta

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (146)

#84592

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój syn dostał pewne stypendium, w ramach którego może pojechać m. in. na kurs językowy w wakacje. Stypendium nie jest kosmiczne, ale coś tam się dołoży, dziadkowie też zadeklarowali, że się dołożą - wyliczyliśmy, że "do wydania" mamy jakieś 3,5 tysiąca - maksymalnie do 4. Wydawało mi się, że w tej cenie dwutygodniowy wyjazd językowy do kraju anglojęzycznego da się zorganizować.

Dłuższe szukanie dowiodło, że nie jest to takie proste. Ale OK, proszę bardzo: znajduję kurs językowy w dość znanej szkole. Kurs dwutygodniowy, na Malcie (taniej, niż w Wielkiej Brytanii czy Irlandii). Cena - 3 690 zł, czyli mieści się. OK, szkoła jasno mówi, że w cenie nie ma biletów lotniczych - ale w końcu żyjemy w XXI w., są tanie linie, jak się szybko zamówi to można polecieć i wrócić za niewielkie pieniądze.

Dzwonię, pytam o szczegóły. Miła pani prosi o adres e-mail, przyśle mi szczegółowe wyliczenie.

I przysyła.

Kurs Wakacyjny (!) - 3690 zł.
Podręczniki - 180 zł.
Ubezpieczenie - 220 zł.

OK, dotąd jeszcze rozumiem (choć Bogiem a prawdą, skoro to KURS JĘZYKOWY, do podręczniki powinny być uwzględnione w cenie). Ale dwie kolejne pozycje sprawiają, że cała impreza przestaje mieć jakikolwiek sens:

Opłata administracyjna - 490 zł (serio? pięć stów za „administrację”?)

...i na koniec coś, co mnie po prostu rozwaliło (przypominam, mówimy o kursie WAKACYJNYM):

Dopłata za sezon letni (!) - 700 zł.

No tak, skoro oferta jest wystawiona w maju, a kurs nazywa się "wakacyjny", to za sezon letni trzeba dopłacić, a bez dopłaty będzie w listopadzie. Logiczne, prawda?

A do tego dochodzi:

Transfer w obie strony (czyli dowiezienie nieletniego bądź co bądź delikwenta z lotniska do ośrodka) - 150 zł.

Ubezpieczenie od kosztów rezygnacji (!) - 295 zł.


...i w ten sposób z katalogowych 3690 zł robi się 5725 zł. NIE LICZĄC biletów na samolot.

Ta-Dammm!

Ja rozumiem, że katalogowa cena może powiększyć się o 10%. No dobra, o 15%. Jak cena rzeczywista różni się od katalogowej o 20%, to już jest dużo.

Tutaj cena rzeczywista od katalogowej różni się o 55%. Sama "dopłata za sezon letni" to już 20% ceny katalogowej!

Rozumiem, że w cenie z katalogu nie uwzględnia się ubezpieczenia. Rozumiem jeszcze, od biedy, że nie uwzględnia się przewozu z lotniska do ośrodka (bo może ktoś woli zorganizować to na własną rękę). Rozumiem też - oczywiście - że nie wlicza się opłat DODATKOWYCH (jakichś wejść do muzeów etc. i innych atrakcji) nie będących częścią kursu.

Ale podręczniki, "opłata administracyjna" (czegokolwiek miałaby dotyczyć) czy ta nieszczęsna "dopłata za sezon letni" to są przecież integralne koszty kursu, bez których nie da się wziąć w nim udziału. Więc po co dawać na stronie www i w katalogu cenę, która ma się nijak do rzeczywistych kosztów?

Jak dla mnie - medal Janusza Marketingu...

Kursy językowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (223)