Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 17 listopada 2019 - 15:35
  • Historii na głównej: 4 z 7
  • Punktów za historie: 1728
  • Komentarzy: 85
  • Punktów za komentarze: 515
 
poczekalnia

#85602

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O troskliwym misiu z niespodzianką. Historia rozpoczęła się jakieś 7-8 lat temu, niedługo po zakończeniu historii nr #85520 (o toksycznej teściowej). Była to najbardziej piekielna historia i najgorsze lata w moim życiu, opowiadanie o tym nadal wywołuje u mnie silne emocje i pisząc nie byłam do końca w stanie skupić się na stylu, więc miejscami może być chaotycznie, za co przepraszam.

Rozstanie z Jamesem oraz wydarzenia, które do niego doprowadziły (zachowanie jego matki, potem okazywanie przez niego jak bardzo ma mnie w tylnej części ciała, liczne zdrady i odejście) dość mocno podkopały moje poczucie własnej wartości. Do tego zostałam sama w obcym kraju, gdzie źle się czułam, nie radziłam sobie z językiem, z biurokracją, a każdy list urzędowy wprawiał mnie w przerażenie. Byłam w totalnym dole. Jedynym plusem była dobra praca, więc przynajmniej miałam z czego żyć.

Wtedy na mojej drodze stanął on. Troskliwy miś. Hans, tak go nazwijmy, był kilka lat starszy ode mnie, pochodził z byłej NRD, ale od kilku lat mieszkał w Monachium, pracował w małej rodzinnej firmie handlującej stalą. Był człowiekiem, o którym mówi się, że mu "dobrze z oczu patrzy" (coś w rodzaju Artura Żmijewskiego w prawie każdym filmie/serialu). Wzbudzał zaufanie i miał ogromny dar zjednywania sobie ludzi, taka chodząca dobroć. Do tego wesoły, elokwentny, przesympatyczny, raczej stroniący od alkoholu, grzeczny, szarmancki, troskliwy, opiekuńczy, długo można wymieniać. I wpatrzony we mnie jak w obrazek. Mieliśmy mnóstwo tematów do rozmów, wspólne zainteresowania, nawet wychowaliśmy się w podobnych warunkach. Zaczęliśmy się spotykać. Hans oczarował moją rodzinę i znajomych. Mnie po doświadczeniach z poprzedniego związku zależało, żeby jak najszybciej poznać jego rodziców i zobaczyć, jaki w rodzinie panuje układ - tu wszystko było ok, rodzice bardzo normalni, sympatyczni (mama niestety schorowana), bardzo mnie polubili, do tego stopnia, że kiedy z Hansem w czymś się nie zgadzaliśmy, brali moją stronę.

Wydawał się to być związek idealny. Widywaliśmy się prawie codziennie (na ile pozwalała moja praca), robiliśmy mnóstwo fajnych rzeczy. Kiedy w piątek wracałam z pracy, czekał na mnie z kolacją, w weekendy podróżowaliśmy lub chodziliśmy na koncerty, do teatru czy opery (raz zabrał mnie nawet do opery w Wiedniu), w międzyczasie poogarniał mi wszystkie papiery, pomagał z niemiecką biurokracją (chociaż z czasem zauważyłam, że nie tyle mi rzeczy tłumaczył, co robił wszystko za mnie), podciągnęłam się przy nim też w niemieckim. Seks też był obłędny. Koleżanki trochę "zazdraszczały", że "wyrwałam taki ideał", a ja byłam tym związkiem i tym, jak jestem traktowana, tak zachłyśnięta, że nie zwracałam uwagi, czy to nie jest wszystko jakieś takie trochę przerysowane i za bardzo na pokaz. Po byciu olewaną w poprzednim związku była to taka miła odmiana. Nie zwróciłam nawet uwagi, że Hans zaczął mnie coraz bardziej osaczać.

Rozmawialiśmy o poprzednich związkach. Mówił, że miał w życiu dwa poważne związki, jednak nie skończyły się dobrze. Pierwsza dziewczyna, krótko po wspólnym zamieszkaniu dostała ofertę lepszej pracy na drugim końcu Niemiec i z niej skorzystała, wybierając karierę. Druga z kolei podobno miała jakieś problemy psychiczne i któregoś dnia po prostu zniknęła, nie zabierając nic ze sobą, zostawiając mu tylko kartkę, żeby zawiózł jej rzeczy pod dom jakiejś koleżanki. Uznałam, że miał pecha. Ode mnie w końcu też pierwszy mąż uciekł w podskokach. Jedyne, co trochę mnie zastanawiało, to że Hans miał jakiś kompleks względem mojego byłego. Trudno mi to jest precyzyjnie opisać, ale wyglądało to tak, że każdą rzecz, o której się dowiedział, że robiłam z Jamesem, musiałam zrobić również z nim (np., jeśli dowiedział się powiedzmy o urlopie w Grecji, tez chciał koniecznie jechać do Grecji, jeśli byłam na jakimś koncercie, chciał iść na koncert tego samego artysty, mimo że go nawet nie lubił), do tego domagał się deklaracji, że do byłego już naprawdę nic nie czuję i liczy się tylko on. Zwierzałam się nawet z tego koleżankom, ale kazały mi nie wymyślać na siłę problemów.

Po bodajże ośmiu miesiącach Hans wprowadził się do mnie. W związku się dużo nie zmieniło, bo i tak spędzaliśmy ze sobą cały wolny czas. Sprawy finansowe (istotne dla późniejszej części) rozwiązaliśmy w ten sposób, że ponieważ umowa najmu mieszkania, jak i wszystkie rachunki był na moje nazwisko, opłaty automatycznie schodziły z mojego konta, a on na początku miesiąca przelewał mi połowę potrzebnej kwoty. Za zakupy spożywcze płaciliśmy na zmianę, a za przyjemności ten, kto akurat był "przy kasie". Ponieważ zarabiałam więcej niż on, często ja byłam tą osobą, ale nie miałam z tym problemu, w końcu byliśmy w związku, graliśmy do wspólnej bramki.

Niedługo później mi się oświadczył. Z wielką pompą, w miejscu publicznym, przy tłumie świadków (wszystko zaaranżowane, muzyka z głośników, setka róż, balony, ktoś filmuje z ukrycia). Dla mnie to było za wcześnie, dopiero co sfinalizowałam rozwód (w Niemczech wymagany jest rok separacji przed złożeniem pozwu), nie czułam się gotowa brać kolejnego ślubu. Jednocześnie, odmawiając mu w tamtym miejscu, bardzo bym go upokorzyła. Zgodziłam się, czując się trochę przyparta do muru, jednak później, już na osobności wytłumaczyłam mu, że ze ślubem chcę poczekać. Nie był zachwycony, tłumacząc, że on już ma ponad 35 lat, chce się ustatkować, założyć rodzinę, mieć dzieci, nie chce czekać nie wiadomo na co, ale nie ustąpiłam. Stanęło na tym, że ślub weźmiemy za rok z kawałkiem. Rok minął bez zmian. Ze ślubem wywiązała się dyskusja, gdyż ja chciałam coś skromnego (miałam uraz po poprzednim weselu oraz szkoda mi było znowu wydawać kupę forsy na imprezę), a on z przytupem i fajerwerkami, głownie z tego względu, że skoro z byłym miałam wystawny ślub, to dlaczego on ma być gorszy i czy ma to rozumieć, że byłego bardziej kochałam. Nie wiedziałam, co o tym myśleć, więc zasięgnęłam opinii najbliższych w kwestii, czy to on przesadza, czy ja. Usłyszałam jednogłośnie, że muszę go zrozumieć, nie mogę myśleć tylko o sobie, muszę spróbować postawić się w jego sytuacji, spojrzeć z jego perspektywy i co mi szkodzi raz ustąpić. No to ustąpiłam.

Ślub był bajkowy, podróż poślubna też. Tylko, że wyczyściło mi to konto do zera, co okazało się być problematyczne, gdyż tuż przed ślubem dostałam wypowiedzenie w pracy. Jak to bywa w korpo, góra postanowiła "odświeżyć kadrę" i cały dział poszedł na zieloną trawkę. Propozycję z innej firmy dostałam niemal natychmiast, ale nie byłam pewna, czy ją przyjąć. Dotychczasowa praca była bardzo dobrze płatna, ale też nieludzko absorbująca: nierzadko po kilkanaście godzin dziennie, pełna dyspozycyjność, telekonferencje o 6 rano (Rosja i Kazachstan) lub o 23 (Stany), czas poza biurem spędzany z nosem w telefonie, bo często szef chciał coś "na już" (dzwonił do mnie nawet w dzień ślubu), na każdy urlop czy długi weekend musiałam brać ze sobą laptop i przynajmniej godzinę dziennie pracować. Nowa oferta była zupełnie inna: niemiecka kancelaria (wyszlifowałabym język), praca 8 godzin dziennie i do domu, brak służbowej komórki, nikt nie zawraca głowy po godzinach, sama praca niespecjalnie wymagająca. Kancelaria ciesząca się ogromną renomą, doświadczenie u nich mogłoby zaprocentować w przyszłości. Jedyny haczyk - miesięczna pensja netto niższa od poprzedniej o prawie 1000 euro. Przy dwóch dochodach do przeżycia, ale samotna osoba nie dałaby rady się utrzymać. Co tu zrobić. Hans mówi "bierz". On w końcu też zarabia i to całkiem nieźle, trochę ograniczymy wyjazdy i inne przyjemności i spokojnie damy radę. Nie mógł już patrzeć, jak się zarzynałam w poprzedniej firmie, dla niego też średnio przyjemne było, jak spędzałam czas, który miał być dla nas, z laptopem lub telefonem. Poza tym, jest to bezpieczna posadka, praca mało stresująca, kariery tam nie zrobię, ale może jest to właśnie idealny moment, żeby pomyśleć o dziecku? Trudno było nie przyznać mu racji. Zdecydowałam się przyjąć ofertę. I wszystko było ok aż do dnia, kiedy po miesiącu pracy przyniosłam pierwszą wypłatę. Kochany miś, mając wreszcie przewagę finansową, pokazał całkiem inne oblicze.

Zaczęło się od tego, że wysyczał mi, że "wreszcie jestem od niego zależna, i teraz on jest moim panem, a ja jego własnością i w końcu może przestać udawać uczucia, bo już i tak za długo to trwało", a potem poszło z górki. Najpierw w formie pojedynczych incydentów, za które przepraszał i tłumaczył stresem w pracy, obawą o zdrowie mamy itd. Z czasem "incydenty" nabierały mocy i przybierały na regularności, a winą za nie obarczał już wyłącznie mnie, albo próbował mi wmawiać, że nic takiego nie miało miejsca, a ja mam urojenia i powinnam się leczyć (to się w psychologii nazywa bodajże Gaslighting). Nie będę wszystkiego szczegółowo opisywać, bo raz, że wyszłaby mi powieść, a dwa, niezbyt mam ochotę do tego wracać i to rozgrzebywać. W skrócie wyglądało to tak. Do kosztów życia dokładał się tylko wtedy, kiedy jego zdaniem sobie na to zasłużyłam. Jeśli sobie nie zasłużyłam, utrzymanie mieszkania było na mojej głowie, a jeśli brakowało mi pieniędzy na jedzenie, on robił zakupy tylko dla siebie, a ty "żryj gruz". Potem się wspaniałomyślnie litował i jednak coś mi przelewał. Do tego dochodziło, zamykanie mnie w domu lub niewpuszczanie do niego, odcinanie od znajomych, notoryczna kontrola (śledzenie mnie, przeszukiwanie telefonu i laptopa) i oskarżanie o rzekome zdrady (przy jednoczesnym powtarzaniu mi, jak bardzo odrażająco wyglądam i na pewno nikt nie tknąłby "kijem przez szmatę"). Po jakimś czasie zaczęła dochodzić do tego przemoc fizyczna, typu nadepnął mi ciężkim butem na stopę, uderzył mnie drzwiami, czy zrzucił coś tak, że spadło na mnie. Dla mnie było jasne, że robi to specjalnie, ale nie było jak tego udowodnić. Zgłaszając to zrobiłabym z siebie wariatkę.

Na samym początku, kiedy to się zaczęło, zastanawiałam się, co się z nim dzieje, próbowałam go sama przed sobą usprawiedliwiać, nawet szukać winy w sobie. Trudno mi było uwierzyć, że pierwsze 2 lata związku były wyłącznie grą z jego strony. Oczy mi trochę otworzyła rozmowa, którą odbyli z nim jego rodzice, po tym, jak kiedyś wygadałam się im , jak ich syn zaczął mnie traktować. On się na początku wypierał i oskarżał mnie o konfabulację, jednak oni przypomnieli mu, że dokładnie w ten sam sposób traktował swoje poprzednie partnerki i tak samo wmawiał im chorobę psychiczną, aż w końcu od niego uciekły. W sumie jego rodzice byli to jedyni ludzie, w których miałam wsparcie. Ponieważ prawdziwe oblicze pokazywał jedynie w czterech ścianach, a przy ludziach nadal zgrywał idealnego partnera, w momencie, kiedy zaczęłam szukać pomocy wśród bliskich mi osób, nie wierzył mi nikt, włączając moich własnych rodziców (niemożliwe, nie przesadzaj, on by tak nie mógł, nie on, nie taki miły człowiek, znowu chcesz się rozwieść, zwariowałaś, ty się zastanów czego chcesz w życiu i przestań tak skakać z kwiatka na kwiatek, oczywiście wszyscy tacy niedobrzy, tylko ty idealna, jeśli faktycznie coś ci nie tak powiedział, to się lepiej zastanów, czym go tak wku*wiłaś, nie dramatyzuj, zmyślasz coś, pewnie poznałaś kogoś nowego, chcesz się rozstać i na niego zwalić winę). Manipulant okręcił sobie wszystkich wokół palca. A ja byłam sama z problemem.

Jedna sytuacja, która przychodzi mi do głowy, która ilustruje jego wpływ na ludzi. Miałam problem z kręgosłupem i przepisaną rehabilitację. Jechałam któregoś dnia na wizytę do fizjoterapeuty. Hans uparł się, że mnie tam zawiezie, żeby "mieć pewność, że się nie będę puszczać po drodze". Wsiedliśmy do samochodu, ruszyliśmy, ja jeszcze na chwilę wysiadłam, żeby zamknąć garaż. Moja torebka z portfelem, telefonem i kluczami została w samochodzie. Wtedy on odjechał, zostawiając mnie samą na ulicy. Po jakichś 10 min wrócił i spytał, czy nadal zamierzam "świecić d*pą" przed fizjoterapeutą, czy będę grzeczną żoną i wrócę do domu. Krzyknęłam na niego, że ma mi oddać torebkę i złapałam za klamkę drzwi. W tym momencie on ponownie ruszył z dużym impetem. Szarpnięcie sprawiło, że straciłam równowagę i upadłam na asfalt. On odjechał. Chwilę mi zajęło, zanim byłam w stanie wstać, w międzyczasie zbiegli się jacyś ludzie, pytając, co się stało. Coś we mnie pękło, zaczęłam płakać i opowiedziałam, co się stało. I co się dzieje w moim małżeństwie. Jedna z kobiet okazała się być pracownicą socjalną, pytała, jak może mi pomóc, czy chcę, żeby wezwać karetkę i policję. Nie chciałam karetki, gdyż miałam tylko pozdzierane kolana i nadgarstki, ale powiedziałam, że chyba jestem gotowa, żeby wezwać policję. W tym momencie przyjechał Hans. Podbiegł do nas i tonem najczulszej matki zaczął się dopytywać, co się stało, bo on właśnie wracał z pracy, zobaczył zbiegowisko i bardzo się przestraszył, jak zobaczył, że to jego ukochana żona siedzi tam na ziemi. Zaczęłam krzyczeć, żeby przestał udawać, jeszcze raz powtórzyłam, co się stało i że ma się do mnie nie zbliżać. A poza tym, skoro, jak mówi, właśnie wraca z pracy, to co robi w jego samochodzie moja torebka? W tym momencie on zmienił wersję i oświadczył, że jestem psychopatką, która odmawia leczenia, często jestem agresywna do tego stopnia, że on się mnie boi, teraz na przykład on wracał z pracy, ja czekałam na niego na ulicy i kiedy tylko go zobaczyłam, podbiegłam do jego samochodu, włożyłam ręce przez otwarte okno i zaczęłam go dusić. On oczywiście nie chciał mi zrobić krzywdy, ale musiał się jakoś obronić, gdyż bał się o swoje życie. I jakimś sposobem nagle miał tych wszystkich ludzi po swojej stronie. Pani pracownica społeczna zaproponowała wezwanie policji (on wspaniałomyślnie odmówił, gdyż mimo wszystko bardzo mnie kocha i nie chce robić mi problemów) i zaczęła udzielać mu rad, jak może bronić się przede mną i gdzie może szukać pomocy. Mimo iż jego wersja niezbyt trzymała się kupy, jemu wierzyli wszyscy, mnie nikt. Po tym zdarzeniu ostrzegł mnie, że tak będzie zawsze, jeśli zdecyduję się szukać gdzieś pomocy. Poza tym, jak mówił, czy policja, czy zwykli ludzie zawsze wezmą stronę swojego obywatela, a nie cudzoziemki. A ja po tym, czego właśnie byłam świadkiem, byłam w pełni skłonna uwierzyć, że ma rację.

Po kilku miesiącach, kiedy gnojenie działo się już regularnie, mentalnie ten związek był dla mnie skończony. Pozostała kwestia, jak go zakończyć fizycznie. Moim pierwszym krokiem, ale to zrobiłam już wcześniej, jak tylko zorientowałam się, że coś z nim jest nie halo, było rozpoczęcie brania za jego plecami tabletek antykoncepcyjnych, żeby broń boże przypadkiem nie zaciążyć. O to jednak w sumie nie musiałam się specjalnie martwić, gdyż on sam, po niedługim czasie wyniósł się z sypialni, gdyż, jak mówił, brzydził się przebywać blisko mnie. Następnym krokiem była konieczność znalezienia lepszej pracy, bo z obecnej nie miałabym jak się sama utrzymać. Tu los się do mnie uśmiechnął i któregoś dnia dostałam telefon z jakiejś firmy - znaleźli mój profil na LinkedIn i chcieli zaproponować mi pracę. Pierwszym pytaniem, które do nich miałam, było ile płacą. Nic więcej mnie nie interesowało. Musiałam więcej zarabiać, żeby móc się od drania uwolnić. Proponowali kilka stówek więcej. Może być, biorę. Przeszłam przez rozmowę, przyjęli mnie, złożyłam wypowiedzenie w obecnej firmie. Niestety okres wypowiedzenia wynosił aż 3 miesiące, ale przynajmniej było jakieś światło w tunelu. Postanowiłam, że wytrzymam i będę myśleć, jak się drania pozbyć z domu. Z prawnego punktu widzenia wyglądało to słabo. Mimo iż umowa najmu była wyłącznie na mnie, on jako mój mąż miał prawo tam mieszkać. Do jego eksmisji nie miałam podstaw prawnych. Pozwu rozwodowego nie mogłam złożyć bez wcześniejszej separacji. Na próbę rozmowy o rozstaniu i wyprowadzce, on zareagował śmiechem, oznajmiając, że związał się ze mną tylko i wyłącznie dlatego, że podobało mu się moje mieszkanie, więc nie ma zamiaru się z niego wyprowadzać. Kiedy zaproponowałam, że to ja się wyprowadzę i mu je zostawię, niech je sobie bierze i da mi święty spokój, tylko przepiszmy na niego umowę najmu i rachunki, odpowiedział, że nie ma mowy. Ja mogę się wyprowadzić, ale mieszkanie mam mu opłacać. Czyli dogadać się z nim nie dało. Na opłacanie dwóch mieszkań nie było mnie stać. Jakiekolwiek domy pomocy czy inna pomoc od państwa mi nie przysługiwały, bo pracowałam na cały etat, miałam stały dochód i duże mieszkanie, wynajęte na swoje nazwisko. Jednym słowem pat.

Spróbowałam innej taktyki. Podczas tych trzech miesięcy, które zostały do końca mojego wypowiedzenia, dałam mu poczucie, że mnie złamał. Robiłam, co chciał, żeby mieć względny spokój. I to w miarę działało. Czasami udawało się nawet porozumieć w temacie rozstania. Czasami udawało. To znaczy raz mówił, że nawet już był u prawnika, dowiedzieć się jak możemy najbardziej ugodowo się rozwieść, bo on nie widzi przyszłości dla związku ze mną, i że szuka dla siebie nowego mieszkania, innym razem mówił, że od niego odchodzi się tylko w trumnie, i że on albo mnie własnoręcznie zamorduje, albo zrobi mi z życia takie piekło (jakby już nie robił), że sama się zabiję, bo on chce po mnie wszystko odziedziczyć. Zależnie jaki miał humor. Mając poczucie, że mnie złamał, czuł się też bardzo pewnie na swojej pozycji. A jak ktoś czuje się zbyt pewnie, traci czujność i w końcu popełnia błąd.

Któregoś niedzielnego wieczoru wróciłam po weekendzie spędzonym u rodziców (jakimś cudem udało mi się pojechać samej). On nie chciał wpuścić mnie do domu, zatarasował czymś drzwi. W końcu udało mi się wejść, na co on zareagował wybuchem wściekłości. Zaczął rozrzucać moje rzeczy. Kiedy próbowałam go powstrzymać, złapał mnie za szyję i przydusił do drzwi, wrzeszcząc, że tym razem mnie zabije. Bałam się, że faktycznie coś mi zrobi, zaczęłam się szarpać i wyrywać. Wtedy chwycił mnie mocno za ramiona, wbijając w nie palce, i cisnął mną z całej siły o ziemię. Poczułam tak silny ból w kolanie, że zaczęłam płakać. On się zaczął śmiać i grozić, że to dopiero początek. Za chwilę poszedł po coś do swojego pokoju. Wykorzystałam moment i uciekłam z mieszkania, zdążyłam jeszcze zabrać torebkę. Schowałam się w samochodzie i zadzwoniłam na policję. Tym razem zostawił mi na ciele ślady, więc była szansa, że ktoś mi w końcu uwierzy. Zanosząc się płaczem, powiedziałam dyspozytorce, co się stało. Kazała mi zostać w bezpiecznym miejscu i czekać na przyjazd patrolu. Policjanci przyjechali po jakichś 15 min. Kuśtykając podeszłam do nich, powiedziałam, co się stało i że potrzebuję pomocy. Oni na to, że jasne, po to tu są. Spytali mnie, czy mam gdzie spędzić noc. Wtedy ja wpadłam w jakąś histerię, zaczęłam krzyczeć, że nie, nie mam, a w ogóle to dlaczego ja mam się martwić o nocleg, podczas gdy on sobie zostanie w moim mieszkaniu. To moje nazwisko jest na umowie najmu, a nie jego, dlaczego to on ma tam zostać. Policjant mi przerwał i poinformował mnie o czymś, za co do końca moich dni będę wielbić niemieckie prawodawstwo. Otóż procedura w przypadku (uzasadnionym) zgłoszenia przemocy domowej wygląda tak, że policja nie bawi się w żadne niebieskie karty, tylko wlepia sprawcy natychmiastowy nakaz eksmisji. Nie ma tu nawet znaczenia, na kogo jest umowa najmu, czy do kogo należy mieszkanie - „wer schlägt, muss gehen”, czyli kto uderzy, ma się wynieść (kwestie praw do nieruchomości rozstrzyga się później sądownie). Kazali mi poczekać w samochodzie, a sami poszli eksmitować Hansa. Spytali mnie jeszcze, czy może być wobec nich agresywny, żeby wiedzieli, jak się przygotować. Odpowiedziałam, że wprost przeciwnie. Będzie uroczy, czarujący, bardzo zdziwiony ich wizytą i będzie ich przekonywał, że jestem psychopatką, która całą sytuację sobie wymyśliła. Oni na to: aha, czyli standard.

Po około 20 minutach moim oczom ukazał się widok którego nigdy nie zapomnę: Hans z walizką wyprowadzany przez policję. Zaprowadzili go do jego samochodu, wsiadł i odjechał. Policjanci podeszli do mnie i powiedzieli: Może pani wracać do domu, jest pani bezpieczna, on już pani nic nie zrobi. Wytłumaczyli mi, że Hans dostał nakaz eksmisji oraz zakaz zbliżania się do mnie lub mojego mieszkania i jakiegokolwiek bezpośredniego kontaktu ze mną pod groźbą kary więzienia. Eksmisja jest permanentna, zakaz zbliżania i kontaktu obowiązuje do środy o północy (mogę wystąpić do sądu o przedłużenie). Gdyby przed upływem tego czasu próbował się ze mną kontaktować, mam powiadomić policję. Spytałam ich jeszcze, co mówił, kiedy po niego przyszli. Oni na to: „to samo, co wszyscy przemocowcy w tej sytuacji. Nic, czego już nie słyszeliśmy”. Próbował tylko negocjować, żeby pozwolili mu zostać do rana w mieszkaniu, bo nie ma gdzie spać, na co policjanci zaproponowali mu nocleg na dołku. Przypomniał sobie wówczas, że istnieją hotele. Powiedzieli jeszcze, że następnego dnia, ktoś będzie się ze mną kontaktował w sprawie dalszego postępowania, a ja mam pójść zrobić obdukcję, wystarczy u zwykłego lekarza rodzinnego.

Wróciłam do domu i poczułam tak niesamowitą ulgę i błogość, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. Nie wiedziałam wtedy, ile jeszcze przede mną. Ale o tym w drugiej części.

zagranica

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (210)

#85543

(PW) ·
| Do ulubionych
O szukaniu pracy. Po historiach damsko-męskich (do tego tematu jeszcze wrócę) coś lżejszego i z innej beczki - rozmowy kwalifikacyjne.

Jakieś trzy lata temu z kawałkiem z całkiem sporym hukiem rozstałam się z pracodawcą (również temat na historię) i musiałam znaleźć nową pracę. Do tematu podeszłam optymistycznie. Monachium to miasto z prawie zerowym bezrobociem, nie pracuje praktycznie tylko ten, kto nie chce, swoje biura ma tu mnóstwo międzynarodowych koncernów, więc ofert pracy też jest od groma. Do tego non stop słyszy się, jak to pracodawcom ciężko jest znaleźć kompetentnych kandydatów. Jako że w poprzednim miejscu zarabiałam więcej niż bardzo dobrze, Urząd Pracy (zwany odtąd Arbeitsamtem) wyliczył mi całkiem przyzwoity zasiłek, do tego miałam oszczędności, miałam przez kilka miesięcy z czego żyć. Nie byłam w sytuacji, w której musiałabym przyjąć pierwszą lepszą ofertę, więc mogłam trochę poprzebierać i poczekać, aż trafi się coś fajnego.

W zawodzie, który wykonuję, jest spora rozpiętość zarobków. Zależnie od branży, kondycji finansowej firmy, siły przebicia kandydata, stopnia desperacji pracodawcy i paru innych czynników (niekoniecznie jednak wymagań pracodawcy czy doświadczenia kandydata) zarobki netto zaczynają się od, powiedzmy, 1500€ (co na monachijskie warunki jest bardzo niską pensją - dla porównania, wynajęcie kawalerki kosztuje ok. 900€ plus opłaty, dyskont spożywczy oferuje kasjerom bez żadnych kwalifikacji czy doświadczenia i ze słabą znajomością języka na dzień dobry jakieś 1600€, granicę ubóstwa ktoś kiedyś wyliczył na 1700€; kwoty dotyczą Monachium, w reszcie kraju wygląda to inaczej), a potrafią sięgać nawet ponad 4000€. Kwota mniej więcej w połowie tej stawki jest już godziwą zapłatą, biorąc pod uwagę wymagania, godziny pracy, odpowiedzialność i zakres obowiązków, zarazem pozwalającą samotnej osobie na spokojne życie bez trosk finansowych i odkładanie jakiejś kwoty na czarną godzinę. Tyle tytułem wstępu.

W ciągu niecałych 4 miesięcy odbyłam ponad 40 rozmów, część osobiście, część online lub telefonicznie. Czasami słyszałam magiczne słowo "overqualified", czyli politycznie poprawny odpowiednik "za stara do młodego, dynamicznego zespołu", czasami nie odpowiadała mi forma zatrudnienia (czasowa umowa lub przez zewnętrzną agencję), czasami ktoś inny był po prostu lepszy, czasami rozbiegały nam się oczekiwania finansowe. To ostatnie z reguły następowało w ten sposób, że odbywała się rozmowa na temat moich kompetencji, wszystko było cacy, ale jak tylko przeszliśmy do rozmowy na temat zarobków i podałam stawkę (też nieprzesadnie wygórowaną, w końcu to ja pukałam do ich drzwi, a nie oni do moich), potencjalny pracodawca nie mówił wprost, że mają inne widełki płacowe, tylko łapał się za głowę, wykrzykiwał niemiecki odpowiednik "ło paaaani tyyyle piniendzy" (dwie firmy, okazało się, nie oferowały w ogóle żadnego wynagrodzenia, tylko wpis w CV), po czym wygłaszał wykład na temat mojego skandalicznego braku wymaganego doświadczenia, wiedzy itd. No to nie traćmy sobie nawzajem czasu, do widzenia. Ostateczne znalazłam satysfakcjonującą mnie ofertę i pracuję tam do dzisiaj, chciałabym jednak przytoczyć kilka "kwiatków" z tego okresu, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Subiektywny ranking, od najmniej do najbardziej piekielnego.

1. Jakiś rekruter. Rozmowa wstępna przez telefon. Rozmowa toczy się po niemiecku, w pewnym momencie pani pyta mnie o znajomość angielskiego. Mówię, że biegła. Czy mogę to jakoś udowodnić. Opowiadam, że kończyłam anglistykę, mieszkałam 7 lat w Irlandii, tam pracowałam na uczelni, dorabiałam sobie jako tłumacz m.in. na policji i w sądach, naprawdę znam język. Zresztą wszystko jest udokumentowane w portfolio, które im wysłałam. No tak, ale oni wymagają certyfikatu B1 (to jest poziom w miarę średniozaawansowany, który pozwala porozumieć się w prostych sprawach: opowiedzieć, co jest na obrazku, napisać prosty list itd.). Odpowiadam, że nigdy tego certyfikatu nie robiłam, nie miało to kompletnie sensu, jako że mam dyplom ukończenia studiów, który potwierdza znajomość języka na dużo wyższym poziomie niż certyfikaty ze szkół językowych. Nie, ma być ten konkretny certyfikat i koniec, inaczej musi mi wpisać brak znajomości języka. No to nie, dziękuję, do widzenia.

2. Dobry kolega pracował w dziale HR w pewnym koncernie i któregoś dnia poinformował mnie, że pracownica na stanowisku pasującym do mojego profilu idzie na urlop macierzyński, nie wie, czy wróci i szukają kogoś na jej miejsce. Mam mu przesłać swoje CV, on mnie poleci. Tak zrobiłam. Za kilka dni kolega mówi, że jednak nic z tego. Szef działu wymyślił sobie, że zaoszczędzi i zamiast zatrudniać nowego pracownika, stanowisko pokryje praktykantem. Kolega tłumaczył mu, że stanowisko jest pełnoetatowe, wymaga doświadczenia, konkretnych umiejętności i praktykant, który przyjdzie na kilka godzin, zwyczajnie sobie tam nie poradzi. Na co szef: "będzie musiał sobie poradzić albo nie zaliczy praktyk".

3. Koleżanka (Polka), pracująca na podobnym stanowisku do mojego, dała mi znać, że u niej w dziale jest wolne stanowisko, równoległe do jej. Pracownica poszła na macierzyński, z którego nie wróciła, nowego pracownika na razie nie znaleźli (mimo że podobno usilnie szukają), obydwa stanowiska obsadza póki co ona sama i powoli już nie daje rady, bo obowiązków przybywa, a doby nie. Pogada z szefem, da mu moje CV, zobaczymy. Efekt rozmowy był taki, że szef poinformował koleżankę, że nikogo na to stanowisko nie zamierzają szukać, bo szkoda im pieniędzy, a ją po to ściągali z oddziału w Warszawie, żeby zapie*dalała na dwa etaty, bo żaden Niemiec nie chciał tego robić. Bo na pojedynczy to oni sobie Niemca znajdą i nie muszą cudzoziemców zatrudniać. I że jak się jej nie podoba, to może wracać skąd przyjechała. Kilka miesięcy później koleżanka znalazła pracę gdzie indziej i, ku zdziwieniu szefa rasisty, złożyła wymówienie.

4. Tym razem oferta z LinkedIn. Duży azjatycki koncern elektroniczny. Wysyłam CV, jest odzew, zapraszają na rozmowę. Przechodzę jedną, drugą, trzecią, są zadowoleni, chcą mi złożyć ofertę. Pensja bardzo dobra, ja też jestem zadowolona. Umawiamy się na podpisanie umowy. Dzień przed umówionym terminem dostaję od nich telefon:
- No bo ten... teges... Właśnie zauważyliśmy, że przekalkulowaliśmy budżet i jednak nie możemy pani zaoferować tyle pieniędzy, ile obiecaliśmy. Musimy troszeczkę zmniejszyć stawkę.
- Co to znaczy troszeczkę? (oferta była ogólnie bardzo dobra, stawka też, więc jakieś 10% mogę zejść, nic mi nie będzie)
- Nooo... Ten... Errrmmm... Jakieś 50%.
- Ile?
- 50%. Stać nas, żeby zapłacić pani połowę umówionej kwoty. To jak? Decyduje się pani?
- No raczej nie.
- Ale dlaczego? Poświęciliśmy pani mnóstwo czasu
- No i co z tego? Ja wam też.
- Czyli nie chce pani?
- No raczej nie.

5. Duża stacja telewizyjna. Pracownicy przyjmowani głównie z polecenia. Pracował tam mój kolega i, standardowo, któregoś dnia pojawiła się informacja, że zwalnia się stanowisko, kolega spytał , czy jestem zainteresowana, no jak nie, jak tak, wysłałam mu CV, on przekazał dalej. Przez ponad miesiąc zero odzewu. Kolega zagadał do szefa HR, jak się sprawy mają - tak, tak, są zainteresowani, niedługo się odezwą. Po kolejnym miesiącu faktycznie zapraszają na rozmowę. Najpierw przez Skype z dziewczyną, która odchodzi ze stanowiska i jeśli dobrze pójdzie, to kolejną już osobiście z potencjalnym szefem i kimś z HR. Odbyłam rozmowę przez Skype któregoś dnia rano, dziewczyna nie bardzo wiedziała, jak tę rozmowę prowadzić i o co mnie pytać, skończyło się tym, że to ja prowadziłam rozmowę, ale dzięki temu dowiedziałam się wszystkiego, co mnie interesowało. Stanęło na tym, że dziewczyna pogada z szefem, przekaże mu swoją opinię i da znać w najbliższych dniach w sprawie ewentualnej kolejnej rozmowy. Już tego samego dnia po południu zadzwoniła, że szef jest zainteresowany i proponują rozmowę osobistą w przyszłym tygodniu. Bardzo się cieszę, uzgadniamy termin. Ona ma tylko jeszcze prośbę, żebym w ciągu najbliższych 30 minut dosłała jej CV z datami dziennymi mojego początku i końca zatrudnienia u wszystkich pracodawców (miałam wpisane tylko miesiące i lata) i gdyby gdzieś była kilkudniowa luka, proszą o informacje, co przez te dni robiłam. Nie wiem, po co im to, ale ok, mówię tylko, że nie ma mnie w tej chwili w domu, bo załatwiam pewne sprawy na mieście, wrócę wieczorem i przyślę wymagany dokument. Tak też zrobiłam.

Tydzień później przychodzę na rozmowę osobistą. Witają mnie pracownica i jej szef. Z HR nikt "nie był w stanie znaleźć czasu w tak krótkim terminie". Faktycznie, moje CV wpłynęło zaledwie 2,5 miesiąca temu, mogli nie zdążyć. Rozmowa przeszła gładko, moje kompetencje im pasują, mnie ich wymagania też, hajs się zgadza. Potencjalny szef zadał mi tylko jedno dziwne pytanie, tj. "czy mój obcy akcent nie będzie przeszkadzał mi w wykonywaniu obowiązków". Musiałam mieć dziwny wyraz twarzy, bo zaraz się z tego wycofał.

Po zakończeniu rozmowy pracownica poprosiła mnie, żebym jeszcze chwilę została, bo miała do mnie jeszcze parę spraw. W zasadzie dwie sprawy, które mocno ją rozczarowały. Na rozmowie zrobiłam bardzo dobre wrażenie, ale przez te sprawy ona ma teraz dysonans poznawczy i nie wie, co o tym myśleć. A więc, sprawa pierwsza. Widzi, że jestem dobrze ubrana, pomalowana, no pełna profeska, natomiast podczas rozmowy przez Skype moja twarz wyglądała na nieumalowaną, co zrobiło na niej nieprofesjonalne wrażenie. Wytłumaczyłam jej, na czym polega różnica między makijażem dziennym, a takim "do kamery" i że owszem, podczas tamtej rozmowy też miałam na sobie makijaż, z tym że nie teatralny i przez kamerkę Skype mogło nie być go widać (już pomijając fakt, że nie ubiegałam się o stanowisko prezentera, tylko o zdecydowanie biurowe, to myślałam, że dziewczyna, pracując w telewizji, wie takie rzeczy). Druga sprawa, tydzień temu ona wyraźnie prosiła przez telefon o przysłanie dokumentu w ciągu 30 min, a ja wysłałam dopiero wieczorem. Jej nie interesują moje tłumaczenia, że byłam poza domem, jej zdaniem miałam obowiązek być cały czas w domu i czekać na jej telefon, ona się czuje zlekceważona i przekaże to wyżej. Biorąc pod uwagę ich tempo reakcji, dostosowanie się do jej oczekiwań mogłoby oznaczać siedzenie kołkiem przez miesiąc lub dwa, nie wychodząc nawet ze śmieciami. I faktycznie, chyba przekazała wyżej swoje odczucia, bo już półtora miesiąca po tej rozmowie dostałam z HR maila kopiuj/wklej o treści "Drogi kandydacie, dziękujemy za zainteresowanie stanowiskiem nr 12345678. Niestety przesłałeś nam swoją aplikację zbyt późno i nie jesteśmy w stanie zaprosić Cię na rozmowę wstępną".

6. Na koniec dwie oferty z Arbeitsamtu. Sprawa z Arbeitsamtem ma się tak, że opłacają ubezpieczenie i wypłacają zasiłek, ale co miesiąc trzeba się stawiać na rozmowę z doradcą i zdawać mu relację z poszukiwań pracy. Arbeitsamt czasami przysyła również oferty, które ma w swojej bazie danych. Są to z reguły oferty Januszexów, które nigdzie indziej nie mogły znaleźć kandydata (lub nie wiedziały w jaki sposób mogą go szukać), więc ich atrakcyjność można sobie wyobrazić. Problem polega na tym, że jeśli Arbaitsamt przyśle jakąś ofertę, to trzeba aplikować, a jeśli firma zaprosi na rozmowę, trzeba na nią iść i niezależnie od jej przebiegu trzeba wysłuchać Johannesa biznesu do końca, nie można wyjść trzaskając drzwiami, bo jak się Johannes poskarży, można stracić świadczenia. Jeśli dostanie się propozycję pracy i się ją odrzuci, trzeba mieć solidne wytłumaczenie.

Oferta nr 1. Koncern elektroniczny. Pracownika szukają od ponad roku i potrzebują naprawdę na cito. Wymagania na 2 strony A4, w tym: znajomość czterech języków, z tego dwóch niszowych (angielski i niemiecki biegle, do tego komunikacyjnie polski lub słowacki oraz szwedzki lub duński), doświadczenie w pracy tłumacza, doświadczenie w tworzeniu stron internetowych, w organizacji eventów, biegła znajomość MS Sharepoint i doświadczenie jako administrator oraz kupa innych rzeczy. Opis stanowiska mi pasuje, składam papiery. I cisza. Mija miesiąc, drugi, zero odzewu. Dzwoni do nich mój doradca, że no jak to tak, szukacie w końcu kogoś czy nie, co to ma być. W końcu jest odzew. Mail od pana z HR, że zapraszają na rozmowę w przyszły poniedziałek. Potwierdzam, że będę. W czwartek wieczorem zmarł nagle mój dziadek, pogrzeb wyznaczony na niedzielę. Piszę maila do pana z HR, że proszę o przełożenie terminu rozmowy na inny termin z takiej i takiej przyczyny. W piątek dzwoni do mnie pan z HR, że o przełożeniu na późniejszy termin nie ma mowy, bo muszą w końcu obsadzić to stanowisko i im się spieszy, ale czy mogę dzisiaj, teraz, zaraz, natychmiast. Jego co prawda nie ma dzisiaj w biurze, ale jest pan szef i on odbędzie ze mną rozmowę. Właśnie wyruszyłam w podróż do Polski, ale że daleko jeszcze nie ujechałam, mogę się wrócić, odwiedzić ich biuro i odbyć rozmowę.

Dzwonię do tego pana szefa, mówię, że niedługo będę i uprzedzam, że jestem trochę nieodpowiednio ubrana, bo jednak w ośmiogodzinną podróż nie wybieram się z reguły w garsonce. On, że nie ma sprawy, rozumie sytuację, zresztą jest piątek i on sam dzisiaj przyszedł do pracy w dżinsach i t-shircie. Docieram na miejsce. Rozmowa przebiega standardowo, doświadczenie, umiejętności i tak dalej. Podoba mu się, chcemy panią, dogadajmy jeszcze tylko finanse. Podaję swoją stawkę. Reakcja: "Ło paaaanii tyyyle piniendzy". No dobrze, to ile państwo proponują przy tych wymaganiach? Nie chce powiedzieć, ale mówi, że za tyle, co ja chcę, to u nich pracuje dyrektor finansowy. Myślę sobie, że musi być to wyjątkowy marny dyrektor finansowy, skoro nie był w stanie do tej pory znaleźć lepszej pracy. Pan mówi, że musi sobie przemyśleć sprawę, ale swoją drogą to mam niesamowity tupet, że przychodzę na rozmowę w dżinsach i ośmielam się żądać pieniędzy, za które mogliby mieć Niemca (no bo wiadomo, rodowitego Niemca z biegłym polskim znajdzie na pstryknięcie palcami). Tydzień później dostaję kopiujwkleja od pana z HR, że bardzo im przykro, ale zanim dostali moją aplikację, zdążyli już obsadzić stanowisko, więc niestety nie są w stanie zaprosić mnie na wstępną rozmowę. Podczas następnego spotkanie z doradcą opowiadam mu sytuację, on robi facepalma i mówi, że z ciekawości zaraz zadzwoni do tej firmy i spyta, jakie zarobki faktycznie oferują. Około 1100€ na rękę. Czyli niemiecka płaca minimalna. To pewnie jeszcze długo bedą szukać.

7. I najlepsze na koniec. Również oferta z Arbeitsamtu. Jednoosobowa firma w osobie Pana Turka (nazwijmy go Ahmedem Biznesu), zajmująca się czymś tam związanym z ochroną przeciwpożarową, szuka pracownika i podobno mój profil pasuje. Nie wiem, co niby miałabym tam robić, ale Arbeitsamt każe, trzeba aplikować. Wysyłam papiery. Następnego dnia o 4:55 rano telefon. Ahmed Biznesu zaprasza na rozmowę. Tak, dzwoni o czwartej pięćdziesiąt kurła pięć. Serio. Jako że oferta z Arbeitsamtu, muszę iść. Umawiamy się na ten sam dzień, idę. Ahmed opowiada, że ta oferta, którą wysłał do Arbeitsamtu to pic na wodę, ochronę przeciwpożarową ogarnia sobie sam, ale potrzebna mu pomoc w innej kwestii. Ostatnio kupił sobie firmę zajmującą się wynajmem powierzchni biurowych i nie ma pojęcia, jak ją prowadzić, bo się na tym nie zna. Jest mu potrzebny ktoś, kto mu to poprowadzi i to niby miałabym być ja. Obowiązki to zawieranie umów z najemcami, rozwiązywanie ewentualnych problemów, dopilnowanie, że wszystko gra i tańczy, a Ahmedowi hajs się zgadza. Myślę, fizyka kwantowa to nie jest, dam radę, on się raczej nie będzie w nic wtrącał, będę mieć sporą autonomię, nie brzmi źle.

Ale gdyby było tak pięknie, nie byłoby tej historii. Ahmed kontynuował. On sobie opracuje biznes plan, ile w którym miesiącu chciałby na tym interesie zarobić, a jeśli kwota nie będzie się zgadzać z rzeczywistością, ja ponoszę za to odpowiedzialność finansową, czyli jeśli np. jakieś biuro będzie przez miesiąc stać puste, albo będzie potrzebna naprawa, która jest w gestii wynajmującego, albo w ogóle Ahmed przeszacuje potencjalny zysk, ja mam wyskoczyć z kasy, swojej prywatnej. I mam mu podpisać coś in blanco na poczet moich potencjalnych kar finansowych. W tym momencie miałam ochotę wstać i wyjść, ale że oferta z Arbeitsamt, muszę wysiedzieć do końca. Potem było coraz ciekawiej. Godziny pracy: Ahmed wstaje o 5 (zdążyłam zauważyć), więc od tej godziny muszę być do jego dyspozycji do momentu, aż wszyscy najemcy wieczorem opuszczą biura. Dress code: Ahmed słyszał oraz widział w filmach, że profesjonalne firmy wymagają od pracowników określonego stroju, więc jego oczekiwania są nastepujące: biała bluzka rozpięta pod szyją, wąska spódnica do kolan z rozcięciem na nodze, pończochy samonośne, bo rajstopy mogą się nieładnie odznaczać i wysokie szpilki (już się domyślam, jakiego rodzaju filmy Ahmed oglądał). Zanim rozpocznie ze mną współpracę, Ahmed chciałby zaprosić mnie na godziny próbne, żeby zobaczyć, jak będzie się nam pracowało. Pora? Może jakoś wieczorem, jak już nikogo nie będzie i nikt nie będzie zawracał głowy. Jakaś 21, 22? W stroju służbowym. Jest mi tam coraz bardziej niezręcznie, próbuję zakończyć rozmowę, chcę wyjść i nie wracać. Ahmed przechodzi do finalnych punktów. Umowa? Ale po co umowa, on jest człowiekiem honoru, jego słowo będzie dla mnie najlepszą umową. Zarobki: „Pani ma status osoby bezrobotnej, tak? To Arbeitsamt płaci pani składkę zdrowotną i wypłaca zasiłek. Ja pani coś tam jeszcze dorzucę od siebie i wszyscy będą zadowoleni”. W końcu rozmowa się zakończyła, mogę wyjść.

Ahmedowi wysyłam maila, że ja się jednak nie zdecyduję, poblokowałam go, gdzie się da, bo nalegał na współpracę, po czym dzwonię do Arbeitsamtu i przedstawiam im sytuację. Nie mogłam rozmawiać z moim doradcą, który był ogarniętym gościem, byłam zdana na jakiegoś łebka na infolinii. Opowiadam, co i jak, łebek nie widzi problemu. Ja kontynuuję, że odpowiedzialność finansowa, że dziwny dress code i jakieś nocne próbne godziny, że się typa boję, łebek nie widzi problemu. Przekonała go dopiero praca bez umowy na koszt Arbeitsamtu. No tu EWENTUALNIE mogą mi odpuścić i łaskawie się zgodzą, żebym tej oferty nie przyjmowała, ale naprawdę w drodze wyjątku. Potem mój doradca oddzwonił z przeprosinami i zapowiedział, że wyciągną wobec Ahmeda konsekwencje.

Post Scriptum. Jakieś półtora roku temu, kiedy już dawno pracowałam w mojej obecnej firmie, byłam z moim partnerem na grillu u jego szefa (pracownicy byli zaproszeni z rodzinami). Wywiązała się rozmowa na temat sytuacji na rynku pracy. Któraś żona zaczęła opowiadać, jak to strasznie ciężko jest znaleźć kandydata. Ona pracuje w HR w jakiejś firmie IT i szukają już od dawna kogoś na stanowisko podobne do mojego, i nie mogą znaleźć. Albo ludzie nie mają wymaganego doświadczenia, albo chcą za dużo zarabiać. No po prostu straszne rzeczy. Pytam, jakie zarobki proponują. Mówi, że niezłe - na rękę 1500€. Pytam ją, czy wie, że Aldi proponuje więcej na start kasjerom bez żadnego doświadczenia. Na co ona, że nie ma przymusu pracy w ich firmie i ona nikomu nie broni pracować w Aldi. Kilka miesięcy później spotkałyśmy się przy jakiejś innej okazji. Nadal szukali kandydata.

zagranica

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 253 (265)
poczekalnia

#85589

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O wyjeździe na wakacje z biurem podroży. W zeszłe lato zachciało nam się pogrzać tyłki na plaży. Za cel obraliśmy afrykańską wysepkę na oceanie. Żeby skorzystać ze zniżek, za rezerwację podróży zapraliśmy sie juz w końcem lutego, jak tylko w pracy potwierdzono nam urlop. Znaleźliśmy interesującą nas opcję na portalu zbierającym oferty różnych biur podróży, nazwijmy go Naurlop.de. Z portalu korzystałam juz wielokrotnie, za każdym razem będąc bardzo zadowolona. Organizatorem imprezy tym razem było duże niemieckie biuro podróży, nazwijmy je TAMI. Dokonaliśmy rezerwacji online, a następniego dnia otrzymaliśmy jej potwierdzenie od Naurlop.de. Kilka dni później Naurlop.de przysłalo nam maila, że niestety biuro TAMI odrzuciło naszą rezerwację, gdyż w międzyczasie cena imprezy poszła w górę o bodajże 10eur, ale jeśli nadal jesteśmy zainteresowani, proszą o kontakt telefoniczny. Zadzwoniłam i dokonałam nowej rezerwacji przez telefon. Tego samego dnia otrzymałam potwierdzenie rezewacji od Naurlop.pl oraz od TAMI, w którym wyraźnie było napisane, że wykupiliśmy pakiet: przelot, hotel, transfer z lotniska do hotelu oraz bilety Rail&Fly, pozwalające na przejazd pociągiem z miejsca zamieszkania na lotnisko i z powrotem.

Jakieś dwa tygodnie później, w połowie marca, dzwoni do mnie pani z Naurlop.de i pyta, czy to możliwe, że wykupilismy podwójne miejsca w samolocie na przelot w obie strony. Bo co się stało - Naurlop.de przesłało TAMI dane naszej rezerwacji, łącznie z numerami lotów, po czym pracownica TAMI poinformowała ich, że nasze nazwiska figurują już na liście pasażerów, a Naurlop próbują dokonać dla nas podwójnej rezewacji, co wiąże się z dodatkowymi kosztami i tak dalej. Tłumaczę pani sytuację z pierwotną rezerwacją anulowaną przez TAMI, informuję, że każde z nas potrzebuje tylko jednego miejsca i proszę o wyjaśnienie sprawy, gdyż nie mamy ochoty ponosić żadnych dodatkowych kosztów. Pani informacje przekazuje dalej i kilka godzin później dostaję wiadomość, że problem podwójnej rezewacji został rozwiązany i żadych dodatkowych kosztów nie będzie.

W międzyczasie Naurlop pobiera nam z konta opłatę za wczasy.

Jakieś cztery tygodnie przed wylotem loguję się w portalu klienta, żeby wydrukować dokumenty podróży i ku swojemu zdumieniu nigdzie nie mogę znaleźć informacji na temat biletów lotniczych. Rezerwacja hotelu jest, transfer z lotniska do hotelu też, bilety Rail & Fly, a numeru rezerwacji lotów brak. Zaniepokojona dzwonię do Naurlop, gdzie miła pani informuje mnie, że nie ma powodu do stresu, bo wszystkie informacje pojawią się najpóźniej 5 dni przed wylotem. Mam cierpliwie czekać i gdyby 25 czerwca (wylot miał byc w niedzielę 30 czerwca) nadal nie było informacji na temat lotów, wówczas dać im znać.

We wtorek 25 czerwca nadal nie ma żadnej informacji na temat lotów. Martwi mnie to bardzo. Dzwonię do Naurlop - infolinia nie działa z powodu problemów technicznych. Dzwonię w takim razie do TAMI. Tam dowiaduję się, że oni są co prawda organizatorem imprezy, ale ponieważ umowe podpisaliśmy z Naurlop, nie jesteśmy ich klientem i nam nie pomogą. W końcu udaje mi się dodzwonić do Naurlop. Pani mówi, że gdzieś im się zapodziała nasza rezerwacja lotów, ale że dokonana została na bank, mamy cierpliwie czekać, aż ją znajdą. Z tą cierpliwością może być trochę ciężko, gdyż wylot ma być już w niedzielę.

Pomiędzy wtorkiem a czwartkiem bombarduję Naurlop telefonami, próbując się dowiedzieć, co z naszym wyjazdem. W końcu, w czwartek rano słyszę, że nasze bilety lotnicze zostały "niechcąco anulowane" (nie wiedzą jednak kiedy, przez kogo, ani w jakich okolicznościach), ale jakiś dział rozwiązywania problemów właśnie robi intensywna burzę mózgów, próbując znaleźć dla nas rozwiązanie i jak tylko znajdą, to się będą kontaktować, co powinno nastąpić za jakiś tydzień. Informuję panią, że wylatywać mieiśmy planowo za 3 dni, za tydzień to oni sobie mogą to rozwiązanie wsadzić tam, gdzie światło nie dochodzi, obracają naszymi pieniędzmi od kilku miesięcy i co to, urwał nać, ma być. Czekaliśmy długo na ten urlop, nie mamy możliwości go przełożyć, chcemy wiedzieć na czym stoimy. Żądam połączenia mnie z tym działem rozwiązywania problemów. Niestety nie można, ale ona przekaże i ktoś do wieczora oddzwoni. Nikt nie oddzwania. Wieczorem studiujemy regulamin i warunki uczestnictwa, niestety na całych kilkunastu stronach drobnego druku nie mam ani słowa na temat rezerwacji niechcąco anulowanej przez pracownika biura.

Następnego dnia (w piątek) rano dzwonię jeszcze raz i dowiaduję się, że mimo burzy mózgów, dział rozwiązywania problemów nie znalazł rozwiązania naszego problemu i poszedł do domu. W końcu koło południa ktoś dzwoni. Pan o polskobrzmiącym nazwisku Kolanko z działu rozwiązywania problemów ma dla nas odpowiedź. Okazuje się, że nasze loty zostały w połowie marca omyłkowo anulowane przez pracownicę TAMI. W tym czasie, kiedy powstał problem z tą niby podwójną rezerwacją, pracownica zamiast anulowac tylko dodatkowe miejsca, niechcąco anulowała rezewację w całości, nie przyznając się do tego pracownicy Naurlop. Przez 3 i pół miesiąca udawali, że wszytsko jest w porządku. No dobrze, a co teraz? No tu jest pewien problem. TAMI odmawia zwrotu kosztów imprezy tudzież zmiany rezerwacji, jako że hotel i transfery zostały zarezerwowane prawidłowo i oni nie chcą być stratni. Generalnie w ogóle nie widzą w tym swojej winy, przeciez taka pomyłeczka to się każdemu może zdarzyć i w ogóle z czego robimy problem. Bardzo zdenerwowana, mówię panu Kolanko, że ma coś wymyslić, my tego urlopu nie odpuścimy.

W końcu stanęło na tym, że mamy sami kupić sobie bilety na samolot (bo oni z jakichś przyczyn nie zdążą tego zrobić), przesłać rachunek do Naurlop, oni prześlą do TAMI i w ciągu kilku dni będziemy mieć pieniądze z powrotem na koncie. Dostaliśmy to na piśmie. Biletów z Monachium na tę trasę już nie było, ale możemy lecieć ze Stuttgartu. Tylko ze względu na pory lotów musimy dodatkowo zarezerwować nocleg w hotelu przed wylotem i po powrocie. Za to też mamy obiecany zwrot pieniędzy. Pytamy jeszcze, co z biletami Rail&Fly. Te, które otrzymaliśmy są powiązane z pierwotnym lotem z Monachium. Tutaj pan Kolanko nie wie, mamy rozmawiać z TAMI. Dzwonimy do TAMI, każą nam użyć tych biletów które mamy, na pewno będą dobre. Nie jesteśmy przekonani. Dzwonimy jeszcze do Deutsche Bahn i okazuje się, że mielismy rację. Bilety obejmowały przejazd od nas z domu na lotnisko w Monchium. Używając ich jadąc do Stuttgartu zapłacilibyśmy karę. Telefon do pana Kolanko - mamy sobie sami kupić bilety na pociąg i wysłać rachunki, będzie zwrot kasy.

Rezerwujemy wszystko, robiąc debet na koncie i wysyłamy rachunki panu Kolanko z adnotacją, że prosimy o bardzo rychły zwrot pieniędzy, gdyż był to naprawdę duży wydatek, w dodatku nieprzewidziany w budżecie. Pan Kolanko potwierdza, że od razu przesłał nasze rachunki do TAMI z tą sama adnotacją.

Ale przynajmniej lecimy! Największy problem zażegnany. Chociaż może nie do końca... Lot docelowy mamy z przesiadką na Gran Canarii (2 różne linie, 2 odprawy), powrotny bezpośredni. Próbujemy się odprawić online. Segment na Gran Canarię bez problemu, dalej jest problem. Moja data urodzenia w rezerwacji nie zgadza się z datą w paszporcie. Tu ujawniła sie drobna piekielność ze strony mojego faceta. Okazało się, że kiedy kupował bilety, musiał podać nasze daty urodzenia. Zapomniał, kiedy mam urodziny, wstydził się przyznać, więc wpisał cokolwiek, licząc, że sie nie wyda. No niestety się wydało. Probujemy zmienić dane w rezerwacji. Zgłoszenie przyjęte, zmiana dokona się za 48 godzin. Jest piątek wieczorem, lot w niedzielę rano. Nie mamy 48 godzin. Dzwonimy do nich. Mała lokalna kanaryjska linia, ale na szczęście w biurze obsługi klienta znaleźli kogoś, kto mówił po angielsku. Wyłuszczamy problem. No niestety, nic w tak krótkim czasie nie mogą zrobić. System to system. Jak już będziemy na lotnisku w Las Palmas, mamy podejść do ticket desku i tam nam powiedzą, czy zmiana przeszła, czy nie i czy w związku z tym lecimy dalej, czy też nie.

Na szczęście wszystko idzie dobrze. Docieramy do hotelu na naszej wysepce i możemy odetchnąć z ulgą. Jeszcze nigdy w życiu sie tak nie cieszyłam po dotarciu na miejsce urlopu.

Następnego dnia mamy spotkanie z rezydentką z TAMI. Dziewczę przedstawia nam ofertę wycieczek, które możemy wykupić. My mówimy, że niestety nic z tego. Opowiadamy, co nas spotkało ze strony biura, które ona reprezentuje i mówimy, że w związku z tym, że jej biuro jescze się z nami nie rozliczyło, nie możemy pozwolić sobie na żadne dodatkowe wydatki, gdyż zwyczajnie nie mamy na to środków. Pytamy, co ona jako przedstawiciel biura ma na ten temat do powiedzenia oraz co może dla nas zrobić w ramach rekompensaty za sytuację, która naszym zdaniem jest skandaliczna, a za którą nie usłyszeliśmy jeszcze od nikogo z jej biura nawet głupiego "przepraszam". Dziewczę przerywa nam w pół zadnia i mówi, że oni są teraz korporacją, każdy dział odpowiada za co innego, ona nic nie wie, nic nie może, ona tu jest od sprzedawania wycieczek, a nie rozwiązywania problemów z rezerwacją, a skoro my nie jesteśmy w stanie kupic od niej wycieczki, to mamy nie zawracać głowy, bo tracimy jej czas. A następnym razem, jak zachce nam się lecieć na urlop, ona nam radzi najpierw się upewnić, czy nas na niego stać. Jak chcemy, to po powrocie możemy iść do sądu. Postanawiamy nie wdawać się z dziewczęciem w bezsensowną pyskówkę, na razie staramy sie cieszyć urlopem, tematem zajmiemy się po powrocie.

Urlop sie skończył, wracamy do domu, zwrotu naszych pieniędzy wciąż nia ma. Przez kolejny miesiąc regularnie piszemy panu Kolanko ponaglenia, on za każdym razem odpowiada, że przesyła TAMI wezwania do zapłaty, które oni ignorują. W końcu! Jakoś w połowie sierpnia, przychodzi mail od pana Kolanko. TAMI z wielką łaską zgodziło się CZĘŚCIOWO ponieść odpowiedzialność za zaistniałą sytuację i zwrócić nam 50% dodatkowo poniesionych kosztów. Naurlop w "geście grzecznościowym" dorzuci ze swojej kieszeni jeszcze 25%. Nie satysfakcjonuje nas to, jesteśmy gotowi iść do sądu, może oprócz całościowego zwrotu poniesionych dodatkowych kosztów uda się wywalczyć odszkodowanie za stres i zmarnowany urlop.

Kontaktujemy sie z lokalnym odpowiednikiem Rzecznika Praw Konsumenta i umawiamy na spotkanie z ich prawnikiem. I oto czego się dowiadujemy:
- W przypadku umowy z pośrednikiem, który nie jest organizatorem imprezy, mamy do czynienia z "rozmytą odpowiedzialnością". Możemy oczywiście iść do sądu, ale tak na dobrą sprawę nie wiadomo, kogo pozwać. Naurlop.de, z którym mamy umowę, nie nawaliło, nawet chcą nam częściowo zrekompensować stratę, więc się wybronią. Z TAMI, które nawaliło, nie mamy umowy, więc nie wiadomo, czy pozew w ogóle przejdzie.
- Sytuacja, która nas spotkała, czyli błąd pracownika biura, mieści sie w kategorii tzw. "ryzyka dnia codziennego", czyli po prostu: zdarza się, nic nie zrobisz, jako konsument musisz się z tym liczyć, że coś takiego może nastąpić.
- On z doświadczenia może nam powiedzieć, że tego typu sprawy konsumenci albo przegrywają, albo dochodzi do jakiejś śmiesznej ugody, gdzie poniesione koszta sądowe przewyższają potencjalne odszkodowanie.
- Generalnie on nam radzi brać, co dają i się cieszyć, że dostaliśmy jakikolwiek zwrot.
Byliśmy średnio zadowoleni z otrzymanej odpowiedzi, skonsultowaliśmy to jeszcze z innym prawnikiem, tym razem prywatnie. Niestety powiedział nam dokładnie to samo.

Jakiś czas później media obiega informacja o bankructwie najwiekszego konkurenta TAMI. Mamy nadzieję, że TAMI spotka ten sam los, czego im szczerze życzymy, gdyż swoim podejściem do klienta bardzo na to zasługują.

zagranica

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (112)
poczekalnia

#85565

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O żółtych aniołach i samochodzie zastępczym. Będzie przydługi wstęp, ale pewne informacje są istotne dla właściwej części historii.

Zacznę od tego, że pod koniec pobytu w Irlandii kupiłam nowy samochód. To znaczy nie kupiłam z myślą o wyjeździe z kraju, tylko kupiłam funkiel nówkę w salonie, a kilka tygodni później okazało się, że przeprowadzamy się do Niemiec. Nowego auta kompletnie nie opłaca się sprzedawać, więc wzięłam je ze sobą i tak sobie jeździłam moim anglikiem przez prawie 10 lat. Ostatnimi czasy pojawił się problem, że samochód coraz bardziej zaczynał przypominać skarbonkę, wypadałoby go wymienić na coś nowego, ale tego nie sposób sprzedać. Jedynie na części za kilkaset złotych. Zostawiałam go już nawet otwartego w różnych miejscach, licząc, że ktoś zrobi mi przysługę i go ukradnie, ale nic z tego.

Nadeszła sobota, 9 lutego tego roku. Zdawałam tego dnia egzamin w pewnej instytucji. Część pisemną skończyłam o 12, ustna miała zacząć się dopiero o 15. Ponieważ instytucja znajdowała się 10km od mojego domu, stwierdziłam, że wrócę do domu coś zjeść. Pada marznąca mżawka, śliska jezdnia, do tego ciasno, wszyscy jadą powoli. Robi się korek. Kierowca przede mną gwałtownie hamuje. Ja też wciskam hamulec, ale chyba zbyt gwałtownie, auto jedzie ślizgiem, potem pamiętam tylko huk, wybuch poduszki i silny ból w nodze. Szczęście w nieszczęściu, w samochodzie za mną jechał lekarz wracający z wizyty domowej, a za nim samochód jakiejś lokalnej inicjatywy patrolującej ulice i zajmującej się wstępnym ogarnianiem tematu w razie wypadków, zanim przyjadą służby. Panowie zajęli się odpowiednio: jeden zabezpieczaniem miejsca wypadku, a drugi oględzinami uczestniczek. Dziewczynie, w której samochód uderzyłam, na szczęście nic się nie stało, ja miałam rozcięty nadgarstek i mocno spuchniętą nogę. Ponieważ dla obydwu z nas była to pierwsza stłuczka w życiu i nie bardzo wiedziałyśmy co robić (ja do tego musiałam być w szoku, gdyż w kółko powtarzałam, że muszę natychmiast wracać na egzamin), zdałyśmy się na pomoc tych dwóch panów. Panowie wzywają karetkę i policję, ja w międzyczasie próbuję zadzwonić do mojego faceta, żeby przyjechał, bo jeśli mnie wezmą do szpitala na oględziny, będzie potrzebny na miejscu, żeby ogarnąć temat z policją, samochodem itd. Nie odbiera, wysyłam mu WhatsAppa, piszę, co się stało i że ma przyjechać. On za chwilę odzwania, zamieniamy dwa słowa, wsiada na rower i przyjeżdża. Mnie w tym czasie oglądają w karetce i faktyczne, pada decyzja, że nogę trzeba koniecznie prześwietlić i musimy do szpitala. Mojemu facetowi daję jeszcze moje dokumenty i numery polis: ubezpieczeniowej oraz automobilklubu, który swoim członkom udziela pomocy w razie wypadku lub awarii samochodu (nazwijmy ich ABCD, oni siebie nazywają również "żółtymi aniołami"), żeby zgłosił stłuczkę.

W szpitalu poszło szybko, noga okazała się tylko stłuczona, dostałam L4 na tydzień i mnie wypuszczono. Zdążyłam nawet na egzamin. W międzyczasie wymienialiśmy się z facetem wiadomościami, jak poszło w szpitalu i na miejscu wypadku (policja spisała protokół, mandatu nie będzie, mam tylko wpaść na komendę opowiedzieć swoją wersję, ubezpieczalnia powiadomiona, ABCD odholowało auto do najbliższego współpracującego warsztatu, ogólnie wszystko ok, pani na infolinii ABCD spytała tylko, kto był kierowcą, powiedział że ja, a on do nich dzwoni, bo ja jestem w szpitalu).

Teraz trzeba się dowiedzieć, co z samochodem oraz zorganizować jakiś zastępczy pojazd, żeby mieć czym jeździć do pracy, jak skończy się L4. W poniedziałek (11 lutego) rozmawiam z ubezpieczycielem. Oni jeszcze nic nie wiedzą, trzeba czekać na rzeczoznawcę, nie wiadomo, kiedy będzie miał czas. Samochód zastępczy? Jeśli zdecydują się na naprawę mojego, to tak, a jeśli szkoda całkowita, to nie. Trzeba czekać, co powie rzeczoznawca. Z ewentualnym kupnem nowego samochodu też jesteśmy wstrzymani do decyzji rzeczoznawcy. Ale... Przypomniało mi się, że jakiś miesiąc wcześniej zmieniłam członkostwo w ABCD ze standardowego na plusowe i przysługuje mi samochód zastępczy od nich. Dzwonię. Żółty anioł na infolinii informuje mnie, że ogólnie tak, ale w tym przypadku nie, bo nie wpłaciłam różnicy w cenie między członkostwem Standard i Plus w zawrotnej kwocie 12,80. Przypominam im, że mieli sobie tę kwotę sami pobrać z konta, więc dlaczego nie pobrali. Bo zapomnieli, zdarza się, ale ja w związku z tym nie mam dostępu do świadczeń. Pytam, czy jeśli im tę kwotę zaraz natychmiast przeleję i wyślę dowód wpłaty, to czy będą mi przysługiwać świadczenia. Dopiero jak zaksięgują wpłatę.

Środa 13 lutego. Dzwonię do ABCD. Tak, pieniądze wpłynęły, tak, mam dostęp do świadczeń, tak, przysługuje mi samochód zastępczy na 7 dni w wybranym przeze mnie terminie, niezależnie od tego, czy mój własny zostanie naprawiony, czy też pójdzie do kasacji, nie, nie mogę odebrać samochodu zastępczego w ten piątek, gdyż potrzebna jest im pisemna opinia rzeczoznawcy z mojej ubezpieczalni, tak, wiedzą, że to bez sensu, ale Ordnung ist Ordnung i papiery muszą się zgadzać. Dzwonię do ubezpieczalni, co z rzeczoznawcą, czy znalazł już może czas, bo raz, że ten warsztat, gdzie stoi moje auto kasuje mnie 20 euro za każdy dzień postoju, a dwa, w poniedziałek wracam do pracy i muszę mieć czym do niej dojechać, więc mi się tak jakby spieszy. Dobra wiadomość: Tak, rzeczoznawca jest umówiony na oględziny na jutro i potem będzie się kontaktował. Czyli jest progres.

Czwartek 14 lutego. Brak kontaktu od rzeczoznawcy. Pod wieczór dzwonię do warsztatu. Tak, rzeczoznawca był, popatrzył, pokiwał głowa i poszedł. Nic nie powiedział.

Piątek 15 lutego. Dzwonię do ubezpieczalni. Rzeczoznawca się do nich nie odezwał, ale oni dadzą mi do niego numer. Dzwonię do rzeczoznawcy. No tak, obejrzał samochód. I sam nie wie. No bo z jednej strony zniszczenia nie są duże, więc teoretycznie można naprawić. Ale auto jest stare, w dodatku anglik, więc się raczej nie opłaca. No on nie wie. Próbuję go przekonać, że auto to szrot i naprawdę się nie opłaca, wydaj pan opinię, zamknijmy temat, ja muszę do pracy jeździć. No nie, on musi to sobie przez weekend "na spokojnie usiąść i przemyśleć" i da znać jakoś w przyszłym tygodniu. Nosz k...a...

Udaje mi się na tydzień pożyczyć od znajomego samochód jego żony, którą dopadła grypa, więc leży w łóżku i jej chwilowo niepotrzebny. Ale powoli mija kolejny tydzień, a postępu ni huhu.

W końcu! W czwartek 21 lutego przychodzi opinia rzeczoznawcy: szkoda całkowita. Odtańczam taniec radości i dzwonię do ABCD, że wysłałam im właśnie mailem opinię rzeczoznawcy i niech szykują dla mnie samochód. Jasne, zaraz wyślą maila z potwierdzeniem. Za jakąś godzinę przychodzi mail. Czytam i oczom nie wierzę. Żółte anioły dziękują za przesłanie opinii rzeczoznawcy, jednocześnie informują, iż samochód zastępczy mi nie przysługuje, gdyż przysługuje on tylko, jeśli w momencie wypadku kierowcą był właściciel polisy. A tutaj kierowcą była osoba trzecia, a ja byłam pasażerem. Dzwonię do nich i pytam, co oni za przeproszeniem pie*dolą, skąd mają takie informacje i kto niby był według nich kierowcą. Pani na to, że mają w systemie, że kierowcą był pan, nazwijmy, Gustav Andersson. Aha, czyli mój chłop. Dobra, tłumaczę im przebieg zdarzenia i że on do nich dzwonił, bo ja byłam w szpitalu, że nawet go pytano, kto był kierowcą i on wyraźnie powiedział, że ja. Pani na to, że taką historyjkę to ja sobie mogłam wymyślić teraz na poczekaniu (mogłaby się na Piekielnych zatrudnić jako tropiciel fejków), więc ona chce twardych dowodów na potwierdzenie tego, co mówię. Nie ma sprawy. Wysyłam im skan wypisu ze szpitala z opisem, że obrażenia powstały przez eksplodujące poduszki powietrzne KIEROWCY, oraz skriny WhatsAppów z facetem po wypadku. Za jakąś godzinę dzwonię ponownie, czy dostali maila. Dostali, zapoznali się, ale to w sumie wcale nie dowodzi prawdziwości mojej wersji, bo szpitalu mogłam przecież nakłamać (kolejna tropicielka fejków). Pytam w takim razie, co ze skrinami mojej korespondencji z panem Anderssonem. Ja wiem, że po wypadkach ludzie bywają w szoku i robią dziwne rzeczy, ale chyba pisanie WhatsAppów do kierowcy siedzącego obok mnie, że miałam wypadek i żeby przyjechał na miejsce byłoby chyba jednak trochę zbyt ekstremalne, zwłaszcza, że on odpisywał i pytał, co się stało. Proponuję, że jeśli chcą, mogę im dosłać jeszcze numer akt policyjnych oraz dane świadków wypadku, którzy potwierdzą moją wersję. No dobra, wierzy mi, ale samochodu i tak nie dostanę, bo oni mają przepis, że to kierowca ma obowiązek do nich zadzwonić. Pytam, co w sytuacji, jeśli kierowca po wypadku jest nieprzytomny? Ona nie wie, połączy mnie z menedżerem. Ta sama gadka z menedżerem, ja swoje, on swoje. Herman the German ma przepis, w związku z tym klapki na oczach i nic innego nie ma znaczenia. Nie odpuszczam i tłumaczę raz jeszcze, że w przypadku złapania gumy czy wyładowanego akumulatora rozumiem, ale przy wypadkach? Przecież kierowca może być nieprzytomny i mogą do nich dzwonić służby ratunkowe. W końcu się ze mną zgodził. Dostanę samochód. Pyta jeszcze, jakie mam życzenia odnośnie typu samochodu. Mówię, że obojętne, byleby był mały, automatik i benzyniak (dieslem nie mogę wjechać do centrum, poza tym muszę opanować jazdę z kierownicą po drugiej stronie i nie chcę mieć dodatkowego stresu z opanowywaniem gabarytów auta czy wrzucaniem biegów prawą ręką). On że ok, jutro rano między 8 a 12 podstawią mi samochód pod dom. Przysłał mi jeszcze maila z potwierdzeniem.

W piątek 22 lutego czekam na samochód. Nie ma. O 14 stwierdzam, że już mi go chyba nie przywiozą, więc dzwonię do ABCD i pytam, gdzie samochód. Żółty anioł na to, że no jak to. Podstawili mi dzisiaj rano pod dom, ja odebrałam i pokwitowałam odbiór. Mówię, że nie wiem gdzie i komu go podstawili, ale u mnie nikogo nie było. On sprawdzi. Muzyczka... Za chwilę odzywa się pan: "Ach szajse.... Bo ten tego... Nam się klienci pomylili i podstawiliśmy samochód komuś innemu". No miło, to co teraz ze mną? No jest mały problem, bo innych samochodów na chwilę obecną nie mają. W żołnierskich słowach oznajmiam panu, że kopię się już z nimi od dwóch tygodni i mam serdecznie dość. Oni dali ciała i mają zasmarkany obowiązek naprawić swój błąd. Mnie guano obchodzi, skąd go wezmą, ale mają mieć dla mnie samochód i koniec. Pan mówi, że się tym zajmą. Faktycznie, po jakiejś godzinie dostaję telefon z centrali, znaleźli dla mnie samochód w jakiejś wypożyczalni, tylko muszę go sobie stamtąd sama odebrać. No dobra, niech im będzie. Potwierdzam jeszcze, czy samochód na pewno taki, o jaki prosiłam. Tak, oczywiście, wszystko się zgadza.

Docieram do wypożyczalni. Pan za ladą informuje mnie, że samochód owszem dostanę, ale muszę dopłacić 180eur z własnej kieszeni, gdyż ABCD pokrywa wypożyczenie do kwoty 400eur, a samochód, który oni dla mnie przygotowali, kosztuje 580eur. Pytam, co to w takim razie za samochód. Jakiś karawan wielkości VW Sharana, manual, w dodatku z napędem na tylne koła. Tłumaczę, że to jest zupełne przeciwieństwo tego, co zamawiałam. Pan pokazuje, że takie wytyczne przyszły z ABCD. Na szczęście udaje się sprawę odkręcić i dostaję Golfa. Cena za tydzień wynosi 360eur, więc ABCD pokrywa ją w całości.

Potem wszystko poszło gładko, ubezpieczalnia wypłaciła całkiem przyzwoite odszkodowanie, kupiliśmy nowy samochód, Golfa oddałam, zapomniałam o sprawie. Do czasu. Miesiąc później, 21 marca, przychodzi list z ABCD. Data stempla na kopercie 20 marca. List z datą 12 marca, o treści, że oni przeanalizowali moją sprawę i doszli do wniosku, że samochód zastępczy jednak mi nie przysługiwał z powodu opóźnienia we wpłacie kwoty 12,80 za różnicę między członkostwem standard i plus i oni w związku z tym domagają się zwrotu kwoty 360eur w terminie 7 dni od daty tego pisma (czyli do 19 marca, przypominam, list wysłany 20 marca), albo będzie źle. Tu nastąpiła cała lista możliwych konsekwencji, napisana tonem przypominjącym nakaz rozstrzelania. Na mój rozum chyba nie mogą tak robić, ale na wszelki wypadek dzwonię do prawnika i pytam, co w tej sytuacji. Prawniczka radzi, co im odpisać, a ja wysyłam do ABCD maila o treści mniej więcej, że po rozmowie z prawnikiem jestem zmuszona ich poinformować, że otrzymane pismo jest bezpodstawne z trzech względów:
1. Płatność miała nastąpić poprzez pobranie przez nich pieniędzy z konta, czego zapomnieli zrobić, więc to oni dali ciała, a nie ja
2. W momencie kiedy wystąpiłam o przyznanie samochodu zastępczego, opłata została już uiszczona i miałam dostęp do wszystkich świadczeń, co potwierdził ich pracownik
3. Gdybym świadczenia mi jednak, mimo wszystko, nie przysługiwały, zasmarkanym obowiązkiem ich pracowników było to sprawdzić i mnie o tym poinformować. Zamiast tego dostałam pisemne potwierdzenie, ze samochód mi przysługuje, w dodatku sami mi ten samochód zorganizowali i zaangażowanych było w to mnóstwo osób. Ja nie mogę ponosić odpowiedzialności za błędy ich pracowników.
A poza tym wysyłając mi takie pisma, narażają się na odpowiedzialność karną za próbę wyłudzenia.

Chyba podziałało, bo wkrótce dostałam odpowiedź, że bardzo przepraszają, pismo „przez pomyłkę wysłał nowy stażysta” i mogę je wyrzucić do kosza.

Dzień później przyszły wyniki egzaminu. Zdałam :)

zagranica

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (124)

#85520

(PW) ·
| Do ulubionych
O mamusi, która kochała synka. Kilkanaście lat temu związałam się z mężczyzną (mieszkałam wówczas przez kilka lat w Irlandii). Miał dwie siostry i matkę. Matka, nazwijmy ja Francesca, była pół-Włoszką, pół-Irlandką. W połowie lat 90, kiedy miała jakieś 45 lat, owdowiała. Nie związała się już więcej z nikim, a całą swoją miłość przelała na syna. Na córki mniej, to syn stał się miłością jej życia i ersatzem partnera życiowego. Były, nazwijmy go James, opowiadał, że musiał szybko dorosnąć i w wieku niecałych 18 lat praktycznie zastąpić średnio zaradnej życiowo matce męża, a siostrom ojca.

Kiedy związaliśmy się ze sobą, James uprzedzał mnie, że matka jest dość trudna i bardzo zaborcza i że nie można jej o to winić, bo ma tylko jego. Może czasami coś głupiego powiedzieć, no ale nie należy się tym przejmować, jest jaka jest, inna nie będzie, on ma swoje życie. Francesca nie pałała do mnie sympatią z racji tego, że ośmieliłam się jej zabrać ukochanego synka, ale jako że nie wtrącała nam się specjalnie w życie, a nasze stosunki były poprawne, dało się całkiem przyjemnie żyć.

Resztę rodziny poznałam podczas wesela jego starszej siostry. James, który pełnił obowiązki ojca panny młodej, siedział obok matki przy stole z parą młodą, mnie posadzono z rodziną Franceski, czyli jej czterema siostrami, aka. sabatem czarownic i ich dziećmi (kuzynostwo na szczęście było normalne). O ile rodzina ze strony jego ojca była cudowna i przekochana, to ze strony matki tak jakby mniej. Tutaj jeszcze wtrącę rys historyczny, dziadek Jamesa był imigrantem z Sycylii, skąd uciekł tuż po wojnie przed skrajną biedą.

W Irlandii się ożenił i dorobił pięciu córek. Córki były w młodości przepięknymi kobietami, udało im się bardzo dobrze wyjść za mąż i jeszcze lepiej rozwieść, oskubując mężów ze wszystkiego, co mieli (z wyjątkiem Franceski, która owdowiała). A więc, już od pierwszych minut obiadu cztery stare wrzaskliwe włoskie raszple (ząb czasu zadziałał mocno na niekorzyść) zaatakowały mnie, zarzucając, że na pewno jestem z Jamesem tylko dla pieniędzy, one już dobrze znają takie przybłędy (chyba z autopsji), które polują na bogatych Irladczyków, żeby ich omotać, a potem odebrać im dzieci oraz majątek. Moja odpowiedź, że po pierwsze, z tego co wiem, mój partner nie ma żadnego majątku, obydwoje jesteśmy "na dorobku", pracujemy na etat, zarabiamy średnią krajową, naprawdę nie ma tu na co polować. Poza tym mam pracę, którą uwielbiam, nie zamierzam z niej rezygnować, dzieci nie mamy, ani póki co nie planujemy, więc tu też nie mam czego odbierać, na niewiele się zdała, one wiedzą lepiej i już. Kuzynka Jamesa powiedziała mi na stronie: "bardzo Ci współczuję, będziesz miała z nimi przeje*ane, to nie jest nic osobistego, po prostu nienawidzą cię, bo ukradłaś synka, który należy do matki". James stanął po mojej stronie, jednak nie chciał robić awantury, żeby nie psuć ślubu siostrze.

Minęły jakieś 2-3 lata. Francesca w międzyczasie sprawiała wrażenie, że w miarę się do mnie przekonała (starałam się jak mogłam, żeby ją do siebie przekonać). Podjęliśmy z Jamesem decyzję o ślubie. Moi rodzice ucieszeni, za to Francesca zareagowała wybuchem furii. "Bo ona nie po to go sobie urodziła i wychowała, żeby on ją opuszczał i się żenił z jakąś przybłędą, co innego córka, córkę che się wydać za mąż, żeby się pozbyć problemu, ale miejsce syna jest przy matce". James pyta się mnie, co on ma w tej sytuacji zrobić. Odpowiadam, że to on musi podjąć decyzję, albo jest dorosły i bierze odpowiedzialność za swoje życie, albo oddam mu pierścionek, wyprowadzę się, a on niech wraca pod spódnicę mamusi. Zdecydował, że jest dorosły. Obiecał przy tym, że ewentualne ataki swoje matki bierze na siebie, ja mam się tym absolutnie nie przejmować i że to nigdy nie będzie mój problem, a on jej nie pozwoli stanąć między nami.

Przygotowania do ślubu szły w miarę bezproblemowo (ślub i wesele planowaliśmy w Polsce). Francesca miała kilka jazd, w stylu zażyczenia sobie ode mnie diamentowej biżuterii jako rekompensaty za kradzież synka, czy żądanie, że na weselu moi goście mają siedzieć w osobnej sali, bo ona "ze śmierdzącymi imigrantami siedzieć nie będzie", ale tu ją szybko spacyfikowałam, informując, że moi goście będą u siebie, natomiast "śmierdzącą imigrantką" będzie tam co najwyżej ona, więc jeśli chce, mogę ją chętnie posadzić nawet na zewnątrz. Pomogło.

Nadszedł dzień ślubu. Sama ceremonia przebiegła bezproblemowo, natomiast problemy zaczęły się tuż po. Zaraz po wyjściu z kościoła, kiedy goście wsiadali do autokaru, który miał ich zawieźć na miejsce wesela, Francesca zaczęła szarpać mnie za ramię i żądać wyczarterowania samolotu do Irlandii teraz już natychmiast. Dlaczego? Bo jej się nudzi, a poza tym jest gorąco, a wczoraj wieczorem ugryzł ją komar jak poszła na spacer nad staw (coś takiego, skąd mógł się wziąć komar w letni wieczór nad wodą?). Zaczęła się coraz bardziej nakręcać, ale na szczęście sytuację uratował brat ojca Jamesa, który odciągnął ode mnie teściową ze słowami "Crannberry, nie przejmuj się, jedźcie spokojnie, ja się zajmę kretynką".

Weselu przebiegło pod znakiem awantur o miejsce przy stole (bo jakim prawem na głównym miejscu koło mojego syneczka siedzi ta lafirynda, to powinno być moje miejsce), pierwszy taniec (jej zdaniem James powinien był zatańczyć go z nią), wybór owoców w fontannie czekoladowej (bo tam są też kiwi, na które ona ma alergię, a wyglądają tak apetycznie, że ona teraz ma ochotę, na pewno zrobiono to specjalnie jej na złość) i tak dalej i tak dalej. W efekcie ja spędziłam większość swojego wesela w toalecie wymiotując z nerwów, a mój mąż upijając się do nieprzytomności, żeby odreagować stres.

Miesiące po ślubie upływały podobnie jak wesele, czyli codzienne telefony lub naloty teściowej, pretensje i awantury o wszystko. Sytuacja powodowała, że my tez coraz częściej kłóciliśmy się i przyszłość naszego związku zaczęła stawać pod znakiem zapytania. Pojawiło się jednak światełko w tunelu. James dostał propozycję pracy w Monachium (jego firma centralizowała jego dział i dostał wybór: przeprowadzka i awans albo zwolnienie). Przyjęcie przez niego oferty oznaczało dla mnie konieczność odejścia z pracy, którą uwielbiałam i w której miałam świetne perspektywy (praca w rektoracie na największej uczelni w kraju, z cudowną, kochaną szefową), pozostawienia swojego dotychczasowego życia i przeprowadzkę do obcego kraju, którego język znałam wówczas bardzo słabo i wiedziałam, że będę mieć problemy ze znalezieniem pracy.


Nikogo tam nie mieliśmy, nikogo nie znaliśmy, nie wiedzieliśmy, jak sobie damy radę, ale postanowiliśmy zawalczyć o siebie i o nasz związek. Na nowym stanowisku James miał obiecaną całkiem niezłą pensję, więc nie wyglądało to źle, przynajmniej finansowo. Początkowy plan był taki, że on pracuje, ja zajmuję się znalezieniem i urządzeniem mieszkania (wysprzątać, kupić meble, być w domu, kiedy je przywiozą, poskręcać je oraz rozpakować rzeczy, które w międzyczasie przyjadą z Irlandii), idę na intensywny kurs języka, a kiedy tylko ogarnę niemiecki, szukam pracy dla siebie. Przeprowadziliśmy się.

Przeprowadzka oraz wynajęcie i umeblowanie mieszkania pochłonęły całe nasze oszczędności, do tego pensję netto James wyliczył sobie na podstawie irlandzkiego przelicznika brutto-netto, podczas gdy niemiecki był całkiem inny, na naszą niekorzyść. Wyliczyliśmy, jak wygląda nasz budżet. Po opłaceniu czynszu, rachunków, ubezpieczeń, rat za samochód i innych kosztów stałych, wyszło, że zostaje nam na życie jakieś 500 euro. Czyli nie jest źle. Luksusów nie będzie, z kursu języka też muszę zrezygnować, ale przynajmniej mamy co jeść, za co zatankować samochód itd. Na co odzywa się James: "eee, bo wiesz, nie wiem, jak ci to powiedzieć, bo będziesz zła. Nie mamy tych pięciu stówek. Bo wiesz, tuż przed naszym ślubem mama zażądała ode mnie zwrotu kosztów, jakie poniosła na moje utrzymanie w dzieciństwie. Bo skoro traci syna, to należą jej się pieniądze.

Wyceniła koszty na 50 000 euro i kazała mi je zwrócić, bo inaczej nie przyjdzie na ślub". I co on zrobił? Zamiast popukać się w czoło, na tydzień przed ślubem za moimi plecami wziął kredyt i zapłacił mamusi. Spłaty po 500 euro miesięcznie przez jakieś 10 lat. Nie przyznał mi się wcześniej, bo wiedział, że będę przeciwna i liczył, że to się nie wyda. W Irlandii mieliśmy osobne konta, koszty życia dzieliliśmy mniej więcej na pół, ale po za tym nie zaglądaliśmy sobie nawzajem do kieszeni, więc może by się nawet nie wydało, ale teraz sytuacja się zmieniła. Czyli jednak nie mamy co jeść. Bo mamusia gwizdnęła i synuś zaniósł jej w ząbkach pieniążki, zadłużając nas oboje na 10 lat. Normalnie jestem bardzo spokojną i bezkonfliktową osobą, ale tym razem awanturę, którą zrobiłam było pewnie słychać w promieniu kilometra. Kasę na jedzenie dali nam moi rodzice, ja zaczęłam "na gwałt" szukać pracy. Tu na szczęście poszło nieźle i już 3 miesiące po przeprowadzce podjęłam bardzo dobrą pracę w dużym korpo IT. Do mojej pierwszej pensji mieliśmy jednak cotygodniowe telefony od teściowej, podczas których musieliśmy wysłuchiwać na temat "pasożyta, który żeruje na jej biednym synku, zamiast iść np. zamiatać ulice, bo i tak się do niczego innego nie nadaje". Płynęło to z ust osoby, która w całym swoim życiu nie przepracowała nawet pół dnia, żyjąc najpierw z męża, a potem z renty po nim. Jak zaczęłam zarabiać nastał względny spokój.

Nadeszły Święta Bożego Narodzenia, na które zostaliśmy zaproszeni do teściowej. Oboje. Miałam opory, ale James bardzo mnie prosił - poprzednie święta spędziliśmy u mojej rodziny w Polsce, tym razem spędźmy je razem w Irlandii, poza tym będzie również jego młodsza siostra, która mieszka na stałe w Australii i super będzie ją zobaczyć. No dobrze. Ponieważ u nich głównym punktem jest kolacja 25 grudnia, a w wigilię nie robią nic, zaproponowałam, że może ja przyrządzę taką prowizoryczną polską wigilię. Francesca ochoczo na to przystała, zwłaszcza że zdejmę jej z głowy gotowanie na jeden dzień. Przylecieliśmy 23 grudnia. 24 rano siadamy do śniadania. James i jego siostra dostają tosty z serem i wędzonym łososiem, ja tylko z masłem. Poprosiłam, czy ja też mogłabym dostać coś do chleba, dostałam jednak odpowiedź, że nie, bo "łosoś jest drogi, więc jest tylko dla jej dzieci, sera była resztka, a nic innego nie ma".

Siostra Jamesa dała mi połowę swojej porcji, za co zebrała opierdziel od matki, on sam siedział jak d*pa wołowa i nie zrobił nic. Potem tłumaczył, że to jest dom jego matki i musimy dostosować się do jej zasad, jakkolwiek absurdalne by nie były. Po śniadaniu wysłałam Jamesa po brakujące zakupy, a sama zabrałam się za gotowanie. Na komentarz teściowej, że ona nigdy w życiu swojego męża nie goniła do żadnych prac domowych, bo to wyłącznie zadanie kobiety, odpowiedziałam tylko, że ja w przeciwieństwie do niej pracuję, więc domem też zajmujemy się oboje. Poszła na górę i zabrała się za porządki w szafie. Za jakiś czas przychodzi i zaczyna rzucać we mnie swoimi starymi ciuchami, mówiąc, że mam je sobie wziąć, bo są tak samo stare i brzydkie jak ja. Tu znowu zainterweniowała siostra, każąc jej to pozbierać. Chwilę później wrócił James z zakupami, zamknęliśmy się w kuchni i skończyliśmy przygotowywać jedzenie. Co jakiś czas do kuchni zaglądała teściowa, rzucając komentarze, jak to cały jej dom śmierdzi brudnym nielegalnym imigrantem. Mąż nie reagował. Po południu siadamy do wigilii, opowiadam im, jak to mniej więcej wygląda u nas, teściowa wywraca oczami, przy każdej potrawie zarzucając mi, że wszystko wygląda obrzydliwie i na pewno chcę ich otruć, co nie przeszkadzało jej jednak spałaszować całych porcji oraz wziąć dokładki. Mąż nie reagował.

Zacisnęłam zęby, postanowiłam przetrwać wieczór i nie robić scen. Siostra zaczęła mnie zagadywać na temat tradycji świątecznych w Polsce, zaczęłam jej opowiadać o prawdziwej polskiej wigilii, że 12 potraw itd. Na co przerwała mi teściowa: "12 potraw? No to nie dziwię się, dlaczego wszyscy w tym waszym kraju trzeciego świata są tak obrzydliwie otyli! (teściowa i jej córki nosiły wówczas rozmiar 44, ja i moja mama 38, tak na marginesie). Jak byłam na tym waszym weselu to widziałam, że cała twoja rodzina i znajomi wyglądają jak tłuste spasione wieprze. Aż się rzygać chciało na ich widok!" Tu już przegięła. Do wyzwisk pod moim adresem zdążyłam się przyzwyczaić, ale nie pozwolę jej obrażać moich bliskich. Wyjaśniłam jej to w kilku żołnierskich słowach, wstałam od stołu i poszłam na górę. Wychodząc słyszałam jak siostra zaczęła ją strofować. Za chwilę do sypialni wpadł James, wrzeszcząc na mnie, że co ja odstawiam, mam natychmiast wracać na dół i przeprosić mamusię za moje zachowanie. Na moje pytanie, czy nie widział jej zachowania, nie słyszał, co ona mówiła do mnie, odpowiedział, że nie. Nic nie słyszał. A poza tym, to jest jej dom i jej zasady, i ja mam się dostosować. A poza tym, to jest jego najukochańsza mama i on zawsze weźmie jej stronę, choćby nie wiem co. Bo to jest jego rodzina. Odpowiedziałam, że jestem jego żoną, więc też jego rodziną. On odparł, że bynajmniej. Rodzinę stanowią tylko ludzie, których łączą więzy krwi, a nie jakiś głupi papierek podpisany przed pedofilem w sukience. Taką przybłędę z trzeciego świata, to on może mieć co tydzień nową, a matkę ma się jedną przez całe życie.

Następnego dnia, teściowa zorganizowała brunch, na który zaprosiła swoje siostry z dziećmi, a wieczorem miała odbyć się uroczysta świąteczna kolacja. Nie dostałam pozwolenia, żeby zejść na dół. Bo "Boże Narodzenie to rodzinne święta, a ty nie jesteś naszą rodziną. Masz siedzieć na górze, a jak ci się nie podoba to wypier...". Zaczęłam dzwonić do znajomych, czy ktoś może mnie mnie stamtąd odebrać i przechować u siebie. Niestety wszyscy byli u swoich rodzin poza Dublinem i mogliby najwcześniej dopiero następnego dnia. Hotel też nie wchodził w grę, gdyż nie miałam czym dojechać - dom teściowej znajdował się dość daleko za miastem, a 25 grudnia jest to jedyny dzień w roku, kiedy kraj zamiera, nie kursuje ani transport publiczny, ani taksówki. Czyli siedziałam jak w więzieniu. Po południu James przyniósł mi 2 krakersy - tyle jedzenia udało mu się dla mnie przemycić za plecami matki. Następnego dnia rano przyjechała po mnie przyjaciółka i zabrała do siebie. Od niej wróciłam bezpośrednio do Niemiec.

James został w Irlandii do Nowego Roku. Do powrotu nie odezwał się do nie ani słowem. Po powrocie przeniósł się ze spaniem do innego pokoju. I tak żyliśmy jeszcze kilka miesięcy obok siebie. Ja zaczęłam uciekać w pracę, on w alkohol. Było mi strasznie ciężko, gdyż z jednej strony po tym, co zaszło było dla mnie jasne, że to małżeństwo praktycznie runęło, ale z drugiej strony, coś sobie jednak przysięgaliśmy, chciałam wierzyć, że jeśli się chce i o to walczy, to z każdego kryzysu można wyjść.

Któregoś dnia James poprosił mnie o rozmowę. Usiedliśmy. Powiedział, że bardzo źle się to wszystko potoczyło i on nie widzi innego wyjścia niż rozwód. Mama kazała mu podjąć decyzję, ja albo ona. On się długo z tym gryzł, no ale nie ma wyjścia, musi wybrać ją, bo to w końcu jego matka. Poza tym przez ostanie 2 lata już mu tak zdążyła mnie obrzydzić, że praktycznie nie może na mnie patrzeć, dlatego śpi osobno, oprócz tego, jako że będąc mężczyzną ma swoje potrzeby, zdradza mnie z różnymi kobietami już od długiego czasu. Pokazał mi nawet wiadomości, żeby udowodnić, że naprawdę to robi. Generalnie spalił za sobą mosty. Kontynuował, że plan ma taki, że wystąpi o rozwód, jednocześnie złoży wypowiedzenie w pracy i wróci do Irlandii. Zanim znajdzie sobie nową prace i mieszkanie, wprowadzi się do matki, na pewno się ucieszy, że będzie go miała przy sobie.

No dobrze misiu, skoro sobie wszystko tak ładnie zaplanowałeś, drzwi są tam, wypad. Ja o to małżeństwo walczyć nie będę, bo po tym, co usłyszałam, widzę, że nie ma jednak o co. On ucieszony, zadzwonił do mamusi, żeby przekazać jej radosną nowinę. Dla większego efektu dał na głośnomówiący, tak żebym lepiej słyszała radość mamusi. "Mamusiu, tak, zrobiłem to. Rzuciłem szmatę. Składam wypowiedzenie w pracy i wracam. Dopóki nie znajdę nowej pracy i mieszkania, zatrzymam się u ciebie. Mogę, prawda? Cieszysz się?" Na co dostał odpowiedź, że po jej trupie.

Jej dom to nie hotel, nie ma mowy, żeby u niej mieszkał, ona nie będzie utrzymywać u siebie żadnego pasożyta. Mieszkał u niej do końca studiów i wystarczy. Nie będzie dorosły chłop żył na jej koszt. Poza tym, ona nie ma zamiaru się wstydzić przed koleżankami z chóru parafialnego, że ma syna rozwodnika. Nie i koniec.

Po zakończeniu rozmowy odwrócił się do mnie i z miną zbitego psa spytał: "ej, trochę głupio wyszło. Czy mimo wszystko moglibyśmy spróbować jeszcze raz?". Był bardzo zdziwiony, kiedy odpowiedziałam, że nie. Nie możemy.

zagranica

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 580 (616)

#85448

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że historia o Januszu (czy może raczej Johannesie) weselnego biznesu spotkała się z ciepłym przyjęciem, postanowiłam wrzucić kolejną. Również klimacie uczuciowo-finansowym, jednak w innym aspekcie. Mianowicie - kto płaci na randkach (czy ogólnie spotkaniach damsko-męskich we dwoje)?

Temat nieco kontrowersyjny, ilu ludzi, tyle opinii. Jedni uważają, że ten, kto zaprasza, niezależnie od płci, inni, że mężczyzna, jeszcze inni, że oboje płacą po połowie, albo raz płaci jedno, raz drugie. Osobiście nie mam problemu z żadną z tych opcji. Oczywiście miło jest być gdzieś zaproszoną, ale chętnie płacę też za siebie lub zapraszam mojego towarzysza. Jest tylko jeden warunek - nie znoszę, kiedy ktoś robi cyrk wokół sytuacji z płaceniem. I tutaj chciałam przytoczyć kilka sytuacji (tych najbardziej ekstremalnych), które przydarzyły mi się na randkach, tudzież spotkaniach na przestrzeni kilkunastu lat. Będzie trochę długo, gdyż przy każdej chciałam napisać kilka słów wprowadzenia.

1. Młodziutka bardzo jeszcze byłam. Z domu pamiętam, że nawet jak rodzice mieli wspólny budżet, tata nigdy nie pozwalał mamie w restauracji wyjąć portfel. Przeczytałam jednak gdzieś, że mężczyźni często testują kobiety, sprawdzając, czy zaproponuje dołożenie się do rachunku. No to ok. Chłopak zaprosił mnie na randkę. Czasy studenckie, zamawiamy 2 piwa. Przychodzi kelnerka z rachunkiem, kolega wyciąga portfel, ja zgodnie z wyczytaną informacją proponuję pokrycie połowy rachunku. Kolega nie protestuje. Wracam do domu. Następnego dnia dostaję smsa, że jeszcze nikt go nigdy tak nie poniżył jako mężczyzny, czy mi się wydaje, że on jest aż takim nieudacznikiem, że go nie stać na głupie piwo, poza tym propozycja zapłacenia za siebie oznacza danie mężczyźnie kosza, co ja właśnie jego zdaniem zrobiłam, on jest mną totalnie rozczarowany i nie chce mnie więcej widzieć, moje tłumaczenia go nie interesują. No trudno. Lekcja na przyszłość - jeśli facet chce zapłacić, to lepiej mu pozwolić.

2. Już po studiach. Zaczynam pracę w kraju na peryferiach Europy. Poznaję faceta, spodobał mi się, ja jemu widocznie też, zaprasza mnie na randkę. Na pierwszej randce był spacer, na drugiej robimy sobie małą wycieczkę za miasto. W pewnym momencie on zaprasza na kawę i ciacho. Przyjmuję zaproszenie, zjadamy, kelnerka przynosi rachunek, on mówi, że zapłaci, ja pomna poprzednich doświadczeń, nie chcę, żeby pomyślał, że daję mu kosza, uśmiecham się do niego, dziękuję i mówię, że to bardzo miło z jego strony. Na trzeciej randce on się nie pojawia. Martwię się, czy coś się stało, dzwonię, nie odbiera telefonu. Po czym dostaję od niego wiadomość, która ścina mnie z nóg. Czytam, że mam sobie poszukać innego sponsora, bo on nie ma zamiaru marnować czasu na tanią dziwkę, dla której sensem życia jest znalezienie frajera, od którego będzie przez całe życie sępić kasę. Bardzo daleko idące wnioski, które jeszcze trzymałyby się jakoś kupy, gdybym to ja kazała mu się zaprosić na kolację za kilka stówek, ale cóż, widocznie ta kawa i ciastko, na które przyjęłam zaproszenie bardzo nadszarpnęły jego budżet...

3. Jakis rok, dwa później. Podczas pobytu w Polsce zgadałam się ze znajomym z czasów studenckich. Idziemy do baru. Wypijamy po drinku, gadka-szmatka. Czas na rachunek - wyciągam portfel i mówię, że ja oczywiście za siebie zapłacę. Na to on wygłasza tyradę przy kelnerce, że nigdy w życiu, on by tak nie mógł, on jest dżentelmenem, w życiu nie pozwoli, żeby kobieta przy nim płaciła, mam schować ten portfel i koniec. Ja na to, że bardzo to miłe, bardzo dziękuję, pozwolisz za to, że następnym razem się zrewanżuję itd. Wychodzimy z knajpy. Ledwo zamknęły się za nami drzwi, kolega wypala: „no dobra, oddawaj 8,50. Co się tak patrzysz? Kasę mi oddaj za twojego drinka. Nie będę jakiegoś pasożyta utrzymywał. Chciałyście równouprawnienia, to je macie. Wyskakuj z kasy”. Nie będę dyskutować, 8,50 nie jest warte afery. Oddaję koledze pieniądze i kończę znajomość.

Tutaj następuje przeskok w czasie o prawie 10 lat, w międzyczasie przeprowadziłam się do dużego miasta na południu Niemiec. W Niemczech kiedy kelner przynosi rachunek, z reguły od razu pyta gości, czy płacą razem, czy osobno. wtedy albo jedna z osób mówi że zaprasza, albo obydwoje mówią, że płacą osobno. Wówczas jednym słowem klaruje się sytuację i proces płacenia powinien przebiec bezstresowo. Powinien - słowo klucz.

4. A więc, następna sytuacja. Mężczyzna poznany na jakiejś grupie dyskusyjnej. Fajnie się rozmawia online, postanawiamy spotkać się i pogadać na żywo. Idziemy do jakiejś meksykańskiej knajpki. Rozmowa przebiega bardzo miło, nawet coś zaczyna iskrzyć. Zjedliśmy, kelnerka przynosi rachunek. Pyta: razem czy osobno? Na to kolega bez cienia zażenowania: „To jak, pójdziesz się teraz ze mną ruchać? Bo nie wiem, czy mi się opłaca inwestować, czy nie.” To nie był rubaszny żart, on tak serio. Nie wiem, kto był bardziej zakłopotany, kelnerka czy ja. Musiałyśmy dziwnie patrzeć, bo kolega powtórzył pytanie. Po otrząśnięciu się z szoku poinformowałam kolegę, że po takim tekście na pewno już nic nie ”zarucha”, dałam kelnerce pieniądze i wyszłam.

5. Randka z Tindera. Facet pisze głównie jakim to on jest dżentelmenem, jak dobrze traktuje kobiety, itd. Pamiętając słowa Margaret Thatcher o władzy i byciu damą, wiem już, że nie powinnam mieć zbyt wysokich oczekiwań, ale daję się zaprosić na drinka bardziej z niezdrowej ciekawości. I sama jestem sobie winna. W barze, mimo braku rezerwacji, pan dżentelmen żąda stolika zarezerwowanego dla innych ludzi i wścieka się, gdy go nie dostaje. Przez cały czas mówi wyłącznie o finasowym aspekcie swojej pracy, swoich pieniądzach, samochodzie, stylu życia. Nie pozwala mi zmienić tematu, nawet kiedy mówię mu wprost, że mnie jego kasa naprawdę nie interesuje i nie obchodzi mnie, czy dziennie zarabia tysiąc euro czy dwa, bo nie szukam sponsora, tylko chciałabym dowiedzieć się czegoś o nim jako człowieku. Nic z tego. „Jestem taki bogaty” na przemian z „jestem dżentelmenem i mam ogromną klasę”. Wytrzymuję godzinę, wypijam mojego drinka za 14 euro i oznajmiam, że na mnie już czas. Przychodzi kelnerka i wręcza nam rachunek. Łącznie 2 drinki, do zapłaty 28 euro. Pan dżentelmen deklarował, że mnie zaprasza, więc czekam, co zrobi. On nie robi nic. Bardzo powoli sięgam po torebkę, on nie reaguje, wyciągam portfel, on nie reaguje, otwieram portfel i wyjmuję pieniądze, on nie reaguje, wręczam kelnerce 15 euro i proszę bez reszty. On wówczas robi to samo (15 euro, reszty nie trzeba). Wychodzimy z baru. On zaczyna się awanturować. O co? Bo raz, że uraziłam jego męska dumę, nie pozwalając mu za mnie zapłacić, (No ale jak to nie próbował? Jego zdaniem próbował, ale ja nie dałam mu szansy, tylko agresywnie na siłę zapłaciłam za siebie), a dwa, że w perfidny sposób wmanipulowałam go w koszty i poniósł przeze mnie straty. Że niby jak? W momencie, kiedy dałam kelnerce 1 euro napiwku, wywarło to na nim presję psychiczną i postawiło przed koniecznością zrobienia tego samego. A on nie chciał dawać napiwku, bo nie był zadowolony z obslugi, bo przecież on chciał tamten inny stolik, a wredna kelnerka mu nie pozwoliła, bo ona chyba nie wie, kim on jest i że mu się po prostu należy. Więc on w tym momencie żąda ode mnie zwrotu poniesionej straty. Tak, zażądał zwrotu jednego euro za napiwek, który dał pod ta straszną presją.

6. Jakiś znajomy znajomych, kiedyś tam zetknęliśmy się zawodowo, kiedy robił praktyki w firmie, w której pracowałam. Odnowił się kontakt, spotkajmy się na kawie. Idziemy do kawiarni, kolega zamawia 1 dzbanek herbaty dla nas obojga. Rozmawiamy, co u kogo słychać, chłopak kieruje rozmowę na temat sytuacji życiowej każdego z nas. Ja pracuję na etacie w pewnej firmie, dobre stanowisko, jestem zadowolona z warunków, wynajmuję całkiem spore mieszkanie na przedmieściach. Kolega opowiada, że on po skończeniu praktyk założył własna firmę, przecież nie będzie pracował u kogoś jak jakiś najgorszy plebs, trzeba podejmować ryzyko, być swoim własnym szefem. Firmę prowadzi z partnerem biznesowym, no i w sumie to nie on założył tę firmę, tylko właśnie ten partner, a on teraz z nim pracuje, ale przynajmniej jest człowiekiem sukcesu i nie tyra u kogoś jak plebs. I w dodatku częściowo przez firmę ma mieszkanie w centrum miasta, co prawda 17 m2, ale za to firma opłaca, więc nie musi mieszkać na przedmieściach jak plebs (co on ma z tym plebsem? Kompleksy jakies leczy?). Średnio mi się chce spędzać więcej czasu z kolesiem, który znajduje przyjemnośc w poniżaniu rozmówcy, dopijam herbatkę i będę się zbierać. Od niechcenia pytam jeszcze, kto jest tym partnerem biznesowym. Jego ojciec. „Aha, czyli tatuś zatrudnił Cię u siebie i opłaca Ci mieszkanko. Ale dlaczego tylko 17 metrów, taki człowiek sukcesu musi się gnieżdzić w takiej klitce? Jak jakis plebs?” (nie mogłam się powstrzymać) Obraził się. Czas zakończyć spotkanie. Przychodzi kelnerka z rachunkiem. Jeden dzbanek herbaty – 4 euro. Człowiek sukcesu prosi o przyniesienie dwóch osobnych rachunków. Kelnerka tłumaczy, że jest to niemożliwe, bo na zamówieniu jest tylko jedna pozycja, a poza tym 4 jest bardzo łatwo podzielić na pół – wychodzi 2 na głowę. On się kłóci, kategorycznie żąda dwóch rachunków, bo nie wie, czy nie próbujemy go oszukać. Wstyd jak nie wiem. Daję kelnerce 5 euro, mówię, że reszty nie trzeba i że zapłacę również za kolegę, bo tatuś mu chyba słabo płaci. Gdyby wzrok mógł zabijać ;)

7. Ostatnia sytuacja. Również randka z Tindera. Facet proponuje kolację w jednej z droższych restauracji w mieście. Restauracja ma świetne opinie, ale nawet na monachijskie warunki jest naprawdę drogo. Tłumaczę mu, że owszem kojarzę miejsce, ale niestety nie stać mnie na kolację (zwłaszcza spontaniczną) w tym miejscu, więc wybierzmy inny lokal. On na to, że mam się nie przejmować, bo on zaprasza. Tłumaczę, że ja tak nie mogę, że głupio tak, nie będę go narażać na takie koszty, a już zwłaszcza na pierwszym spotkaniu, kiedy się przecież kompletnie nie znamy i nie wiemy, czy coś z tego będzie. On się uparł, ma być tam i już. On stawia i bez dyskusji. No cóż, skoro nalega... Spotykamy się w restauracji. On składa zamówienie, przystawka i danie główne, również za mnie. Nie pytając mnie nawet, co lubię, na co mam ochotę, a czego nie jem. Komentuje, że on zaprasza, więc on decyduje. No dobrze, dam się zaskoczyć. Zamawia butelkę wina, z której ja, ponieważ przyjechałam samochodem, wypijam dwa łyki, on resztę. Kończymy danie główne, on stwierdza, że się nie najadł, zamawia dla siebie jeszcze jedną porcję. Ok, kto bogatemu zabroni ;) Rozmowa się klei, jest bardzo miło, wiele wspólnych tematów, z ulgą stwierdzam, że chyba nie będzie powtórki z rozrywki z panem dżentelmenem ani człowiekiem sukcesu. Pora na deser, ja dziękuję, kolega zamawia dla siebie, do tego jeszcze espresso i lampkę koniaku. Podaliśmy jeszcze, on koniecznie chce się spotkać na kolejna randkę. Konsumpcja zakończona, robi się późno, czas się zbierać. Kelnerka przynosi rachunek – 380 euro. Sporo, naprawdę sporo...

Kolega wstaje, wyciąga portfel, wyjmuje z niego 150 euro i się żegna. Kelnerka cały czas przy nas stoi. Ja mówię, że chwileczkę, co to ma być. Już pomijając to, że bardzo wyraźnie deklarował, że on zaprasza i bierze rachunek na siebie, do tego narzuca mi wybór potraw, to kwota, którą położył na stole nie pokrywa nawet połowy rachunku, którego co najmniej 2/3 stanowi wyłącznie jego konsumpcja. Kolega się uśmiecha i mówi: „już nie bądź taka drobiazgowa, a, i nie zapomnij zostawić napiwku. Niezostawianie napiwków jest bardzo niegrzeczne i świadczy o złych manierach”. Po czym odwraca się i wychodzi. Kilka dni później dostaję od niego wiadomość, jakie mam plany na następną sobotę, bo zna super knajpę, do której chciałby mnie zaprosić na kolację. Odpowiedziałam, że przykro mi ziomuś, ale niestety nie stać mnie na przyjmowanie zaproszeń w twoim wydaniu.

Nie wiem, czy opisane przeze mnie sytuacje wskazują na jakiś szerszy trend, czy raczej na problemy z deklem u tych osób, ale zastanawiam się, jaki to problem, powiedzieć do kogoś „podzielmy się rachunkiem”, tak po prostu. Po co robić tak żenujące sceny?

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (236)

#85175

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali artykułów o tematyce ślubno-weselnej i toczących się pod nimi dyskusji na forach, przypomniało mi się "wesele", na które jakieś 11 czy 12 lat temu byliśmy zaproszeni z moim ówczesnym partnerem (zamieściłam tę historię wcześniej jako komentarz na jednym z forów, ale pomyślałam, że podzielę się nią również tu).

Dostaliśmy zaproszenie od kolegi mojego partnera z liceum (mój były kończył szkołę w Niemczech, gdyż tam mieszkali wówczas jego rodzice). Kolega wziął ślub na Karaibach, jednak chciałby uczcić to wydarzenie z bliskimi sobie osobami, w związku z czym zaprasza na wesele, które odbędzie się w jednym z niemieckich miast, w którym on obecnie mieszka i pracuje. Wg zaproszenia planowane było wystawne, huczne przyjęcie na ponad setkę osób, impreza miała zacząć się w południe i trwać do późnych godzin nocnych. Obowiązywać miały stroje wieczorowe, ogólnie wszystko „och, ach i na wysokim C”. W prezencie para młoda życzyła sobie albo prezent z listy (gdzie najtańsza pozycja kosztowała ok. 200€), albo gotówkę (czyli w kopertę wypadałoby włożyć co najmniej tyle samo).

Bilety na samolot przez pół Europy (mieszkaliśmy wówczas na peryferiach kontynentu), hotel (miasto jedno z droższych) plus prezent dość mocno dały nam po kieszeni, ale że partner bardzo chciał jechać, bo raz, że to był dobry kolega, a dwa, że będzie okazja spotkać się z resztą paczki z liceum, której wiele lat nie widział, wybraliśmy się chętnie, licząc na miło spędzony czas.

Wiedzieliśmy, jak mniej więcej wyglądają niemieckie przyjęcia, więc, mimo obietnic w zaproszeniu, cudów się nie spodziewaliśmy, ale to, co zastaliśmy na miejscu, przeszło nasze wyobrażenia.

Lokalem weselnym (w zaproszeniu był podany tylko adres) okazał się kawałek trawnika na tyłach jakiegoś biura (jak się potem chwalił ojciec pana młodego, szef jego syna pozwolił mu za darmo skorzystać z „biurowego ogrodu”). W ramach kateringu goście dostali po jednej grillowanej kiełbasce z dyskontu z bułką, (musztardy nie było) oraz po jednym piwie, również marki dyskont, wszystko wyliczone co do sztuki. Jeśli komuś, kto już wypił swoje przydziałowe piwo, w pewnym momencie podczas imprezy zaplanowanej na kilkanaście godzin w upalny dzień, znowu chciałoby się pić, do dyspozycji miał tylko wodę z kranu w toalecie. Supermarketu, gdzie można by kupić coś do picia, w pobliżu nie było. Gdyby ktoś na chwilę chciał usiąść, również nie było takiej możliwości.

Obrazu dopełnił przechadzający się ojciec pana młodego, opowiadający gościom z dumą, jaki to jego syn jest sprytny, bo udało mu się zerowym kosztem zrobić imprezę na tyle osób i jak się chłopak na tym obłowi na nową drogę życia. Słuchaliśmy tego z zażenowaniem. Para młoda nie zamieniła ani słowa praktycznie z nikim. Większość gości (w tym my) opuściła imprezę około godz. 18.

Gwoli ścisłości, nie jechaliśmy bynajmniej z intencją „nażreć się i nachlać za darmo”, ale czuliśmy się zwyczajnie zlekceważeni i naciągnięci na prezent. Podczas imprezy rozmawialiśmy z innymi gośćmi i wszyscy byli jednakowo zniesmaczeni i mieli odczucia, że para młoda ściągnęła tłum ludzi tylko po to, żeby wyłudzić od nich pieniądze.

zagranica

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 294 (304)

1