Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 23 września 2021 - 23:18
  • Historii na głównej: 64 z 65
  • Punktów za historie: 11613
  • Komentarzy: 1423
  • Punktów za komentarze: 10625
 

#88512

(PW) ·
| Do ulubionych
Polecieliśmy na urlop. Kierunek: wysepka na Oceanie Indyjskim. Sceneria bajkowa, jednak podróż raczej upiorna, od momentu wyjścia z domu trwająca 24 godziny: dojazd na lotnisko, na którym w tej chwili trzeba być co najmniej 3h wcześniej, 6-godzinny lot do Kataru, przesiadka, 5-godzinny lot do stolicy kraju docelowego, odbiór bagażu, 4 godziny koczowania na lotnisku w oczekiwaniu na lot na właściwy atol (brak krzeseł i klimatyzacji przy 35 stopniach i 90% wilgotności powietrza), check-in i security (wszędzie kolejki, poza tym od tego momentu nie ma się już dostępu do wody pitnej), czekanie na boarding (również brak klimy) godzinny lot, godzina czekania na busik, który zabiera na łódź (na stojąco, w pełnym słońcu, bez wody) i godzinna przeprawa łodzią na docelową wyspę (i dopiero w hotelu dostajesz wodę).

Do tego przy każdej z 3 przesiadek zmienia się strefę czasową. Dorosły człowiek dociera na miejsce ledwo żywy, ale sam tak wybrał, wiedział, na co się decydował, więc nie ma problemu. Natomiast wyobrażam sobie, jakie to musi być męczące dla małego dziecka, które jeszcze nie bardzo rozumie, o co w tym chodzi, jest mu raczej obojętne, czy wakacje spędza nad morzem południowym, czy nad lokalnym jeziorem i tylko się je bez sensu tą podróżą umorduje.

A na taki pomysł wpadła para Niemców, którzy niestety całą drogę podróżowali razem z nami. Mniej więcej roczne dziecko, które ze sobą zabrali, jak łatwo można było się domyślić, miało już dość mniej więcej w połowie drogi z Kataru i podniosło wrzask, a jedyną metodą zabawiania, jaką przewidzieli rodzice (sami zajęci swoimi telefonami), było włączanie mu na cały regulator czegoś dzwoniąco-skrzeczącego na tablecie. Tak więc wszyscy dookoła mieli combo w postaci ryczącego dziecka i ryczącego iPada.

Lądujemy w stolicy kraju docelowego, przechodzimy do terminalu krajowego, w celu oczekiwania na samolot na wyspę. Upał, brak klimy, duchota, ścisk. Dziecko, jak łatwo można się domyślić, zaczyna wrzeszczeć. Matka zajęta telefonem, ojciec włącza mu tablet. W międzyczasie obczajamy, że po drugiej stronie ulicy jest spora kawiarnia. Klimatyzowane pomieszczenie z wygodnymi kanapami. Można siedzieć jak długo się chce, wystarczy tylko zamówić cokolwiek. Z radością się tam przemieszczamy, gdyż przed nami ponad 3 godziny czekania. Po jakimś czasie do kawiarni wchodzi piekielna rodzinka. Rzucają okiem na menu i wychodzą, kierując się z powrotem do terminala. Widocznie uznali, że niecałe 5USD za 2 napoje to zbyt wygórowana cena za oczekiwanie w bardziej komfortowych warunkach niż podłoga terminala, ale skoro tak wolą, to ich sprawa.

Ponownie spotykamy ich (a raczej słyszymy już z daleka) w hali odlotów. Dziecko drze się również przez prawie cały lot oraz podczas oczekiwania na transport na łódź, rodzice nie reagują.

Docieramy na łódź, zajmujemy miejsca, ci siadają tuż przed nami. Czekamy jeszcze na załadunek bagaży. Kobieta jest zajęta robieniem sobie selfiaczków na tle morza, z różnymi dzióbkami, dziecko ponownie włącza syrenę, matka nie reaguje, ojciec ponownie włącza małemu tablet z tym skrzeczącym czymś. W tym momencie wku*w, potęgowany zmęczeniem, sięgnął u mnie zenitu i wziął górę na kulturą osobistą. Rzuciłam, niby do mojego faceta, ale prosto w uszy babie:

„Jakim trzeba być je*anym egoistą ze sraczką w głowie, żeby ciągnąć tak małe dziecko w taką podróż i jeszcze ani przez minutę się nim nie zająć tylko mu jeszcze puszczać jakieś ryczące cholerstwo? Umordować dziecko, umordować wszystkich dookoła, którzy muszą ileś godzin słuchać tych wrzasków, żeby tępa dzida mogła wrzucić na fejsbunia zdjęcia swojego tłustego dupska w bikini!”

Tak, było to z mojej strony chamskie i niegrzeczne, ale ewidentnie podziałało. Baba najpierw poburczała coś pod moim adresem, po czym wstała, wyjęła dziecko z wózka, wzięła je na kolana i zaczęła coś mu opowiadać i pokazywać różne rzeczy dookoła. Dziecko się uspokoiło i z zaciekawieniem słuchało. Aha, czyli da się. Wystarczy się tylko oderwać od telefonu i zająć własnym dzieckiem.

Podróż

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (204)

#88470

(PW) ·
| Do ulubionych
W Niemczech w ramach dążenia do poprawności politycznej i walki z dyskryminacją toczy się w tej chwili debata nad reformą języka, która w wielu sytuacjach wprowadziłaby określenia neutralne płciowo zamiast dotychczasowego jasnego podziału na męskie i żeńskie. Jedni uważają, że jest to słuszne posunięcie, inni pukają się w czoło - nie mnie oceniać, kto ma rację, więc swoją opinię na ten temat zachowam dla siebie.

Chciałam zwrócić uwagę na inną rzecz. Z jednej strony pojawia się pomysł, żeby w np. położnictwie odejść od terminu "mleko matki" (Muttermilch) i zastąpić go czymś w rodzaju "ludzkie mleko" (Menschenmilch) lub "mleko rodzica karmiącego piersią" (Milch des stillenden Elternteils), gdyż termin "mleko matki" może potencjalnie dyskryminować osoby, które urodziły dziecko i karmią je piersią, jednocześnie nie identyfikując się jako kobieta, a tym samym matka.

A z drugiej strony w tych samych postępowych, walczących z dyskryminacją Niemczech osobom homoseksualnym nie wolno być krwiodawcami. Bo nie. I to już niby wcale nie jest dyskryminujące. Nic a nic.

Niby postępowo i politycznie poprawnie, a stereotypy rodem z lat 80 mają się świetnie.

Niemcy

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (210)

#88417

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali piekielności podróżniczo-wakacyjnych. Lipiec 2019, wysepka u wybrzeży Afryki, urlop "olekskjuzmi". Poza sezonem (sezon mają tam zimą), więc obłożenie hotelu na poziomie 40%, brak dzikich tłumów, pogoda mimo to przyjemna.

Któregoś popołudnia podeszłam po coś do picia do przybasenowego barku i zobaczyłam taka scenę. Przy barze stoi Janusz o aparycji tak memicznej, że brakowało tylko reklamówki z biedry (bardzo podobny do typa z memów "Panie Areczku") i awanturuje się z ciemnoskórym (co raczej normalne w tej części świata) barmanem. To znaczy awantura była mocno jednostronna - skołowany barman próbował dowiedzieć się, o co Januszowi chodzi, z kolei Janusz wrzeszczał na niego po polsku, wyzywając od durnych, którzy nie rozumieją ludzkiej mowy (w sensie polskiego) i tak dalej. Ponieważ nic nie wskazywało na szybkie zakończenie impasu, a mnie chciało się pić, zaproponowałam obu panom, że może ja pomogę. Okazało się, że Janusz ma dwa problemy. Pierwszy to, że on sobie nie życzy, żeby jego, białego pana, czarnoskórzy obsługiwali (nie wiem, swoją drogą, kogo się spodziewał, jadąc do Afryki - blond Norwega?), a drugi, że chciał zamówić sobie czystą wódkę, z tym, że nie shota, tylko całą szklankę, żeby kilka razy nie chodzić, ale nie umiał tego wyartykułować w zrozumiały dla barmana sposób.

Problem nr 1 zignorowałam, uznając, że jakakolwiek dyskusja nie ma sensu, rozwiązanie drugiego zajęło jakieś 3 sekundy. Barmanowi wyraźnie ulżyło, Janusz szczęśliwy, moja ty wybawicielko, całuję rączki i tak dalej.

Następnego dnia spotkaliśmy Janusza z żoną, idąc na śniadanie. Janusz mnie zauważył i powitał gromkim "moja kochana wybawicielka, całuje rączki" i tak dalej w tym stylu, po czym oddalając się, zaczął żonie tłumaczyć, że to taka cudowna pani, która go wczoraj uratowała i pomogła, bo te durne małpy... Nie wiem, co jej dalej opowiadał, bo nie słyszałam.

Kiedy w restauracji nabierałam sobie przy bufecie coś na talerz, podeszła do mnie żona Janusza i syknęła "odp...dol się wywłoko od mojego męża, bo ci oczy wydrapię", najwyraźniej uznając, że ma taki skarb, że go musi chronić wszelkimi sposobami. Do końca pobytu już ich na szczęście nie widzieliśmy.

na wakacjach

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (204)

#88396

(PW) ·
| Do ulubionych
Przy okazji wczorajszych komentarzy pod historią o narzekaniu na ceny na wakacjach, przypomniała mi się sytuacja sprzed około 3 lat.

Wybierałam się z koleżanką na weekend do jednej z europejskich stolic (miasto, które już dość dobrze znałam, ale do którego chętnie wracam). Podczas pobytu w Polsce pochwaliłam się planami wyjazdowymi znajomej z czasów liceum, z którą akurat spotkałam się na kawie. Znajoma stwierdziła, że już od dłuższego czasu marzyła o zobaczeniu tego miasta, a nigdy jakoś nie miała okazji się tam wybrać i spytała, czy mogłaby jechać z nami. Czemu nie - im więcej tym weselej (po zdjęciach, które znajoma zamieszczała w mediach społecznościowych, widać było, że ogólnie podróżuje całkiem sporo). Udało jej się znaleźć pasujące loty, które mniej więcej pokrywały się czasowo z naszymi, podałam jej również dane hotelu, gdzie miałyśmy rezerwację.

Z noclegami udało nam się trafić w dziesiątkę - 4 gwiazdkowy hotel renomowanej sieci, ulokowany w samym centrum, tuż obok starówki, ze względu na znajdujący się wówczas pod oknami ogromny plac budowy, oferował pokoje po wręcz dumpingowych cenach (pokój do samodzielnego wykorzystania kosztował w okolicach 75€ za noc, co jak na to miasto jest wyjątkowo korzystną ceną, zwłaszcza za ten standard). Śniadanie było dodatkowo płatne (bodajże 15€), ale z gatunku "mocno wypasionych", którym można się najeść na prawie cały dzień. Znajoma po krótkim i bezskutecznym poszukiwanie lepszej opcji noclegu stwierdziła, że zda się na nas i też zarezerwowała sobie pokój tam, gdzie my.

Kilka tygodni przed wyjazdem przesłałam obydwu koleżankom plan pobytu, propozycję szczegółowej marszruty, sugestie, co zobaczyć, gdzie jeść (ponieważ miasto jest ogólnie bardzo drogie, restauracje wybrałam takie, gdzie wiedziałam, że jest smacznie, ale jednocześnie przystępne cenowo, polecane przez lokalsów) oraz informacje, co ile będzie kosztowało i ile orientacyjnie musiałyby przygotować pieniędzy.

Wyglądało to mniej więcej tak (oczywiście tutaj podaję w ogromnym skrócie):

Piątek:
Przylot, przejazd z lotniska do centrum, rozlokowanie się w hotelu, spacer po starym mieście, kolacja w restauracji X (adres www strony restauracji), ciąg dalszy spaceru po starym mieście, powrót do hotelu.

Sobota:
10:00 śniadanie, 11:00 zwiedzanie miejsc A, B, C i D, około 14 przerwa na kawę w kawiarni Y (link), 15:30-18:00 rejs statkiem, 18:00 zwiedzanie miejsc E i F, 19:00 kolacja w restauracji Z (link)

Niedziela:
9:30 śniadanie, 10:30 muzeum, 13:30 zwiedzanie miejsc G i H, 14:30 lunch, potem powrót do hotelu, zabieramy bagaże i jedziemy na lotnisko.

Oczywiście to tylko moja propozycja, jestem otwarta na ich sugestie, jeśli coś chcą zmienić, z czegoś zrezygnować, coś dodać i tak dalej. Jeśli chodzi o kasę, będziemy potrzebować: 20€ na bilet z lotniska i z powrotem, 22€ na rejs statkiem, 18€ bilety do muzeum. Kolacja w piątek i sobotę po 30€, lunch około 15-20€, kawa i ciastko około 10€. Komuś coś nie pasuje (za intensywnie, zbyt nudno, za drogo, za tanio) - dać znać, jestem otwarta na dyskusję, dostosujemy plan.

Ponieważ najkorzystniej cenowo wychodziło kupno biletów grupowych, stanęło na tym, że każda kupuje bilety na jedną rzecz dla całej trójki (te 2-eurowe różnice sobie jakoś wyrównamy). Ja wzięłam na siebie najbardziej skomplikowane kupno biletów na pociąg, koleżanka z Monachium bilety na statek, znajoma z Polski bilety do muzeum.

Wszystko uzgodnione, zaklepane, jedziemy.

Pierwszy zgrzyt nastąpił w sobotę rano, kiedy okazało się, że znajoma z Polski nie wykupiła sobie śniadania w hotelu "bo było drogo", nie wyszła tez kupić sobie czegoś do jedzenia podczas gdy my jadłyśmy śniadanie, tylko zwiedzanie miasta trzeba było zacząć od szukania sklepu spożywczego i czekania aż znajoma zrobi sobie na ławce kanapki. Ze względu na 40-minutowy poślizg pierwsza część zwiedzania odbyła się biegiem. Podczas zaplanowanej przerwy na kawę znajoma stwierdziła, że nie będzie wchodzić z nami do kawiarni, tylko poczeka na zewnątrz, bo w sumie najadła się bułkami, więc nie będzie bez sensu wydawać pieniędzy, zwłaszcza że tam jest drogo. Kawę i ciastko przełknęłyśmy prawie w biegu, bo tamta czekała na zewnątrz i wysyłała nam smsy, żebyśmy się pospieszyły.

Idziemy na statek. Znajoma pyta, czy jest możliwość, żeby jej bilet jednak zwrócić, bo ona jednak nie jest do tej atrakcji przekonana, bo jednak drogo i ona wolałaby zrezygnować. No niestety w tej chwili nie ma już takiej opcji. Dlaczego nie powiedziała o tym wcześniej, w momencie rezerwacji? "Bo nie chciała psuć atmosfery". Po rejsie idziemy na kolację, siadamy w restauracji, kelner przyjmuje zamówienie. Znajoma nie będzie nic jeść, "bo drogo". A mnie powoli zaczyna trafiać szlag. Kelner wyraża pretensje, że blokujemy 3-osobowy stolik w sobotę wieczorem, w momencie największego obłożenia, podczas gdy jedna osoba rezygnuje z konsumpcji. Znajoma z fochem opuszcza restaurację i idzie szukać jakiegoś McDonalda (czy sklepu z bułkami), my przesiadamy się do 2-osobowego stolika i mając ją z głowy, jemy w spokoju posiłek.

W drodze powrotnej do hotelu informujemy jeszcze znajomą, że następnego dnia rano z kupnem bułek musi się wyrobić zanim skończymy śniadanie, gdyż nie możemy pozwolić sobie na poślizg, bo mamy ograniczony czas i nie chcemy z jej powodu z niczego rezygnować, ani spóźnić się na lotnisko.

O 10:30 spotykamy się w hotelowym lobby z zamiarem pójścia do muzeum. W tym momencie okazuje się, że znajoma, która miała kupić bilety wstępu, jednak ich nie kupiła. Bo drogo. Doszło do sprzeczki. Wygarnęłyśmy jej, że było mnóstwo czasu na uzgodnienie planów i budżetu, jeżeli cokolwiek jej nie pasowało, mogła powiedzieć wcześniej. Rozumiemy, że ktoś może mieć gorszą sytuację finansową i nie móc sobie pozwolić na pewne rzeczy (chociaż z tego, co kojarzę, ta osoba sytuację finansową ma wręcz więcej niż dobrą), ale trzeba mówić o takich rzeczach zawczasu, kiedy można zmodyfikować plany, a nie na wszystko się zgadzać, a potem stawać okoniem i dezorganizować cały wyjazd.

Odpowiedź znajomej: "mnie ten wasz plan w ogóle nie pasował, ale nie chciałam się wtrącać i psuć atmosfery. Poza tym śmiać mi się z was chce, jak wy żałośnie szastacie pieniędzmi. Ja każdą złotówkę kilka razy oglądam z nim ją wydam i dzięki temu wybudowaliśmy już z mężem 3 domy (to akurat prawda: swój własny plus 2 letniskowe w górach i na Mazurach), a wy się do końca życia będziecie gnieździć w mieszkaniach, bo musicie jak jakieś paniusie do muzeów chodzić!" Tutaj nie wytrzymała druga koleżanka i odparła tamtej, że każdy ma inne priorytety i skoro sensem jej życia są trzy domy, to niech siedzi na dupie najlepiej we wszystkich trzech naraz i nie psuje innym wyjazdu, zwłaszcza że sama się na niego wprosiła.

Bilety do muzeum udało się dostać w kasie, znajomą zostawiłyśmy w hotelu, spotkałyśmy się z nią ponownie w drodze na lotnisko. Kasę za bilety, za które my zapłaciłyśmy, na szczęście oddała. Z fochem bo z fochem, ale oddała. Od tego czasu kontakt się urwał, a ja mam nauczkę, żeby nie zabierać na wyjazdy niesprawdzonych ludzi.

wyjazd

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (260)

#88344

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali zeszłotygodniowych historii o rekrutacjach, przypomniały mi się przejścia z pewną agencją tłumaczeń. Rzecz dzieje sie w Irlandii początkiem 2007 roku.

Po 2 latach pracy w liniach lotniczych miałam powoli dość i postanowiłam poszukać pracy "bardziej w zawodzie". Wybór padł na tłumaczenia. Na początek jako dodatkowe zajęcie, które stanowiłoby jakieś wyzwanie intelektualne i odskocznię od roli uśmiechniętego manekina, z perspektywą na podjęcie się tego w pełnym wymiarze (przy wystarczającej liczbie zleceń).

Kolega odkrył, że w Dublinie jest jakaś agencja tłumaczeń prowadzona przez 2 Polki, które w tej chwili poszukują nowych pracowników. Wysłałam CV, bardzo szybko do mnie zadzwoniono i zostałam zaproszona na rozmowę. Rozmowa z właścicielkami agencji przebiegła pomyślnie, usłyszałam, że chcą mnie jak najszybciej zatrudnić, gdyż mają w tej chwili tyle zleceń, że się nie wyrabiają i każda para rąk jest na wagę złota. Zanim podpiszemy umowę poprosiłyby mnie jednak o przetłumaczenie "próbnego tekściku", żeby mogły poznac mój styl pisania i zobaczyć, jak radzę sobie z tłumaczeniem różnych form. "Tekścicki" były cztery: broszura informacyjna jakiegoś banku, regulamin BHP jakiejś instytucji, artykuł z jakiejś irlandzkiej gazety oraz jakiś tekst medyczny (nie pamiętam już, co to było) - w każdym z nich wyszły 3-4 strony A4 tłumaczenia, czyli łącznie kilkanaście stron. Dostałam na to 48 godzin.

Pisząc niemalże z językiem wywieszonym na brodzie, dałam jakoś radę wyrobić się w terminie i odesłałam gotowe teksty. Właścicielki potwierdziły, że je otrzymały i powiedziały, że teraz je szybko sprawdzą i możemy podpisywać umowę. I zapadła cisza.

Po 2 tygodniach zadzwoniłam z pytaniem, czy już może sprawdziły moje tłumaczenie. Odpowiedź padła, że niestety jeszcze nie, takie są zawalone robotą, że nie mogą znaleźć na to czasu (skoro jest taki nawał pracy, to chyba tym bardziej powinno im zależeć na zatrudneniu dodatkowej osoby), ale że za parę dni postarają się sprawdzić i wtedy na pewno będą się kontaktować.

Oczywiście nikt sie nie skontaktował. Próbowałam dzwonić co 2 tygodnie jeszcze przez jakieś 2 miesiące, w końcu sobie odpuściłam. Nie, to nie. W międzyczasie aplikowałam do 2 innych agencji (jednej irlandzkiej i drugiej, prowadzonej przez Rosjankę), w obydwu dostałam do przetłumaczenia 1 krótki akapit tekstu i po kilku dniach podpisano ze mną umowę. Z agencji prowadzonej przez Rosjankę miałam mnóstwo zleceń i współpracowałam z nimi aż do końca mojego pobytu w Irlandii.

Jakieś półtora roku później (wczesna jesień 2008) weszłam z moim ówczesnym partnerem do jego banku, w którym musiał załatwić jakąś sprawę przy okienku. On załatwiał swoją sprawę, ja, czekając na niego rozglądałam się dookoła. W pewnym momencie wzrok mój padł na broszurę informacyjną w języku polskim. Wzięłam ja do ręki i zaczęłam przeglądać. Tekst wyglądał dziwnie znajomo. Było to kropka w kropkę moje tłumaczenie, które wysłałam jako próbny tekst do tej polskiej agencji i którego panie "nie miały czasu sprawdzić".

Panie znalazły sobie fajny sposób na biznes - udawać prowadzenie rekrutacji, rozdysponowywać zlecenia między kandydatów, którzy wykonają pracę za darmo i zgarniać całość honorarium od klienta samemu.

agencja tłumaczeń

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (165)

#88270

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprzed chwili. Koleżanka od mniej więcej pół roku spotyka się ze swoim facetem. Związek dość świeży, w tej chwili są na etapie okazjonalnego nocowania u siebie, pierwszego wspólnego wyjazdu i rozważania, czy może za jakieś kilka miesięcy będą chcieli razem zamieszkać. Na rozmowy o ewentualnej wspólnej przyszłości jest dla nich na tym etapie zdecydowanie za wcześnie.

Koleżanka zamówiła dla swojego faceta na Amazon jakiś drobiazg w stylu nowych sznurówek do trampków. Zamówienie było z wysyłką na jego adres (koleżanka poinformowała go, że dostanie niespodziankę). Przesyłka przyszła dzisiaj w południe, kiedy był sam w domu. Ktoś pakujący zamówienie ewidentnie się pomylił i facet koleżanki zamiast sznurówek otrzymał skarpeteczki dla noworodka z napisem "I Love Dad".

Koleżanka teraz (czysto teoretycznie i pół-żartem) zastanawia się, czy jest możliwość pozwania Amazon za wywołanie stanu przedzawałowego u partnera i spowodowanie problemów w związku.

Amazon

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (228)

#88230

(PW) ·
| Do ulubionych
Od czasu przeprowadzki do nowego biura w moim biurze stoi czarny, koncertowy fortepian mojego szefa. Co na niego spojrzę, przypomina mi się sytuacja sprzed wielu lat.

Jako dziecko, na przełomie lat 80 i 90, przez 6 lat uczęszczałam do szkoły muzycznej. Traktowałam to jako hobby, nie planowałam się bynajmniej dalej kształcić w tym kierunku, zresztą nie miałam ku temu specjalnie predyspozycji (w rodzinie raczej wszystkim "słoń na ucho nadepnął", więc talentu nie miał mi kto przekazać w genach).

Brak tzw. absolutnego słuchu nadrabiałam jednak chęciami i ciężką pracą, więc uczennicą byłam raczej piątkową (jedne rzeczy szły mi lepiej, inne gorzej- zajęcia teoretyczne oraz balet był moim konikiem, gra na instrumentach szła dobrze, acz nie wybitnie, śpiewanie w chórze było traumą i dla mnie, i dla chóru). W każdym razie edukację muzyczną zamierzałam zakończyć po ukończeniu podstawowego stopnia, czyli po 6 klasie.

Piekielnym elementem szkoły były pracujące w niej nauczycielki. W znakomitej większości bezdzietne panny w wieku trudnym do określenia (coś pomiędzy 30 a 60), które ani nie zrobiły kariery solowej, ani nie przyjęto ich do filharmonii, a swoje frustracje odreagowywały na uczęszczających do szkoły dzieciakach (te, które miały rodziny lub drugi etat w filharmonii, były zupełnie w porządku).

Instrumentu głównego uczyła mnie bardzo miła, spełniona życiowo pani i te zajęcia wspominam z dużym sentymentem. Do tej pory, kiedy, odwiedzając rodziców, spotkam ją na mieście, zawsze zamienimy kilka słów. Instrumentu dodatkowego, którym był fortepian, uczyła mnie jednak jedna z pań piekielnych. Lata zajęć z nią (z docinkami, biciem po łapach, opieprzaniem mnie i moich rodziców - raz przywieźli mnie trochę spóźnioną na zajęcia, bo maluszek, którym wówczas jeździli, odmówił współpracy) jakoś przetrwałam i nadszedł egzamin dyplomowy.

Do salki egzaminacyjnej wchodziło się pojedynczo, a na wyniki wszyscy czekali w korytarzu. Byłam dobrej myśli- do egzaminu byłam przygotowana i czułam, że poszło mi raczej nieźle. Pod koniec czekania dołączył do mnie mój tata, który odbierał mnie z egzaminu. W pewnym momencie wyszła pani piekielna i zaczęła nas informować o ocenach. Kilka osób przede mną dostało piątki (obowiązywała wówczas skala ocen 2-5), po czym pani podeszła do nas i zaczęła wrzeszczeć. Że dostałam 3 i mam się cieszyć, że nie 2, bo takiego beztalencia i lenia śmierdzącego, to ona jeszcze w życiu nie widziała i tak dalej w tym duchu. Publicznie, przy całej widowni.

Po opuszczeniu budynku szkoły szliśmy do pracy do pracy mojej mamy. Ojciec przez całą drogę na mnie wrzeszczał- że jestem leniem, oszustką, że na pewno tylko udawałam, że ćwiczę, a robiłam coś innego, że narobiłam mu wstydu i tak dalej. Potem u mamy w pracy przy innych pracownikach (mama dzieliła biuro w kilkoma osobami) musiałam powtarzać na głos, że jestem głupia i leniwa, że przynoszę wstyd rodzicom i tak w tym duchu.

Jako że w nagrodę za zdany egzamin miałam dostać jakąś kasetę (New Kids On The Block czy Roxette, czy czego tam się wtedy słuchało), po drodze do domu wstąpiliśmy to jedynego wówczas w mieście sklepu z kasetami, gdzie przy sprzedawcy rodzice udzielili mi wykładu, dlaczego na tę kasetę nie zasłużyłam i w związku z tym jej nie dostanę. Potem w domu dostałam jeszcze jakiś szlaban.

Teraz po latach odbieram reakcję moich rodziców jako mocno przesadzoną i kompletnie niewspółmierną do "przewinienia". Ten egzamin nie miał kompletnie żadnego znaczenia i nic od niego nie zależało, więc mogli to spokojnie potraktować jako okazję do nauczenia 11-letniego dziecka, że porażki się zdarzają i należy sobie z nimi radzić, zamiast wywoływać trzecią wojnę światową, jakby było o co, a już zwłaszcza mogli sobie odpuścić to publiczne upokarzanie najpierw przy współpracownikach mamy, potem w sklepie z kasetami (przez dłuższy czas wstydziłam się tam później chodzić). Parenting level master (zwłaszcza, że ten nieszczęsny egzamin wypominali mi jeszcze przez lata przy każdej okazji, ojciec wypomina mi to do dzisiaj), no ale trudno.

Lata później, nie pamiętam ile dokładnie, ale byłam już na studiach, mama robiąc zakupy, natknęła się na panią piekielną. Pani piekielna ją poznała, przywitała się i powiedziała coś, co moja mamę wbiło w ziemię:

- Wie pani, muszę to pani powiedzieć, bo mnie to przez te wszystkie lata gryzie. Źle się czuję z tym, jak potraktowałam Cran na egzaminie. No ale wie pani, musi pani też mnie zrozumieć. Miała ogromny żal do państwa. Pani wie, że ja nie mam swojej rodziny i jestem samotna. Rodzice innych dzieci zawsze zapraszali mnie w niedzielę na obiad, a państwo nigdy. Ani razu. Ja wam tego nie mogłam wybaczyć. Jest mi głupio, że się wyładowałam na Cran i zepsułam jej świadectwo, no ale mam nadzieję, że mnie pani rozumie.

Mama po powrocie do domu opowiedziała mi tę sytuację, po czym przeprosiła mnie za akcję sprzed lat, dodając: "Boże, gdybym wiedziała, że ona ma takie potrzeby, to bym ją codzienne na ten obiad zapraszała. Ale skąd miałam wiedzieć, że ona sobie tego życzy?"

Tak więc nie ma to jak być dorosłą osobą, mieć pretensje do innych dorosłych osób o z dupy wzięty problem i wyżyć się za to na dziecku. To takie dojrzałe. A ja mam do fortepianu taki uraz, że nie tknęłam go do tej pory.

szkoła muzyczna

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (234)

#88258

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w małej agencji reklamowej, która jest przedstawicielem kilku czasopism na rynku DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria). Wszystkie zamówienia (zarówno sprzedaż powierzchni reklamowej, jak i zlecane kampanie) wpisywane są do bazy danych (po wpisaniu generuje się tzw. Insertion Order, który wysyłany jest do klienta i do wydawnictwa). Bazę danych stworzył w okolicach 2005 roku Hussein - z zawodu programista, a prywatnie szwagier (brat żony) mojego szefa, po kosztach, w ramach rodzinnej przysługi. Uprawnienia administratora ma tylko Hussein, więc jakiekolwiek zmiany (dodanie kolejnego roku do kalendarza, kolejnego tytułu, z którym nawiązaliśmy współpracę, kolejnych numerów czasopism, usuwanie błędów itp.) może wprowadzać tylko on.

A że szef Janusz mu za te usługi nie płaci, Hussein nie ma na to ani czasu, ani ochoty, więc doproszenie się go o cokolwiek graniczy z cudem, a uprawnień administratora, żebyśmy prostsze rzeczy mogli zrobić sami, też nikomu nie da, upierając się, że będzie robił wszystko sam, czego jednak nie chce robić i mamy błędne koło. Dodatkową trudność w komunikacji stanowi fakt, że, mimo że to ja zajmuję się na co dzień bazą danych, ze mną jako kobietą Hussein nie będzie gadał, bo nie, komunikuje się tylko z Januszem, który obsługi swojej bazy danych za bardzo nie ogarnia i nie zawsze jest mu w stanie wytłumaczyć, na czym polega problem i czego od niego oczekujemy.

Jednym z niedociągnięć bazy danych jest problem, który pojawia się przy wpisywaniu zamówień na kampanie online. Przy wpisywaniu zamówienia trzeba wpisać dokładną datę dzienną początku i końca kampanii, w przeciwnym razie zamówienie nie będzie widoczne w żadnych zestawieniach i będzie je można zobaczyć wyłącznie wchodząc w profil, nawet nie ogólnie danego klienta, ale jego konkretnego przedstawiciela, który odpowiada za dane zamówienie. Pół biedy, jeżeli zamówienie przychodzi bezpośrednio od klienta, gdyż wtedy kontaktuje się z nami zawsze ta sama osoba (kierownik lub dyrektor marketingu, albo właściciel w przypadku małych firemek). Gorzej, jeżeli klient korzysta z agencji PR, wówczas zamówienia przychodzą od przypadkowych pracowników agencji i za każdym razem bywa to ktoś inny, więc trzeba się naszukać, żeby takie zamówienie znaleźć później w systemie.

Problem pojawia się w momencie, kiedy klient zleca kampanię na "wiosnę-lato 2022, ale nie wie jeszcze kiedy dokładnie". Oczywiście można to obejść, podając jakąkolwiek datę w momencie wpisywania zamówienia do systemu i dodając komentarz, że jest to tylko orientacyjnie, a dokładna data zostanie potwierdzona w późniejszym terminie, jednak raz na jakiś czas Janusz ma bardzo wyraźne życzenie, żeby tego nie robić. Co prowadzi do tego, średnio co 2 miesiące mamy następującą sytuację:

Jakiś klient (niech to będzie Gaggenau) planuje wypuścić nowy produkt i zleca dużą kampanię online za kilkadziesiąt tys. Euro: artykuł sponsorowany na stronie internetowej opatrzony filmikiem oraz zdjęciami w aranżacji przygotowanej przez czasopismo, banner na stronie i w newsletterze, post na FB i IG, oraz parę innych rzeczy. Zlecenie przychodzi początkiem kwietnia 2021, kampania planowana jest "jakoś na jesień", ale nie wiadomo kiedy dokładnie, może wrzesień, może grudzień, a może cos pomiędzy. Janusz każe nie wpisywać żadnej daty. Uprzedzam go, że zamówienie nie będzie wówczas widoczne w systemie i proponuję, że wpiszę 1.09.2021-31.12.2021 z komentarzem, że dokładny termin zostanie potwierdzony pod koniec lata. Janusz nalega, że nie, zostawmy na razie bez żadnej daty, żeby nie konfundować klienta ani wydawnictwa, on będzie pamiętał. Ja wiem, że nie będzie pamiętał, ale skoro się upiera, to niech będzie, jak chce.

Nadchodzi połowa maja i zgodnie z moimi przewidywaniami pada pytanie:
- Cran? Dlaczego kampanii Gaggenau nie ma w systemie? Jak mogłaś zapomnieć wpisać tak ważne zamówienie?
- (W głowie Grzegorz Halama "Ja wiedziałem, że tak będzie") Kampania jest w systemie, tylko ci się nie wyświetla, bo jest wpisana bez daty. Wejdź w profil pana Schmidta, to ją zobaczysz.
- A dlaczego jest bez daty?
- Bo klient nie znał dokładnej daty kampanii.
- A dlaczego nie wpisałaś jakiejkolwiek?
- Bo kazałeś mi tego nie robić
- Aha… A dlaczego tak kazałem?
- A skąd ja mam to wiedzieć? Tak chciałeś…
- Dobra, nieważne… A dlaczego kampania bez daty nie wyświetla się w systemie?
- Bo tak jest zaprojektowana baza danych
- A kto ją tak zaprojektował?
- Twój szwagier Hussein
- Aha… A dlaczego tak zrobił?
- Nie wiem, tak się z nim widocznie umówiłeś wiele lat temu
- Możliwe… A ty nie możesz tego zmienić?
- Nie mogę. Nie mam uprawnień, poza tym podejrzewam, że żeby wprowadzić taką zmianę, trzeba by zmienić kod, a ja nie umiem programować. Musisz rozmawiać z Husseinem.
- A nie mogłabyś się nauczyć?
- Nie bardzo. Poza tym, wiesz, że programiści pracują za zupełnie inne pieniądze?
- A no tak… Dobrze.. To porozmawiam z Husseinem.
- To może ja w międzyczasie wpisze jakieś orientacyjne daty w tej kampanii?
- Nie, zostaw tak jak jest. Ja będę pamiętał.

Nadchodzi początek lipca.
- Cran? Dlaczego kampanii Gaggenau nie ma w systemie?

I tak od 4 lat średnio co 2 miesiące…

praca

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (167)

#88203

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasami odnoszę wrażenie, że Szwecja to stan umysłu ;) Nie wiem, czy piekielne (dla nas tak), ale na pewno absurdalne, niezrozumiałe i irytujące.

Dowiedzieliśmy się, że po raz kolejny musimy przesunąć naszą ceremonię ślubną na następny rok. Termin, przeniesiony z zeszłego roku, mieliśmy wyznaczony na koniec lipca (to znaczy pierwotnie na maj, ale zimą doszliśmy do wniosku, że to dziadostwo się do maja nie skończy i przesunęliśmy na koniec lipca).

Na wiosnę, kiedy inne państwa europejskie zaczęły się otwierać, Szwecja postanowiła się zamknąć albo, jeśli zamknięcie nastąpiło wcześniej, postanowiła się nie otwierać. Przynajmniej w zakresie restauracji, gdyż szkoły, które stanowiły główne źródło zakażeń, otwarte pozostały cały czas. W każdym razie, początkiem maja skontaktowała się z nami nasza wedding plannerka Stella, mówiąc, że póki co, nie wygląda to dobrze. Przy obowiązujących obostrzeniach nasza uroczystość nie będzie możliwa. Ale żebyśmy się na razie wstrzymali z jakimikolwiek decyzjami, gdyż w czerwcu mają zostać ogłoszone wytyczne na temat luzowania obostrzeń na lato. Tak więc trzymaliśmy kciuki i czekaliśmy na czerwiec.

Nadszedł czerwiec i zapadły decyzje. Może podejmował je ktoś tak dużo mądrzejszy ode mnie, że ja nie jestem w stanie pojąć ich moim ograniczonym rozumem, ale wygląda to tak:

- Gdybyśmy chcieli zorganizować festiwal muzyczny, wolno nam zaprosić 1000 osób (obcych osób), bo tam nie ma wirusa i jest bezpiecznie

- Gdybyśmy chcieli zorganizować imprezę publiczną, wewnątrz lokalu wolno nam mieć 50 gości (obcych osób), a na zewnątrz, w ogrodzie nawet 500 obcych osób - nie ma wirusa i jest bezpiecznie

- Gdybyśmy chcieli pójść z naszymi gośćmi na "normalny" obiad do restauracji, która będzie otwarta dla innych gości z zewnątrz i nie mamy wpływu na to, kto tam wchodzi - da się zrobić, nie ma wirusa, jest bezpiecznie. Ale tylko do 22:30, po tej godzinie wirus nadciąga, robi się niebezpiecznie i trzeba kończyć imprezę.

- Ale że chcemy zorganizować dla naszej trzydziestki najbliższej rodziny i przyjaciół prywatną uroczystość w lokalu wynajętym na wyłączność, gdzie nikt z zewnątrz nie będzie miał wstępu, to już sprawa wygląda inaczej. Tam szaleje wirus i jest niebezpiecznie, więc nie wolno. Może nas być najwyżej ośmioro (w dwóch czteroosobowych grupach), gdyż powyżej tej liczby stwarzamy zagrożenie epidemiczne.

Może ktoś mądrzejszy ode mnie jest w stanie mi tę logikę wytłumaczyć. Ja nie kumam.

Szwecja

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (209)

#88189

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam ochotę być złym człowiekiem. Ale po kolei…

Zamówiłam sobie trochę nowych ubrań. Niemieckie Zalando oferuje bardzo wygodną możliwość tzw. "zakupów na rachunek", czyli zamawia się zamawia się kilkanaście rzeczy, w domu mierzy, zostawia sobie te, które nam pasują, resztę odsyła, a po 14 dniach płaci tylko za te rzeczy, które sobie zostawiliśmy.

Zamówienie złożone, a ponieważ rzeczy zostały wysłane z kilku magazynów, miały dojść w 6 paczkach. 1 wysłana GLSem, 1 Hermesem, pozostałe 4 DHLem. GLS i Hermes dostarczyły przesyłki bez najmniejszego problemu w środę w ubiegłym tygodniu. W zeszły czwartek oczekiwałam na dostawę DHLu. Miałam możliwość śledzenia dostawy live w aplikacji. Około 10 rano, dostałam powiadomienie, że kurier znajduje się w pobliżu mojego domu. Wychodzę na taras i po paru minutach widzę, że pod budynek podjeżdża dostawczak DHL. Zatrzymał się, po czym ruszył dalej, a status doręczenia w aplikacji zmienia się na "Nie udało się dostarczyć przesyłki. Możliwe powody: brak dostępu do budynku, brak nazwiska na dzwonku, adresat się wyprowadził".

Dzwonię na infolinię i zgłaszam sprawę. Pan najpierw się upiera, że kurier na pewno próbował doręczyć, tylko na dzwonku nie było mojego nazwiska, ale w końcu daje się przekonać, że wcale nie było próby doręczenia i przyjmuje reklamację. Paczki mają być ponownie dostarczone następnego dnia. Następnego dnia aplikacja pokazuje jednak, że paczki zostały odesłane z powrotem do nadawców. Pani na infolinii Zalando informuje mnie, że niedostarczony towar zostanie oczywiście odliczony od rachunku, a rzeczy muszę sobie zamówić jeszcze raz. Zamawiam, ponownie 4 paczki zostają wysłane DHLem. Paczka nr 1 - przewidywana dostawa we wtorek 15.06, nr 2 i 3 - środa 16.06, nr 4 - czwartek 17.06. Pierwsze 3 przesyłki nie mają możliwości śledzenia live, czwarta tak.

Wtorek. Paczka nr 1 ma status "w dostarczeniu". Siedzę w domu, czekam na kuriera. W pewnym momencie status zmienia się na "Nie udało się dostarczyć przesyłki. Możliwe powody: brak dostępu do budynku, brak nazwiska na dzwonku, adresat się wyprowadził". Ponownie telefon na infolinię, reklamacja, obiecana próba ponownego dostarczenia następnego dnia.

Środa. Paczka nr 1 zmieniała status na "zwrócona do nadawcy", paczki nr 2 i 3 "w dostarczeniu". Siedzę w domu i czekam na kuriera. Około 20 stwierdzam, że kurier się pewnie nie wyrobił i przyjedzie jutro. Sprawdzam status przesyłek. "Dostarczone do rąk własnych i podpisane przez odbiorcę". Czyli kurier podpisał się moim nazwiskiem, a paczki szurnął gdzieś na ulicy. Wychodzę sprawdzić, czy gdzieś nie leżą. Faktycznie na ulicy leży jakiś karton. Podchodzę, sprawdzam - rzeczywiście przesyłka zaadresowana do mnie. Drugiej paczki ani śladu. Pewnie ktoś zdążył sobie zabrać.

Czwartek. Śledzenie live paczki nr 4 pokazuje, że kurier jest w mojej okolicy i lada moment będzie pod moim adresem. Wychodzę z domu i czekam na niego na ulicy. Samochód podjeżdża, zatrzymuje się, wysiada kurier z jakąś paczuszką w rękach i ciska ją na chodnik. Podchodzę do niego i pytam, czy ta paczka, którą właśnie rzucił, nie jest przypadkiem adresowana do mnie. Ten wzrusza ramionami i mówi, że nie wie, możliwe, mam sobie sprawdzić. Podnoszę paczkę i faktycznie widnieje na niej moje nazwisko. Pytam, dlaczego w takim razie jej nie dostarcza do domu. On na to, że nie może znaleźć wejścia do budynku. Pokazuję mu wejście, znajdujące się kilka metrów od niego, jak i nazwiska na dzwonkach. Na co kurier zaśmiał się i odparł, że litery są za małe i on nie będzie tego czytał. Poinformowałam go, że w takim razie składam na niego skargę, on coś pokrzyczał, pogroził, wsiadł do samochodu i odjechał.

I teraz mam dylemat. Muszę tak czy inaczej zgłosić w DHLu i w Zalando zaginięcie przesyłki ze środy plus fałszowanie mojego podpisu. W paczce, która zaginęła były 2 bluzki, koszt poniżej 50 euro. Ale w tej, którą znalazłam w środę wieczorem na ulicy, znajdowały się 4 markowe marynarki (chciałam z nich wybrać jedną) za łączną kwotę przekraczającą połowę miesięcznych zarobków kuriera DHL. I mam ogromną ochotę być złym człowiekiem i zgłosić zaginięcie obydwu. Może jak gnojkowi potrącą to z pensji, to nauczy się wykonywać swoją pracę.

DHL

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (193)