Profil użytkownika
janhalb
| Zamieszcza historie od: | 4 lutego 2011 - 17:48 |
| Ostatnio: | 10 grudnia 2025 - 12:45 |
- Historii na głównej: 80 z 88
- Punktów za historie: 24407
- Komentarzy: 1507
- Punktów za komentarze: 12001
Najpierw obrazek:
Odcinek drogi liczący jakieś dwa kilometry, w okolicy niewielkiego miasteczka, między dwiema wsiami. Droga biegnie przez las (jest poza terenem zabudowanym), ale wzdłuż niej gmina zbudowała chodnik. Być może z powodu tego chodnika na całej długości drogi stoją znaki ograniczenia prędkości do 50 km/h - czyli jak w obszarze zabudowanym. Na moje oko to lekka przesada (droga jest prosta, żadnych ostrych zakrętów, żadnych nietypowych skrzyżowań, żadnych domów - a w dodatku jest ten chodnik dla pieszych) - no ale OK, jest ograniczenie, rozumiem. Ponieważ (przypomnę) jesteśmy poza terenem zabudowanym, znak ograniczenia do 50 stoi za każdym skrzyżowaniem z drogą poprzeczną (są trzy takie skrzyżowania na tym odcinku).
Na końcu dwukilometrowego odcinka droga "wpada" do kolejnej wioski w taki sposób, że jest dość ciasny "ślepy" zakręt. Więc przed ty zakrętem jest znak ograniczenia do 30. I to akurat zdecydowanie ma sens. Ale…
Ale jakieś 50 metrów przed tym zakrętem jest ostatnie z trzech wymienionych skrzyżowań. Więc zaraz za skrzyżowaniem stoi "przypominający" znak ograniczenia do 50, a dokładnie 9 metrów za nim (sprawdziłem) - znak ograniczenia do 30.
Kompletny bezsens: jaki ma sens taka "znakoza"? Czy po przejechaniu skrzyżowania mogę jechać 50, ale 9 metrów dalej mam zwolnić do 30? Idiotyzm - powinien od razu za skrzyżowaniem być znak ograniczenia do 30.
Ale to nie koniec. Ostatnio na tym zakręcie zaczęły się jakieś małe roboty drogowe. Więc za znakami 50 i 30, po kolejnych dziecięciu metrach, postawili trzeci znak. Tym razem z ograniczeniem do 40.
Czyli na odcinku łącznie +/- 20 metrów stoją TRZY znaki: najpierw ograniczenie do 50, kilka metrów dalej - już do 30, ale po kolejnych kilku metrach - do 40.
Nie mówiąc już o tym, że z powodu robót drogowych sugerują kierowcom ZWIĘKSZENIE prędkości (z 30 do 40).
Bezmyślność panów drogowców sprawia, że ręce opadają.
Ne da się tu niestety wrzucić zdjęcia, ale wrzuciłem w chmurę, można zobaczyć:
https://mega.nz/file/04MWxAhI#Dh_IIeRgASZ7I8d8Mm26Ogjonhc_6BqslCY1IdBSq5M
Odcinek drogi liczący jakieś dwa kilometry, w okolicy niewielkiego miasteczka, między dwiema wsiami. Droga biegnie przez las (jest poza terenem zabudowanym), ale wzdłuż niej gmina zbudowała chodnik. Być może z powodu tego chodnika na całej długości drogi stoją znaki ograniczenia prędkości do 50 km/h - czyli jak w obszarze zabudowanym. Na moje oko to lekka przesada (droga jest prosta, żadnych ostrych zakrętów, żadnych nietypowych skrzyżowań, żadnych domów - a w dodatku jest ten chodnik dla pieszych) - no ale OK, jest ograniczenie, rozumiem. Ponieważ (przypomnę) jesteśmy poza terenem zabudowanym, znak ograniczenia do 50 stoi za każdym skrzyżowaniem z drogą poprzeczną (są trzy takie skrzyżowania na tym odcinku).
Na końcu dwukilometrowego odcinka droga "wpada" do kolejnej wioski w taki sposób, że jest dość ciasny "ślepy" zakręt. Więc przed ty zakrętem jest znak ograniczenia do 30. I to akurat zdecydowanie ma sens. Ale…
Ale jakieś 50 metrów przed tym zakrętem jest ostatnie z trzech wymienionych skrzyżowań. Więc zaraz za skrzyżowaniem stoi "przypominający" znak ograniczenia do 50, a dokładnie 9 metrów za nim (sprawdziłem) - znak ograniczenia do 30.
Kompletny bezsens: jaki ma sens taka "znakoza"? Czy po przejechaniu skrzyżowania mogę jechać 50, ale 9 metrów dalej mam zwolnić do 30? Idiotyzm - powinien od razu za skrzyżowaniem być znak ograniczenia do 30.
Ale to nie koniec. Ostatnio na tym zakręcie zaczęły się jakieś małe roboty drogowe. Więc za znakami 50 i 30, po kolejnych dziecięciu metrach, postawili trzeci znak. Tym razem z ograniczeniem do 40.
Czyli na odcinku łącznie +/- 20 metrów stoją TRZY znaki: najpierw ograniczenie do 50, kilka metrów dalej - już do 30, ale po kolejnych kilku metrach - do 40.
Nie mówiąc już o tym, że z powodu robót drogowych sugerują kierowcom ZWIĘKSZENIE prędkości (z 30 do 40).
Bezmyślność panów drogowców sprawia, że ręce opadają.
Ne da się tu niestety wrzucić zdjęcia, ale wrzuciłem w chmurę, można zobaczyć:
https://mega.nz/file/04MWxAhI#Dh_IIeRgASZ7I8d8Mm26Ogjonhc_6BqslCY1IdBSq5M
Oznaczenia dróg
Ocena:
117
(129)
Bardzo jestem ciekaw, jak tym razem ideowi obrońcy ZUS będą bronić tej instytucji…
Sytuacja opisana wcześniej (wdowiec, troje dzieci, dzieci dostają rentę po mamie). Jak wiecie, w naszym kraju emeryci i renciści dostają dwa razy w roku dodatkową emeryturę lub rentę (13. i 14.). Dotyczy to także rent rodzinnych. 13. emerytura / renta wypłacana jest zwykle razem z kwietniową, 14. - razem z wrześniową.
Przedwczoraj (piątek, 22 listopada) wyciągam ze skrzynki pocztowej dwa listy od ZUS. Nie ukrywam, że już samo logo tej instytucji na kopercie wywołuje we mnie odruch irytacji "…czego znowu ode mnie chcą". Kolejne zaświadczenie? Coś gdzieś nie dotarło i trzeba jeszcze raz?
Nie, nic z tych rzeczy. Listy są dwa. Jeden adresowany do mnie (dotyczy młodszego, niepełnoletniego syna, oraz córki, której jestem przedstawicielem, bo ona jest za granicą). Drugi do starszego syna.
Oba zawierają to samo.
DECYZJĘ o przyznaniu "dodatkowego świadczenia" (czyli rzeczonej 14. renty).
Tak, tego samego "dodatkowego świadczenia", które zostało już wypłacone. WE WRZEŚNIU. Dwa miesiące temu.
Absurd ma tu trzy poziomy.
Po pierwsze - jaki ma sens informowanie obywatela o DECYZJI, która dawno już została wykonana? Skoro we wrześniu moje dzieci dostały to dodatkowe świadczenie, to chyba logiczne, że decyzja o jego przyznaniu zapadła. Racjonalne byłoby wysłanie informacji o tym, że świadczenie NIE zostało przyznane (choć wtedy także dostanie tej informacji po dwóch miesiącach trochę nie ma już sensu…).
Po drugie - ręce opadają - w liście datowanym na 12 listopada (!), poza "decyzją" znajduje się informacja, że "dodatkowe świadczenie" ZOSTANIE WYPŁACONE WE WRZEŚNIU 2025 wraz z normalną rentą za wrzesień. No dobrze wiedzieć, będę czekał. A nie, zaraz…
No i do tego oczywiście dochodzi klauzula, że "jeśli nie zgadzamy się z podjętą decyzją, to możemy składać odwołanie…" etc. Ja wiem, oczywiście, że to dodatek "z automatu", ale kiedy dotyczy czegoś, co już się wydarzyło, to naprawę zaczyna się czuć jak w skeczu Monty Pythona.
Po trzecie - nie do przeskoczenia… - dlaczego, do licha ciężkiego, dostaję tę wiadomość w formie papierowej, do skrzynki, skoro od dawna mam konto w serwisie PUE ZUS i mógłbym odebrać ją elektronicznie? O kwestiach ekologicznych i marnowaniu papieru już nawet nie wspominam, ale - do licha! - jeden taki list (zwykły) to 4,90 zł. W Polsce mamy koło 8 milionów emerytów i rencistów, z których zdecydowana większość dostaje te "dodatkowe świadczenia". Czyli dwa razy do roku ZUS wywala lekką ręką jakieś trzydzieści parę milionów złotych (z naszych pieniędzy!) na wysyłanie informacji, która nie tylko nikomu nie jest potrzebna (bo każdy już ją zna), ale jest spóźniona o dwa miesiące.
Na koniec: BŁAGAM, nie piszcie mi w kometarzach, że "to nie wina ZUS / urzędników, takie są przepisy" etc. Tak, WIEM, że takie są przepisy - i nie mam pretensji do urzędniczki z ZUS, która te pisma bez sensu wysyła, bo to jej praca. Piszę właśnie o piekielności SYSTEMU, w którym przewala się grube miliony (bo przecież koszty pocztowe to nie wszystko, dochodzą jeszcze koszty pracy urzędników…) na absolutnie, kompletnie zbędne działania.
Sytuacja opisana wcześniej (wdowiec, troje dzieci, dzieci dostają rentę po mamie). Jak wiecie, w naszym kraju emeryci i renciści dostają dwa razy w roku dodatkową emeryturę lub rentę (13. i 14.). Dotyczy to także rent rodzinnych. 13. emerytura / renta wypłacana jest zwykle razem z kwietniową, 14. - razem z wrześniową.
Przedwczoraj (piątek, 22 listopada) wyciągam ze skrzynki pocztowej dwa listy od ZUS. Nie ukrywam, że już samo logo tej instytucji na kopercie wywołuje we mnie odruch irytacji "…czego znowu ode mnie chcą". Kolejne zaświadczenie? Coś gdzieś nie dotarło i trzeba jeszcze raz?
Nie, nic z tych rzeczy. Listy są dwa. Jeden adresowany do mnie (dotyczy młodszego, niepełnoletniego syna, oraz córki, której jestem przedstawicielem, bo ona jest za granicą). Drugi do starszego syna.
Oba zawierają to samo.
DECYZJĘ o przyznaniu "dodatkowego świadczenia" (czyli rzeczonej 14. renty).
Tak, tego samego "dodatkowego świadczenia", które zostało już wypłacone. WE WRZEŚNIU. Dwa miesiące temu.
Absurd ma tu trzy poziomy.
Po pierwsze - jaki ma sens informowanie obywatela o DECYZJI, która dawno już została wykonana? Skoro we wrześniu moje dzieci dostały to dodatkowe świadczenie, to chyba logiczne, że decyzja o jego przyznaniu zapadła. Racjonalne byłoby wysłanie informacji o tym, że świadczenie NIE zostało przyznane (choć wtedy także dostanie tej informacji po dwóch miesiącach trochę nie ma już sensu…).
Po drugie - ręce opadają - w liście datowanym na 12 listopada (!), poza "decyzją" znajduje się informacja, że "dodatkowe świadczenie" ZOSTANIE WYPŁACONE WE WRZEŚNIU 2025 wraz z normalną rentą za wrzesień. No dobrze wiedzieć, będę czekał. A nie, zaraz…
No i do tego oczywiście dochodzi klauzula, że "jeśli nie zgadzamy się z podjętą decyzją, to możemy składać odwołanie…" etc. Ja wiem, oczywiście, że to dodatek "z automatu", ale kiedy dotyczy czegoś, co już się wydarzyło, to naprawę zaczyna się czuć jak w skeczu Monty Pythona.
Po trzecie - nie do przeskoczenia… - dlaczego, do licha ciężkiego, dostaję tę wiadomość w formie papierowej, do skrzynki, skoro od dawna mam konto w serwisie PUE ZUS i mógłbym odebrać ją elektronicznie? O kwestiach ekologicznych i marnowaniu papieru już nawet nie wspominam, ale - do licha! - jeden taki list (zwykły) to 4,90 zł. W Polsce mamy koło 8 milionów emerytów i rencistów, z których zdecydowana większość dostaje te "dodatkowe świadczenia". Czyli dwa razy do roku ZUS wywala lekką ręką jakieś trzydzieści parę milionów złotych (z naszych pieniędzy!) na wysyłanie informacji, która nie tylko nikomu nie jest potrzebna (bo każdy już ją zna), ale jest spóźniona o dwa miesiące.
Na koniec: BŁAGAM, nie piszcie mi w kometarzach, że "to nie wina ZUS / urzędników, takie są przepisy" etc. Tak, WIEM, że takie są przepisy - i nie mam pretensji do urzędniczki z ZUS, która te pisma bez sensu wysyła, bo to jej praca. Piszę właśnie o piekielności SYSTEMU, w którym przewala się grube miliony (bo przecież koszty pocztowe to nie wszystko, dochodzą jeszcze koszty pracy urzędników…) na absolutnie, kompletnie zbędne działania.
ZUS
Ocena:
130
(152)
Długo będzie, bo mnie SZLAG TRAFIA.
ZUS nasz ukochany - instytucja o mentalności rodem z głębokiej komuny, biurokratyczny potworek, w którym 90% pracowników czuje się absolutnie zwolnionych z obowiązku myślenia.
Sam problem już tu chyba kiedyś opisywałem, ale za każdym razem wraca w bardziej absurdalnej formie.
Tytułem wstępu: jestem wdowcem (w tym roku minęło 10 lat), mam troje dzieci. Dzieci w chwili śmierci Mamy miały lat 13, 11 oraz 7. Obecnie (jak łatwo obliczyć) mają 23, 21 i 17.
Dzieciom przysługuje renta rodzinna po zmarłej Mamie. Rentę taką dostaje się do ukończenia 18. roku życia - chyba, że się człowiek dalej uczy, wtedy do końca nauki, ale max. do 26. roku życia.
ZUS co roku wymaga zaświadczenia, że dane dziecko się uczy. O ile rozumiem konieczność takiego zaświadczenia dla pełnoletnich, o tyle w Polsce jest OBOWIĄZEK NAUKI do 18. r.ż., więc gdyby dziecko wcześniej "wypadło z systemu", to odpowiednie instytucje raczej by o tym wiedziały. Ergo - ZUS może bez kłopotu SPRAWDZIĆ, czy dziecko się uczy. Ale nie: rodzic dostaje list (papierowy, mimo, że rodzic dawno ma konto na platformie PueZUS…), żeby dostarczyć zaświadczenie. Oczywiście w każdym takim liście jest cała litania przepisów i paragrafów, na podstawie których rodzic MUSI to zrobić, bo jak nie, to.
Rzecz prosta po 18. urodzinach stosowne listy dostaje już nie rodzic, a sam delikwent. No i OK, tu rozumiem: skoro warunkiem otrzymywania renty po 18. r.ż. jest kontynuowanie nauki, to ZUS sprawdza, czy ją kontynuujesz.
Ale…
Od czasu pandemii ZUS ma dodatkowe hobby: otóż oprócz corocznego wezwania do zaświadczenia o kontynuowaniu nauki, co roku we wrześniu czy październiku żąda także zaświadczenia, że młody człowiek UCZYŁ SIĘ (czas przeszły) w poprzednim roku szkolnym / akademickim. Trzeba więc iść oddzielnie do sekretariatu szkoły / do dziekanatu po papierek potwierdzający, że w POPRZEDNIM roku szkolnym nie przerwało się nauki. Teoretycznie (!) taką kontrolę ZUS przeprowadza "wyrywkowo". W praktyce od 2021 CO ROKU żąda dostarczania takich papierków od całej trójki moich dzieci.
Kiedy mój starszy syn skończył liceum i poszedł na studia - oczywiście było to samo. Próbowaliśmy nawet dyskutować z panią na ZUSowskiej infolinii, że skoro we wrześniu 2020 dostarczył zaświadczenie, że się uczy w klasie maturalnej, a w październiku 2021 - że jest studentem pierwszego roku, to wynika z tego jednoznacznie, że SIĘ UCZYŁ przez cały poprzedni rok szkolny (2020/2021) i zdał maturę - przecież gdyby jej nie zdał, to NA LITOŚĆ BOSKĄ nie byłby teraz studentem, prawda?! Czyli ZUS żąda zaświadczenia z informacją, którą JUŻ MA.
Jak grochem o ścianę. Trać czas, idź po papierek (bo oczywiście jakiekolwiek zaświadczenie w formie elektronicznej / wydruk z PDF nie wchodzi w grę, papierek ma być, pieczątka, no!). Więc syn musiał pojechać do szkoły, w której już się nie uczył, tracąc na to dwie godziny w Warszawskich korkach.
Nie wiem - może dałoby się to jakoś przewalczyć, ale kto ma siły i czas użerać się z instytucją o właściwościach lotnych bloku betonu i ciągać się potem po sądach…
Teraz jednak mam sytuację, w której chyba będę zmuszony do użerania się i toczenia wojny.
Moja córka - jak tu już kiedyś pisałem - studiuje za granicą. Przez trzy lata studiowała w Wielkiej Brytanii (studia licencjackie, czyli college). I tak, co roku dostarczała zaświadczenie że dalej studiuje - i co roku kolejne zaświadczenie, że w poprzednim roku TEŻ studiowała (bo oczywiście - jak wyżej - sama informacja, że w poprzednim roku była na 1. roku, a teraz jest na 2. roku, ZUSowi nie wystarcza do wydedukowania, że ten pierwszy rok skończyła i go nie przerwała).
W lipcu tego roku córka skończyła college - i dostała się na studia magisterskie. I tu, proszę wycieczki, zaczyna się problem.
Bo studia magisterskie, które robi moja córka, są nie tylko na innej uczelni - są w innym kraju. Ba - są na innym kontynencie…
Oczywiście zaświadczenie z nowej uczelni, że córka studiuje, już do ZUS trafiło (z tłumaczeniem w wykonaniu tłumacza przysięgłego, bo takie są wymagania).
Ale to za mało. Właśnie odebrałem list z ZUS z żądaniem zaświadczenia, że córka uczyła się w roku 2024/2025 (na szczęście przed wyjazdem do UK podpisała stosowne papierki w ZUS, że mogę ją reprezentować). Trzeba dostarczyć w ciągu 14 dni.
Dzwonię na infolinię ZUS. Czekam 25 minut na połączenie z konsultantem. Jest.
Tłumaczę pani po drugiej stronie słuchawki: córka skończyła w tym roku studia licencjackie w Wielkiej Brytanii. Obecnie jest na studiach magisterskich w USA. Nie ma fizycznej możliwości pojechania do UK, żeby w Cambridge dostać zaświadczenie, że uczyła się pilnie w poprzednim roku.
A nie może tego załatwić on-line? No nie bardzo, bo wymagacie PAPIERKA, a nie zaświadczenia w PDF przesłanego mailem.
A nie może jej TAM (w Cambridge) ktoś odebrać i przesłać do Polski? No też nie bardzo, bo tam (podobnie zresztą jak u nas) kwestie związane z danymi osobowymi traktuje się dość poważnie i nikt nie wyda zaświadczenia zawierającego takie dane dowolnej osobie postronnej.
A czy, do jasnej cholery, sam fakt, że zaświadczenie sprzed roku mówiło o ostatnim roku studiów licencjackich, a obecnie przysłane - o studiach magisterskich, nie jest wystarczający, żeby stwierdzić, że przez CAŁY poprzedni rok moja córka studiowała?
Nie, bo nie.
Przestałem już liczyć, ile razy w ciągu tej rozmowy usłyszałem, że "ZUS ma prawo do przeprowadzenia kontroli wstecznej". Mojego pytania o sens kontrolowania (wstecznie) czegoś, co do czego nie ma żadnych wątpliwości, pani ewidentnie nie zrozumiała. Pytania o to, czy PRAWO do kontroli zwalnia z OBOWIĄZKU myślenia już nawet nie zadałem.
Jutro rano idę do ZUS w moim mieście - na szczęście pracujące tam urzędniczki znam jako przyjazne i pomocne. Zobaczymy - czy zaproponują jakieś sensowne rozwiązanie, czy rzeczywiście trzeba będzie iść na wojnę...
ZUS nasz ukochany - instytucja o mentalności rodem z głębokiej komuny, biurokratyczny potworek, w którym 90% pracowników czuje się absolutnie zwolnionych z obowiązku myślenia.
Sam problem już tu chyba kiedyś opisywałem, ale za każdym razem wraca w bardziej absurdalnej formie.
Tytułem wstępu: jestem wdowcem (w tym roku minęło 10 lat), mam troje dzieci. Dzieci w chwili śmierci Mamy miały lat 13, 11 oraz 7. Obecnie (jak łatwo obliczyć) mają 23, 21 i 17.
Dzieciom przysługuje renta rodzinna po zmarłej Mamie. Rentę taką dostaje się do ukończenia 18. roku życia - chyba, że się człowiek dalej uczy, wtedy do końca nauki, ale max. do 26. roku życia.
ZUS co roku wymaga zaświadczenia, że dane dziecko się uczy. O ile rozumiem konieczność takiego zaświadczenia dla pełnoletnich, o tyle w Polsce jest OBOWIĄZEK NAUKI do 18. r.ż., więc gdyby dziecko wcześniej "wypadło z systemu", to odpowiednie instytucje raczej by o tym wiedziały. Ergo - ZUS może bez kłopotu SPRAWDZIĆ, czy dziecko się uczy. Ale nie: rodzic dostaje list (papierowy, mimo, że rodzic dawno ma konto na platformie PueZUS…), żeby dostarczyć zaświadczenie. Oczywiście w każdym takim liście jest cała litania przepisów i paragrafów, na podstawie których rodzic MUSI to zrobić, bo jak nie, to.
Rzecz prosta po 18. urodzinach stosowne listy dostaje już nie rodzic, a sam delikwent. No i OK, tu rozumiem: skoro warunkiem otrzymywania renty po 18. r.ż. jest kontynuowanie nauki, to ZUS sprawdza, czy ją kontynuujesz.
Ale…
Od czasu pandemii ZUS ma dodatkowe hobby: otóż oprócz corocznego wezwania do zaświadczenia o kontynuowaniu nauki, co roku we wrześniu czy październiku żąda także zaświadczenia, że młody człowiek UCZYŁ SIĘ (czas przeszły) w poprzednim roku szkolnym / akademickim. Trzeba więc iść oddzielnie do sekretariatu szkoły / do dziekanatu po papierek potwierdzający, że w POPRZEDNIM roku szkolnym nie przerwało się nauki. Teoretycznie (!) taką kontrolę ZUS przeprowadza "wyrywkowo". W praktyce od 2021 CO ROKU żąda dostarczania takich papierków od całej trójki moich dzieci.
Kiedy mój starszy syn skończył liceum i poszedł na studia - oczywiście było to samo. Próbowaliśmy nawet dyskutować z panią na ZUSowskiej infolinii, że skoro we wrześniu 2020 dostarczył zaświadczenie, że się uczy w klasie maturalnej, a w październiku 2021 - że jest studentem pierwszego roku, to wynika z tego jednoznacznie, że SIĘ UCZYŁ przez cały poprzedni rok szkolny (2020/2021) i zdał maturę - przecież gdyby jej nie zdał, to NA LITOŚĆ BOSKĄ nie byłby teraz studentem, prawda?! Czyli ZUS żąda zaświadczenia z informacją, którą JUŻ MA.
Jak grochem o ścianę. Trać czas, idź po papierek (bo oczywiście jakiekolwiek zaświadczenie w formie elektronicznej / wydruk z PDF nie wchodzi w grę, papierek ma być, pieczątka, no!). Więc syn musiał pojechać do szkoły, w której już się nie uczył, tracąc na to dwie godziny w Warszawskich korkach.
Nie wiem - może dałoby się to jakoś przewalczyć, ale kto ma siły i czas użerać się z instytucją o właściwościach lotnych bloku betonu i ciągać się potem po sądach…
Teraz jednak mam sytuację, w której chyba będę zmuszony do użerania się i toczenia wojny.
Moja córka - jak tu już kiedyś pisałem - studiuje za granicą. Przez trzy lata studiowała w Wielkiej Brytanii (studia licencjackie, czyli college). I tak, co roku dostarczała zaświadczenie że dalej studiuje - i co roku kolejne zaświadczenie, że w poprzednim roku TEŻ studiowała (bo oczywiście - jak wyżej - sama informacja, że w poprzednim roku była na 1. roku, a teraz jest na 2. roku, ZUSowi nie wystarcza do wydedukowania, że ten pierwszy rok skończyła i go nie przerwała).
W lipcu tego roku córka skończyła college - i dostała się na studia magisterskie. I tu, proszę wycieczki, zaczyna się problem.
Bo studia magisterskie, które robi moja córka, są nie tylko na innej uczelni - są w innym kraju. Ba - są na innym kontynencie…
Oczywiście zaświadczenie z nowej uczelni, że córka studiuje, już do ZUS trafiło (z tłumaczeniem w wykonaniu tłumacza przysięgłego, bo takie są wymagania).
Ale to za mało. Właśnie odebrałem list z ZUS z żądaniem zaświadczenia, że córka uczyła się w roku 2024/2025 (na szczęście przed wyjazdem do UK podpisała stosowne papierki w ZUS, że mogę ją reprezentować). Trzeba dostarczyć w ciągu 14 dni.
Dzwonię na infolinię ZUS. Czekam 25 minut na połączenie z konsultantem. Jest.
Tłumaczę pani po drugiej stronie słuchawki: córka skończyła w tym roku studia licencjackie w Wielkiej Brytanii. Obecnie jest na studiach magisterskich w USA. Nie ma fizycznej możliwości pojechania do UK, żeby w Cambridge dostać zaświadczenie, że uczyła się pilnie w poprzednim roku.
A nie może tego załatwić on-line? No nie bardzo, bo wymagacie PAPIERKA, a nie zaświadczenia w PDF przesłanego mailem.
A nie może jej TAM (w Cambridge) ktoś odebrać i przesłać do Polski? No też nie bardzo, bo tam (podobnie zresztą jak u nas) kwestie związane z danymi osobowymi traktuje się dość poważnie i nikt nie wyda zaświadczenia zawierającego takie dane dowolnej osobie postronnej.
A czy, do jasnej cholery, sam fakt, że zaświadczenie sprzed roku mówiło o ostatnim roku studiów licencjackich, a obecnie przysłane - o studiach magisterskich, nie jest wystarczający, żeby stwierdzić, że przez CAŁY poprzedni rok moja córka studiowała?
Nie, bo nie.
Przestałem już liczyć, ile razy w ciągu tej rozmowy usłyszałem, że "ZUS ma prawo do przeprowadzenia kontroli wstecznej". Mojego pytania o sens kontrolowania (wstecznie) czegoś, co do czego nie ma żadnych wątpliwości, pani ewidentnie nie zrozumiała. Pytania o to, czy PRAWO do kontroli zwalnia z OBOWIĄZKU myślenia już nawet nie zadałem.
Jutro rano idę do ZUS w moim mieście - na szczęście pracujące tam urzędniczki znam jako przyjazne i pomocne. Zobaczymy - czy zaproponują jakieś sensowne rozwiązanie, czy rzeczywiście trzeba będzie iść na wojnę...
ZUS
Ocena:
170
(184)
Kuzyn mojego znajomego jest mechanikiem samochodowym. Podobno dobrym (piszę "podobno", bo sam u niego nigdy samochodu nie naprawiałem, ale wszyscy mówią, że jest solidny i dokładny).
Mechanik przez wiele lat miał własny warsztat, w którym pracował sam. Miał też taką znajomą czy daleką krewną, której od czasu do czasu robił coś tam przy samochodzie "po znajomości" czy "po kosztach". Lubili się (bez podtekstów), ona też mu jakieś tam uprzejmości wyświadczała. Nie chodziło o wielkie naprawy, ale np. o wymianę oleju: umawiali się na jakiś dzień, kiedy on akurat miał czas, ona płaciła za olej (albo przynosiła własny, nie wiem), a on go jej wymieniał nie biorąc kasy za "robociznę".
Tyle, że potem sytuacja się zmieniła: mechanik dostał propozycję pracy w dużym, renomowanym warsztacie, zdaje się że w ramach sieci ASO jakiejś marki (nie znam szczegółów). Wyszło mu, że zarobi więcej, niż prowadząc własny warsztat - więc ten własny zamknął, rozwiązał umowę najmu, sprzęt złożył w jakimś magazynie - i zaczął pracę w nowym miejscu.
I tu się zaczął problem - bo znajoma / krewna nie była w stanie zrozumieć, że nie jest w stanie jej więcej pomagać. Chciała, żeby jej właśnie olej wymienił. No przecież ona za ten olej zapłaci, co mu szkodzi - i tak dalej.
On jej tłumaczył "jak dziadek krowie na granicy", że po prostu nie może: to nie jest jego warsztat, nie może do niego wprowadzić przypadkowego auta, żeby robić "po znajomości", bo każdy pojazd klienta jest rejestrowany w odpowiedniej ewidencji, czas zajęcia warsztatu kosztuje, pracuje tam kilkanaście osób, są ścisłe zasady przyjmowania klientów i nic nie "wchodzi" do warsztatu bez uprzedniego załatwienia papierologii w biurze. Jak grochem o ścianę. "No przecież to dla ciebie żaden problem, przecież zawsze mi robiłeś, ja za olej zapłacę, nikt nie będzie stratny" - i tak do znudzenia.
Skończyło się tak, że pani się śmiertelnie obraziła i zerwała kontakt.
Mechanik przez wiele lat miał własny warsztat, w którym pracował sam. Miał też taką znajomą czy daleką krewną, której od czasu do czasu robił coś tam przy samochodzie "po znajomości" czy "po kosztach". Lubili się (bez podtekstów), ona też mu jakieś tam uprzejmości wyświadczała. Nie chodziło o wielkie naprawy, ale np. o wymianę oleju: umawiali się na jakiś dzień, kiedy on akurat miał czas, ona płaciła za olej (albo przynosiła własny, nie wiem), a on go jej wymieniał nie biorąc kasy za "robociznę".
Tyle, że potem sytuacja się zmieniła: mechanik dostał propozycję pracy w dużym, renomowanym warsztacie, zdaje się że w ramach sieci ASO jakiejś marki (nie znam szczegółów). Wyszło mu, że zarobi więcej, niż prowadząc własny warsztat - więc ten własny zamknął, rozwiązał umowę najmu, sprzęt złożył w jakimś magazynie - i zaczął pracę w nowym miejscu.
I tu się zaczął problem - bo znajoma / krewna nie była w stanie zrozumieć, że nie jest w stanie jej więcej pomagać. Chciała, żeby jej właśnie olej wymienił. No przecież ona za ten olej zapłaci, co mu szkodzi - i tak dalej.
On jej tłumaczył "jak dziadek krowie na granicy", że po prostu nie może: to nie jest jego warsztat, nie może do niego wprowadzić przypadkowego auta, żeby robić "po znajomości", bo każdy pojazd klienta jest rejestrowany w odpowiedniej ewidencji, czas zajęcia warsztatu kosztuje, pracuje tam kilkanaście osób, są ścisłe zasady przyjmowania klientów i nic nie "wchodzi" do warsztatu bez uprzedniego załatwienia papierologii w biurze. Jak grochem o ścianę. "No przecież to dla ciebie żaden problem, przecież zawsze mi robiłeś, ja za olej zapłacę, nikt nie będzie stratny" - i tak do znudzenia.
Skończyło się tak, że pani się śmiertelnie obraziła i zerwała kontakt.
Warsztat samochodowy usługi
Ocena:
117
(121)
Dziś byłem świadkiem takiej sceny, że mi szczęka opadła. Robiłem zakupy w Lidlu, kupowałem między innymi jajka. Zauważyłem panią (w średnim wieku, absolutnie nie wyglądającą na biedną…) która przekładała "Jajka ściółkowe rozmiar L" do pudełka od "Jajek ściółkowych rozmiar M".
Łapiecie? Żeby przy kasie zapłacić za mniejsze, a wziąć większe. Różnica na 10 jajkach rzędu 2 zł.
Zatkało mnie - ale panią zauważyła jedna z pań z obsługi. Zdziwionym głosem zapytała "Co pani robi?" - na co rzeczona klientka wzruszyła ramionami i szybko odeszła, zostawiając jajka.
Aż nie wiem, jak to skomentować.
Łapiecie? Żeby przy kasie zapłacić za mniejsze, a wziąć większe. Różnica na 10 jajkach rzędu 2 zł.
Zatkało mnie - ale panią zauważyła jedna z pań z obsługi. Zdziwionym głosem zapytała "Co pani robi?" - na co rzeczona klientka wzruszyła ramionami i szybko odeszła, zostawiając jajka.
Aż nie wiem, jak to skomentować.
sklepy
Ocena:
107
(109)
Musiałem pójść do lekarza specjalisty. U mnie (30 km od Warszawy) - najbliższy termin za 3 miesiące. Jeśli masz skierowanie na cito. Jak nie, to za 5.
W Warszawie da się znaleźć nieco szybciej. Ale wszedłem w wyszukiwarkę NFZ i wyszło mi, że w innym niewielkim miasteczku kawałek ode mnie (30 min samochodem) mogę się zapisać na za trzy tygodnie. No i świetnie - pracuję w domu, nie jest dla mnie problemem pojechać. Zadzwoniłem, zapisałem się.
Minęły trzy tygodnie. Dziś rano pojechałem. Miasto, w którym byłem może 3 razy w życiu, przychodnia, w której nie byłem nigdy. Nieco źle obliczyłem dojazd, więc wpadłem na ostatnią chwilę: wizytę miałem wyznaczoną na 9:40, pod gabinetem byłem - lekko zasapany - o 9:39.
W poczekalni kilka osób, pytam, kto z państwa do gabinetu numer 5. Jedna pani - na oko w moim wieku (czyli 50+). No super. Pytam panią zatem, na którą ma wizytę (nie zdziwiłbym się, gdyby była przede mną, wiadomo, że opóźnienia się zdarzają). Ale pani robi wielkie oczy: Jak to "na którą"? Paaanie, tu nie ma na godziny czy numerki, tu się wchodzi w takiej kolejności, jak kto przyszedł! (wszystko powiedziane tonem protekcjonalnym, z wyższością w głosie, trochę w klimacie "trzeba głupkowi wytłumaczyć, jak świat działa").
Zdziwiłem się - myślałem, że już takich atrakcji nigdzie nie ma - ale OK, przychodni nie znam, widać tak tu mają. Zresztą pani przede mną jest tylko jedna, więc i tak długo nie poczekam.
Minęły może trzy minuty, z gabinetu nie wyszedł jeszcze poprzedni pacjent, kiedy zjawiła się kolejna osoba. Mocno starsza pani, z laseczką.
– Państwo do gabinetu numer 5?
Potwierdziliśmy. Na co starsza pani pyta mnie na którą mam wizytę. Mówię, lekko zdziwiony, że na 9:40 - i czekam na rozwój wypadków.
Starsza pani zawraca się do tej pani, co przyszła przede mną, pytając o to samo. W odpowiedzi słyszy to samo, co ja usłyszałem - że nie ma "na godzinę", tylko w kolejności przyjścia.
I tu wydarzyła się rzecz nieoczekiwana. Starsza pani wzięła się pod boki, spojrzała na rozmówczynię z politowaniem i powiedziała:
- A niby od kiedy tak jest? Pani kochana, leczę się w tej przychodni od piętnastu lat i ZAWSZE wchodziło się według godzin zapisów. Kto pani takich głupot nagadał?
Pani się zaczerwieniła, ale idzie w zaparte: – Tak mi powiedzieli przy rejestracji.
- A kiedy się pani rejestrowała? - docieka staruszka.
- No przed chwilą…
- Czy pani się dobrze czuje?! - zagotowała się starsza pani.
– Do XXX (tu nazwa specjalizacji) czeka się tygodniami, czasami miesiącami! Jak pani się PRZED CHWILĄ zarejestrowała, to znaczy, że pan doktor zgodził się przyjąć panią DODATKOWO. Czyli czeka pani grzecznie, aż zrobi się "okienko" albo wchodzi na końcu godzin przyjmowania. Jak ten pan (wskazała na mnie) ma na 9:40, to teraz on wchodzi. Bo ja mam na 10:00, czyli wchodzę po nim.
Wszystko to było powiedziane takim tonem, że "sprytna" pani już nawet buzi nie otworzyła. Chwilę później wyszedł poprzedni pacjent i wszedłem do gabinetu.
To, że ktoś próbuje się wepchnąć bez kolejki, nie podoba mi się - ale jestem w stanie zrozumieć. Ale takiego śliskiego cwaniactwa po prostu nie znoszę: kłamać w żywe oczy w sytuacji, kiedy i tak ktoś robi uprzejmość, że cię przyjmuje…
W Warszawie da się znaleźć nieco szybciej. Ale wszedłem w wyszukiwarkę NFZ i wyszło mi, że w innym niewielkim miasteczku kawałek ode mnie (30 min samochodem) mogę się zapisać na za trzy tygodnie. No i świetnie - pracuję w domu, nie jest dla mnie problemem pojechać. Zadzwoniłem, zapisałem się.
Minęły trzy tygodnie. Dziś rano pojechałem. Miasto, w którym byłem może 3 razy w życiu, przychodnia, w której nie byłem nigdy. Nieco źle obliczyłem dojazd, więc wpadłem na ostatnią chwilę: wizytę miałem wyznaczoną na 9:40, pod gabinetem byłem - lekko zasapany - o 9:39.
W poczekalni kilka osób, pytam, kto z państwa do gabinetu numer 5. Jedna pani - na oko w moim wieku (czyli 50+). No super. Pytam panią zatem, na którą ma wizytę (nie zdziwiłbym się, gdyby była przede mną, wiadomo, że opóźnienia się zdarzają). Ale pani robi wielkie oczy: Jak to "na którą"? Paaanie, tu nie ma na godziny czy numerki, tu się wchodzi w takiej kolejności, jak kto przyszedł! (wszystko powiedziane tonem protekcjonalnym, z wyższością w głosie, trochę w klimacie "trzeba głupkowi wytłumaczyć, jak świat działa").
Zdziwiłem się - myślałem, że już takich atrakcji nigdzie nie ma - ale OK, przychodni nie znam, widać tak tu mają. Zresztą pani przede mną jest tylko jedna, więc i tak długo nie poczekam.
Minęły może trzy minuty, z gabinetu nie wyszedł jeszcze poprzedni pacjent, kiedy zjawiła się kolejna osoba. Mocno starsza pani, z laseczką.
– Państwo do gabinetu numer 5?
Potwierdziliśmy. Na co starsza pani pyta mnie na którą mam wizytę. Mówię, lekko zdziwiony, że na 9:40 - i czekam na rozwój wypadków.
Starsza pani zawraca się do tej pani, co przyszła przede mną, pytając o to samo. W odpowiedzi słyszy to samo, co ja usłyszałem - że nie ma "na godzinę", tylko w kolejności przyjścia.
I tu wydarzyła się rzecz nieoczekiwana. Starsza pani wzięła się pod boki, spojrzała na rozmówczynię z politowaniem i powiedziała:
- A niby od kiedy tak jest? Pani kochana, leczę się w tej przychodni od piętnastu lat i ZAWSZE wchodziło się według godzin zapisów. Kto pani takich głupot nagadał?
Pani się zaczerwieniła, ale idzie w zaparte: – Tak mi powiedzieli przy rejestracji.
- A kiedy się pani rejestrowała? - docieka staruszka.
- No przed chwilą…
- Czy pani się dobrze czuje?! - zagotowała się starsza pani.
– Do XXX (tu nazwa specjalizacji) czeka się tygodniami, czasami miesiącami! Jak pani się PRZED CHWILĄ zarejestrowała, to znaczy, że pan doktor zgodził się przyjąć panią DODATKOWO. Czyli czeka pani grzecznie, aż zrobi się "okienko" albo wchodzi na końcu godzin przyjmowania. Jak ten pan (wskazała na mnie) ma na 9:40, to teraz on wchodzi. Bo ja mam na 10:00, czyli wchodzę po nim.
Wszystko to było powiedziane takim tonem, że "sprytna" pani już nawet buzi nie otworzyła. Chwilę później wyszedł poprzedni pacjent i wszedłem do gabinetu.
To, że ktoś próbuje się wepchnąć bez kolejki, nie podoba mi się - ale jestem w stanie zrozumieć. Ale takiego śliskiego cwaniactwa po prostu nie znoszę: kłamać w żywe oczy w sytuacji, kiedy i tak ktoś robi uprzejmość, że cię przyjmuje…
słuzba_zdrowia
Ocena:
147
(149)
Będzie nieco długo, ale wstęp jest konieczny dla pokazania tła historii.
Mam znajomą - pani nieco młodsza ode mnie, przed pięćdziesiątką - nazwijmy ją C.
Mniej więcej ćwierć wieku temu, będąc studentką w wieku 20+, C. poznała pewnego przystojnego Irlandczyka. Oboje przypadli sobie do gustu, "chodzili ze sobą" niecały rok i zdecydowali się związać na stałe. Po kolejnych sześciu miesiącach odbyły się ślub i wesele (na których byłem), a jeszcze rok później urodził im się syn.
No sielanka… Niestety, do czasu. Thomas (Irlandczyk), choć skądinąd facet uroczy, przesympatyczny, inteligentny i w ogóle świetny gość, jako mąż okazał się - delikatnie mówiąc - mało dojrzały. Imprezy, panienki, szybko okazało się, że C. bynajmniej nie jest jedyną kobietą w jego życiu… No i niestety trzy i pół roku po ślubie doszło do rozwodu. Cóż, bywa. Życie.
Trzeba podkreślić, że rozwód przebiegł w bardzo cywilizowanej atmosferze, Thomas ojcem okazał się znacznie lepszym niż mężem, z synem utrzymywał kontakt, alimenty płacił bez szemrania, na szkolne wywiadówki chodził, z byłą żoną utrzymywał poprawne stosunki - z jej strony siłą rzeczy nieco chłodne, ale poprawne.
Historia jakich wiele. Wydawało się, że wszyscy dawno się z sytuacją pogodzili. Thomas po kilku latach ponownie się ożenił, C. także po raz drugi wyszła za mąż, choć dzieci już więcej nie miała. Wszystko było w porządku… Aż rok temu syn C. - nazwijmy go J. - poznał dziewczynę. Chłopak miał 24 lata, zakochał się, wybranka w podobnym wieku. Poznałem ją: dziewczyna kulturalna, dobrze wychowana, z poczuciem humoru, błyskotliwie inteligentna, a do tego - last, but not least - naprawdę bardzo ładna. J. zakochał się do szaleństwa, ewidentnie z wzajemnością. Chodzili ze sobą pół roku, kiedy postanowił przedstawić ją matce.
Niestety, okazało się, że z punktu widzenia przyszłej teściowej dziewczyna ma jedną niezwykle poważną wadę. Wadę absolutnie fundamentalną. Otóż dziewczyna jest… Irlandką.
C. - wybaczcie, nie umiem tego inaczej nazwać - dostała kompletnego p...dolca. Normalna, wydawałoby się, rozsądna kobieta zaczęła najpierw tłumaczyć synowi (z którym dotąd miała świetny kontakt - zawsze wydawała się naprawdę fajną matką), że ABSOLUTNIE nie może się z tą dziewczyną związać. Jak syn nie zamierzał mamusi posłuchać - zaczęły się takie jazdy, że wszyscy znajomi byli w szoku. Awantury, ordynarny szantaż emocjonalny, większe awantury, a w końcu próby manipulacji włącznie z przedstawianiem synowi "dowodów", że dziewczyna go zdradza, a dziewczynie - podobnych "dowodów", że on zdradza ją. Przypadek absolutnie psychiatryczny.
I naprawdę C. do tej dziewczyny NIC nie ma - poza faktem, że dziewczyna jest Irlandką, a ona przecież ma złe doświadczenie, bo Irlandczycy zdradzają etc. Jakiekolwiek próby racjonalnej dyskusji odbijały się jak od ściany. Doszło do tego, że J. wyprowadził się z domu, praktycznie zerwał z matką kontakty (co zresztą dość ciężko przeżył).
Ponieważ wśród znajomych jestem znany jako "mediator i wysłannik pokoju" ;-) a przy tym jestem psychologiem z wykształcenia (…choć nie z zawodu…), zostałem namówiony na rozmowę z C. Że może mi się uda przebić przez ten mur.
Gadaliśmy dość długo, efekty chyba niewielkie. Próbowałem na spokojnie pokazać jej, że zachowuje się nieracjonalnie, że robi krzywdę zarówno swojemu synowi, jak sobie, że na własną prośbę niszczy relacje między nimi, że NIE MOŻE, do cholery, dyrygować życiem dorosłego bądź co bądź faceta (zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie miała takich zapędów).
"Ty nic nie rozumiesz, nie chcę, żeby on przechodził przez to, przez co ja przeszłam". Czułem się, jakbym mówił do ściany.
Powiedziałem jej na koniec, że oni i tak się pobiorą. Że tylko od niej zależy, czy przy tym będzie, czy będzie częścią ich życia, czy będzie miała kontakt z wnukami - czy nie. I powiedziałem, że moim zdaniem potrzebuje terapii.
Nie wiem, czy to coś da. Ślub J. i jego irlandzkiej wybranki ma się odbyć we wrześniu. Ja na pewno będę. A czy ona będzie? Nie jestem w tej sprawie optymistą.
Przerażające, jak trauma sprzed lat może wyleźć w najmniej oczekiwanym momencie i sprawić, że niszczymy życie sobie i swoim bliskim…
Mam znajomą - pani nieco młodsza ode mnie, przed pięćdziesiątką - nazwijmy ją C.
Mniej więcej ćwierć wieku temu, będąc studentką w wieku 20+, C. poznała pewnego przystojnego Irlandczyka. Oboje przypadli sobie do gustu, "chodzili ze sobą" niecały rok i zdecydowali się związać na stałe. Po kolejnych sześciu miesiącach odbyły się ślub i wesele (na których byłem), a jeszcze rok później urodził im się syn.
No sielanka… Niestety, do czasu. Thomas (Irlandczyk), choć skądinąd facet uroczy, przesympatyczny, inteligentny i w ogóle świetny gość, jako mąż okazał się - delikatnie mówiąc - mało dojrzały. Imprezy, panienki, szybko okazało się, że C. bynajmniej nie jest jedyną kobietą w jego życiu… No i niestety trzy i pół roku po ślubie doszło do rozwodu. Cóż, bywa. Życie.
Trzeba podkreślić, że rozwód przebiegł w bardzo cywilizowanej atmosferze, Thomas ojcem okazał się znacznie lepszym niż mężem, z synem utrzymywał kontakt, alimenty płacił bez szemrania, na szkolne wywiadówki chodził, z byłą żoną utrzymywał poprawne stosunki - z jej strony siłą rzeczy nieco chłodne, ale poprawne.
Historia jakich wiele. Wydawało się, że wszyscy dawno się z sytuacją pogodzili. Thomas po kilku latach ponownie się ożenił, C. także po raz drugi wyszła za mąż, choć dzieci już więcej nie miała. Wszystko było w porządku… Aż rok temu syn C. - nazwijmy go J. - poznał dziewczynę. Chłopak miał 24 lata, zakochał się, wybranka w podobnym wieku. Poznałem ją: dziewczyna kulturalna, dobrze wychowana, z poczuciem humoru, błyskotliwie inteligentna, a do tego - last, but not least - naprawdę bardzo ładna. J. zakochał się do szaleństwa, ewidentnie z wzajemnością. Chodzili ze sobą pół roku, kiedy postanowił przedstawić ją matce.
Niestety, okazało się, że z punktu widzenia przyszłej teściowej dziewczyna ma jedną niezwykle poważną wadę. Wadę absolutnie fundamentalną. Otóż dziewczyna jest… Irlandką.
C. - wybaczcie, nie umiem tego inaczej nazwać - dostała kompletnego p...dolca. Normalna, wydawałoby się, rozsądna kobieta zaczęła najpierw tłumaczyć synowi (z którym dotąd miała świetny kontakt - zawsze wydawała się naprawdę fajną matką), że ABSOLUTNIE nie może się z tą dziewczyną związać. Jak syn nie zamierzał mamusi posłuchać - zaczęły się takie jazdy, że wszyscy znajomi byli w szoku. Awantury, ordynarny szantaż emocjonalny, większe awantury, a w końcu próby manipulacji włącznie z przedstawianiem synowi "dowodów", że dziewczyna go zdradza, a dziewczynie - podobnych "dowodów", że on zdradza ją. Przypadek absolutnie psychiatryczny.
I naprawdę C. do tej dziewczyny NIC nie ma - poza faktem, że dziewczyna jest Irlandką, a ona przecież ma złe doświadczenie, bo Irlandczycy zdradzają etc. Jakiekolwiek próby racjonalnej dyskusji odbijały się jak od ściany. Doszło do tego, że J. wyprowadził się z domu, praktycznie zerwał z matką kontakty (co zresztą dość ciężko przeżył).
Ponieważ wśród znajomych jestem znany jako "mediator i wysłannik pokoju" ;-) a przy tym jestem psychologiem z wykształcenia (…choć nie z zawodu…), zostałem namówiony na rozmowę z C. Że może mi się uda przebić przez ten mur.
Gadaliśmy dość długo, efekty chyba niewielkie. Próbowałem na spokojnie pokazać jej, że zachowuje się nieracjonalnie, że robi krzywdę zarówno swojemu synowi, jak sobie, że na własną prośbę niszczy relacje między nimi, że NIE MOŻE, do cholery, dyrygować życiem dorosłego bądź co bądź faceta (zwłaszcza, że nigdy wcześniej nie miała takich zapędów).
"Ty nic nie rozumiesz, nie chcę, żeby on przechodził przez to, przez co ja przeszłam". Czułem się, jakbym mówił do ściany.
Powiedziałem jej na koniec, że oni i tak się pobiorą. Że tylko od niej zależy, czy przy tym będzie, czy będzie częścią ich życia, czy będzie miała kontakt z wnukami - czy nie. I powiedziałem, że moim zdaniem potrzebuje terapii.
Nie wiem, czy to coś da. Ślub J. i jego irlandzkiej wybranki ma się odbyć we wrześniu. Ja na pewno będę. A czy ona będzie? Nie jestem w tej sprawie optymistą.
Przerażające, jak trauma sprzed lat może wyleźć w najmniej oczekiwanym momencie i sprawić, że niszczymy życie sobie i swoim bliskim…
Rodzina
Ocena:
112
(118)
Paczkomat umieszczony na placyku za niewielkim sklepem. Wjeżdża się podjazdem obok sklepu, za budynkiem równolegle do podjazdu stoi paczkomat, a "na wprost" jest miejsce parkingowe dla trzech samochodów (równolegle do podjazdu, niejako na jego przedłużeniu).
Wjeżdżam, żeby nadać paczkę - ale nie mogę zaparkować, ba jakaś pani stanęła długim volvo kombi w poprzek PRZED miejscami parkingowymi, ale tak, że zablokowała wszystkie trzy. Pani siedzi w swoim aucie, więc myślę sobie, że pewnie właśnie wyjeżdża… Ale nie: volvo twardo stoi, miejsca parkingowe zablokowane, pani coś dłubie w telefonie. Błysnąłem jej światłami - popatrzyła na mnie wzrokiem wyrażającym mieszaninę zdziwienia i oburzenia.
Cóż, nie będę się z nią przecież kłócił - pojechałem na placyk za tylnym wejściem do sklepu (na szczęście była sobota, późne popołudnie, sklep już zamknięty - gdyby nie to, nie mógłbym tam stanąć).
Idę do paczkomatu, a pani, która tymczasem już wysiadła z volvo, dalej dłubie w telefonie, usiłując (zapewne) odebrać paczkę. Na mój widok pani przybrała minę z kategorii "o co ci chodzi, człowieku" i pyta, dlaczego na nią błyskałem światłami.
Mówię jej (grzecznie, spokojnie): – Proszę pani, tam są trzy miejsca parkingowe, a pani stanęła tak, że blokuje pani dostęp do wszystkich trzech...
- ALE JA TU TYLKO NA CHWILĘ!
Nie, no jasne, bo ja na cały weekend… Wzruszyłem tylko ramionami, bo uznałem, że dyskusja nie ma większego sensu. Stoję zatem z moją paczką i czekam, a pani dalej dłubie w telefonie, coś stuka na panelu paczkomatu, znowu dłubie, znowu stuka… Volvo dalej blokuje wszystkie trzy miejsca parkingowe… Minęły ponad trzy minuty (nie przesadzam, zegarek miałem na ręce), kiedy Pani - po dłuższej chwili wpatrywania się w komunikat na panelu - zawołała zdziwiona:
- A, bo to nie ten paczkomat? A pan wie, gdzie jest ulica Piekielna?
…po czym nie czekając na odpowiedź (!) wsiadła do swojego volvo i odjechała.
Surrealistyczne doświadczenie…
Wjeżdżam, żeby nadać paczkę - ale nie mogę zaparkować, ba jakaś pani stanęła długim volvo kombi w poprzek PRZED miejscami parkingowymi, ale tak, że zablokowała wszystkie trzy. Pani siedzi w swoim aucie, więc myślę sobie, że pewnie właśnie wyjeżdża… Ale nie: volvo twardo stoi, miejsca parkingowe zablokowane, pani coś dłubie w telefonie. Błysnąłem jej światłami - popatrzyła na mnie wzrokiem wyrażającym mieszaninę zdziwienia i oburzenia.
Cóż, nie będę się z nią przecież kłócił - pojechałem na placyk za tylnym wejściem do sklepu (na szczęście była sobota, późne popołudnie, sklep już zamknięty - gdyby nie to, nie mógłbym tam stanąć).
Idę do paczkomatu, a pani, która tymczasem już wysiadła z volvo, dalej dłubie w telefonie, usiłując (zapewne) odebrać paczkę. Na mój widok pani przybrała minę z kategorii "o co ci chodzi, człowieku" i pyta, dlaczego na nią błyskałem światłami.
Mówię jej (grzecznie, spokojnie): – Proszę pani, tam są trzy miejsca parkingowe, a pani stanęła tak, że blokuje pani dostęp do wszystkich trzech...
- ALE JA TU TYLKO NA CHWILĘ!
Nie, no jasne, bo ja na cały weekend… Wzruszyłem tylko ramionami, bo uznałem, że dyskusja nie ma większego sensu. Stoję zatem z moją paczką i czekam, a pani dalej dłubie w telefonie, coś stuka na panelu paczkomatu, znowu dłubie, znowu stuka… Volvo dalej blokuje wszystkie trzy miejsca parkingowe… Minęły ponad trzy minuty (nie przesadzam, zegarek miałem na ręce), kiedy Pani - po dłuższej chwili wpatrywania się w komunikat na panelu - zawołała zdziwiona:
- A, bo to nie ten paczkomat? A pan wie, gdzie jest ulica Piekielna?
…po czym nie czekając na odpowiedź (!) wsiadła do swojego volvo i odjechała.
Surrealistyczne doświadczenie…
paczkomaty
Ocena:
143
(149)
Tytułem nakreślenia tła:
Mieszkamy w małym miasteczku 30 km od stolicy. Wtorek po południu. Muszę pojechać do Warszawy załatwić parę spraw. Mój młodszy syn (16 lat) musi podjechać do sąsiedniego miasteczka (w tę samą stronę). Wsiadamy razem do pociągu. On jedzie jedną stację (4 minuty), ja do Warszawy (+/- 35 minut).
Ja kupiłem wcześniej bilet. Syn powiedział, że kupi sobie przez telefon (zwykle tak robi). Wsiadamy do pociągu. Planowy odjazd 15:37. Jest 15:36, minuta do odjazdu - ale strona www kolei mazowieckich informuje mojego syna, że nie może kupić biletu na ten pociąg, bo "jest już po godzinie odjazdu" (czy jakoś tak). Cóż - widocznie strona stoi na serwerze w innej strefie czasowej (różniącej się o minutę czy dwie). PKP, nie przeskoczysz.
Oczywiście jest już za późno, żeby biec do kasy (pociąg rusza), ale proszę, właśnie idzie pan konduktor. Podchodzimy zatem od razu do niego (widać, że nie czekamy, tylko aktywnie idziemy w jego stronę), żeby kupić bilet. Mówię, o co chodzi - a pan konduktor (PK) z oburzeniem, że "teraz to będzie kosztowało 150 złotych!"
Że słucham? A z jakiej niby racji?
[PK] Bo nie masz biletu!
Syna nieco zatkało. Mnie rzadko zatyka, więc powtarzam panu spokojnie, że syn chciał właśnie kupić bilet (syn na dowód pokazuje na telefonie wciąż otwartą stronę Kolei Mazowieckich), ale z powodów OD NAS NIEZALEŻNYCH nie było to możliwe. A przecież w takiej sytuacji MOŻNA kupić bilet u konduktora.
Ale PK - bardzo nieprzyjemnym tonem mówi, że TO SIĘ ROBI INACZEJ - i pokazuje karteczkę nad drzwiami, że jak się nie ma biletu, to trzeba iść na przód pociągu etc.
– Proszę pana - mówię, jeszcze dość spokojnie. – Przecież widzi pan, że ten brak biletu nie jest naszą winą, a mój syn oczywiście może, jeśli pan sobie życzy, udać się na przód składu i tam na pana poczekać. Tyle, że jesteśmy prawie na końcu pociągu, więc zanim tam dojdzie, będziemy już na następnej stacji, w M., gdzie wysiada. Więc może przestanie pan robić problemy pasażerowi, który mógłby spokojnie zgodnie z przepisami "iść na przód składu" i w efekcie wysiąść bez płacenia za bilet, ale jest uczciwym człowiekiem i chce ten bilet kupić?!
Pan chyba załapał, że mu się to nie upiecze, więc z miną męczennika wyciągnął bloczek i wypisał bilet, cały czas narzekając, że ma przez nas więcej roboty. Syn zapłacił, wziął od niego bilet i wysiadł.
Ech.
Mieszkamy w małym miasteczku 30 km od stolicy. Wtorek po południu. Muszę pojechać do Warszawy załatwić parę spraw. Mój młodszy syn (16 lat) musi podjechać do sąsiedniego miasteczka (w tę samą stronę). Wsiadamy razem do pociągu. On jedzie jedną stację (4 minuty), ja do Warszawy (+/- 35 minut).
Ja kupiłem wcześniej bilet. Syn powiedział, że kupi sobie przez telefon (zwykle tak robi). Wsiadamy do pociągu. Planowy odjazd 15:37. Jest 15:36, minuta do odjazdu - ale strona www kolei mazowieckich informuje mojego syna, że nie może kupić biletu na ten pociąg, bo "jest już po godzinie odjazdu" (czy jakoś tak). Cóż - widocznie strona stoi na serwerze w innej strefie czasowej (różniącej się o minutę czy dwie). PKP, nie przeskoczysz.
Oczywiście jest już za późno, żeby biec do kasy (pociąg rusza), ale proszę, właśnie idzie pan konduktor. Podchodzimy zatem od razu do niego (widać, że nie czekamy, tylko aktywnie idziemy w jego stronę), żeby kupić bilet. Mówię, o co chodzi - a pan konduktor (PK) z oburzeniem, że "teraz to będzie kosztowało 150 złotych!"
Że słucham? A z jakiej niby racji?
[PK] Bo nie masz biletu!
Syna nieco zatkało. Mnie rzadko zatyka, więc powtarzam panu spokojnie, że syn chciał właśnie kupić bilet (syn na dowód pokazuje na telefonie wciąż otwartą stronę Kolei Mazowieckich), ale z powodów OD NAS NIEZALEŻNYCH nie było to możliwe. A przecież w takiej sytuacji MOŻNA kupić bilet u konduktora.
Ale PK - bardzo nieprzyjemnym tonem mówi, że TO SIĘ ROBI INACZEJ - i pokazuje karteczkę nad drzwiami, że jak się nie ma biletu, to trzeba iść na przód pociągu etc.
– Proszę pana - mówię, jeszcze dość spokojnie. – Przecież widzi pan, że ten brak biletu nie jest naszą winą, a mój syn oczywiście może, jeśli pan sobie życzy, udać się na przód składu i tam na pana poczekać. Tyle, że jesteśmy prawie na końcu pociągu, więc zanim tam dojdzie, będziemy już na następnej stacji, w M., gdzie wysiada. Więc może przestanie pan robić problemy pasażerowi, który mógłby spokojnie zgodnie z przepisami "iść na przód składu" i w efekcie wysiąść bez płacenia za bilet, ale jest uczciwym człowiekiem i chce ten bilet kupić?!
Pan chyba załapał, że mu się to nie upiecze, więc z miną męczennika wyciągnął bloczek i wypisał bilet, cały czas narzekając, że ma przez nas więcej roboty. Syn zapłacił, wziął od niego bilet i wysiadł.
Ech.
PKP
Ocena:
166
(188)
Temat przewijający się przez "Piekielnych" nie raz i nie dwa, sam już coś na ten temat pisałem, ale za każdym razem wkurza mnie tak samo. Przepraszam.
Miałem w wakacje wypadek, dość poważny. Na szczęście ani mnie, ani młodzieży, którą wiozłem na obóz (syn i 4 jego kolegów) nic się nie stało, ale samochód do kasacji.
Po skasowanym aucie zostały mi w garażu zimowe opony. Komplet. Kupione jesienią ubiegłego roku, polskie "Kormorany", jeżdżone jeden (dość łagodny) sezon, czyli prawie nie zużyte. Nowe jeździło ma inne koła, więc tych zimówek do niego nie założę. Co robimy?
Sprzedajemy.
Wystawiam na OLX, piszę cenę 450 zł (nowe kosztowały dobrze ponad 800), zaznaczam, że "do negocjacji" zakładając, że sprzedam za 400 - i będę miał wkład w nowe zimówki, które muszę kupić do nowego auta.
Wystawiam w czwartek (tydzień temu). Już tego samego dnia dzwoni gość, że zainteresowany, że kupi, że przyjedzie, czy da się za 400.
Da się.
No to on będzie jutro (w piątek). Koło 12:00. OK, powiadam, nie ma problemu - pracuję w domu, więc może być. Tylko żebym mu "zarezerwował", bo on jedzie z X (20 km), żeby się nie okazało, że na darmo.
Piątek. Jest 12:00, gościa nie ma. O 13:00 też. I o 14:00. "W międzyczasie" dzwonią trzy kolejne osoby, ale mówię, że na razie rezerwacja…
Po 15:00 klient dzwoni, że coś mu wypadło i jednak będzie koło 18:00. OK, myślę sobie, i tak siedzę w domu, ale już jestem trochę wkurzony, bo jak się umawiasz na 12:00, człowieku, i coś ci wypadło, to zadzwoń (alb napisz) o tej 12:00 czy wcześniej.
Ale gościa o 18:00 nie ma. Dzwoni o 19:00, że on jednak nie zdążył, że będzie w poniedziałek koło 18:00.
Jestem wkurzony, ale OK.
Poniedziałek. 18:00 - gościa nie ma. I godzinę później też. I dwie. I cisza.
We wtorek rano piszę do gościa SMSa - że jeśli dziś do 15:00 się nie zjawi, to sprzedają "następnemu w kolejce".
Cisza. Zero reakcji. Ani be, ani me, ani pocałuj mnie w de.
Więc punkt 15:00 dzwonię do gościa, który odzywał się jako drugi, czy jest zainteresowany. Był. Umówiliśmy się na środę. Przyjechał o porze, zapłacił, podziękował, pojechał.
Da się? Da się.
NIE JESTEM W STANIE ZROZUMIEĆ takiego zachowania. Gość się umawia, spóźnia, o tym, że "coś mu wypadło" informuje trzy godziny po czasie, znowu się umawia, nie przyjeżdża - i nie odpowiada na wiadomości.
No do licha… Rozmyśliłeś się? Znalazłeś taniej? Napisz choćby tego głupiego SMSa: "Jednak rezygnuję". O "Przepraszam" już nawet nie wspominam.
Ech.
Miałem w wakacje wypadek, dość poważny. Na szczęście ani mnie, ani młodzieży, którą wiozłem na obóz (syn i 4 jego kolegów) nic się nie stało, ale samochód do kasacji.
Po skasowanym aucie zostały mi w garażu zimowe opony. Komplet. Kupione jesienią ubiegłego roku, polskie "Kormorany", jeżdżone jeden (dość łagodny) sezon, czyli prawie nie zużyte. Nowe jeździło ma inne koła, więc tych zimówek do niego nie założę. Co robimy?
Sprzedajemy.
Wystawiam na OLX, piszę cenę 450 zł (nowe kosztowały dobrze ponad 800), zaznaczam, że "do negocjacji" zakładając, że sprzedam za 400 - i będę miał wkład w nowe zimówki, które muszę kupić do nowego auta.
Wystawiam w czwartek (tydzień temu). Już tego samego dnia dzwoni gość, że zainteresowany, że kupi, że przyjedzie, czy da się za 400.
Da się.
No to on będzie jutro (w piątek). Koło 12:00. OK, powiadam, nie ma problemu - pracuję w domu, więc może być. Tylko żebym mu "zarezerwował", bo on jedzie z X (20 km), żeby się nie okazało, że na darmo.
Piątek. Jest 12:00, gościa nie ma. O 13:00 też. I o 14:00. "W międzyczasie" dzwonią trzy kolejne osoby, ale mówię, że na razie rezerwacja…
Po 15:00 klient dzwoni, że coś mu wypadło i jednak będzie koło 18:00. OK, myślę sobie, i tak siedzę w domu, ale już jestem trochę wkurzony, bo jak się umawiasz na 12:00, człowieku, i coś ci wypadło, to zadzwoń (alb napisz) o tej 12:00 czy wcześniej.
Ale gościa o 18:00 nie ma. Dzwoni o 19:00, że on jednak nie zdążył, że będzie w poniedziałek koło 18:00.
Jestem wkurzony, ale OK.
Poniedziałek. 18:00 - gościa nie ma. I godzinę później też. I dwie. I cisza.
We wtorek rano piszę do gościa SMSa - że jeśli dziś do 15:00 się nie zjawi, to sprzedają "następnemu w kolejce".
Cisza. Zero reakcji. Ani be, ani me, ani pocałuj mnie w de.
Więc punkt 15:00 dzwonię do gościa, który odzywał się jako drugi, czy jest zainteresowany. Był. Umówiliśmy się na środę. Przyjechał o porze, zapłacił, podziękował, pojechał.
Da się? Da się.
NIE JESTEM W STANIE ZROZUMIEĆ takiego zachowania. Gość się umawia, spóźnia, o tym, że "coś mu wypadło" informuje trzy godziny po czasie, znowu się umawia, nie przyjeżdża - i nie odpowiada na wiadomości.
No do licha… Rozmyśliłeś się? Znalazłeś taniej? Napisz choćby tego głupiego SMSa: "Jednak rezygnuję". O "Przepraszam" już nawet nie wspominam.
Ech.
Niesolidność
Ocena:
169
(177)
janhalb