Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Traszka

Zamieszcza historie od: 22 kwietnia 2011 - 15:45
Ostatnio: 6 lipca 2015 - 18:39
O sobie:

Uroczyście oświadczam, że wszystkie moje historie są wytworem mojej chorej wyobraźni, a zbieżność osób lub sytuacji z rzeczywistymi jest całkowicie przypadkowa.

  • Historii na głównej: 165 z 168
  • Punktów za historie: 137886
  • Komentarzy: 165
  • Punktów za komentarze: 1745
 

#56625

(PW) ·
| Do ulubionych
Wezwanie do starszego pana. Bóle w klatce piersiowej, zawroty głowy. Grzejemy na miejsce, gdzie wita nas wyraźnie zadowolony z czegoś staruszek. Teatralnie pojękuje, trzyma się za głowę, na każde pytanie o dolegliwości odpowiada twierdząco. Po mieszkaniu przechadza się przy tym bez problemów, koszulę zdejmuje sprawnie, ba, nawet sprawnie wstaje z łóżka po badaniu. Pytam o co chodzi, bo przecież widzę, że raczej nie ma zawrotów głowy (które podawał) i silnych bólów w klatce. Pan się oburza, od razu zaczyna się chwiać, potykać, kulić w sobie i krzyczeć, że co ja tam mogę wiedzieć.

Co robić, gotowy się jeszcze przewrócić teatralnie i rozbić głowę, żeby mi pokazać jak bardzo się nie znam. Wściekli zabieramy pana do szpitala z dodatkowym rozpoznaniem "symulant?". Warto zaznaczyć, że staruszek do karetki schodzi sam, po schodach, bez trzymania się poręczy. Cóż, może zawroty jakoś pomagają w chodzeniu po schodach.

W szpitalu anonsuję pana neurologowi, równie wściekłemu jak ja, bo wystarczy nam chorych, a tu jeszcze zdrowi się zdarzają i zajmują czas, który przecież nie jest z gumy.

Wracam do karety i co słyszę od kierowcy? Mamy przyczynę dziadkowego chorowania. Bo starszy pan pierwsze co zrobił po zajęciu krzesełka w poczekalni, to wykonał telefon do rodziny. I jęcząco, że on biedaczek w szpitalu, on wiedział, że tak będzie jak sobie rodzinka bez niego pojedzie na wakacje, no koniecznie musi ktoś wrócić do niego, a najlepiej cała familia, bo przecież on chyba umiera. Innymi słowy, pan się zemścił za wyjazd najbliższych na wakacje.

I nawet się nie zastanowił dzwoniąc pod trzy dziewiątki. Przecież to normalne, że pogotowie gra w teatrzykach...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 970 (1006)

#56174

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapisałam pewnej pani lek na cukrzycę. Początek leczenia, małe dawki, pełna edukacja - co jeść, kiedy nie jeść, kiedy jeść :)

Jeszcze tego samego dnia wpada pan Mąż. Od wejścia oburzony, chce rozmawiać natychmiast, z manifestowanym niezadowoleniem czeka na koniec kolejki. Wreszcie wchodzi.

M: Pani zapisała żonie lek X!
J: Zgadza się.
M: Taki niebezpieczny lek!
J: Nie bardziej niż wszystkie leki...
M: Pani sobie żartuje, a ja dokładnie przeczytałem ulotkę! Proszę!
J: A co pan takiego tu wyczytał?
M: "X może powodować hipoglikemię, zawroty głowy, bóle brzucha..."
J: Jak każdy lek, proszę pana. A ideą działania tego leku jest powodowanie obniżenia cukru.
M: Ja wiem co to za świństwo! moja matka kiedyś też to brała! I miała potem amputowaną nogę!
J: To chyba jednak nie po tym leku...
M: Ale miała jak brała ten lek! Ja żądam czegoś innego!
J: Ale pan nawet nie jest upoważniony do wglądu w dokumentację, o decyzjach nie wspominając. A lek jest jednym z bezpieczniejszych, ma potwierdzoną skuteczność, wiele lat obserwacji. Owszem, trzeba kontrolować posiłki i poziom cukru, ale to raczej wina choroby, a nie leku. I jak każdy lek, przedawkowany będzie miał swoje zagrożenia. Nawet aspirynę można przedawkować.
M: Pani tak mówi, a przecież wiadomo, że pani zależy, żeby żona brała ten lek.
J: Zależy.
M: Właśnie! A dlaczego ten? A może pani ktoś zapłacił, żeby ten! Ja tu mam czarno na białym, że on jest groźny! A pani mi tu wciska, że dobry! Bo pani chce to sprzedawać! Pieniądze pani ma z tego!
J: Pan się zapomina.
M: Ja dopilnuje, żeby żona tego nie brała!
J: To jej pan zaszkodzi. Pan ma jakiś cel w szkodzeniu żonie? Zresztą, proszę iść do innego lekarza, dopytać, poczytać sobie i wtedy wrócić.
M: To pani nie zapisze nic innego?
J: Nie. Nawet mojej pacjentki tu nie ma. To komu miałabym zmieniać leczenie?
M: Ja tu jeszcze wrócę!
J: Zapraszam. Tylko może tym razem z żoną. Do widzenia.

Nie wrócił. Wróciła żona, pogadałyśmy na spokojnie, wytłumaczyłam jeszcze raz co i jak. Obiecała brać leki, ale umówiłyśmy się, że jakby mąż robił duże problemy, to pomyślimy o zmianie. Tylko na co? W końcu każdy lek w ulotce ma wymienione same powikłania...

A tendencja jest niestety coraz większa. Coraz częściej też przychodzą pacjenci dr Google, którzy przeczytali i wiedzą na pewno, że ten ból brzucha, to od nowotworu, zapalenia otrzewnej albo wytrzewienia. Od wczorajszego obiadu na pewno nie. Ale to temat na kolejną historię.

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 689 (805)

#55833

(PW) ·
| Do ulubionych
Spotkanie znajomych, plotki o wszystkim i o niczym. Gdzieś w rozmowie pada:

"Ależ masz piękną fryzurę! I ten kolor! Gdzie robiłaś? Drogo wyszło?"
Odpowiedź "Och, no postanowiłam wypróbować ten nowy salon, widzisz, niezły, ale kasują, jak za zboże! Zapłaciłam dwieście złotych, ale to za całość, z farbowaniem" nikogo nie dziwi.

Godzinę później z ust tej samej kobiety (pięknie uczesanej) słyszymy: "Ech, ostatnio mam problemy z żołądkiem, wiecie, stres... Powinnam iść do specjalisty, ale na państwowego trzeba czekać. A dzwoniłam do tej kliniki i to kosztuje 150 zł... Nie mam takich pieniędzy, do wydania ot tak, na głupie badania"

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 753 (931)

#55825

(PW) ·
| Do ulubionych
Akt I
Pani w przychodni, problemy z tarczycą. Zapisuję leki, uczulam, że leki są doraźne, że musimy pociągnąć diagnostykę, że teraz ma brać małe dawki, ale i tak czeka ją kontrola u endokrynologa, USG, kolejne badania krwi. Dostaje receptę, skierowania. Znika.

Akt II
Kilka miesięcy później pani pojawia się znów, po receptę. Pytam o wizytę u specjalisty, o wyniki badań. Nie zrobiła. Oj, czasu nie było. A po lekach było dobrze, nawet załatwiła kolejną receptę w nocnej pomocy. Ale już się leki skończyły i przyszła.
Opierniczam panią, straszę powikłaniami, które może rozwinąć przez takie olewanie i piszę kolejną receptę, tym razem na małą ilość tabletek i na 100%, wydaję kopie skierowania do endokrynologa. Pani jest wyraźnie niezadowolona.

Akt III
Dostaję wezwanie do dyrekcji. Wpłynęła skarga. Pani twierdzi, że nie powiedziałam jej, że leki są na chwilę, że nie dostała skierowania na badania ani do specjalisty. I że jestem winna pogorszenia jej stanu zdrowia, nerwów i poniesionych kosztów.
Pokazuję wpisy z wizyt, koniec sprawy.

Akt IV
Pani przychodzi na kontrolę. Pytam o co chodziło ze skargą, skoro nie dość, że dostała skierowania, to jeszcze na drugiej wizycie nie miała żadnych zarzutów i sama się przyznała, że ona zawaliła.
Odpowiedz zwaliła mnie z nóg: otóż, pani była wściekła, że teraz to musi załatwiać specjalistę prywatnie (bo kolejki dawno wyczerpane), że leki droższe. I wymyśliła, że przychodnia jej zapłaci. W końcu złośliwie zrobiliśmy jej na złość, to ona nam też! Koleżanka doradziła, żeby postraszyć, to może zapłacą odszkodowanie. Tylko nie przewidziała, że ja mam kopie w dokumentach, przecież ona te kartki zabierała... Kłamstewko nie wyszło, trudno.

Nie wiem czemu dziwić się bardziej - temu, że to wymyśliła, czy że tak beztrosko się do tego przyznała. I że nie wpadło jej do głowy, że w razie, gdybym nie zaznaczyła - choćby przez przeoczenie - faktu wydania skierowań, to wszystko to mogłoby się dla mnie karą finansową, a może i utratą pracy.

Akt V
Pani musiała zmienić lekarza prowadzącego. Chyba do teraz nie zrozumiała, dlaczego ja już nie chcę jej leczyć.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 686 (742)

#55446

(PW) ·
| Do ulubionych
Późne popołudnie, SOR. Piękna pogoda, wszyscy wyjechali, spokój jak nigdy, nawet karetki jakoś nie przyjeżdżają.

Do gabinetu zagląda pani, wiek koło 50 lat. Nieśmiało pyta, czy może zająć chwilkę, bo ma problem z dzieckiem i chciała się poradzić. Oczywiście, chociaż lepiej byłoby przyjść z dzieckiem. Ale mimo wszystko zapraszam.

P: Mam problem, bo mój synek ma biegunkę, słabo je, ja nie wiem czy to już poważne, czy się martwić... Do szkoły nie ma siły chodzić, dziś rano nawet kleiku nie chciał zjeść.
J: A od kiedy tak się dzieje?*
P: Oj, już od wczoraj tak trzyma, słabiutki taki.
J: A dużo mu pani daje pić?
P: Malutko pije, a co wypije to od razu wymiotuje, nawet herbatki miętowej nie może.

[oszczędzę Wam wywiadu dotyczącego szczegółów biegunek, przejdźmy dalej]

J: ...ale bez zbadania dziecka nic pani więcej nie mogę powiedzieć, musi pani przyjść z synkiem. To może być niegroźny wirus, ale tak czy inaczej muszę ocenić dziecko, czy nie jest odwodnione, czy nie trzeba będzie dać kroplówki.
P: Ojej... No dobrze, to ja poproszę synka.
J: Pani przyszła z synem? To proszę wprowadzić dziecko, tylko zadzwonię do pielęgniarek, żeby założyły historię.
J: (wyglądając przez drzwi) Paaaweł! Chodź tu!

I tu zaskoczenie stulecia - zamiast ojca z maluchem na ręku wchodzi... dorosły, wysoki facet. Brodaty.

Musiałam mieć strasznie głupią minę, bo pani od razu potwierdziła, że to właśnie ten synek z biegunką. No nic, zbadany (matka chciała się wepchnąć za parawanik!), mamusia uspokojona, odesłany do domu.

A teraz zastanówcie się: skąd ona wiedziała jakie kupy robi jej malutki syneczek? :)


*[wiem, pierwsze o co powinnam zapytać o wiek, ale zasugerowałam tym kleikiem i szkołą, byłam prawie pewna, że rozmawiamy o wczesnoszkolnym chłopcu, nawet mi się pomyślało, że pewnie stara matka i nie ma jak się poradzić koleżanek]

PS. Na pamięć podziałała mi http://piekielni.pl/55432 ale nie mogłam tego powiedzieć na początku :)

sorzyk w szpitaliku

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 571 (619)

#55438

(PW) ·
| Do ulubionych
Hellraiser przywołał temat uczelni prywatnych (http://piekielni.pl/55392). Przypomniało mi to moją przygodę z jedną Wyższą Szkółką. Bardzo krótką przygodą. W sumie zakończyło się na rozmowie o pracę :)

A było tak: Traszka, natchniona przykładem starszego kolegi postanowiła krzewić wiedzę, dzielić się doświadczeniem i kształcić młode umysły - na swoje usprawiedliwienie ma tylko to, że była wtedy znacznie młodsza i miała głowę pełną ideałów.

Poszła zaoferować swoje usługi (edukacyjne) uczelni, złożyła stosowne dokumenty, doczekała się zaproszenia na rozmowę z dziekanem. A tam, w przyjemnej rozmowie, w masie mniej i bardziej ważnych pytań padło - Co pani zrobi, jak student nie zaliczy egzaminu.

Cóż, byłam przygotowana na to pytania, opowiadam więc o możliwości konsultacji w wyznaczonych godzinach, o trzech terminach zaliczeń, o otwarciu na studenta, że zawsze może przyjść, wyjaśnić wątpliwości, że planuję testy, ale przed ostatecznym uwaleniem ustny, bo może ktoś ma problem z testami i ogólnie wie, ale nie umie przekazać itd itp.

No tak, ale co jeśli student nie będzie umiał znów. Proste pytanie, prosta odpowiedź - jeśli mimo mojej pomocy nie będzie umiał, to nie zda. Nie mogę puścić kogoś, kto nie rozróżnia części ciała do roboty w pogotowiu/szpitalu.

I tu dziekan niby się zgodził, ale w sumie nie do końca. Wie pani, nie jesteśmy super uczelnią, wiadomo, studenci to nie orły, trzeba się zastanowić czasem...

Nigdy nie bawiły mnie zabawy w podchody, więc spytałam wprost, czy pan oczekuje ode mnie puszczania nieuków na egzaminach. Nie, nie, nie od razu puszczania nieuków, po prostu dania szansy, każdy ma gorszy dzień (trzy terminy z rzędu?) i dalej w ten deseń.

W tym momencie przestałam słuchać, bo przed oczami stanął mi obraz totalnego głupka, który nie potrafi odpowiedzieć na pytanie "gdzie jest ręka", a ja z szerokim uśmiechem odpowiadam "nie szkodzi, egzamin zdany".
Słabym głosem poinformowałam pana, że ja mam swoje standardy i studia to jednak nie przedszkole, nie każdy musi skończyć z wynikiem bdb. Dalsza rozmowa upłynęła nadal miło, ale już wyraźnie szybciej.

Nie dostałam pracy. Nie żałuję. Boję się tylko, że te cudowne dzieci ze Szkoły Wyższej przyjadą do mnie kiedyś karetką.

szkolnictwo niższe

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 718 (768)

#55505

(PW) ·
| Do ulubionych
W życiu trzeba być czujnym.

Pewna pani rozpętała dziką awanturę u lekarza w gabinecie. Krzyki, groźby, awantura na całego. Doktor zaznaczył sobie w karcie, żeby na nią uważać, a najlepiej nie przyjmować w ogóle.

Ale pacjentka wróciła już następnego dnia. Jakby nigdy nic, znów wesolutka. Lekarza tknęło i (jak to czasem przy kłopotliwych pacjentach) na komputerze włączył nagrywanie dźwięku. I, jak przyznał później, była to najlepsza rzecz, jaką mógł zrobić.

Pani, zupełnie nie zwracając uwagi na wczorajszą awanturę przyszła powiedzieć, że ogólnie jest zadowolona, że bardzo dziękuje za opiekę, że w ramach tej PONADSTANDARDOWEJ - podkreślone wyraźnie - opieki chciałaby się odwdzięczyć. Pytania o wczorajsze zachowanie zbywała, przepraszała, sama słodycz.

Wręczyła również kopertę. Doktor w pierwszym odruchu zaprotestował, ale okazało się, że w środku jest ozdobna kartka z podziękowaniami.

Dziwne. Ale może rzeczywiście wszyscy jesteśmy zbyt podejrzliwi, a ludzie jednak nie są tacy źli...

Następnego dnia do lekarza przyszedł synek razem z panią. Z nagraniem wizyty. Zmodyfikowanym, z którego można było wyciągnąć wniosek, że lekarz dostał łapówkę. Synek zagroził, że pójdzie z nagraniem na policję i "zobaczysz gnoju". Ale zawsze możemy się dogadać, nie? To jak będzie?

Jak będzie? Prosto. Klik klik i z głośnika leci oryginalne nagranie. Pani zapowietrzona, synek z opadem żuchwy. Oboje czerwoni, bez słowa wyszli.

A lekarz ma już dwa nagrania. I nadal zastanawia się, czy jednak nie iść z tym na policję.

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1168 (1222)

#55349

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu przyszedł do mnie pacjent. Miły, w białej koszuli. Wizytę rozpoczął komplementami, ochami i achami nad moją wiedzą, fachowością, uprzejmością, wyglądem. W końcu przeszedł do sedna (dialogi utrzymane w tonie wypowiedzi, dokładnych nie pamiętam, lata już nie te):

P: Pani doktor... Co ja będę w bawełnę owijał. Praca stała mało płatna, męcząca. Z dorywczej nie wyżyję, zlecenia czasem są, a czasem nie. Pomoże pani załatwić rentę, w życiu będzie od razu łatwiej. Pieniądz mały, bo mały, ale zawsze to coś, odpocznie człowiek, dorobi wreszcie porządnie.
J: (zatkało mnie, nie ukrywam) Słucham?
P: Może na kręgosłup? Kumpel pochodził, pogarbił się, ponarzekał, to nie dość, że renta, to jeszcze do sanatorium pojechał...
J: Ale pan jest zdrowy.
P: No też mówię, jak człowiek, bo co ja będę udawał. Porządny jestem, nie kłamię pani doktor. Ledwo trochę więcej zarabiam, niż miałbym renty, a tak to się wreszcie odbiję od dna.
J: Do odbijania od dna są raczej zapomogi, renty socjalne.
P: O, ale to kryteria trzeba spełnić, a zasiłek żaden prawie...
J: I pan wymyślił, że lepiej iść na rentę?
P: A pomoże pani?
J: Nie pomogę. Z kilku powodów. Renty są dla chorych, a pan jest zdrowy. Po drugie namawia mnie pan do fałszowania dokumentacji...
P: A jakbym ja się tak odwdzięczył?
J:... i wzięcia łapówki. Pan rozumie chyba, że to jest oszustwo, pan chce co miesiąc kraść pieniądze, których pan nie powinien dostać.
P: Ja nie jestem złodziejem!
J: Jeszcze. Ale i tak w tej sytuacji musi pan poszukać nowego lekarza, ponieważ ja już panu nie ufam, nie wiem, kiedy przyjdzie pan mnie okłamywać dla renty, a kiedy w chorobie.
P: Szkoda, a tak na panią liczyłem. Trudno, pójdę gdzie indziej!
J: A pana matka to czasem nie była na rencie?
P: Była.
J: I co, małą miała rentę?
P: Małą.
J: A wie pan czemu? Bo na nią jedną chorą, przypadało pięciu takich śmierdzących leni, którzy mogli, ale nie chcieli pracować. Do widzenia.

Poszedł. Nie wątpię, że poszedł gdzie indziej i w końcu dostał tę rentę, za cwany, żeby nie dostać. A że na czyjąś matkę zabraknie? Kogo to obchodzi...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 735 (819)

#54602

(PW) ·
| Do ulubionych
Gonitwa za pięknem i atrakcyjnością przybiera czasem zabawne formy. No, nie dla wszystkich zabawne.

Pewien facet przyjechał na SOR. Kręcił coś przy rejestracji, nie umiał powiedzieć co mu jest, koniec końców trafił do mnie. Od początku spytał o lekarza - mężczyznę. Owszem, jest taki, mamy chłopa - chirurga na dyżurze, ale może powie o co chodzi.
On jednak woli faceta, jeśli nie mam nic przeciw. Cóż, był grzeczny, spokojny, a chirurg akurat nie miał zapchanej poczekalni, więc możemy spełnić zachciankę.

Pół godziny później chirurg wpada z relacją :)

Pan przyszedł do nas z... olbrzymim obrzękiem przyrodzenia. Miał kompleksy, zamówił cudowny krem, który powoduje nagły przyrost masy. Wysmarował się obficie, całą tubką, po czym poszedł spać. Już w nocy zbudziło go pieczenie i świąd. Zajrzał pod piżamę i przeżył szok. Owszem, ulotka nie kłamała. Masy niewątpliwie przybyło :) Ale nie do końca wiadomo, czy panu chodziło właśnie o taki efekt.

Nie wiemy niestety, co było w tubce. Obstawiamy jakąś mniej lub bardziej żrącą chemię, bo pan ma poparzoną skórę plus spory obrzęk, może z podrażnienia, a może alergiczny. Odesłaliśmy na urologię, bo chyba szykuje się dłuższe leczenie.

Niewątpliwie nasz pacjent chwilowo nie skorzysta z nabytego większego rozmiaru. Ba, chyba właśnie wyleczył się z kompleksów, bo - jak sam przyznał - woli już nawet mniejszego, żeby tylko przestało boleć :)

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 835 (925)

#54506

(PW) ·
| Do ulubionych
Piałam kiedyś o kretynach spotykanych na drodze z perspektywy pasażera karetki.

Dziś kolejny odcinek.

Trafił nam się dłuższy transport - wieźliśmy chorego do specjalistycznego ośrodka. Komfortowo, większość drogi po dwóch pasach.

Jedziemy na sygnałach, 140 na liczniku, lewym pasem. Kierowcy w większości zjeżdżają na prawo. Za to w pewnym momencie mija nas z dużą prędkością Czarna Strzała, prawym pasem, po czym zjeżdża przed nas i pruje w siną dal. Ok, ma fantazję jechać szybciej, nie ma sprawy.

Dojeżdżamy do świateł, Strzała stoi na lewym pasie i ani myśli zjechać na bok. Włączamy dodatkową syrenę (która powoduje kładzenie się trawy w promieniu pół kilometra, paniczne ucieczki zwierząt i gwałtowną potrzebę zjechania na bok u ludzi). Zjechał. Przejechaliśmy, chwilę później wskoczyło zielone i Strzała usiadła nam na zderzaku.

Gdy tylko prawy pas się zwolnił, typ znów nas wyprzedził i zniknął. Do kolejnych świateł :) Sytuacja prawie identyczna, z tym, że gdy odpaliliśmy syreny włączyło się zielone i Strzała z rykiem silnika pomknęła naprzód.

Kolejne światła - kolejne spotkanie i przepychanie się z wyraźnie wyczekującym zielonego kierowcą. Na następnych Strzała (po trzecim już wyprzedzeniu nas prawym pasem) przejechała na wczesnym czerwonym (korzystając z zamieszania jakie robiliśmy). I pewnie bawilibyśmy się tak długo, gdyby nie to, że dojechaliśmy do naszego celu. W dokładnie takim czasie, jak Czarna Strzała, którą znów zatrzymało czerwone.

Trudno mi tylko znaleźć wytłumaczenie tych zawodów. Dreszczyk emocji? Chwalenie się kumplom, że sportowym samochodem wyprzedziło się nastoletnią karetkę na sygnale, ważącą kilka ton?
Chociaż, może to właśnie były zawody...

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 593 (653)