Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 23 czerwca 2021 - 23:55
  • Historii na głównej: 57 z 57
  • Punktów za historie: 10204
  • Komentarzy: 1189
  • Punktów za komentarze: 8901
 

#88203

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasami odnoszę wrażenie, że Szwecja to stan umysłu ;) Nie wiem, czy piekielne (dla nas tak), ale na pewno absurdalne, niezrozumiałe i irytujące.

Dowiedzieliśmy się, że po raz kolejny musimy przesunąć naszą ceremonię ślubną na następny rok. Termin, przeniesiony z zeszłego roku, mieliśmy wyznaczony na koniec lipca (to znaczy pierwotnie na maj, ale zimą doszliśmy do wniosku, że to dziadostwo się do maja nie skończy i przesunęliśmy na koniec lipca).

Na wiosnę, kiedy inne państwa europejskie zaczęły się otwierać, Szwecja postanowiła się zamknąć albo, jeśli zamknięcie nastąpiło wcześniej, postanowiła się nie otwierać. Przynajmniej w zakresie restauracji, gdyż szkoły, które stanowiły główne źródło zakażeń, otwarte pozostały cały czas. W każdym razie, początkiem maja skontaktowała się z nami nasza wedding plannerka Stella, mówiąc, że póki co, nie wygląda to dobrze. Przy obowiązujących obostrzeniach nasza uroczystość nie będzie możliwa. Ale żebyśmy się na razie wstrzymali z jakimikolwiek decyzjami, gdyż w czerwcu mają zostać ogłoszone wytyczne na temat luzowania obostrzeń na lato. Tak więc trzymaliśmy kciuki i czekaliśmy na czerwiec.

Nadszedł czerwiec i zapadły decyzje. Może podejmował je ktoś tak dużo mądrzejszy ode mnie, że ja nie jestem w stanie pojąć ich moim ograniczonym rozumem, ale wygląda to tak:

- Gdybyśmy chcieli zorganizować festiwal muzyczny, wolno nam zaprosić 1000 osób (obcych osób), bo tam nie ma wirusa i jest bezpiecznie

- Gdybyśmy chcieli zorganizować imprezę publiczną, wewnątrz lokalu wolno nam mieć 50 gości (obcych osób), a na zewnątrz, w ogrodzie nawet 500 obcych osób - nie ma wirusa i jest bezpiecznie

- Gdybyśmy chcieli pójść z naszymi gośćmi na "normalny" obiad do restauracji, która będzie otwarta dla innych gości z zewnątrz i nie mamy wpływu na to, kto tam wchodzi - da się zrobić, nie ma wirusa, jest bezpiecznie. Ale tylko do 22:30, po tej godzinie wirus nadciąga, robi się niebezpiecznie i trzeba kończyć imprezę.

- Ale że chcemy zorganizować dla naszej trzydziestki najbliższej rodziny i przyjaciół prywatną uroczystość w lokalu wynajętym na wyłączność, gdzie nikt z zewnątrz nie będzie miał wstępu, to już sprawa wygląda inaczej. Tam szaleje wirus i jest niebezpiecznie, więc nie wolno. Może nas być najwyżej ośmioro (w dwóch czteroosobowych grupach), gdyż powyżej tej liczby stwarzamy zagrożenie epidemiczne.

Może ktoś mądrzejszy ode mnie jest w stanie mi tę logikę wytłumaczyć. Ja nie kumam.

Szwecja

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (161)

#88189

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam ochotę być złym człowiekiem. Ale po kolei…

Zamówiłam sobie trochę nowych ubrań. Niemieckie Zalando oferuje bardzo wygodną możliwość tzw. "zakupów na rachunek", czyli zamawia się zamawia się kilkanaście rzeczy, w domu mierzy, zostawia sobie te, które nam pasują, resztę odsyła, a po 14 dniach płaci tylko za te rzeczy, które sobie zostawiliśmy.

Zamówienie złożone, a ponieważ rzeczy zostały wysłane z kilku magazynów, miały dojść w 6 paczkach. 1 wysłana GLSem, 1 Hermesem, pozostałe 4 DHLem. GLS i Hermes dostarczyły przesyłki bez najmniejszego problemu w środę w ubiegłym tygodniu. W zeszły czwartek oczekiwałam na dostawę DHLu. Miałam możliwość śledzenia dostawy live w aplikacji. Około 10 rano, dostałam powiadomienie, że kurier znajduje się w pobliżu mojego domu. Wychodzę na taras i po paru minutach widzę, że pod budynek podjeżdża dostawczak DHL. Zatrzymał się, po czym ruszył dalej, a status doręczenia w aplikacji zmienia się na "Nie udało się dostarczyć przesyłki. Możliwe powody: brak dostępu do budynku, brak nazwiska na dzwonku, adresat się wyprowadził".

Dzwonię na infolinię i zgłaszam sprawę. Pan najpierw się upiera, że kurier na pewno próbował doręczyć, tylko na dzwonku nie było mojego nazwiska, ale w końcu daje się przekonać, że wcale nie było próby doręczenia i przyjmuje reklamację. Paczki mają być ponownie dostarczone następnego dnia. Następnego dnia aplikacja pokazuje jednak, że paczki zostały odesłane z powrotem do nadawców. Pani na infolinii Zalando informuje mnie, że niedostarczony towar zostanie oczywiście odliczony od rachunku, a rzeczy muszę sobie zamówić jeszcze raz. Zamawiam, ponownie 4 paczki zostają wysłane DHLem. Paczka nr 1 - przewidywana dostawa we wtorek 15.06, nr 2 i 3 - środa 16.06, nr 4 - czwartek 17.06. Pierwsze 3 przesyłki nie mają możliwości śledzenia live, czwarta tak.

Wtorek. Paczka nr 1 ma status "w dostarczeniu". Siedzę w domu, czekam na kuriera. W pewnym momencie status zmienia się na "Nie udało się dostarczyć przesyłki. Możliwe powody: brak dostępu do budynku, brak nazwiska na dzwonku, adresat się wyprowadził". Ponownie telefon na infolinię, reklamacja, obiecana próba ponownego dostarczenia następnego dnia.

Środa. Paczka nr 1 zmieniała status na "zwrócona do nadawcy", paczki nr 2 i 3 "w dostarczeniu". Siedzę w domu i czekam na kuriera. Około 20 stwierdzam, że kurier się pewnie nie wyrobił i przyjedzie jutro. Sprawdzam status przesyłek. "Dostarczone do rąk własnych i podpisane przez odbiorcę". Czyli kurier podpisał się moim nazwiskiem, a paczki szurnął gdzieś na ulicy. Wychodzę sprawdzić, czy gdzieś nie leżą. Faktycznie na ulicy leży jakiś karton. Podchodzę, sprawdzam - rzeczywiście przesyłka zaadresowana do mnie. Drugiej paczki ani śladu. Pewnie ktoś zdążył sobie zabrać.

Czwartek. Śledzenie live paczki nr 4 pokazuje, że kurier jest w mojej okolicy i lada moment będzie pod moim adresem. Wychodzę z domu i czekam na niego na ulicy. Samochód podjeżdża, zatrzymuje się, wysiada kurier z jakąś paczuszką w rękach i ciska ją na chodnik. Podchodzę do niego i pytam, czy ta paczka, którą właśnie rzucił, nie jest przypadkiem adresowana do mnie. Ten wzrusza ramionami i mówi, że nie wie, możliwe, mam sobie sprawdzić. Podnoszę paczkę i faktycznie widnieje na niej moje nazwisko. Pytam, dlaczego w takim razie jej nie dostarcza do domu. On na to, że nie może znaleźć wejścia do budynku. Pokazuję mu wejście, znajdujące się kilka metrów od niego, jak i nazwiska na dzwonkach. Na co kurier zaśmiał się i odparł, że litery są za małe i on nie będzie tego czytał. Poinformowałam go, że w takim razie składam na niego skargę, on coś pokrzyczał, pogroził, wsiadł do samochodu i odjechał.

I teraz mam dylemat. Muszę tak czy inaczej zgłosić w DHLu i w Zalando zaginięcie przesyłki ze środy plus fałszowanie mojego podpisu. W paczce, która zaginęła były 2 bluzki, koszt poniżej 50 euro. Ale w tej, którą znalazłam w środę wieczorem na ulicy, znajdowały się 4 markowe marynarki (chciałam z nich wybrać jedną) za łączną kwotę przekraczającą połowę miesięcznych zarobków kuriera DHL. I mam ogromną ochotę być złym człowiekiem i zgłosić zaginięcie obydwu. Może jak gnojkowi potrącą to z pensji, to nauczy się wykonywać swoją pracę.

DHL

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (175)

#88093

(PW) ·
| Do ulubionych
Urzędowo. Jesienią zeszłego roku opisywałam perypetie z rejestracją ślubu w Polsce i związaną z nim zmianą nazwiska.

Kiedy w końcu się udało, trzeba było przystąpić do maratonu wymiany dokumentów. Na pierwszy ogień poszły dowód i paszport. Z dowodem sprawa poszła błyskawicznie i bezproblemowo. Wniosek złożyłam online, a po dwóch tygodniach, przy okazji pobytu w Polsce, odebrałam dokument. W tym czasie (połowa października) złożyłam też wniosek o nowy paszport.

Po paru tygodniach paszport też był gotowy do odbioru i zaczęły się schody. Ze względu na obostrzenia w urzędzie można było stawić wyłącznie po telefonicznym uzgodnieniu terminu. O ile przy składaniu wniosku miałam jakieś wyjątkowe szczęście, bo bez problemu się dodzwoniłam i dostałam pasujący termin, to z odbiorem już nie było tak łatwo.

Planowałam przyjechać w listopadzie, żeby odebrać dokument. Wielokrotnie dzwoniłam do wydziału paszportowego, chcąc umówić się na termin, jednak cały czas albo było zajęte, albo nikt nie odbierał, albo ktoś podnosił słuchawkę i od razu ją odkładał.

Odpuściłam, stwierdziwszy, że zaczekam do Świąt. Próbowałam ponownie dodzwonić się w połowie grudnia i to samo. Kiedy w końcu ktoś odebrał, usłyszałam, że na tydzień poprzedzający Święta nie mają jeszcze kalendarza i kazano mi dzwonić w poniedziałek 21 grudnia. Dzwonię w poniedziałek. Nikt nie odbiera telefonu, albo odbiera i od razu odkłada słuchawkę. Dzwonię we wtorek. Odbiera jakaś pani i mówi, że już niestety nie ma terminów do końca tygodnia. Na kolejny tydzień (dni między Świętami a Nowym Rokiem) nie mają z kolei jeszcze kalendarza, więc proszę dzwonić w poniedziałek 28 grudnia.

W poniedziałek nikt nie odbierał, we wtorek też nie. Dodzwoniłam się w środę 30 grudnia. Na tamten tydzień nie było już, rzecz jasna, wolnych terminów, a na dni po Nowym Roku nie mieli jeszcze kalendarza. Udało mi się dodzwonić w poniedziałek 4 stycznia, ale powiedziano mi, że do połowy stycznia nie ma już wolnych terminów. Wróciłam do Niemiec.

Ponownie do Polski wybierałam się na Wielkanoc. Postanowiłam, że spróbuję odebrać paszport we wtorek po Wielkanocy. Niestety nic z tego. Nie dodzwoniłam się w ogóle.

W międzyczasie pozytywnie rozpatrzony został mój wniosek o niemieckie obywatelstwo i wyrobiłam sobie tamtejsze dokumenty, więc z odbiorem polskiego paszportu przestało mi się spieszyć. Mimo to, kiedy 2 tygodnie temu spędziłam tydzień w Polsce, postanowiłam spróbować jeszcze raz.

Zadzwoniłam w środę 12 maja. Już przy jedenastej próbie udało mi się dodzwonić. Odebrała jakaś pani i mówi, że niestety, ale do końca czerwca (!) nie ma już ani jednego wolnego terminu. No przykro jej bardzo, ale nic nie może zrobić, rozumie, ze tylko po odbiór, ale naprawdę nie ma mnie gdzie wcisnąć, proszę dzwonić w lipcu. W tym momencie nie wytrzymałam:

- Ja wszystko rozumiem, ale ja próbuję ten paszport odebrać od listopada zeszłego roku. Za każdym razem, albo w ogóle nie da się do was dodzwonić, albo nie macie kalendarza, a jak tylko kalendarz się pojawi, to nagle nie macie terminów.
- No wie pani, jest pandemia, jest lockdown, są ciężkie warunki. My i tak robimy, co możemy. Cały czas mamy mnóstwo petentów i się zwyczajnie nie wyrabiamy. Proszę dzwonić w lipcu, może będzie luźniej.
- Wie pani co? W tym czasie, kiedy próbuję odebrać od was jeden dokument, w Niemczech, gdzie mieszkam na co dzień, również w warunkach pandemii i lockdownu zdążyłam w tym czasie uzyskać z różnych urzędów dokumenty do obywatelstwa, złożyć wniosek o obywatelstwo, otrzymać je, złożyć wnioski o dowód i paszport i obydwa dokumenty odebrać. A wy nie jesteście w stanie od pół roku wydać mi jednego paszportu! I szczerze mówiąc, już mi ten paszport nie jest do niczego potrzebny, możecie go sobie zatrzymać, bo ja mam dość dobijania się do was.
- W sumie... A jutro o 10:40 może pani przyjść? Gdzieś panią wcisnę,

Aha, czyli jednak się da...

W czwartek pojechałam do paszportówki. Przed wejściem widzę, jak jakiś pan kłóci się z ochroniarzem. Pan próbuje wejść pobrać wniosek, ochroniarz go nie chce wpuścić, bo pan nie ma terminu, pan mówi, że próbował umówić się na termin, ale nie idzie się dodzwonić, ochroniarz, że nic go to nie obchodzi, przepychanka chwilę trwała, pan w końcu poszedł, klnąc na czym świat stoi.

Podchodzę do ochroniarza, mówię, że mam termin. Ochroniarz wyciąga listę. Oprócz mnie widnieje na niej jeszcze jedna osoba, na cały dzień. Wchodzę do środka. Otwarte 12 stanowisk, panie urzędniczki pochłonięte rozmową, petenta nie ma ani jednego. Sprawę załatwiłam w półtorej minuty.

W drodze do domu opowiadam sytuację taksówkarzowi. On kiwa głową:
- Pani, z ta paszportówką to jeszcze pół biedy. Do ZUSu się pani spróbuj umówić. Ja próbuję non stop od 3 miesięcy i jeszcze się nie udało...

Wydział paszportowy

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (235)

#88066

(PW) ·
| Do ulubionych
Postscriptum do poprzedniej historii.

Samochód w warsztacie, ubezpieczyciel przyznał mi na tydzień auto zastępcze, które wczoraj w południu przyprowadzono mi pod blok (pełen wypas, jestem pod wrażeniem).

Auto z wypożyczalni, więc na warszawskich blachach. Nauczona doświadczeniem, grzecznie odstawiam je na pobliski strzeżony parking. Zatrzymałam się, czekając aż otworzy się brama parkingu. W tym momencie przejeżdża koło mnie pan na rowerze, na oko jakieś 55 lat, może mniej, może więcej. Spojrzał na samochód i krzyknął: "Ty k…o warszawska! Zaj*bię was k..wa je…ny TVN!"

Na szczęście pojechał dalej. Ale co, kurka wodna, tacy ludzie mają w głowach? Skąd taka zupełnie bezinteresowna agresja?

Opole

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (175)

#88054

(PW) ·
| Do ulubionych
Środkowym palcem pozdrawiam opolskiego obszczymura, któremu widocznie tak bardzo przeszkadzał samochód na obcych blachach, że w zewie lokalnego patriotyzmu pociął mi opony.

Za 3 dni muszę obligatoryjnie wracać do domu, a ASO raczej nie zdąży do tego czasu sprowadzić nowych opon (model samochodu jest dość niszowy) i mam cholerny problem, który nie wiem jak ugryźć.

Płoń ch*ju w piekle.

Opole

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (180)

#87967

(PW) ·
| Do ulubionych
Niespodziewany ciąg dalszy historii https://piekielni.pl/85661. Być może będzie to tylko krótkie postscriptum, a może rozwinie się dłuższa afera. Czas pokaże.

Ponieważ tamta historia była bardzo długa, zamieszczę DR;TL. Jakieś 6 lat temu, po burzliwym rozstaniu z byłym poznałam faceta, Mareczka. Początkowo Mareczek uderzał do mnie w konkury, będąc bardzo miły i opiekuńczy, co na początku robiło bardzo dobre wrażenie. Jednak po krótkim czasie ta opiekuńczość zrobiła się zbyt nachalna i ostentacyjna (narzucał się z pomocą i swoim towarzystwem nawet kiedy sobie tego wyraźnie nie życzyłam), do tego miałam wrażenie, że próbuje mnie od siebie uzależniać, co sprawiło, że zapaliły mi się światełka ostrzegawcze. Brałam poprawkę na to, że po złych doświadczeniach z poprzedniego związku mogę być po prostu przewrażliwiona, jednak wolałam dmuchać na zimne i znajomość z Mareczkiem ograniczyłam do stopy koleżeńskiej.

Parę lat później okazało się, że moje przeczucie było bardzo słuszne, gdyż wyszło na jaw, że Edycie, dziewczynie, z którą się w tamtym czasie związał i wobec której przy ludziach zgrywał oddanego, kochającego partnera, w czterech ścianach urządzał piekło. Do tego na każdej osobie, która mu w jakikolwiek sposób podpadła, obmyślał jakąś okazałą zemstę. Znajomość z Mareczkiem zakończyłam w grudniu 2018, kiedy ujawniła się jego natura socjopaty i od tamtej pory nikt nie miał z nim kontaktu. Nikt też za nim nie tęsknił.

Kiedy Mareczek i Edyta poznali się, ona mieszkała na północy Niemiec, pod duńską granicą i pracowała w Danii. Przeprowadziła się do niego po kilku miesiącach znajomości, wiosną 2017 roku (co on na niej w zasadzie wymusił, ale to inna sprawa). Początkowo ze względu na brak znajomości niemieckiego nie mogła w Monachium znaleźć pracy. Arbeitsamt (niemiecki urząd pracy) przyznał jej zasiłek dla bezrobotnych, opłacał ubezpieczenie oraz wysłał na roczny, intensywny kurs języka, gdzie zajęcia odbywały się codziennie przez bodajże 6-7 godzin. Do tego Edyta dorabiała sobie stylizacją paznokci.

Po jakichś 8-9 miesiącach Edyta otrzymała list z Arbeitsamtu, w którym poinformowano ją, że ten całodzienny kurs języka, na który sami ją wysłali, koliduje z możliwością podjęcia pracy na cały etat, z związku z czym doszli do wniosku, że jednak nie przysługuje jej status osoby bezrobotnej i nie tylko w trybie natychmiastowym traci prawo do ubezpieczenia i zasiłku, ale ma również w ciągu 14 dni zwrócić koszty, które Arbeitsamt poniósł na jej zasiłek i składki do tej pory. Wyszło tego około 10 000 euro.

Kiedy ten list przyszedł, byłam akurat u nich w domu. Edyta wpadła w histerię, że nie wie, co robić, nie ma takich pieniędzy, żaden bank nie da bezrobotnej osobie kredytu, nie ma tego z czego spłacić, poza tym z czego będzie teraz żyć, niepotrzebnie się przeprowadzała i tak dalej. Mareczek ją uspokajał, że przecież ma jego, nie jest sama, on jej nie da zginąć, pomoże jej we wszystkim i razem znajdą wyjście z sytuacji. Poza tym on przecież dobrze zarabia i nie ma problemu z utrzymaniem ich obojga. Po ich rozstaniu dowiedziałam się, że tak ich utrzymywał, że ona od początku nie dość że musiała pokrywać więcej niż połowę wszystkich kosztów, to jeszcze partycypować w kosztach utrzymania jego syna z pierwszego małżeństwa. Dlatego też musiała dorabiać stylizacją paznokci, gdyż jej zasiłek nie pokrywał roszczeń finansowych Mareczka.

Natychmiast zapadła decyzja, że trzeba znaleźć adwokata i odwołać się od decyzji. Może uda się ją zmienić, a przynajmniej odroczyć termin spłaty. Adwokat szybko został znaleziony, zgodził się podjąć sprawy, życząc sobie honorarium w wysokości 10% wartości sporu, czyli około 1000 euro, płatne natychmiast. Edyta podpisała pełnomocnictwo, Mareczek zrobił przelew, adwokat obiecał zająć się sprawą, kryzys zażegnany. Niedługo później Edyta znalazła pracę, a kolejne niedługo później, wiosną 2018 się rozstali.

Szczegóły ich rozstania i jazdy, które robił Mareczek dość wyczerpująco opisałam w tamtej historii, więc nie będę powtarzać.

Przeskok w czasie o 3 lata. Mamy kwiecień 2021. Z Mareczkiem od ponad 2 lat nie mam kontaktu, z Edytą owszem. Mieszka obecnie w Danii, tam ułożyła sobie życie i osobiste, i zawodowe. Dość często odwiedza Monachium i zawsze się wtedy spotykamy.

Kilka dni temu dzwoni do mnie.

- Cran, nie uwierzysz, co zrobił ten patafian, którego imienia nawet nie wymówię…

Napisał do niej adwokat, ten od sprawy z Arbeitsamtem, która, nota bene, nadal się ciągnie, a pandemia dodatkowo opóźniła jakikolwiek postęp. Z adwokatem ni stąd ni zowąd po 3 latach skontaktował się Mareczek, żądając szczegółowej relacji z postępów sprawy, powołując się na fakt, że on zapłacił adwokatowi honorarium, więc ma prawo do wglądu w szczegóły. Adwokat odmówił, jako że Mareczek nie jest stroną w sprawie, tylko osobą trzecią, na co ten zażądał zwrotu wpłaconego honorarium. Adwokat ponownie odmówił, sugerując, żeby sprawy wzajemnych rozliczeń załatwiali z Edytą między sobą. Mareczek poinformował go, że on go w takim razie pozwie o zwrot tych pieniędzy, dodatkowo pozwie również Edytę o zwrot tych samych pieniędzy. I żeby adwokat jej to przekazał.

- Cran, ale wiesz, co jest najlepsze? On zwrotu tego tysiaka zażądał ode mnie już tego samego dnia, kiedy go zapłacił. Oczywiście już po twoim wyjściu, bo przy tobie zgrywał księcia na białym koniu. I ja, jak tylko miałam trochę gotówki, od razu mu je przelałam na konto, w tytule przelewu wpisując, że to zwrot kasy za adwokata. I on o tym bardzo dobrze wie. Powiedz mi, jakim trzeba być żałosnym frustratem i nie mieć co robić w życiu, żeby chcieć wytaczać dwa pozwy o kasę, którą ma już od 3 lat i dobrze wie, że drugi raz nie dostanie? Przecież on na pewno doskonale zdaje sobie sprawę, że to jest z góry przegrane, więc o co mu jeszcze chodzi?

Jestem ciekawa, czy tylko straszył, czy faktycznie ją pozwie. Czas pokaże.

Mareczek sequel

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (199)

#87944

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny kurier. Sytuacja wydarzyła się tuż przed Wielkanocą, teraz mam dopiero chwilę, żeby ją opisać.

W okolicach 22 marca zrobiłam zakupy w sklepie internetowym, kupiłam między innymi jedną rzecz dla mojej mamy, którą miałam jej przywieźć, jak przyjadę do Polski na Wielkanoc.

W piątek 26 marca sklep wysłał zamówienie w dwóch osobnych paczkach (kartonowe pudło oraz foliowa torebka), z przewidywanym terminem dostawy w poniedziałek 29 marca. Firma kurierska, z którą sklep ma umowę to Hermes. Ich kurier w mojej dzielnicy ma dziwny zwyczaj niedostarczania paczek do domu, tylko wpisywania, że nie zastał adresata, nie ma takiego adresu lub nie było nazwiska na dzwonku i zanoszenia przesyłek bezpośrednio do packet shopu, który znajduje się w sklepiku papierniczym, bezpośrednio pod moim mieszkaniem.

Mniejsze przesyłki czasami wrzuca do skrzynki na listy. Odbieranie paczek ze sklepu nie stanowi jakiegoś większego problemu, nie rozumiem tylko, co kurierowi szkodziłoby zadzwonić domofonem, który znajduje się tuż obok wejścia do sklepu. Cały czas ktoś jest w domu i może bez problemu przyjąć przesyłkę.

W poniedziałek obydwie przesyłki miały status "w doręczeniu", więc cały dzień czekałam na kuriera. I się nie doczekałam. Przesyłki zmieniły za to status. Paczka nr 1 ponoć została doręczona do rąk własnych i ja podobno pokwitowałam odbiór, paczka nr 2 - adresat nieznany, paczka wraca do sortowni.

We wtorek przed południem zeszłam do sklepu papierniczego, spytać się, czy paczki są może u nich. Niestety nie. Ani wczoraj, ani dzisiaj kurier nic dla mnie nie zostawił. Sprawdziłam jeszcze skrzynkę na listy - pusta. Dzwonię na infolinię Hermesa i zgłaszam sprawę. Pani przyjmuje ode mnie informacje, mówi, że " przekaże sprawę dalej w celu postępowania wyjaśniającego" i mam czekać na kontakt.

W środę rano paczka nr 1 (ta mniejsza, w foliowej torebce), której odbiór rzekomo podpisałam w poniedziałek, materializuje się w mojej skrzynce na listy. Druga paczka zmienia status na "w doręczeniu". Jakąś godzinę później dzwoni do mnie pan, sądząc po akcencie chyba Turek, przedstawiając się jako Cezar, przełożony kurierów z mojego rejonu i pyta czy paczka się znalazła, bo on wczoraj postawił kuriera do pionu i chciał sprawdzić, czy skutecznie.

Dziękuję za interwencję, mówię, że pierwszą paczkę już mam i pytam, co z drugą, bo zależy mi, żeby do czwartku wieczorem ją otrzymać. Cezar obiecuje, że przypilnuje, żeby jeszcze dzisiaj została dostarczona. O godzinie 23:08 kuriera nadal nie ma, natomiast przesyłka zmienia status na "nieudana próba doręczenia, nie zastano adresata".

W czwartek rano pozwalam sobie zadzwonić do Cezara i mówię, że paczki nadal nie ma, natomiast pojawiła się informacja o nieudanej próbie doręczenia o 23:08, mimo iż nikt o tej godzinie nie dzwonił do drzwi. Cezar przeprasza, tłumaczy że wie, że to ściema, pracownik wpisał tę samą informację dla 20 różnych klientów, że rzekomo był o 23:08 u wszystkich naraz i żadnego nie było w domu. W dodatku nie odbiera od niego telefonu i nie odpisuje na wiadomości. Ale on będzie dalej próbował i jak będzie coś więcej wiedział, to da znać.

Proponuję jeszcze, że jeżeli kurier się nie wyrabia, żeby do mnie podjechać, to ja mogę spotkać się z nim gdzieś na jego trasie, ale bardzo mi zależy, żeby te paczkę jeszcze dzisiaj dostać, bo juto rano wyjeżdżam na tydzień (zresztą Wielki Piątek jest w Niemczech świętem państwowym, więc kurierzy i tak nie pracują).

Około 15 Cezar oddzwania. Przeprasza i mówi, że kurier nadal odrzuca połączenia od niego. W międzyczasie kurier z sąsiedniej dzielnicy wyraził gotowość przejęcia tej paczki i dostarczenia mi jej, tylko ze z tym pierwszym nie ma jak się skontaktować. Odrzuca wszystkie połączenia, wiadomości czyta, ale nie odpisuje. Kazał mi jeszcze poczekać do 20, a jakby do tej pory nie było kuriera z paczką, zadzwonić do niego.

O 20 kuriera nadal nie ma. Dzwonię do Cezara, ten mówi, że już wyjaśnia sprawę i oddzwoni do pół godziny. Faktycznie za jakieś 20 min dzwoni i mówi, że w końcu udało mu się skontaktować z pracownikiem i czy stanowiłoby dla mnie problem podjechać 2 ulice dalej (jakieś 300 metrów) i tam odebrać od niego paczkę. Mówię, że nie ma sprawy i zaczynam się ubierać. W tym momencie słyszę dzwonek do drzwi. Cezar mówi mi jeszcze jedną rzecz, ale o tym później, odkładam telefon i otwieram drzwi.

Moim oczom ukazuje się drobny mężczyzna, na oko 145cm wzrostu (górowałam nad nim o dobrą głowę), narodowości chyba rumuńskiej, z jakimś dziwnym obłędem w oczach (nie jestem specjalistką, ale wyglądało, jakby był na jakichś prochach). W ręku dzierży moją paczkę, która wygląda, jakby całą drogę ją kopał albo ciągnął za samochodem. W tym momencie typ zaczyna na mnie wrzeszczeć i mi wygrażać. Było to mniej więcej coś w stylu: "Ty głupia k...wo, skargi będziesz na mnie składać, ja ci k...a dam! Gdyby nie było dookoła sąsiadów, to bym ci taki wpie..ol spuścił, że byś zobaczyła. Odechciałoby ci się skargi składać! Ty k..wo je...a!" I tak dalej w tym stylu. Gdyby nie jego mikra postura, przyznam, że bym się wystraszyła.

Próbowałam przerwać mu tyradę, mówiąc, żeby oddał mi paczkę, ten jednak odmawiał, mówiąc, że nie da mi żadnej paczki, ani tej, ani żadnej innej już nigdy, wszystkie będzie niszczył i wyrzucał, poznam jego zemstę i tak dalej (nie wiem, co miałoby to mieć na celu, za paczki przekazane jemu do doręczenia, odpowiada on sam, ich wartość musiałby pokryć ze swojej pensji, więc zaszkodziłby tylko sam sobie). W końcu straciłam cierpliwość, postraszyłam go wezwaniem policji, bo łamie co najmniej 3 paragrafy, co chyba poskutkowało, bo rzucił we mnie paczką i poszedł, coś jeszcze pokrzykując na odchodne.

Tą jeszcze jedną rzeczą, którą powiedział mi Cezar zanim otworzyłam drzwi, było, że typ może być bardzo nieprzyjemny, więc żebym się nie rozłączała, tylko dała telefon na głośnomówiący, bo on chce w razie czego mieć dowód na jego zachowanie. I miał. Facet się tak pięknie podłożył, że po świętach miała go czekać dyscyplinarka

kurier

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (198)

#87861

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z pracy, lecz tym razem piekielnym bohaterem nie jest szef Janusz.

Agencja, w której pracuję, współpracuje z kilkoma czasopismami. Jednym z nich, a za razem naszym największym zleceniodawcą, jest wydawany w Wielkiej Brytanii magazyn o tematyce "ogólnolajfstajlowej", czyli trochę mody, trochę architektury, dizajnu, motoryzacji, podróży, gdzie bywać, gdzie jeść, nacisk na "snobizm mocno", coś jakby Vogue poszerzony o inne dziedziny.

Przez lata współpraca przebiegała bez zarzutu, aż rok temu tytuł został kupiony przez inne wydawnictwo. I "skończyło się rumakowanie", a zaczęła presja na zysk i ostre cięcie kosztów. Doświadczeni, kompetentni ludzie, z którymi pracowaliśmy do tej pory albo zostali zwolnieni, albo odeszli sami, gdyż nie odpowiadały im nowe warunki (m.in przejście na zatrudnienie przez zewnętrzną agencję pracy zamiast bezpośrednio przez wydawnictwo), zostali chyba tylko ci, którym nie udało się znaleźć innej pracy; ucierpiała też jakość - w tekstach coraz częściej można znaleźć literówki (bo przecież utrzymywanie stanowiska korektora to zbędny wydatek) oraz utrudniona jest sama współpraca - coraz częściej od pracowników słyszy się: nie wiem; nie umiem; nie zrobiłem; zapomniałem; umknęło mi, bo mam za dużo na głowie".

Na przykład, klient wykupuje pakiet 3 reklam online w cotygodniowym newsletterze, po czym albo żaden newsletter się nie ukazuje, albo owszem ukazuje, ale bez reklamy klienta. Dlaczego? No oni nie wiedzą, tak jakoś wyszło. A ty świeć przed klientem oczami i się tłumacz. Bo fakturę klient dostał mimo braku wykonania usługi. Bardzo to wszystko frustrujące.

Do tego dochodzi problem z fakturami. W przypadku większych zleceń, gdzie przygotowujemy dla klienta jakieś materiały, typu grafika, teksty czy organizacja sesji zdjęciowej, klient dostaje od nas fakturę, która obejmuje nasze usługi plus wykupioną powierzchnię reklamową w czasopiśmie, natomiast jeśli tylko pośredniczymy przy sprzedaży powierzchni, fakturę klientowi wysyła bezpośrednio wydawnictwo. I to do zeszłego roku śmigało, po czym się zepsuło.

Teraz za wysyłanie faktur w wydawnictwie odpowiada jakiś tajemniczy "system", który wysyła je, kiedy mu pasuje i czasami pod jakieś przypadkowe adresy email, mimo że przy każdym zamówieniu podawane są dokładne dane do faktury. Efekt jest taki, że najpierw klient nie może przez pół roku doprosić się o fakturę (odpowiedź: czekać aż system wyśle), po czym dostaje ostro brzmiący mail z księgowości wydawnictwa, gdzie grozi się mu przekazaniem sprawy do windykacji. Kiedy zdenerwowany klient odpowiada, że nie dostał do tej pory żadnej faktury, okazuje się, że system wysyłał je gdzieś na Berdyczów. Próby porozumienia się z księgową przypominają scenki "Computer says no" z programu "Little Britain" (baba ma w dodatku dokładnie ten sam głos i sposób mówienia), a świecenie oczami przed klientem ponownie spada na nas.

Rok temu jeden ze stałych klientów, niemiecka marka modowa, na potrzeby historii niech będzie to Escada, wykupił stronę w marcowym wydaniu czasopisma za, powiedzmy, 10 tys. Euro. Fakturę mieli otrzymać bezpośrednio z wydawnictwa. I oczywiście nie otrzymali. Początkiem grudnia dostali za to mail z firmy windykacyjnej, w którym poinformowano, ich, że mają 24 godziny na uiszczenie opłaty w wysokości 11 tys. Euro (10 tys. faktura plus tysiąc opłaty windykacyjnej), a w przeciwnym wypadku zostaną im naliczone karne odsetki w wysokości 10% (czyli tysiąc Euro) za każdy dzień zwłoki. W kolejnym akapicie nastąpiły pogróżki, że w przypadku nieuiszczenia wszystkich wymaganych opłat, firma windykacyjna dołoży wszelkich starań, żeby uniemożliwić Escadzie funkcjonowanie na rynku, a następnie doprowadzić ich do bankructwa. No szkoda, że nie grozili im jeszcze przysłaniem "chłopaków z miasta" i ucięciem palców.

Laura, dyrektor marketingu w Escadzie, do której adresowany był mail, odpisała, że bardzo przeprasza za zaistniałą sytuację, ale to musi być jakieś nieporozumienie, gdyż do tej pory wydawnictwo nie wystawiło im jeszcze faktury, proszą o 2 dni na wyjaśnienie sprawy z wydawnictwem lub przysłanie im właściwej faktury w oryginalnej wysokości, a oni natychmiast ją opłacą. Odpowiedź firmy windykacyjnej - 2 dni będą kosztować dodatkowe 2 tys. Euro (dobrze, że nie 2 palce), po czym nastąpił kopiuj-wklej z poprzedniego maila z listą potencjalnych sankcji. Laura przesłała nam kopię korespondencji z prośbą o pomoc.

Janusz natychmiast zadzwonił z awanturą do wydawnictwa, stawiając wszystkich, łącznie z naczelnym pisma, na nogi i żądając natychmiastowego wyjaśnienia sprawy oraz cofnięcia windykacji, ja w tym czasie rozmawiałam z Laura i zapewniałam, że wszystkim się zajmiemy. Wydawnictwo bardzo przeprosiło za całą sytuację, oni nie wiedzą, jak do tego mogło dojść i przykro im, że tak wyszło, oczywiście zajmą się tym. Na szczęście po kilku telefonach i burzliwej wymianie maili udało się w ciągu 24 godzin sprawę odkręcić, klient otrzymał właściwą fakturę na 10 tys. z dwu- albo trzytygodniowym terminem zapłaty, a koszty uruchomienia firmy windykacyjnej wzięło na siebie wydawnictwo.

Pozostała jeszcze jedna sprawa. Ponieważ cała sytuacja była skandaliczna i przysporzyła klientowi mnóstwo niepotrzebnego stresu, wypadałoby im to jakoś zrekompensować. W wydawnictwie pomyśleli, pomyśleli i wpadli na pomysł, że zaproponują klientowi darmową stronę w jednym z najbliższych numerów. W związku z czym proszą o jak najszybsze przysłanie materiału do druku, gdyż właśnie zbliża się termin oddania lutowego numeru. Przekazaliśmy Laurze dobre wieści, ta się ucieszyła i natychmiast przysłała wymagany plik.

I cisza. Reklama nie ukazała się ani w lutowym wydaniu, ani w marcowym. Potem dostaliśmy rozkład kwietniowego numeru, Escady nadal ani śladu. W międzyczasie Laura dopytywała się, jak wygląda sytuacja, bo w końcu coś jej zaproponowano, więc wypadałoby się wywiązać, a tu już idzie wiosna i oni zdążyli zmienić kolekcję, więc musiałaby i tak wysłać nową grafikę. Dzwonimy do wydawnictwa i pytamy o stan rzeczy, bo klient się niecierpliwi, i tak dalej.

Odpowiedź:
- Wiecie, my to sobie przemyśleliśmy i tej darmowej reklamy jednak nie będzie. Nam się to nie opłaca finansowo. Jeśli sprzedalibyśmy stronę nawet za jakąś symboliczną kwotę, to zawsze będzie to jakiś zysk, a z darmowej nic nie mamy, więc nie. My musimy zarabiać, a nie uprawiać działalność charytatywną. Wytłumaczcie jakoś klientowi, będzie musiał to zrozumieć.
- O czym wy mówicie? Przecież sami zaproponowaliście tę darmową stronę, to należy albo nie składać deklaracji bez pokrycia, a jak już się dało słowo, to należy się z niego wywiązać.
- Ale my niczego nikomu nie obiecaliśmy.
- Owszem zaproponowaliście darmową stronę. Mamy to od was na piśmie.
- Zaproponować to nie to samo co obiecać. Koniec tematu. Wasz problem, jak im to wytłumaczycie.

I w ten sposób traci się stałych klientów.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (219)

#87622

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz w dyskusji o "skrzywdzonych mizoginach (czy ogólnie mizantropach)", ale wyszło trochę za długo, a historia w międzyczasie zniknęła.

Prawie 16 lat temu moją pierwszą pracą w Irlandii była stewardessa w Ryanair. Warunki tragiczne, ale od czegoś trzeba zacząć. W tym czasie zaczęło tam pracę całkiem sporo Polaków - dziewczyny jako personel pokładowy, chłopaki "na rampie", czyli ładowanie bagaży, podstawianie schodów itp. Większość całkiem dobrze wykształcona i traktująca tę pracę jako zaczepienie się na początek, zanim miejscowi spojrzą na nas przychylniejszym okiem i uda nam się znaleźć pracę w zawodzie. Przyjaźniłyśmy się z chłopakami z rampy, nawet jakieś pojedyncze parki się potworzyły.

Wśród kolegów z rampy był również Krzysztof. Mój rówieśnik, absolwent prawa, małomówny, raczej introwertyczny, sprawiał wrażenie dojrzalszego i poważniejszego niż koledzy. Nie ukrywam, że wpadł mi wówczas w oko. Ja chyba jemu też, a przynajmniej byłam jedyną dziewczyną, z którą on rozmawiał (mam na myśli kurtuazyjny small talk, podczas kilkuminutowych przerw, czasem nawet rzucił jakimś komplementem).

Przecierpiawszy 6 miesięcy w Ryanair (tyle doświadczenia trzeba było mieć, żeby starać się o pracę w innych liniach), udało mi się na tym samym stanowisku w irlandzkich państwowych liniach. Nadal nie praca marzeń, gdyż nie wiązałam przyszłości z lataniem, ale bez porównania lepsze warunki pracy, jak i finansowe oraz możliwość rozwoju i kariery w ramach firmy. Kiedy złożyłam wypowiedzenie w Ryanair i wieść o moim odejściu się rozeszła, Krzysztof zaprosił mnie na drinka, żeby "uczcić mój sukces".

Spotkaliśmy się wieczorem w lokalnym barze. Krzysztof przyszedł wcześniej i przed moim przyjściem zdążył wypić 3 szklaneczki whiskey. Poopowiadaliśmy trochę o sobie, co robiliśmy w Polsce, jak znaleźliśmy się w Irlandii, jakie mamy plany życiowe itd. Opowiedziałam w kilku słowach, jakie mam plany (że zamierzam polatać jeszcze góra jakieś 2 lata, potem może miejscowi w końcu przekonają się, że Polak nadaje się nie tylko "na zmywak" i dopuszczą nas do pracy w wybranych przez nas zawodach, wówczas chciałabym spróbować w takiej, takiej i takiej branży), po czym Krzysztof wygłosił długi monolog z którego dowiedziałam się, że:

- Krzysztof jako absolwent prawa chce pracować w zawodzie. Marzeniem jest adwokatura, ale to pewnie nie od razu, bo na razie nie radzi sobie za bardzo z angielskim, więc w tej chwili chciałby pracować w więziennictwie, albo w ostateczności chociaż w policji. Już nawet próbował aplikować, ale go nie przyjęli, bo nie spełniał jakichś wymagań i brakowało mu jakichś kwalifikacji (już nie pamiętam, o chodziło dokładnie, ale było to coś, co przy włożeniu pewnego wysiłku spokojnie można było uzyskać). Ale on nie będzie tych kwalifikacji uzupełniał. Ma to w dupie. Skoro go nie chcą takiego, jaki jest, to on ma ich w dupie. W ogóle Irlandczycy są poje*ani. I on ich nienawidzi. I tego kraju. On nie widzi tu dla siebie przyszłości. Jeśli ktoś widzi dla siebie przyszłość w tym kraju, jest sprzedajną dziwką. A on nienawidzi sprzedajnych dziwek. Do Polski jednak nie wróci, bo tam nie zarobi tyle, co tu.

- Niech mi się broń boziu nie wydaje, że ja tu kiedykolwiek zrobię jakąś karierę. To nie jest kraj dla Polaków. Bo oni nas nienawidzą, nie mówią nam tego wprost, ale on wie, że nas nienawidzą. Ale on ich też. Całe życie będę rozdawać drinki w samolocie. I żeby mi się przypadkiem nie wydawało, że moja praca ma jakąkolwiek wartość. Nie ma żadnej. Jestem zwykłą kelnerką. Nikim. Śmieciem. Odpadem ludzkim. Zerem. Moje życie nie ma żadnej wartości. Podobnie jak życie innych Polek. Bo on ogólnie nienawidzi Polek.

- Jak wspomniałam nienawidzi Polek. Bo to sprzedajne dziwki. Wszystkie. Wszystkie dają dupy bogatym Irlandczykom za kasę. Tych, które zostały w Polsce nienawidzi trochę mniej, bo przynajmniej są porządne i ojczyzny nie zdradziły. Nie ma to jak Finki (całkiem sporo Finek pracowało w tym czasie w Ryanair). To dopiero kobiety. I one się szanują. Nie pójdą z byle kim (tu wspomniałam, że całkiem inny obrazek widziałam na firmowym Christmas party, gdzie upojone alkoholem fińskie koleżanki oddawały się w toaletach uciechom cielesnym z kolegami z rampy). Na pewno źle widziałam. Finki takie nie są. On kocha Finki. (Spytałam, dlaczego w takim razie nie umówi się z Finką). Bo nie ma odwagi. Takie piękne i szanujące się kobiety na pewno nie umówią się z Polakiem. Więc jemu pozostały tylko polskie dziwki.

W tym momencie uznałam, że wystarczy i pod jakimś pretekstem zakończyłam spotkanie. Rozumiem, że można być niezadowolonym ze swojego życia, ale przestań mnie typie do cholery obrażać. Podziękowałam za drinka i powiedziałam, że na mnie już czas. Na to Krzysztof:
- To teraz do mnie czy do ciebie?
- Nigdzie. Ja do siebie, ty do siebie. Nie chodzę do łóżka na pierwszej randce, poza tym przez ostatnie 30 minut non stop mnie obrażałeś. Na co w tym momencie liczysz?
- No pewnie. Polak ci śmierdzi. Z bogatym Irlandczykiem na pewno byś poszła. Typowa polska dziwka.

Tia... Na pewno przyczyną była narodowość i stan konta. Bycie zakompleksionym bucem, który wylewa frustracje, bo mu Irlandczycy na powitanie czerwonego dywanu nie rozłożyli i obraża rozmówcę, wyzywając od dziwek i śmieci, nie ma z tym nic wspólnego…

Kiedy 6 lat później opuszczałam Irlandię, Krzysztof, jako jeden z nielicznych Polaków z rampy, nadal miał tę samą pracę. Inni koledzy znaleźli w międzyczasie pracę w zawodzie, ona nadal przerzucał walizki. Nie zrobił nic w celu poprawienia swojej sytuacji. Ale założę się, że miał mnóstwo teorii, czyja to może być wina.

zagranica

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (190)

#87681

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z 2008 roku. Mieszkałam wówczas w Irlandii i byłam w związku z moim pierwszym mężem Jamesem. Byliśmy blisko zaprzyjaźnieni z mieszkającą w sąsiedztwie parą - Patricią i Stephanem. Ona była Irlandką, on Niemcem. Stephan pochodził z małej wioski leżącej w dolinie Renu, około 80km na zachód od Frankfurtu. W tamtej okolicy co roku w czerwcu odbywa się festiwal muzyczny Rock am Ring, którego Stephan był stałym bywalcem.
 
W owym roku Stephan zaproponował Jamesowi, żeby wybrał się na festiwal razem z nim i jego lokalnymi kolegami, na co James chętnie przystał. Jako że Partricię i mnie średnio kręciły festiwalowe klimaty, spanie w namiocie, chlanie od rana do nocy i brak możliwości umycia się, nie wybierałyśmy się z nimi. Poza tym, niech mają swój męski wypad.

Stephan jednak zaproponował, żebyśmy przyleciały do Niemiec w tym samym terminie i zatrzymały się u jego rodziców. Festiwal kończy się w niedzielę przed południem, my mogłybyśmy też przylecieć w niedzielę i zostalibyśmy wszyscy do poniedziałku (w który w Irlandii wypadało bodajże święto państwowe), pokazałby nam okolicę, a wieczorem wrócilibyśmy do Dublina.

A przy okazji przedstawiłby Patricię swoim rodzicom. Spytaliśmy, czy rodzice nie będą mieć nic przeciwko temu, na co Stephan oznajmił, że wszystko jest już z nimi obgadane, jesteśmy serdecznie zaproszeni, cieszą się na naszą wizytę, zresztą rodzice są tak mega wyluzowani, w ogóle nie jak typowi Niemcy, chcą żeby każdy czuł się u nich jak u siebie w domu i na przykład jak jesteś głodny, to weź sobie z lodówki na co masz ochotę. Pełen luz. Średnio nam to pasowało do naszego obrazu Niemców, no ale skoro tak mówi, to pewnie tak jest.
 
Faceci polecieli w czwartek, my doleciałyśmy w niedzielę. Ponieważ do Frankfurtu przyleciałyśmy przed południem, zanim nasi mężczyźni zdążyli wrócić z festiwalu, w drodze z lotniska zatrzymałyśmy się jeszcze na kilka godzin w Wiesbaden, gdzie przez wiele lat mieszkał mój tata i miałam kilkoro znajomych.

Po południu kolega zawiózł nas do wioski, gdzie mieszkali rodzice Stephana. Słowo "wioska" jest tutaj chyba jednak sporym nadużyciem. Było to kilka domów położonych pośrodku absolutnie niczego i gdzie można było dostać się wyłącznie samochodem. Najbliższa cywilizacja w postaci piekarni i stacji benzynowej znajdowała się w odległości 8km. Po dotarciu na miejsce przywitałyśmy się z gospodarzami, wręczając im jakieś upominki, i z resztą domowników. W domu oprócz rodziców mieszkał jeszcze brat bliźniak Stephana, z żoną Nicole i małą córeczką oraz młodszy brat i młodsza siostra.
 
Wieczorem zjedliśmy wspólnie kolację, podczas której zastanawialiśmy się, co dokładnie Stephan miał na myśli, opowiadając o "luzie" swoich rodziców.

Gabi, jego matka była wręcz apodyktyczna i wszystko musiało być dokładnie pod jej dyktando, natomiast luz ojca polegał na tym, że na nic nie zwracał uwagi, do nikogo się nie odzywał a w połowie posiłku wstał bez słowa od stołu i gdzieś sobie poszedł.

Dwie rzeczy w wykonaniu Gabi wprowadziły nas jednak w osłupienie.
- Zauważyliśmy, że Nicole karmi dziecko, podaje do stołu, obsługuje męża i teściów, jednak sama nie siada do stołu. Patricia spytała jej, dlaczego z nami nie usiądzie, na co odezwała się Gabi, mówiąc że Nicole (która pochodziła z terenu byłej NRD) jako "przybłęda ze wschodu", która w dodatku "wrobiła jej syna w dziecko" nie jest równa im, prawdziwym Niemcom i nie ma prawa siedzieć z nimi przy jednym stole.

Patricia w pierwszym odruchu próbowała coś zaprotestować, Stephan ja uciszył, kopiąc ją pod stołem, a ja postanowiłam nie przyznawać się, że sama pochodzę z Polski, bo mnie jeszcze babsztyl wyrzuci na ulicę jako niegodną przebywania w jej domu, co na tym zadupiu będzie średnio przyjemne.

- Po kolacji James chciał skorzystać z toalety, a Gabi na głos przy wszystkich udzieliła mu instruktażu, jakie w jej domu panują zasady odnośni pozycji, w jakiej należy oddawać mocz. W sensie, że na stojąco nie wolno, trzeba usiąść. Już pomijając absurd narzucania obcym ludziom tak intymnych kwestii, to naprawdę można to zrobić dyskretniej i innym tonem, a nie rugać dorosłego chłopa jak uczniaka. Ale najwidoczniej Gabi miała inne zdanie.

Wieczorem posiedzieliśmy jeszcze z Patricią, Stephaniem i jego rodzeństwem w ogrodzie i poszliśmy spać. Następnego dnia rano okazało się, że Stephan pojechał do dentysty na wybielanie zębów i wróci dopiero koło południa (o czym nas wcześniej nie poinformował).

Poszliśmy w trójkę do kuchni, gdzie zastaliśmy Gabi. Spytaliśmy ją, co moglibyśmy sobie wziąć na śniadanie, na co usłyszeliśmy: "Widzicie, gdzie jest lodówka. Chyba nie oczekujecie, że ktoś będzie koło was skakał". No cóż, Stephan owszem mówił, że goście obsługują się sami, jednak jest pewna różnica między "czujcie się jak w domu" a "nikt nie będzie koło was skakał".

No ale ok, wzięliśmy sobie chleb, masło, jakiś ser, wędlinę i pomidory, do tego Patricia wzięła sobie jakiś jogurt. Gabi przystartowała do nas i kazała nam to odłożyć, bo jogurt jest dla dziecka, pomidory potrzebne do obiadu, a ser i wędlina są nieotwarte i "na później". Czyli został nam chleb z masłem.

Gdyby w pobliżu był jakikolwiek sklep, kawiarnia czy cokolwiek, gdzie można byłoby dostać coś do jedzenia, olalibyśmy ją i zjedli śniadanie poza domem. Jednak najbliższa infrastruktura znajdowała się zbyt daleko, żeby dostać się tam pieszo, nie wiedzieliśmy zresztą, w jakim kierunku się udać, a nie były to jeszcze czasy smatrfonów z nawigacją.

Zdani byliśmy zatem na chleb z masłem od Gabi. Sięgnęliśmy do szafki po talerze i... znowu zebraliśmy opierdziel. Te talerze w szafce są "niedzielne". W tym domu w tygodniu je się z innych. Ale że te "powszednie" są niestety w zmywarce, mamy zjeść z deski do krojenia. Przeklinaliśmy w myślach Stephana, że nas wpakował w taką sytuację i w dodatku zostawił samych.

Koło południa wrócił Stephan i poszliśmy na spacer po okolicy. Opowiedzieliśmy mu (w sumie Patricia opowiedziała, bo to głównie jej problem, my tej baby więcej możemy nie oglądać, a ona miała potencjalnie w tę rodzinę wejść) sytuację ze śniadania, po czym się trochę posprzeczali, bo Stephan uznał, że wymyślamy, bo "mama taka nie jest", poza tym u siebie w domu ma prawo mieć swoje zasady (zasady zasadami, ale istnieje jeszcze elementarna kultura osobista).

Patricia spytała go jeszcze, czy w przyszłości może się spodziewać takiego samego traktowania jak Nicole, na co Stephan odpowiedział, że absolutnie nie. Nicole jest z NRD, więc jest gorszym gatunkiem, a Patricia z Irlandii, więc jest prawie równa Niemcom, tak więc zupełnie inna sytuacja i nie ma się czego obawiać.

Po obiedzie, a przed naszym wyjazdem w ogrodzie odbyło się jeszcze małe przyjęcie z okazji 2 urodzin bratanicy Stephana.

Uczestniczyli w nim domownicy plus nasza czwórka, podany został tort i woda mineralna. Na stole leżały papierowe talerzyki, w dwóch kolorach - białe i żółte, każdy miał miał sobie sam wziąć jeden i nałożyć kawałek tortu. Wzięliśmy pierwsze z brzegu talerzyki, akurat żółte (bo co to za różnica) i to był nasz błąd. Zebraliśmy kolejny opierdziel od Gabi, że co my sobie wyobrażamy, że przecież widać, że te żółte talerzyki są droższe niż te białe i że to chyba logiczne, że są wyliczone, akurat dla domowników (minus Nicole, dla niej był biały), że nie respektujemy zasad panujących w jej domu (które ewidentnie musimy czytać w jej myślach, bo nie jest uprzejma ich zakomunikować, z wyjątkiem może sytuacji z sikaniem, bo tę zakomunikowała aż nadto) i narażamy ją na koszty (przypominam, chodzi o jednorazowe papierowe talerzyki, które się wywala po jednym użyciu).

Na szczęście niedługo później musieliśmy się zbierać na samolot i brat Stephana zawiózł nas na lotnisko. Patricia była średnio zachwycona wizytą u przyszłych teściów, a ja, o ironio, kazałam jej się zastanowić, czy na pewno chce się w ten układ pakować (no ale na moje usprawiedliwienie, było to jeszcze zanim matka Jamesa zaczęła mieć jeszcze gorsze jazdy niż Gabi i wydawała się w miarę normalna).

Nie wiem, czy zachowanie Gabi wynikało z jej charakteru, czy też nasza wizyta była jej tak bardzo nie na rękę, ale sądząc po tym, jak traktowała swoją synową, obstawiam to pierwsze. Jeśli jednak to drugie, to mogła się na tę wizytę po prostu nie zgodzić, nikt się naprawdę do niej na siłę nie pchał i nikt by z tego powodu nie płakał.

A z drugiej strony Stephan też mógł dogadać w szczegółach temat wizyty swoich znajomych, przestawić panujące zasady i czego kto się może spodziewać, a przede wszystkich nie zostawiać nas na pół dnia samych z matką, która odreagowywała jakieś swoje frustracje.

Postscriptum. Dwa lata później Patricia i Stephan wzięli ślub. Stephanowi bardzo zależało na przeprowadzce w swoje rodzinne strony, bo w Irlandii "się nie odnajdował". Przeprowadzili się i pod naciskiem Stephana "tymczasowo" zamieszkali u jego rodziców. Nie wiem, jak Patricia była tam traktowana, bo niedługo przed ich ślubem urwał nam się kontakt, ale parę lat później LinkedIn mi wyświetlił, że wróciła do Irlandii (sama) i do panieńskiego nazwiska.

wizyta w niemieckim domu

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (163)