Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 30 czerwca 2022 - 12:19
  • Historii na głównej: 85 z 85
  • Punktów za historie: 14557
  • Komentarzy: 1784
  • Punktów za komentarze: 13517
 

#89358

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Trochę mi się w tym tygodniu nazbierało tematów (to już ostatni).

Lato w Skandynawii zapowiada się bezrestrykcyjnie, więc wszystko wskazuje na to, że nasze przekładane od 2 lat wesele (jeżeli można to tak nazwać) w końcu dojdzie do skutku. Niestety pod koniec przygotowań wystąpił problem, z którym mierzy się chyba większość par, czyli kwestia potwierdzania obecności.

Kiedy jedno z nas pochodzi z jednego kraju, drugie z drugiego, mieszkamy w trzecim, a rodzinę i znajomych mamy jeszcze w paru innych, wiadomo było, że nie istnieje coś takiego jak uniwersalna miejscówka, optymalna dla wszystkich. Czego byśmy nie wybrali, zawsze ponad 50% gości musiałoby dojechać z innych krajów, więc byliśmy w pełni świadomi, że niektórym lokalizacja nie będzie odpowiadała i nie będą mieli ochoty na podróż. Liczyliśmy się z tym, że mniej więcej 1/3 odpowiedzi na zaproszenia będzie odmowna (kilka zostało wręczonych czysto "informacyjnie"). Oczywiście szkoda, ale rozumiemy i szanujemy decyzję, nikogo nie ciśniemy, że "jak nie przyjedzie, to się obrazimy".

Kiedy sama dostaję zaproszenie na ślub, który odbędzie się daleko od mojego miejsca zamieszkania, w zasadzie już w momencie otrzymania zaproszenia - po rozważeniu czynników jak urlop, koszt wyjazdu, brak innych zobowiązań w tym terminie, oraz czy w ogóle mam na ten wyjazd ochotę - jestem w stanie podjąć decyzję, czy będę mogła z niego skorzystać czy nie. Chcę i mogę jechać - potwierdzam obecność i kupuję bilety na samolot zanim będą za drogie; nie mogę lub nie chcę - dziękuję za zaproszenie, przepraszam, ze niestety nie będę mogła z korzystać, w terminie ślubu wysyłam kartkę z życzeniami (i ewentualnie kwiaty), i po temacie. Wydawało mi się, że inni ludzie funkcjonują podobnie. No jednak nie. Owszem, większość gości potwierdziło obecność natychmiast, niektórzy odmówili (bo odległość, bo koszty, bo inne plany, bo nie ma się czym dostać - wiadomo), natomiast od kilku par nie doczekaliśmy się odpowiedzi.

Zaczęliśmy do nich pisać/dzwonić, żeby dowiedzieć się, czy możemy liczyć na ich obecność. Reakcje były takie:

1. Niezdecydowani (kolega męża z partnerką)
Najpierw za każdym razem kolega poproszony o decyzję pisał, że da znać wieczorem, po czym nie dawał znać. Sytuacja powtarzała się co kilka dni. W końcu się odezwał:
- My jeszcze nie wiemy
- A kiedy będziecie wiedzieć? Ślub jest za kilka tygodni, musimy podać ostateczną liczbę gości, poza tym nie wiemy, czy trzymać dla was nocleg.
- Naprawdę nie umiemy odpowiedzieć na to pytanie. Jeszcze nie wiemy, co będziemy robić w tym czasie
Pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się, że kolega już od dłuższego czasu ma na ten okres zaplanowane wczasy w Azji, więc raczej na pewno ich nie będzie. A czy nie można normalnie odpowiedzieć "nie będzie nas, będziemy wtedy na wakacjach", bez zabawy w podchody?

2. Spontaniczni (koleżanka z czasów irlandzkich)
- "Bardzo chętnie byśmy przyjechali, bo Szwecję uwielbiamy, ale w tej chwili nic ci jeszcze nie odpowiem. My nie lubimy planować podróży i zawsze decydujemy spontanicznie. Zachce nam się, to kupujemy bilety, wsiadamy w samolot i lecimy. Pełny spontan"
No niestety nie jesteśmy w stanie dopasować całej logistyki do ich pełnego spontanu, więc liczę jako "nie". Najwyżej obsługa spontanicznie nie wpuści ich do lokalu, bo nie będzie ich na liście gości.

3. Niezorientowani (przyjaciółka od czasów dzieciństwa, kiedyś bardzo bliska, w ostatnich latach znajomość bardzo się rozluźniła; początkowo nawet nie była przewidziana na liście gości - kiedy dowiedziała się o ślubie, wprosiła się sama, co jest osobną piekielnością, ale już mniejsza z tym)
- Oooo, a kiedy to będzie?
- Tego i tego dnia
- A gdzie?
- Tu i tu.
- A to w Szwecji? To ja nie wiedziałam.
- Jak nie wiedziałaś? Sama mówiłaś, że nie wyobrażasz sobie, że mogłyby cię tam nie być i że w końcu będziesz miała okazję wybrać się do Szwecji. Poza tym w zaproszeniu miałaś informacje na temat daty i miejsca.
- A nie wiem… czekaj, chyba coś przyszło, nie wiem, czy nie skasowałam. To może przyślij jeszcze raz, a ja potem porozmawiam z chłopem i musimy to sobie przemyśleć i ewentualnie damy znać.
Nie wysłałam jeszcze raz, wykreśliliśmy z listy gości, odpuszczam sobie tę znajomość. Jeżeli ktoś ma mnie do tego stopnia gdzieś, że zaproszenie na mój ślub kasuje bez czytania, mimo że najpierw sama się na niego wprasza, to ja jej tam nie chcę.

4. Milczący (kuzyn z żoną)
Otrzymawszy zaproszenie bardzo się ucieszyli, wylewnie podziękowali, zadeklarowali, że zrobią wszystko, żeby tam być i na tym kontakt się urwał. Nie odbierają telefonu, nie odpisują na wiadomości.

5. Problem w związku (znajomi z Monachium)
Ucieszyli się z zaproszenia i od razu potwierdzili obecność. Po czym on zmienił zdanie. "Bo od tego ma dom, żeby w nim mieszkać, a nie gdzieś się włóczyć, poza tym jego żona nie będzie kręcić dupą przez obcymi facetami, a on nie będzie siedział i na to patrzył, jeżeli ona aż tak bardzo ma ochotę potańczyć, to on jej włączy w domu radio". Teraz ona zapewnia, że on ma chyba jakiś trudny okres, ale na pewno się zaraz ogarnie i na bank przyjadą, a on mówi, że na pewno ich nie będzie, on się nigdzie nie wybiera, a jej samej też nie puści.
No i zgaduj zgadula, będą czy nie?

6. Układacze cudzego życia (kuzynka - chyba jako pierwsza podsunęła nam pomysł, żebyśmy imprezę robili w Szwecji)
- A dlaczego robicie akurat w Szwecji? Przecież to daleko
- Tak zdecydowaliśmy, bo stamtąd jest najwięcej gości. Zresztą sami nas na to namawialiście. To jak, będziecie?
- Serio? Nie pamiętam. A dlaczego nie chcieliście zrobić w Niemczech, tam gdzie mieszkacie?
- Nie chcieliśmy, nie leży nam to. To przyjeżdżacie czy nie?
- A skoro już robicie w Szwecji, to nie mogliście w jakimś większym mieście, tylko musicie na takim zadupiu?
- Bo chcieliśmy na plaży. Wybieracie się czy nie?
- A ja w ogóle nie rozumiem, jaki jest sens robienia wesela. Kasę tylko wydacie i nic nie będziecie z tego mieć. Po co wam to? Nie wolicie zamiast tego polecieć na jakąś egzotyczną wyspę?
- To jest nasza decyzja. Zresztą mamy od 2 lat podpisane umowy, więc nasze chcenie nie ma już znaczenia. Możesz odpowiedzieć na pytanie?
- A w ogóle to na co wam ten ślub? W dzisiejszych czasach to nikomu do niczego niepotrzebne.
- Po ślubie to my już jesteśmy 2 lata, więc już trochę późno na takie pytania. Zresztą, jak nie chcesz przyjeżdżać to po prostu powiedz i nie będzie tematu. Po co mi układasz życie?
- No nie wiem, przemyślcie to. Cześć.
I nadal brak odpowiedzi.

Nie rozumiem czegoś takiego. Zaproszenie to nie nakaz osobistego stawiennictwa. Nie chcesz lub nie możesz przyjść, to po prostu powiedz, że nie dasz rady i tyle, i nie odstawiaj cyrku. Czy dorosłym osobom naprawdę jest tak trudno wysłać choćby SMS o treści "nie będzie nas"?

Termin potwierdzania obecności po coś jest - hotel chce wiedzieć, czy w środku sezonu turystycznego ma trzymać pokoje, czy też może je zwolnić, trzeba przygotować plan stołów, zamówić dekoracje, druk winietek itp. Wstrzymywanie organizatora z logistyką w imię własnych humorków i zmuszanie go, żeby cię ścigał niczym egzekutor z parabanku, jest lekceważące i skrajnie egoistyczne.

Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że nie będziemy się narzucać i wszystkich niezdecydowanych wpisaliśmy jako odmowę. Jeśli jednak się pojawią - ich problem.

wesele

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (185)

#89354

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W przyszłym tygodniu w Mediolanie odbywają się targi wnętrzarskie, na które się wybieramy. Przedstawiłam Januszowi listę, którzy z naszych klientów będą mieć swoje stoiska w halach targowych, on wybrał, z którymi musimy się koniecznie spotkać, a których można sobie odpuścić. Ponieważ nie spędzimy tam wiele czasu, trzeba było sensownie dobrać spotkania.

Wszystko udało się zadziwiająco dobrze zorganizować. Lądujemy we wtorek o 10:30, 1,5 godz na dojazd na targi, spotkania jedno po drugim do 16:30, przejazd do hotelu, check in, zostawiamy bagaże i o 18 konferencja prasowa i bankiecik u klienta, który ma showroom w pobliżu hotelu. Następnego dnia spotkania ciurkiem od rana do 16, wyjazd na lotnisko, powrót do domu.

Nie doceniłam jednak Janusza i jego umiejętności siania zamętu.

1.
- Cran, czy wiedziałaś, że klient Biurowe Krzesła też będzie na targach?
- Wiem, byli na wstępnej liście, ale ich wykreśliłeś, mówiąc, że to strata czasu, bo od 3 lat nie mają budżetu.
- Niemożliwe...
- A jednak.
- Hmm... a możesz jednak zorganizować spotkanie z nimi?
- Nie mam ich gdzie wcisnąć, mamy pełny kalendarz. Chyba, że wyrzucę inne spotkanie.
- Nie, nie wyrzucaj. To może we wtorek po południu?
- Nie zdążymy na konferencję do Armatury Łazienkowej.
- A w środę?
- Nie ma szans, spóźnimy się na samolot.
- To nie wiem, ale musisz coś wymyślić, bo ja już im obiecałem
(To fajnie, że sprawdził, czy się da).

2.
- Cran, dlaczego nie mamy spotkania z Drewnianymi Łóżkami?
- Bo nie biorą udziału w targach.
- Ale będą mieć showroom w mieście.
- Dzięki za informację. Zobaczę, gdzie są i jeśli będą gdzieś w naszej okolicy, to nas umówię.

Sprawdzam, okazuje się, że są kompletnie poza miastem, jakieś 30 km od nas (targi są na północny zachód od miasta, nasz hotel i showroom Armatury Łazienkowej na północ od centrum, showroom Drewnianych Łóżek daleko na południowy zachód) i zamykają o 18. Informuję Janusza, że niestety nic z tego.
- Ale ja już im obiecałem, że będziemy. Zrób coś.
- Co mam zrobić? Są za daleko. Nie jesteśmy w stanie się rozdwoić.
- Zadzwoń do nich i niech oni przeniosą.
- Ale co mają przenieść? Chyba nie showroom?
- No showroom. Niech przeniosą w inne miejsce. Bliżej naszego hotelu.
(Obawiam się, że się nie zgodzą...)

3. Janusz dostaje mail od naczelnego jednego z naszych czasopism, że ten z powodów rodzinnych niestety nie będzie mógł przylecieć do Mediolanu, a dostał zaproszenie na event u klienta Sprzęt AGD i chciałby prosić, żebyśmy poszli zamiast niego. Data: poniedziałek (dzień przed naszym przyjazdem, w dodatku święto państwowe w Bawarii), miejsce: peryferie Mediolanu, tym razem po wschodniej stronie. Janusz oczywiście potwierdził, że na pewno będziemy. Dzwonię do niego.

- Ty potwierdziłeś naszą obecność na evencie Sprzętu AGD? Przecież to w poniedziałek. Nie ma nas jeszcze na miejscu, poza tym nie pracujemy, bo święto. Zresztą nawet gdybyśmy byli, to lokalizacja uniemożliwia wizytę.
- Cholera, faktycznie, to co teraz?
- Wytłumacz naczelnemu, że nas nie będzie.
- Nie, tak nie mogę zrobić, to ważny klient. Musimy tam być.
- To co proponujesz?
- Pamiętam, że kiedyś wspominałaś, że jakaś twoja koleżanka u nich pracuje.
- Tak, kiedyś pracowała, ale już nie.
- Nie szkodzi. Na pewno ma tam jeszcze znajomych. Zadzwoń do tej znajomej i poproś ją, żeby przekonała swoich byłych kolegów, żeby przenieśli ten event na inny dzień i gdzieś bliżej centrum.

Czekam, kiedy wpadnie na pomysł, żebym jeszcze zadzwoniła do Lufthansy i przekonała ich, żeby zmienili godziny lotów na bardziej dogodne dla Janusza i żeby samolot lądował gdzieś bliżej jego domu. Jak szaleć to szaleć.

Został mi jeszcze rok podyplomówki i szukam innej pracy.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (131)

#89345

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Podczas pobytu w Polsce otrzymałam od lekarki receptę (ponowną) na pewien lek. Idę do pierwszej lepszej apteki, żeby ją zrealizować, niestety aptekarka odmawia wydania leku z powodu "błędnie wypisanej recepty". Recepta jest wypisana identycznie jak poprzednio, pytam więc, na czym polega błąd, to skontaktuję się z lekarką i poproszę o korektę. Aptekarka odpowiada, że "jeżeli receptę wystawił prawdziwy lekarz, to będzie wiedział. Mnie informacji nie udzieli, bo nie wie, czy nie kupiłam recepty przez internet".

Wyszłam, dzwonię do lekarki, mówię, w czym problem. Ta się chwilę zastanawia, czego może brakować, bo na jej gust wszystko jest, ale wystawiła receptę ponownie, dopisawszy jeden detal.

Wracam do apteki, trafiam na tę samą babę. Wręczam jej nową receptę i ponownie spotykam się z odmową. "Ja tego pani i tak nie wydam. Za dużo narkomanów to bierze i ja tam nie wiem, do czego to pani potrzebne, skąd tak naprawdę ma pani receptę, ani czy ten lekarz, który ją wypisał jest prawdziwym lekarzem".

Stwierdziłam, że nie będą się kłócić z kretynką, poszłam do apteki kilkaset metrów dalej, gdzie bez najmniejszego problemu otrzymałam przepisany lek. Dowiedziałam się również, że pierwsza recepta była wypisana jak najbardziej poprawnie oraz że farmaceuta nie ma prawa nie zrealizować recepty wyłącznie z powodu swojego widzimisię "sumienia" czy jak tam to nazwie. "Klauzula sumienia" owszem istnieje, ale dotyczy tylko personelu medycznego, farmaceutów nie.

W domu opowiedziałam sytuację mojej mamie, na co ona: "Wiem, o kim mówisz, ta baba jest nawiedzona. Mnie kiedyś nie wydała przepisanych leków na złagodzenie objawów menopauzy". Tylko po co taki ktoś wybiera zawód farmaceuty?

apteka

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (196)

#89319

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W mediach rozrywkowych króluje w tej chwili tematyka ślubno-weselna. Portale prześcigają się w artykułach na klikalne tematy, w stylu z dziećmi czy bez dzieci, ile włożyć do koperty albo czy wypada przyjść w białej kiecce. Pod każdym artykułem mamy wysyp komentarzy, które potrafią lepiej podnieść ciśnienie niż poranna kawusia. Z tym, że o ile z wylewania jadu przez "internetowe Grażyny" można się pośmiać, gorzej jest, kiedy takich komentarzy musisz wysłuchiwać na żywo.

Kilka lat temu kuzyn (chrześniak mojego ojca) wyjechał na kontrakt do jednego z krajów Dalekiego Wschodu. Tam poznał dziewczynę, zakochał się i postanowił z nią ożenić. Ślub odbył się w ich miejscu zamieszkania. Ze względu na odmowną decyzję wizową nie mogli przyjechać do Polski, a ze względu na obowiązujące na miejscu obostrzenia sanitarne nie mogli nikogo z Polski zaprosić na uroczystość (teoretycznie mogliby, ale byłoby to tak skomplikowane, że w zasadzie niewarte zachodu).

Wszyscy zrozumieli sytuację, z wyjątkiem ojca chrzestnego pana młodego (czyli mojego ojca), który się obraził. Przez kilka tygodni byłyśmy z mamą raczone komentarzami o "niewdzięcznym gówniarzu", którego on niósł do chrztu, dawał prezenty na komunię i osiemnastkę, więc ten jest mu coś winien i ma obowiązek zorganizować huczne weselicho i go na nie zaprosić (co jest aż dziwne, bo on nigdy nie lubił rodzinnych spędów, a zwłaszcza połączonych z jakimikolwiek tańcami). I w ogóle kto to widział jakieś nowoczesne mody z kameralnymi ślubami we dwójkę, w dodatku tylko cywilnymi, ha tfu. No chociaż mógł zaprosić na ten ślub w Azji, a nie tak kompletnie się wypiąć na chrzestnego.

Na pytanie, jak zamierzał dostać się do kraju zamkniętego dla turystów, nie był w stanie odpowiedzieć, wydzwaniał za to do matki chłopaka, domagając się informacji, kiedy zamierzają wziąć "prawdziwy" ślub oraz urządzić wesele dla rodziny. Ta odpowiedziała, że ślubu kościelnego to najpewniej nigdy, natomiast co do wesela to trudno jej powiedzieć. Po pierwsze, póki co nie wiadomo, kiedy dziewczyna będzie mogła przyjechać do Polski, bo cały czas odmawiają jej wizy, więc w tej chwili ich głównym problemem jest, gdzie będą mieszkać, gdyż jemu kończy się kontrakt i będzie musiał wracać, a po drugie, nawet jak już uda się dziewczynę ściągnąć do Polski, to jest to sprawa młodych, kiedy będą organizować jakieś przyjęcie i czy w ogóle.

Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że w końcu dziewczyna doczekała się pozytywnego rozpatrzenia wniosku wizowego i jeśli wszystko dobrze pójdzie, latem ma szanse sprowadzić się do Polski. Następnie młodzi rozważają zorganizowanie jakiejś uroczystości w celu uczczenia ich ślubu, ale jeszcze nie wiedzą ani kiedy, ani w jakiej formie, ani dla ilu gości. Będą o tym myśleć po przeprowadzce. I tu mój ojciec ma problem. Łojezu, znowu jakieś wesele, trzeba będzie brać urlop, jechać nie wiadomo dokąd i jeszcze on jako chrzestny będzie musiał "dać jakąś kopertę", zupełnie jakby nie miał ciekawszych zajęć ani innych wydatków, po to żeby "jakaś Chinka" mogła się urządzić za jego krwawicę.

Przypomniałam mu, że póki co, nikt go jeszcze nigdzie nie zaprosił, ani nie jest powiedziane, że w ogóle go zaprosi, bo może zorganizują tylko obiad dla najbliższej rodziny (kuzyn jest ze strony mamy, więc tata nie jest z nim spokrewniony), więc zupełnie niepotrzebnie się nakręca. Odpowiedź? "No ale jak to go nie zaprosi? Własnego chrzestnego? No to byłby szczyt bezczelności!"

Czyli: nie robisz wesela - źle; robisz i zaprosisz - źle; robisz i nie zaprosisz - też źle. Nie dogodzisz...

Ślub

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (222)

#89172

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Służbowo. Przyszło rozliczenie mediów, z którym jest problem, jak je ugryźć. Ale od początku.

Jakieś bodajże 10 lat temu 3 kolegów: Janusz, Rudolf i Alex, prowadzących swoje mikrofirmy (firma 1, firma 2, firma 3) wspólnie podnajęło powierzchnię biurową w pewnym budynku, gdzie znajdowało się 6 pomieszczeń biurowych oraz przestrzeń wspólna: kuchnia, toalety, korytarz i wnęka konferencyjna. Głównym najemcą była firma Zero, która zajmowała tam 2 pomieszczenia. Kolejne 2 biura zajął Janusz, a pozostałe 2 odpowiednio Rudolf i Alex.

W 2019 roku, firma Zero zbankrutowała i wypowiedziała umowę najmu. Trzej koledzy postanowili pozostać w budynku i przejąć umowę po firmie Zero. Ponieważ główny najemca mógł być tylko jeden, pociągnęli zapałki i padło, że Janusz (firma 1) bierze umowę na siebie, a Rudolf i Alex (firma 2 i 3) będą podnajmować od niego swoje biura. Wysokość czynszu została wyliczona według zajmowanej powierzchni, bodajże w proporcjach: Janusz 45%, Alex 30%, Rudolf 25%. Koszt przestrzeni wspólnej (kuchnia i tak dalej plus te 2 puste biura po firmie Zero) również zostały podzielone na trzy.

Firmy 2 i 3 w umowie najmu, na podstawie zajmowanej powierzchni, miały podaną wysokość czynszu i zaliczek na poczet mediów oraz prądu. Janusz co miesiąc płacił całą kwotę zarządcy budynku, a koledzy przelewali mu na konto swoją część. Kiedy przychodziło rozliczenie za prąd lub media, zwrot lub niedopłata były dzielone proporcjonalnie. Miało to tak działać dopóki nie znajdą się najemcy na te 2 puste biura. Wówczas koszty miały zostać rozdzielone ponownie.

Z początkiem 2020 roku puste pomieszczenia udało się podnająć, a do budynku wprowadzili się Martin (firma 4) i Jovan (firma 5). Z nowymi najemcami Janusz (w porozumieniu z Rudolfem i Alexem) tym razem podpisał umowy all inclusive, czyli każdy z nich miał podany czynsz w jakiejś tam wysokości, który zawierał już opłatę za media i prąd. Opłatę, nie zaliczkę na poczet opłaty. Nie było wyszczególnione, jaka kwota na co idzie, nie było również zapisów na temat ewentualnych zwrotów lub niedopłat. Jedynie miesięczny czynsz all incl, VAT i termin płatności.

W 2021 skończyła się umowa najmu i wszyscy się wyprowadziliśmy.

I teraz zaczyna się piekielność. W okolicach listopada przyszło rozliczenie za media za 2020 rok. Wyszło z niego, że musimy dopłacić i to niemało, bo ponad 2000€, a mnie kopnął zaszczyt wystawienia faktur pozostałym firmom. I tu, jak było do przewidzenia, powstał problem. Na ile firm podzielić rachunek? Na 3 czy na 5? Firmy 2 i 3 nie zgadzają się, żeby podzielić na trzy, skoro z mediów korzystało pięć. Firmy 4 i 5 odmówiły płacenia czegokolwiek, gdyż w ich umowach nie było ani słowa na ten temat. Tak więc mamy konflikt, gdzie każda strona ma swoje racje i nie wiadomo, czyja racja jest czyjsza.

Wujek google i fora prawne nie są w stanie wskazać jednoznacznej odpowiedzi. Właściciel kancelarii, która obsługuje nasze finanse również nie ma pojęcia, jak to ugryźć, bo się nie zna na prawie najmu. Stwierdził jedynie, że Janusz wystawił głupie umowy (tyle to ja sama wiem) i wysyła do adwokata. Próba przekonania Janusza, że będzie mu potrzebna opinia prawnika i to w ogóle na piśmie, żeby wyegzekwować płatności (bo niezależnie jak ten rachunek podzielimy, któreś 2 firmy się z tym podziałem nie zgodzą i odmówią zapłaty, więc bez jednoznacznej podstawy prawnej ani rusz), spełzła na niczym. Porada prawna kosztuje, a on nie będzie na takie bzdury wydawał swoich pieniędzy. Wydał polecenie "po prostu podziel to tak, żeby wszyscy byli zadowoleni i nie było konfliktów, i żebym ja nie był stratny" i umył rączki. Mamy kwiecień, zalegamy z opłatą już piąty miesiąc, zarządca budynku grozi sądem i egzekucją długu przez komornika, a konsensusu nie ma.

Biuro

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (107)

#89162

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Janusz marketingu.

Znajoma dostała na Instagramie wiadomość od jakiegoś trenera personalnego, oferującego swoje usługi. Nic w tym nadzwyczajnego, wielu drobnych przedsiębiorców w ten sposób się reklamuje. Tylko że wiadomość zaczynała się od słów:

"Hej (nazwa użytkownika), nadchodzi wiosna, więc czy nie pora w końcu wziąć się za siebie i zrzucić zimowy tłuszczyk? Czy nie byłoby fajnie tego lata w końcu zasłużyć na wyjście na plażę?"

No cóż... Chyba coś jest w tym powiedzeniu o staniu w kolejce po mięśnie, kiedy rozdawali rozum. Bo już pomijając target i personalizację zupełnie z tyłka (znajoma jest hobbystycznie instruktorką jogi, więc figurę ma akurat wręcz wymarzoną), to wypisywanie do zupełnie obcych ludzi, na dzień dobry wymyślając im mankamenty sylwetki (czy wręcz wprost wmawiając, że są zapuszczonym grubasem), jest zwyczajnie słabe. Równie słabe jest prezentowanie światopoglądu, że wyjście na publiczną plażę to jakiś elitarny przywilej, dostępny tylko dla nielicznych, na który trzeba sobie specjalnie zasłużyć, wstrzelając się w kanon urody pana trenera.

Nie wiem, co dokładnie pan trener chciał osiągnąć, ale chyba nie tędy droga.

Instagram

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (227)

#89077

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii #89052, czyli ciąg dalszy perypetii z panią psycholog.

Po zdawkowym non-apology od opiekuna roku, sprawa eskalowała do dyrektora studiów. po jego interwencji pani psycholog zobowiązała się wystawić oceny najpóźniej do soboty 6 marca (6 dni po terminie). Sobota minęła, niedziela też, podobnie poniedziałek, ocen jak nie było tak nie ma, tak samo jak kontaktu z panią psycholog.

W końcu we wtorek przychodzi mail na grupową skrzynkę. Pani psycholog chciałaby nas poinformować, jak bardzo jest jej przykro, że ją tak potraktowaliśmy. Owszem, przyznaje, że była kompletnie nieprzygotowana do zajęć i prowadziła je na żenującym poziomie, ale to nie ze względu na brak wiedzy czy szacunku do nas, ale na to, że od kilku miesięcy bardzo ciężko choruje i od początku semestru prawie nie opuszcza szpitala.

Przeprowadzenie tych zajęć stanowiło nieludzki wysiłek i robiła wszystko, co mogła, żeby sprostać naszym oczekiwaniom, więc bardzo jej przykro, że nie udało jej się nas zadowolić. Co do ocen, z tego, co jej wiadomo, sesja poprawkowa kończy się 15 marca, więc w zasadzie ma termin aż do wtedy na ich wystawienie. Ze swojej strony, postara się tego terminu dotrzymać, ale oczywiście na tyle, na ile pozwoli jej stan zdrowia, bo cały czas jest w szpitalu i tak dalej. Do tego ma nadzieję, że chociaż z reszty studiów będziemy zadowoleni, a na przyszłość życzy nam więcej empatii i życzliwości.

No proszę, na zajęciach zarzekała się, że techniki manipulacji wykraczają poza jej kompetencje, a tu taka piękna próba wmanewrowania nas w poczucie winy. Prawie się udało ;)

Oczywiście, można by jej tak po ludzku współczuć, ale jako że dowiadujemy się o tym dopiero teraz, wygląda na to, że zaszła jedna z 3 opcji (żadna, rzecz jasna, nie jest dla nas akceptowalna):
- Pani psycholog wymyśliła sobie chorobę, kiedy po interwencji dyrektora studiów zapaliło jej się pod tyłkiem,
- Pani psycholog faktycznie choruje ciężko i przewlekle, co uniemożliwia jej prowadzenie zajęć, jednak zataiła ten fakt przed uczelnią, może nie chcąc tracić źródełka dochodu i licząc, że jakoś to będzie
- Pani psycholog poinformowała uczelnię o stanie zdrowia, jednak uczelnia zamiast znaleźć zastępstwo, zignorowała ten fakt, licząc, że jakoś to będzie.

Na pewno wystąpił jakiś ogromny problem w komunikacji. Wykładowca nie wie, jaki mamy program studiów, my nie wiemy, że na psychologię mediów i społeczną poświęcone zostaną 2 zjazdy w drugim semestrze (poinformowano nas o tym dopiero teraz) i próbujemy wykrzesać z wykładowcy coś, o czym nie ma on pojęcia. Uczelnia nie wie, że wykładowca choruje (albo wie i ma w poważaniu), poza jakimiś zdawkowymi mailami (często wysłanymi do pojedynczych osób) nikt nam na nic nie odpowiada, a na końcu my jesteśmy tymi złymi, pozbawionymi "życzliwości i empatii".

Przekazaliśmy nasze uwagi dyrektorowi studiów, ten zaproponował spotkanie pod koniec marca w celu uzgodnienia sposobu zrekompensowania nam zmarnowanego zjazdu. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

studia podyplomowe

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (163)

#89124

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Głupota i piekielność dla siebie samej.

Na początku 2020 endokrynolog zdiagnozował u mnie insulinooporność (zero zaskoczenia, cała rodzina ze strony mamy na to cierpi). Dostałam leki, wszystkie nękające mnie wcześniej dolegliwości (zawroty głowy, osłabienie itd) ustąpiły, a w bonusie w krótkim czasie schudłam 15 kilo (obstawiam, że głównie pozbywając się nadmiaru wody).

Niedawno pisze do mnie znajoma (z kategorii dalszych znajomych).
- Cran, pamiętam, że ty mocno schudłaś po jakichś lekach. Możesz mi przypomnieć, co to było?
- Metformina
- Aha, tak mi sie wydawało, bo właśnie czytałam, że po tym są podobno świetne efekty. A gdzie sobie załatwiłaś receptę?
- Nigdzie nie załatwiałam. Dostałam od endokrynologa, bo miałam problemy zdrowotne.
- Daj mi do niego namiar i powiedz mi, co musiałabym mówić, żeby dostać receptę.
- Namiar ci mogę dać, ale badania krwi musiałyby ci wykazać insulinooporność. Poza tym, to nie do końca tak, że po tym sa jakieś spektakulane efekty. To nie jest środek odchudzający, tylko lek kontrolujący wydzielanie insuliny. Jeden po nim schudnie, a drugi nie. Kwestia szczęścia.
- Ale ja czytałam, że właśnie się chudnie. A nie znasz kogoś, kto by mi dał recepte bez badań? Bo z badanami to lipa, ja na nic nie choruję, a poza tym na termin trzeba czekać, a mi się spieszy. Lato niedługo
- Nikt ci nie da recepty bez badań. To jest lek, który robi rewolucję w organizmie, ma w cholerę efektów ubocznych i jego się nie bierze na własną rękę.
- A ty mi nie możesz załatwić recepty?
- Obawiam sie, że nie mam takiej możliwości.
- A gdyby mi się udało kupić gdzieś przez internet, to jakę mam brać dawkę?
- Dawkę bierze sie przepisaną przez lekarza. Jeden bierze 500, inny 1000, a inny 2000, w zależności od wyników badań. To nie jest suplement z uniwersalną dawką, tylko lek.
- Widzę, że nie chcesz mi pomóc...
- (tego mi trzeba. Dziewoja zrobi sobie kuku i zwali winę na mnie, że to za moją radą). Nie chcę, żebyś zrobiła sobie krzywdę, biorąc jakies gówno z netu, zamówione nie wiadomo skąd, gdzie nie masz pojęcia, co to naprawdę jest i czym się faszerujesz. Do tego masz małe dziecko, które w razie jeśli tobie coś się stanie, zostanie bez opieki. Nie rób tego.
- A mnie się wydaje, że jesteś po prostu zazdrosna i się boisz, że jak schudnę, będę wyglądać lepiej od ciebie. Dlatego nie chcesz mi pomóc.

Taaaak... Dokładnie dlatego. Bo moje życie kręci sie wokół rozmiaru tyłka przypadkowej osoby, którą widzę raz na 3 miesiące...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (155)

#89094

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W budynku, gdzie obecnie mieści się moja firma, biura zajmowane są w większości przez różne mikroprzedsiębiorstwa. Na każde 10-12 pomieszczeń biurowych przypada mała kuchnia, do wspólnego użytkowania. Kuchnia nie była wyposażona - kiedy wprowadzaliśmy się rok temu (byliśmy pierwszą firma, która wprowadziła się na dane piętro), znajdowały się tam szafki, zlew, kuchenka elektryczna, zmywarka i kosz na śmieci. Drobne AGD, naczynia, sztućce, ścierki, środki czystości itp. musieliśmy zorganizować we własnym zakresie. Janusz przyniósł mikrofalę i toster, ja czajnik elektryczny (miałam w domu zapasowy), naczynia i sztućce każdy przyniósł swoje, a płyn do naczyń, gąbki itp. dokupiło się w pobliskiej drogerii.

Przez wiele miesięcy byliśmy jedynymi najemcami w naszym "sektorze", więc korzystanie z kuchni było bezstresowe, problem zaczął się z końcem roku, kiedy budynek się zapełnił, a użytkowników kuchni przybyło. Coraz częściej zastawało się sytuację, że naszych kubków/ talerzy/ łyżeczek albo nie ma w ogóle (niektóre w ogóle wyparowały na stałe), albo, mimo obecności zmywarki, stoją brudne w zlewie lub na blacie kuchennym (zastanawiam się, swoją drogą, kto za tymi ludźmi sprząta w domu - mają służbę czy po prostu żyją w syfie?). Naszą kawę i herbatę musieliśmy zabrać do swoich biur, gdyż ktoś się nimi chętnie częstował.

Zostawiliśmy kartkę z informacją, że wyposażenie kuchni nie jest wspólnym dobrem, tylko naszą prywatną własnością i o ile nie mamy nic przeciwko temu, że ktoś korzysta z czajnika czy mikrofali, to prosilibyśmy o przyniesienie sobie własnych naczyń i sztućców, i niekorzystanie z naszych, gdyż pomijając względy higieniczne, zwyczajnie nie ma ich na tyle. Poza tym prosilibyśmy, żeby tym razem ktoś inny był tak miły i kupił płyn do mycia naczyń i tabletki do zmywarki, które właśnie się kończą. Reakcji zero.

Dzisiaj kończyłam robić sobie herbatę, kiedy do kuchni wszedł jakiś facet. Spytał, czy wiem, do kogo należy czajnik. Odpowiedziałam, że do mnie. W tym momencie typ wyskoczył z pretensjami, że co mi przyszło do głowy, przynosić do służbowej kuchni czajnik, który nie dość, że ma pojemność zaledwie 1l, to jeszcze za długo zajmuje mu gotowanie wody, przez co kompletnie nie nadaje się do używania przez całą "społeczność", taki czajnik to się w domu używa, a nie w pracy. On jest zajętym człowiekiem, wiecznie pod presją czasu i nie może tyle czekać, inni na pewno też nie. Mam go zabrać i prędziutko przynieść inny - większy, szybszy i ogólnie bardziej nadający się do biura. (Myślałam, że roszczeniowi buce to domena korpo, no ale chyba jednak nie)

Zaskoczona poziomem bezczelności, odpowiedziałam facetowi, że raczy sobie żartować. Czajnik jest mój prywatny, przyniosłam go dla siebie i na moje potrzeby wystarcza. Jeżeli jemu nie pasuje, nikt nie każe mu z niego korzystać, może przynieść własny. Ten wzruszył ramionami, burknął, że "no bez przesady" i poszedł.

No to zabrałam czajnik i naczynia do swojego biura i niech sobie towarzystwo gotuje wodę siłą woli.

Biuro

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (214)

#89052

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Od października uczęszczam (w trybie online) na studia podyplomowe. Kierunek związany jest z reklamą i marketingiem, zjazdy odbywają się w co drugi weekend na platformie MS Teams.

Pierwsze zajęcia dotyczyły podstaw psychologii. Prowadziła je pani psycholog - terapeuta uzależnień (przypominam, na studiach z marketingu). Pierwszy dzień spędziliśmy opowiadając o sobie i dyskutując o psychopatii, toksycznych pracodawcach i przemocy w związkach. Drugiego dnia rozmawialiśmy o uzależnieniach i omówiliśmy wszystkie możliwe narkotyki - ich skład, działanie i efekty uboczne.

Do tego zajęcia zaczęły się z półgodzinnym opóźnieniem, bo pani nie umiała obsłużyć Teamsa. Na zaliczenie pani psycholog kazała napisać pracę o czymkolwiek, co było poruszane na zajęciach.

Jako że "cokolwiek" jest bardzo szerokim pojęciem, poprosiliśmy o jakieś wytyczne, choćby dotyczące formy pracy - czy ma być to praca naukowa, artykuł, felieton, esej, czy jeszcze coś innego, czy mamy korzystać ze źródeł, czy tez pisać tylko własne przemyślenia. Obiecała przysłać je w ciągu kilku dni. Termin dostarczenia pracy - następne zajęcia z tą samą panią 2 tygodnie później.

Po zajęciach mieliśmy dosyć mieszane uczucia. No bo atmosfera owszem fajna, zajęcia w formie warsztatowej, mogliśmy podyskutować, powymieniać się opiniami, ale poruszane tematy nie miały nic wspólnego z wybranym przez nas kierunkiem, a po coś jednak na te studia poszliśmy. Z drugiej strony braliśmy pod uwagę, że podczas 2 dni "wstępu do psychologii" nie wiadomo jakiej wiedzy też nie da się przekazać, więc po prostu poruszyła wybrane zagadnienia, w których się specjalizuje. Stwierdziliśmy, że damy jej szansę, zobaczymy, jak pójdą następne zajęcia.

Powoli zbliżał się termin wysłania prac, wytycznych jednak nadal brak. Dodatkowych materiałów, o które poprosiliśmy, również. Nie wiemy, czy nadal czekać, czy też pisać coś zupełnie w ciemno. Nagle dostajemy wiadomość od opiekuna roku, że pani psycholog odwołała zajęcia, odbędą się w późniejszym terminie - w ostatni weekend lutego. Tak samo przesunięty został termin oddania prac. Odłożyliśmy temat, skupiliśmy się na zajęciach z innych przedmiotów (tu już zupełnie inny poziom - kompetentnie, na temat, wręcz przeładowanie wiedzą).

W połowie lutego nadal nie było wytycznych, a pani psycholog nie reagowała na nasze maile. W takim razie każdy napisał (czy raczej przepisał z netu) jakieś pitu-pitu o czymkolwiek i wysłał, żeby tylko coś było. Tuż przed ostatnim weekendem pani psycholog ożyła i wysłała mail do jednej z nas, z pytaniem, co chcielibyśmy robić na zajęciach (O_o w sensie, że to my jej mamy powiedzieć, o czym mają być jej zajęcia?). Bo ona ma pomysł, że może spędzimy te zajęcia, omawiając nasze prace. Ręce opadają. Będziemy tracić 2 dni zajęć, żeby szczegółowo omawiać nic niewnoszące, odtwórcze prace, napisane "na odwal się" i byle tylko zaliczyć niezbyt istotny przedmiot...

Koleżanka odpisała, że mowy nie ma - z harmonogramu zajęć wynika, że tematem zjazdu mają być, powiedzmy "Procesy kognitywne i podejmowanie decyzji" i właśnie to chcielibyśmy omawiać na zajęciach, najchętniej w powiązaniu z marketingiem, oraz jeśli starczy czasu to chętnie coś o technikach manipulacji i elementy neuromarketingu. A prace może nam odesłać mailem.

Rozpoczęły się sobotnie zajęcia. Tradycyjnie z półgodzinnym opóźnieniem, bo pani psycholog nie ogarnia Teamsa. Na początku zaproponowała, żeby każdy wypowiedział się o swoich emocjach, odczuwanych w związku z obecną sytuacją, jak się z tym wszystkim czujemy i w ogóle. Odmówiliśmy - po pierwsze wiadomo, jak jest, i nic odkrywczego nie wniesiemy do tematu, po drugie, choćby dla higieny psychicznej chcielibyśmy na te kilka godzin zająć głowę czymś innym, po trzecie mamy temat do zrealizowania i nie chcemy tracić czasu, zwłaszcza że już mamy poślizg.

Pani psycholog odpaliła prezentację i faktycznie zaczęła opowiadać o procesach kognitywnych, tyle że zupełnie w oderwaniu od marketingu, a z naciskiem na uczucia i emocje. Następnie przystąpiła do wykładu na temat autyzmu i ADHD, i sposobach terapii, a my zaliczyliśmy kilkugodzinną dziurę czasową. Do tego wykład co kilka minut przerywany był pytaniem "halo halo jesteście tam?", na co wszyscy musieliśmy włączać mikrofony i odpowiadać, że owszem, jesteśmy. Poprosiliśmy ją, czy mogłaby odnieść się też do tematów o które prosiliśmy w mailu (manipulacja, neuromarketing), bo to, o czym nam opowiada, nie ma kompletnie związku z naszym kierunkiem. Odpowiedziała, że to dopiero jutro, bo dzisiaj nie jest przygotowana. Ze swojej strony poprosiła nas, żebyśmy do jutra wymyślili sobie, co chcemy zrobić na zaliczenie, bo ona nie wie, co nam zadać.

Niedziela. Zajęcia znowu rozpoczęły się z opóźnieniem, gdyż pani "nie umiała w Teamsa". Pierwszą godzinę z kawałkiem zajęło dokończenie sobotniego wykładu (z jedną dłuższą przerwą, gdyż pani niechcąco opuściła spotkanie i nie umiała do niego wrócić i kilkoma krótszymi na "halo halo jesteście tam?"), po czym pani oznajmiła, że w zasadzie to tyle z jej strony i czy mamy jakiś pomysł, co chcielibyśmy robić przez resztę zajęć. Pytamy, czy, tak jak umawialiśmy się wczoraj, odnieść omówione tematy do marketingu oraz omówić te zagadnienia, o które prosiliśmy (manipulacja itp). Pani na to, że niestety nie, gdyż będąc terapeutą uzależnień, zwyczajnie się na tym nie zna.

Z braku laku, żeby czymś wypełnić te 3 godziny, które zostały do końca zajęć, zaczęła puszczać nam reklamy na YouTube, a my mieliśmy opowiadać, jaki występuje w nich problem. Parę było faktycznie ciekawych, parę w stylu "blachodachówka reklamowana przez gołą babę", ale godzina jakoś zeszła. W międzyczasie mieliśmy sobie wymyślić, co chcemy robić na zaliczenie przedmiotu, bo pani nie miała pomysłu.

Zaproponowaliśmy, że skoro jesteśmy przy reklamach, a w dodatku studiujemy kierunek z tym związany, to może zrobimy tak, że podzielimy się na grupy i każda grupa wybierze sobie reklamę i dokona jej analizy pod względem atraktorów, uczuć, jakie wzbudza, ewentualnych problemów itp. Popracujemy nad tym przez godzinę, przez kolejną przedstawimy nasze prace i akurat zejdzie czas do końca zajęć. Pani się zgodziła i zaczęła nas dzielić na "pokoje". Nie bardzo jej to szło, część osób nie dostała żadnej grupy, potem pani musiała nas przegrupować i tak straciliśmy 15 minut z czasu przeznaczonego na pracę. W połowie naszej pracy pani zamknęła nasze "pokoje", bo coś jej się kliknęło, przez co straciliśmy jeszcze trochę czasu, ale w końcu wykonaliśmy zadanie, przedstawiliśmy wyniki i zajęcia mogły się skończyć. Na koniec pani obiecała, że jeszcze tego samego dnia po południu wystawi oceny z tych prezentacji oraz z prac z psychologii. Oczywiście żadnych ocen nie wystawiła.

Wieczorem napisaliśmy grupowy mail do opiekuna roku, wyrażając nasze niezadowolenie z odbytych zajęć. Że poruszana tematyka nie miała nic wspólnego z naszym kierunkiem, że pani była kompletnie nieprzygotowana, że nie miała pojęcia, co ma z nami na tych zajęciach robić, o czym mówić, ani co zadać na zaliczenie, w dodatku nie radziła sobie z obsługą platformy komunikacji.

We wtorek przyszła odpowiedź opiekuna roku, przyprawiająca o opad szczęki. Zaczynała się od "Najmocniej przepraszam, jeżeli nie zrozumieli państwo programu studiów" i tak dalej w tym duchu, że generalnie, owszem zajęcia były kompletnie oderwane od naszego kierunku, ale takie właśnie miały być i naszą winą jest to, że się tego nie domyśliliśmy, tylko mamy nierealne oczekiwania. No faktycznie, debile z nas, że nie wpadliśmy na to, że terapie dla dzieci z ADHD są oficjalnie częścią programu studiów z reklamy i marketingu.

Odpisaliśmy, że no dobrze, program programem, ale w poprzednim mailu poruszyliśmy więcej problemów, głównie niekompetentnego i nieprzygotowanego do zajęć wykładowcy. Ponieważ ostatnie zajęcia zmarnowały nasz czas i pieniądze, oczekiwalibyśmy jakiejś rekompensaty ze strony uczelni. Proponujemy albo obniżkę czesnego na jeden miesiąc, albo odrobienie zajęć z kimś kompetentnym. Do tego nadal nie mamy ocen z tych 2 przedmiotów, mimo że semestr oficjalnie zakończył się 28 lutego i wtedy minął ostateczny termin ich wystawienia.

Opiekun odpowiedział, że porozmawia z dyrektorem studiów i da znać, co dalej. To czekamy...

Studia podyplomowe

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (139)