Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 13 września 2019 - 13:15
  • Historii na głównej: 1 z 1
  • Punktów za historie: 269
  • Komentarzy: 8
  • Punktów za komentarze: 48
 

#85175

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali artykułów o tematyce ślubno-weselnej i toczących się pod nimi dyskusji na forach, przypomniało mi się "wesele", na które jakieś 11 czy 12 lat temu byliśmy zaproszeni z moim ówczesnym partnerem (zamieściłam tę historię wcześniej jako komentarz na jednym z forów, ale pomyślałam, że podzielę się nią również tu).

Dostaliśmy zaproszenie od kolegi mojego partnera z liceum (mój były kończył szkołę w Niemczech, gdyż tam mieszkali wówczas jego rodzice). Kolega wziął ślub na Karaibach, jednak chciałby uczcić to wydarzenie z bliskimi sobie osobami, w związku z czym zaprasza na wesele, które odbędzie się w jednym z niemieckich miast, w którym on obecnie mieszka i pracuje. Wg zaproszenia planowane było wystawne, huczne przyjęcie na ponad setkę osób, impreza miała zacząć się w południe i trwać do późnych godzin nocnych. Obowiązywać miały stroje wieczorowe, ogólnie wszystko „och, ach i na wysokim C”. W prezencie para młoda życzyła sobie albo prezent z listy (gdzie najtańsza pozycja kosztowała ok. 200€), albo gotówkę (czyli w kopertę wypadałoby włożyć co najmniej tyle samo).

Bilety na samolot przez pół Europy (mieszkaliśmy wówczas na peryferiach kontynentu), hotel (miasto jedno z droższych) plus prezent dość mocno dały nam po kieszeni, ale że partner bardzo chciał jechać, bo raz, że to był dobry kolega, a dwa, że będzie okazja spotkać się z resztą paczki z liceum, której wiele lat nie widział, wybraliśmy się chętnie, licząc na miło spędzony czas.

Wiedzieliśmy, jak mniej więcej wyglądają niemieckie przyjęcia, więc, mimo obietnic w zaproszeniu, cudów się nie spodziewaliśmy, ale to, co zastaliśmy na miejscu, przeszło nasze wyobrażenia.

Lokalem weselnym (w zaproszeniu był podany tylko adres) okazał się kawałek trawnika na tyłach jakiegoś biura (jak się potem chwalił ojciec pana młodego, szef jego syna pozwolił mu za darmo skorzystać z „biurowego ogrodu”). W ramach kateringu goście dostali po jednej grillowanej kiełbasce z dyskontu z bułką, (musztardy nie było) oraz po jednym piwie, również marki dyskont, wszystko wyliczone co do sztuki. Jeśli komuś, kto już wypił swoje przydziałowe piwo, w pewnym momencie podczas imprezy zaplanowanej na kilkanaście godzin w upalny dzień, znowu chciałoby się pić, do dyspozycji miał tylko wodę z kranu w toalecie. Supermarketu, gdzie można by kupić coś do picia, w pobliżu nie było. Gdyby ktoś na chwilę chciał usiąść, również nie było takiej możliwości.

Obrazu dopełnił przechadzający się ojciec pana młodego, opowiadający gościom z dumą, jaki to jego syn jest sprytny, bo udało mu się zerowym kosztem zrobić imprezę na tyle osób i jak się chłopak na tym obłowi na nową drogę życia. Słuchaliśmy tego z zażenowaniem. Para młoda nie zamieniła ani słowa praktycznie z nikim. Większość gości (w tym my) opuściła imprezę około godz. 18.

Gwoli ścisłości, nie jechaliśmy bynajmniej z intencją „nażreć się i nachlać za darmo”, ale czuliśmy się zwyczajnie zlekceważeni i naciągnięci na prezent. Podczas imprezy rozmawialiśmy z innymi gośćmi i wszyscy byli jednakowo zniesmaczeni i mieli odczucia, że para młoda ściągnęła tłum ludzi tylko po to, żeby wyłudzić od nich pieniądze.

zagranica

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 269 (279)

1