Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 7 lipca 2020 - 15:53
  • Historii na głównej: 27 z 27
  • Punktów za historie: 5804
  • Komentarzy: 544
  • Punktów za komentarze: 3181
 

#86686

(PW) ·
| Do ulubionych
O słynnym niemieckim Ordnungu. Już chyba mam na koncie historię zaczynającą się od tych słów, ale jak widać Niemcy to konsekwentny naród ;)

Początek lata 2020 zapowiadał się obiecująco. Końcem czerwca mieliśmy mieć ślub i wesele w Szwecji, po którym, w ramach odpoczynku po całym ślubnym stresie i pogrzania tyłków na plaży, chcieliśmy się wybrać na wczasy gdzieś w miarę niedaleko (do 2.5 godz. samolotem), w miarę niedrogo i gdzie będzie ciepło i będzie morze. Wybór padł na Tunezję. Już w styczniu wykupiliśmy wczasy w jednym z niemieckich biur podróży. Ponieważ wyjazd miał nastąpić tuż po naszym ślubie, biuro zaproponowało nam jakiś super-hiper pakiet "honeymoon" w cenie normalnej imprezy, z którego ochoczo skorzystaliśmy. Warunkiem skorzystania z pakietu było jednak okazanie kopii aktu ślubu w momencie meldowania się w hotelu (a może już w momencie odprawy na lotnisku, nie pamiętam, w każdym razie bardzo ten warunek podkreślali). Wpłaciliśmy jakąś niewielką zaliczkę (chyba 10 czy 20 procent), resztę mieliśmy zapłacić przelewem po otrzymaniu wezwania do zapłaty miesiąc przed wylotem, czyli końcem maja. Co istotne, nie ściągaliby nam sami pieniędzy z konta.

Wiosną nastąpiła epidemia i wiadomo, jak wszystko teraz wygląda. Perypetie z przesuwaniem ślubu opisałam już w innej historii, teraz czas na zmiany planów urlopowych. Na początku maja, kiedy już było wiadomo, że ślub trzeba będzie przesunąć, zadzwoniliśmy na infolinię biura podróży, żeby dowiedzieć się, co w sytuacji, jeśli nie będziemy dysponować aktem ślubu, gdyż ze względu na epidemię musieliśmy przesunąć uroczystość na przyszły rok. Jako, że sytuacja jest wyjątkowa, to czy są w stanie pójść nam na rękę i albo znieść ten warunek z aktem ślubu, albo wykreślić ten pakiet honeymoon, albo pozwolić nam przebukować imprezę na przyszły rok. Pracownik biura jednak odpowiedział, że generalnie gucio go to obchodzi, on nam ślubu nie odwołał, nic nie możemy zmieniać ani przekładać, a jak nie będzie aktu ślubu, to nas nie wpuszczą do samolotu/hotelu, o zwrocie pieniędzy też możemy zapomnieć. Herman the German ma zasady.

No trudno, poczekamy na rozwój sytuacji, która i tak idzie ku temu, że biuro pewnie samo odwoła imprezę, a jeśli nie odwoła, to najwyżej "nie takie rzeczy się w fotoszopie robiło", zwłaszcza że "licencja", którą otrzymaliśmy ze szwedzkiej skarbówki, okazała się być właściwym aktem ślubu w 2 egzemplarzach (normalnie para młoda podpisuje go podczas ceremonii, a mistrz ceremonii odsyła drugi egzemplarz do skarbówki, w celu umieszczenia odpowiedniej adnotacji w bazie danych), więc wystarczyłoby tylko zrobić kopię i podpisać.

W drugiej połowie maja dowiedzieliśmy się, że raz, niemiecki rząd wydał "ostrzeżenie przed podróżami poza obszar UE", co pozwala klientom biur podróży odwołać rezerwacje bez ponoszenie konsekwencji finansowych, a dwa, Tunezja zamknęła granice i na swoje terytorium wpuszcza cudzoziemców jedynie w absolutnie wyjątkowych sytuacjach, jednocześnie zmuszając ich do odbycia dwutygodniowej kwarantanny po przyjeździe.

Ponownie zadzwoniliśmy do biura podróży, pytając, jak w takiej sytuacji wygląda sprawa naszego wyjazdu, czy on się w ogóle odbędzie. Pan na to, że nie wie. Biuro jeszcze nie podjęło decyzji. Dadzą znać do tygodnia przed wylotem. Wszystko wskazuje na to, że chyba raczej nie, ale pewności nie ma. Pytam czy w takim razie możemy przesunąć wyjazd na przyszły rok, gdyż niedługo przypada termin wpłaty reszty pieniędzy, a nie mamy ochoty ich wydawać na imprezę, która się raczej nie odbędzie, nie mając do tego żadnej gwarancji, czy i kiedy je odzyskamy. Pan na to, że przesunąć na przyszły rok nie można, bo nie mają jeszcze kalendarza imprez na 2021, ale za to możemy w tej chwili zrezygnować z uczestnictwa, a zwrot wpłaconej zaliczki otrzymać w formie vouchera, który możemy wykorzystać do końca 2021. Przystaliśmy na tę opcję. Pan uprzedził jednak, że mają w tej chwili taki młyn, że voucher otrzymalibyśmy dopiero za jakiś miesiąc, dwa. Nie ma problemu, kwota nie była duża, nie spieszy nam się.

W tym czasie podjęliśmy też inną decyzję. Ponieważ właśnie kupiliśmy mieszkanie i chcielibyśmy się nawzajem zabezpieczyć na wypadek, gdyby któremuś z nas coś się stało, do tego licencja ślubna, którą otrzymaliśmy, ma ograniczony termin ważności i w przyszłym roku musielibyśmy wyrabiać ją drugi raz, dogadaliśmy się ze ślubnym mistrzem ceremonii, że w tym roku przyjedziemy i cichaczem podpiszemy akt ślubu, natomiast w przyszłym roku zrobimy resztę ceremonii z przysięgami, obrączkami i całą otoczką. Jako, że mieliśmy już zarezerwowany urlop w pracy na przełomie czerwca i lipca, postanowiliśmy udać się w tym czasie do Szwecji, podpisać papiery i dodatkowo spędzić kilka dni w domku letniskowym mojego partnera, ulokowanym głęboko w smålandskiej głuszy, pooddychać morskim powietrzem i nacieszyć oczy innym widokiem niż bloki na naszym osiedlu, które oglądamy od połowy marca. Ponieważ samoloty prawie nie latają, zdecydowaliśmy się na podróż samochodem i promem.

Plan wyglądał pięknie aż do wczoraj. Niemcy, które już w drugiej połowie maja otworzyły granice, zniosły ograniczenia podróże w ramach strefy Schengen i obowiązek kwarantanny po przyjeździe, wczoraj zrobiły jeden wyjątek, a mianowicie wprowadziły obowiązek dwutygodniowej kwarantanny dla wszystkich przyjeżdżających ze Szwecji. W Niemczech sprawa kwarantanny wygląda tak, że nie ma żadnej kontroli na granicy czy w porcie, natomiast po powrocie do domu podróżny musi sam zadzwonić do Gesundheitsamtu (niemieckiego odpowiednika sanepidu) i poinformować, że skądśtam wrócił i że będzie odbywał kwarantannę domową. Można to zrobić wyłącznie drogą telefoniczną.

Jako, że nie była to dobra wiadomość, postanowiłam zadzwonić do Gesundheitsamtu i dowiedzieć się, czy obostrzenie dotyczy całego kraju, czy tylko terenów objętych ryzykiem zakażenia. W końcu my nie będziemy w centrum Sztokholmu, tylko w chatce w środku lasu na totalnym wygwizdowie, gdzie ciężko spotkać człowieka, w dodatku w regionie, gdzie przypadków zakażeń nie było prawie żadnych. I teraz najlepsze. W Gesundheitsamt zgłasza się automatyczna sekretarka, która informuje, że ze względu na Covid, dysponują ograniczonymi zasobami ludzkimi, w związku z czym nie są w stanie odbierać połączeń i proszą o telefon w innym terminie. Innej możliwości kontaktu z nimi nie ma. Czyli, jeśli ktoś chce wypełnić obowiązek i faktycznie zameldować się na kwarantannę - "pisz pan na Berdyczów".

Wieczorem przyszedł mail z biura podróży - tego od wyjazdu do Tunezji. Zamiast vouchera w wysokości wpłaconej zaliczki przyszły wszystkie dokumenty podróży: karty pokładowe, vouchery na taksówkę w Tunezji, vouchery hotelowe i bilety na pociąg na lotnisko. Rano zadzwoniłam do biura, pytam "łot de fak", miał być voucher, a przyszły dokumenty na podróż, za którą nie zapłaciliśmy (sprawdzaliśmy jeszcze, czy nie ściągnęli pieniędzy sami, ale nie). Pan na to, że nie wie. On widzi w systemie, że odwołaliśmy udział i że został wygenerowany ticket na zwrot zaliczki, który czeka w kolejce na przetworzenie, więc zwrot na pewno za jakiś czas dostaniemy. Ale te dokumenty, które dostaliśmy, widzi, że też są ważne, więc jak chcemy, to w sumie możemy lecieć. A że nie zapłaciliśmy? Tej informacji nie mają w systemie, bo powinno się wyświetlać, że brakuje reszty wpłaty, a mu się nic nie wyświetla.

Tak więc, po powrocie ze Szwecji Gesundheitsamt nakłada na nas obowiązek zameldowania się na kwarantannę, jednocześnie pozbawiając nas możliwości wykonania tego obowiązku. W tym samym czasie mamy też wczasy Schrödingera w Tunezji, które zostały odwołane i jednocześnie nie zostały. W końcu: Ordnung muss sein!

Podróże małe i duże

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (157)

#86629

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałam zrobić dobry uczynek, a wyszło jak zawsze...

Sytuacja mieszkaniowa w Monachium wyglada dość nieciekawie. Popyt znacznie przewyższa podaż, mieszkań jest za mało i są bardzo drogie. Do tego obowiązuje zasada, że aby wynająć mieszkanie, trzeba zarabiać trzykrotność czynszu. Czynsz za kawalerkę wynosi w tej chwili około 1000€, czyli łatwo policzyć, że samotna osoba, chcąca mieć jakiś dach nad głową powinna zarabiać co najmniej 3000€ na rękę, podczas gdy średnia krajowa wynosi 1900€. Z kolei dogadanie się w więcej osób nie zawsze wchodzi w grę, ze względu na bardzo restrykcyjne prawo meldunkowe dotyczące wymaganej liczby metrów kwadratowych na osobę. Ogólnie wesoło nie jest. Często zdarza się, że lokatorzy zwalniający mieszkanie życzą sobie 1000€ lub więcej „odstępnego” od chętnych, których polecą na swoje miejsce.

Jako że udało nam się wreszcie nabyć coś własnego i będziemy zwalniać mieszkanie, w którym mieszkałam od początku pobytu w Monachium, postanowiłam ułatwić życie i właścicielce mieszkania, oszczędzając jej poszukiwań nowego lokatora, i jakiemuś rodakowi szukającemu dachu nad głową. Mieszkanie spore, prawie 80m2, czynsz bardzo niski - ja płacę od 2011 roku 1000€ miesięcznie, właścicielka chce go podnieść raptem o 200€ (mieszkanie tej wielkości kosztuje prawie 2000€).

Zamieściłam ogłoszenie na grupie polonijnej, opisując dokładnie wymagania właścicielki odnośnie potencjalnego lokatora:
- para lub rodzina, ew. osoba samotna (żadnych grup przyjaciół)
- Wymagane zaświadczenie, że nie figuruje się w rejestrze dłużników
- Łączny dochód netto w wysokości minimum 3600 w przypadku pary (rodziny) lub 3000 u osoby samotnej - trzeba przedstawić 3 ostatnie odcinki pensji lub kopię umowy o pracę

Z mojej strony jedyną prośbą było, żeby za jakąś symboliczną kwotę odkupić ode mnie kilka rzeczy w mieszkaniu, typu lodówka (w mieszkaniu była w pełni wyposażona kuchnia, tylko lodówkę musiałam dokupić własną), lampa w łazience czy szafka zamontowana pod umywalką.

Zgłosiło się kilkudziesięciu chętnych. Większość z nich ograniczyła się do wydania mi polecenia, że to ja mam dzwonić do nich (które zignorowałam), kilkanaście osób zadzwoniło same lub przysłało wiadomości. Niestety ani jedna osoba nie spełniała warunków. Przytoczę co ciekawsze:

1. Para, on zarabia 1200€, ona bezrobotna. Pytam, jak sobie wyobrażają opłacanie czynszu i rachunków. Odpowiedź: a tam, coś się huehue zakombinuje. Zresztą ona jest w ciąży, to nie można ich wyrzucić nawet jak nie będą płacić.
2. Małżeństwo, obydwoje nieźle zarabiają, pracują tu od 12 lat, ale na czarno. Na odpowiedź, że niestety nic z tego, bo musza być w stanie udokumentować dochody, spytali, czy nie mogłabym czegoś naściemniać właścicielce, bo przecież mamy obowiązek sobie pomagać
3. Małżeństwo. Obydwoje na własnej działalności, zarobki pasują. Ona by ewentualnie wzięła, ale pod warunkiem, że jej dorzucę „komplet prac na sprzątaniu”, najchętniej „bez rachunku” (czyt. na czarno). Na mój komentarz, że niestety nie dysponuję czymś takim, odpowiedziała, że mam przestać się wywyższać, bo „bynajmniej ona wie, że wszystkie Polki sprzatają”, a ja złośliwie nie chcę jej oddać pracy.
4. Ta była najlepsza. Ona pracuje, ale na czarno, więc nie może wziąć umowy na siebie. Umowa będzie na znajomego, który ma działalność, ale on będzie tam tylko fikcyjnie zameldowany, bo mieszka w Szwajcarii. Pomieszkiwać z nią za to będzie jej facet, którego z kolei nie można tam zameldować, bo jest ścigany listem gończym i musi się ukrywać.

Już pominę, jakim trzeba być debilem, żeby informować obcą osobę na piśmie lub nagrywając wiadomości głosowe o wałkach, które się kręci, przestawiając się z imienia i nazwiska i podając dane kontaktowe... Ale, kiedy wszystkim odmówiłam, grzecznie tłumacząc z jakich powodów, dowiedziałam się, że:
- Inne nacje sobie pomagają, a tu jak zwykle Polak Polakowi wilkiem
- „Dopłynęło gówno do brzegu i robi falę” (WTF?)
- Niedługo przyjdzie kryzys, mieszkania będą za darmo i takie cwaniary to oni na taczkach wywiozą
- Za to, że próbuję się na rodakach dorabiać (nie wiem niby jak), to za okupacji to by mi... - tu nastąpiła cała litania, co by mnie spotkało.

Przez znajomych znajomych skontaktowała się ze mną para Chorwatów. Obydwoje legalnie zatrudnieni, zarobki przyzwoite, sympatyczni. Przyszli obejrzeć mieszkanie, przynieśli komplet wymaganych dokumentów. Wezmą z pocałowaniem ręki.

Grupa polonijna

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (160)

#86576

(PW) ·
| Do ulubionych
Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Bawaria jest jakimś zagłębiem patologii. Scena dosłownie sprzed chwili.

Wyszłam kupić lody w małej włoskiej lodziarni, którą mam pod domem. Ustawiam się w kolejce. Przede mną para z dzieckiem, około 7-letnim. Na oko niemiecka klasa średnia. Trzydziestokilkulatkowie, inteligentne twarze, zadbani, dobrze ubrani. Pan bardzo miły: proszę, dziękuję, przepraszam, przepuści jakąś babcię w kolejce.

Nadchodzi ich kolej. Pan zamawia jakieś tam dwie gałki dla siebie, potem jedną dla synka. Synek prosi o waniliową, ojciec zamawia mu truskawkową. Synek jeszcze raz prosi o waniliową, ojciec odmawia i odpowiada mu: masz zjeść truskawkową, bo ja ci każę. Dziecko cichnie. Pani próbuje zamówić dla siebie, pan jej przerywa, mówiąc: ty nie dostaniesz, bo nie zasłużyłaś. Pani zwiesza głowę i mówi: dobrze skarbie. Płacą i odchodzą.

Najwidoczniej smalec alfa nawet na niedzielnym spacerze musi sobie porządzić.

lodziarnia

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (200)

#86515

(PW) ·
| Do ulubionych
Po części ze względu na plany kupna nieruchomości, po części, rzecz jasna, z innych względów, rok temu podjęliśmy z moim partnerem decyzję o zalegalizowaniu naszego związku (niby papierek szczęścia nie gwarantuje, jednak sporo spraw ułatwia). Nie mając ochoty na wielki spęd, zdecydowaliśmy się na kameralną uroczystość w towarzystwie naprawdę najbliższych osób: rodzice, świadkowie, rodzeństwo, najbliższe kuzynostwo, z którym utrzymujemy bliskie kontakty oraz kilkoro bliskich przyjaciół. Łącznie wyszło 30 osób.

Ze względu na malownicze okoliczności przyrody, sporą liczbę miejscowych gości oraz, co najważniejsze, niezwykle przyjazne i nieskomplikowane procedury urzędowe, wybór lokalizacji padł na ojczyznę mojego partnera. Znalezienie odpowiedniego lokalu okazało się jednak nie być takie proste. Ponieważ marzyła nam się ceremonia plenerowa, wybór hotelu był bardzo ograniczony (tutaj mały wtręt: w Szwecji ślub cywilny wygląda mniej więcej jak w Polsce ślub humanistyczny - udziela go mistrz ceremonii, para młoda decyduje o miejscu i przebiegu uroczystości; jedyną różnicą jest to, że w Szwecji taki ślub ma moc prawną. Ślub w urzędzie nie jest, z tego co mi wiadomo, możliwy; chcąc wziąć ślub, para młoda musi sobie zorganizować jakąś miejscówkę) - hotel musiał dysponować ogrodem lub prywatną plażą, dodatkowo musiał wyrazić zgodę, żeby ceremonia odbyła się na ich terenie. Dodatkową przeszkodę stanowił fakt, że będzie nas tak mało. Większość hoteli pozwalała na organizację ślubu i przyjęcia weselnego dopiero w przypadku co najmniej setki gości, co oczywiście w pełni rozumiem, jednak nie ułatwiało nam to poszukiwań.

W końcu się udało. Znaleźliśmy bardzo ładny hotel w idealnej lokalizacji, z pięknym ogrodem i prywatną plażą. Wymarzony przez nas termin na czerwiec 2020 był dostępny, nie było najmniejszego problemu z organizacją ślubu i przyjęcia na 30 osób, mogliśmy dostać hotelową restaurację na wyłączność, cena jak na Skandynawię też przystępna. Dodatkowym atutem była obecność konsultantki ślubnej, która zdjęłaby nam z głowy całą logistykę, a której usługi, podobnie jak organizacja ceremonii, sprzęt audio, tort, kwiaty oraz wszystkie dekoracje były już wliczone w cenę "talerzyka". Końcem czerwca zeszłego roku pojechaliśmy tam zobaczyć hotel na własne oczy, spotkać się konsultantką (nazwijmy ją Stella) i uzgodnić szczegóły.

Na żywo miejsce okazało się być jeszcze ładniejsze niż na zdjęciach, Stella z kolei okazała się być nie tylko niezwykle kompetentna, ale również bardzo sympatyczna. Obejrzeliśmy obiekt i uzgodniliśmy co i jak, a po powrocie zachwyceni podpisaliśmy umowę i mogliśmy zacząć przygotowania. Zaliczkę w wysokości 50% ceny imprezy mieliśmy wpłacić 3 miesiące przed ślubem, kiedy będziemy już znać liczbę gości.

Wszystko szło jak z płatka, ślub praktycznie organizował się sam, aż sama byłam zdziwiona jak bezproblemowo wszystko przebiega. Końcem lutego byliśmy jeszcze w Szwecji złożyć dokumenty, dogadać ostatnie szczegóły ze Stellą, zamówić tort, kwiaty i tak dalej.

Początkiem marca Europę ogarnęła epidemia i sprawy się skomplikowały. Na początku mieliśmy jeszcze nadzieję, że do czerwca może być po wszystkim (w Niemczech w tym czasie było chyba kilkadziesiąt przypadków, w Polsce dopiero 1), ale na wszelki wypadek napisaliśmy do Stelli, czy ewentualnie w razie czego byłaby możliwość przeniesienia ślubu na inny termin. Odpowiedź przyszła jak zwykle błyskawicznie. Ależ oczywiście, nie będzie najmniejszego problemu. Nie przesuwalibyśmy przecież ze względu na nasze widzimisię, sytuacja jest bezprecedensowa, jeżeli tylko podejmiemy decyzję, że chcemy zmienić termin na inny miesiąc lub na przyszły rok, albo w ogóle odwołać, mamy dać znać, oni nam we wszystkim pójdą na rękę i nie poniesiemy z tego tytułu żadnych dodatkowych kosztów.

Uspokojeni tym zapewnieniem, w połowie marca wpłaciliśmy zaliczkę.

Pod koniec marca było już wiadomo, że do czerwca epidemia się nie skończy i musimy zmienić datę ślubu. Napisaliśmy do Stelli, pytając, jak wyglądają wolne terminy we wrześniu, gdyż na czerwcowy termin zdecydowanie nie ma szans. Tym razem nie dostaliśmy odpowiedzi. Próbowaliśmy skontaktować się z nią telefonicznie, jednak nigdy nie byłą dostępna, kazano nam pisać maile. Żaden inny pracownik hotelu nie był w stanie nam pomóc, gdyż ślubami zajmuje się wyłącznie Stella. Pisać maile i czekać na odpowiedź. W końcu w połowie kwietnia przyszła odpowiedź. Że przeprasza, ze dopiero teraz, ale zabiegana była i że przykro jej, ale niestety na ten rok nie ma już wolnych terminów. Jeśli chcemy, może nam coś zorganizować 1 sierpnia, ale poza tym nie.

Trochę się zdziwiliśmy, w końcu niedawno pisała, że nie będzie problemu z przełożeniem na inny termin w tym roku, a tu nagle okazuje się, że jednak nie ma nic dostępnego, ale w sumie nie szkodzi. Zanim doczekaliśmy się na tę odpowiedź, sytuacja zdążyła zmienić się na tyle, że nawet wrześniowy termin stał się mało realny i doszliśmy do wniosku, że bezpieczniej będzie przełożyć na przyszły rok. Spytaliśmy, jak wygląda dostępność terminów późną wiosną/latem 2021 zaczęliśmy czekać na odpowiedź.

Odpowiedź nadeszła w piątek, 1 maja. Że ponownie przeprasza, że dopiero teraz i tak dalej, oraz że rozmawiała o naszej sytuacji z managerem restauracji i podjęli decyzję, że… takiego wała! Nie możemy zmienić terminu na dotychczasowych warunkach, bo im się to nie opłaca. Odwołać możemy, ale będzie się to wiązało ze stratą zaliczki. Tak, jest świadoma tego, że niedawno napisała nam coś zupełnie innego, ale to już nieaktualne. A tak w ogóle to musi nam się przyznać, że rok temu nie powiedziała nam całej prawdy. Normalnie nie zgadzają się na imprezy dla tak małej liczby uczestników, gdyż jest to dla nich żaden biznes, ale z wybraną przez nas datą tak się szczęśliwie złożyło, że mieli mieć w tym czasie inną dużą imprezę w sali balowej, uczestnicy której zarezerwowali prawie wszystkie pokoje, tak że w hotelu miało w tym czasie nie być żadnych innych gości, tylko oni i my, więc nie było problemu, żeby udostępnić nam na cały wieczór restaurację. Wie, że nie było to do końca uczciwe z jej strony, że to przed nami zataiła, ale tak jakoś wyszło. Tak więc od początku nie było mowy o możliwości jakiejkolwiek zmiany terminu, zaproponowała to, żeby być miła, licząc, że do tego nie dojdzie, ale skoro doszło, musi się wycofać ze złożonej wcześniej deklaracji.

Jeżeli chcemy przenieść naszą imprezę na przyszły rok, ustalenia z tego roku absolutnie nie wchodzą w grę, gdyż była to wyjątkowa sytuacja. Nie możemy dostać restauracji na wyłączność, gdyż nie opłaca im się jej zamknąć dla innych gości na imprezę dla zaledwie 30 osób, a dzieląc ją z innymi gośćmi będziemy im przeszkadzać. Mogą nam zaproponować dwa wyjścia. Opcja 1: rezerwacja stolików w restauracji w godzinach 18-20. Czyli żadnego blokowania stolików przez cały wieczór, do tego żadnego zwracania na siebie uwagi w postaci strojów ślubnych czy toastów. Przyjść normalnie ubrani, zjeść kolację i wypad (już widzę, jak ciągnę ludzi przez pół Europy i odstawiam im coś takiego). Opcja 2: Impreza w sali balowej, z tym że musimy zapłacić za 100 talerzyków oraz 100 miejsc noclegowych w hotelu (czyli kwota, za którą można kupić nowego SUVa), bo oni muszą wyjść na swoje. Nie muszę chyba dodawać, że ani jedna, ani druga opcja nie wchodziła dla nas w grę.

Zadzwoniwszy do hotelu, dowiedzieliśmy się, że Stella ma być w pracy we wtorek po południu. Zadzwonimy, będziemy dyskutować i zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Żeby nie było, w pełni rozumiem, że hotel musi wyjść na swoje i nie oczekuję, że będą specjalnie dla mnie zmieniać swoją politykę i ponosić straty. Ale oferowane warunki jest to coś, o czym klienta należy poinformować od początku i niech on zdecyduje, czy chce podjąć ryzyko, a nie ściemniać, obiecując gruszki na wierzbie, byle wyciągnąć zaliczkę, a potem napisać "sorry gregory, kłamałem, walcie się".


UPDATE z niedzieli 3 maja: albo pracownicy tego hotelu czytają Piekielnych, albo zadziałała telepatia. Dzisiaj dostaliśmy mail. Hotel najmocniej przeprasza za zaistniałą sytuację. Doszło ponoć do nieporozumienia między Stellą a właścicielką - właścicielka cisnęła na profit, nie zdając sobie sprawy, co zostało nam obiecane, Stella w nerwach napisała do nas mail i wyszło, co wyszło. W każdym razie zaproponowali nam termin na końcówkę maja 2021, dostaniemy restaurację na wyłączność, tak jak zostało nam obiecane, wszystkie ustalenia pozostają bez zmian, dodatkowo w ramach przeprosin zostawiają dla nas tegoroczne ceny, a nasi goście będą mieli nieograniczony dostęp do hotelowego spa. Wspaniałomyślnie się zgodziliśmy ;).

Skania

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (185)

#86255

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkając jeszcze w Polsce czy w Irlandii, często słyszałam od ludzi mieszkających w Niemczech różne historie o piekielnych sąsiadach, głównie w wieku emerytalnym, którym wszystko przeszkadza i którzy uprzykrzają życie, np. przychodząc z pretensjami lub nawet wzywając policję, kiedy ktoś włączy odkurzacz, ubija kotlety, zadzwoni mu budzik lub po godzinie 22 spuści wodę.

Traktowałam te opowieści raczej z przymrużeniem oka, dopóki sama tam nie zamieszkałam i nie przekonałam się, że ludzie potrafią zachowywać się, powiedzmy, dziwnie. Nie wiem, czym pewne zachowania są spowodowane, może są to różnice kulturowe, może stetryczenie, może lata "chowu wsobnego" w Bawarii zrobiły swoje i coś się poprzestawiało w puli genetycznej, a może jeszcze coś innego. Z tego, co z reguły czytam/słyszę, bardzo popularnym egzemplarzem jest nadwrażliwy emeryt, który jest zawsze w domu i któremu wszystko przeszkadza, nawet, że za głośno oddychasz.

U mnie w budynku takich zawziętych strażników ciszy, którym przeszkadzają codzienne czynności, na szczęście nie ma, ale jest za to kilka innych okazów. Opisane sytuacje wydarzyły się na przestrzeni 9 lat, kolejność od najdrobniejszej do najbardziej piekielnej. O ile pierwsze trzy są nieszkodliwe i bardziej do pośmiania się, to z ostatnim osobnikiem jest faktycznie duży problem.

1. Babcia z dołu.

W mieszkaniu pod moim mieszka babcia, ponad 90 lat, bardzo sympatyczna, trochę przygłucha. Mówiąc "trochę" mam na myśli, że trzeba do niej mówić bardzo głośno i powoli, a jak włączy telewizor, drży cały blok. Lat temu bodajże 8, kiedy z pierwszym mężem podjęliśmy decyzję o rozstaniu, odbyliśmy tę rozmowę w niedzielne popołudnie. Bardzo cicho i spokojnie, bez krzyków czy awantur. W dodatku po angielsku.

Następnego dnia, kiedy wychodziłam do pracy, babcia z dołu zaczepiła mnie na schodach. Po zwyczajowej wymianie uprzejmości powiedziała mi, że mam się niczym nie przejmować, to że będę teraz mieszkać sama, to nic złego, ona też mieszka sama, i inne babcie w bloku też. Na pewno dam sobie radę. Jak chłop się chce wyprowadzić, to niech się wyprowadza i kij mu w oko. Byłam dość zaskoczona, poza tym nie radziłam sobie przesadnie z językiem (przy wysileniu zwojów mózgowych rozumiałam, co się do mnie mówi, ale ciężko mi było samej coś sensownego powiedzieć), więc powiedziałam tylko, że miło z jej strony, dziękuję za ciepłe słowa i się pożegnałam. Po chwili dopiero dotarło do mnie, że z byłym przecież rozmawialiśmy naprawdę cicho, on po tej rozmowie nigdzie nie wychodził, a zanim odbył rozmowę ze mną, raczej nie zwierzał się babci z dołu, z którą nigdy słowa nie zamienił, że będzie chciał ode mnie odejść. No więc jakim cudem babcia, która normalnie nie słyszy, co się do niej mówi, wiedziała, co się dzieje w moim domu? W bloku jest niezła izolacja, a dziur w podłodze nie mam.

2. Babcia z góry, rok 2013 lub 2014.

Któregoś wieczoru usłyszałam dochodzące skądś piszczenie czujnika dymu. Jakby z dołu. Zeszłam na dół, próbując zlokalizować źródło i weszłam do piwnicy. Pisk dochodził z tzw. pomieszczenia elektrycznego, znajdującego się za ciężkimi ognioodpornymi drzwiami. Pomieszczenie było zamknięte, klucz miał tylko dozorca, który był na urlopie. W administracji osiedla tez nikt nie odbierał telefonu, nawet alarmowego (było po 22). Dym się nie wydobywa, drzwi zimne, ale mimo to warto sprawdzić, co się tam stało, poza tym pisk był już bardzo głośny i było go wyraźnie słychać u mnie w mieszkaniu. Zadzwoniłam w takim razie na straż pożarną. Dyspozytor podziękował za zgłoszenie i powiedział, że wysyła natychmiast ekipę z ciężkim sprzętem (trzeba się do tego pomieszczenia jakoś dostać). Za chwilę przyjechały 3 wozy na sygnale, wybiegł z nich tłum strażaków, dostali się do pomieszczenia i zresetowali czujnik dymu. Winne okazały się tylko wyczerpane baterie. Co ciekawe, przez ten cały czas, nikt z sąsiadów nie zainteresował się, co się dzieje i dlaczego przed klatką stoi kilka wozów straży pożarnej na sygnale.

Spisujemy jeszcze tylko szybko protokół i panowie się żegnają, kiedy na sygnale przyjeżdża policja. Jak się okazuje, wezwana przez babcię z góry z powodu zakłócania ciszy nocnej (babcia poskarżyła się policji, że sąsiedzi hałasują, nie dodała jednak, że chodzi o straż pożarną). Policjanci i strażacy, widząc się nawzajem, byli lekko zdezorientowani, ale zaraz w koszuli nocnej i wałkach na głowie zeszła babcia z góry, pomstując na czym świat stoi o "hałasowanie po nocy strażą pożarną" i żądając od policji zrobienia z tym porządku. Główny strażak puknął się w czoło, pytając babcię, czy jak następnym razem zapali jej się pod dupą, to mają nie gasić. Babcia na to, że ona mieszka na czwartym piętrze, do niej żaden ogień nie dotrze i ona sobie żadnej straży pożarnej na przyszłość nie życzy. Dostała pouczenie.

3. Sąsiad pedant z naprzeciwka.

Bardzo sympatyczny, samotny pan, w wieku trudnym do określenia, coś pomiędzy 30 a 60. Dość pedantyczny, swoje mieszkanie odkurza codziennie punktualnie o 5 rano, a jego sposób wieszania prania przypomina szachownicę (w sensie tak równiutko jak od linijki).

Niedługo po przeprowadzce do Monachium musieliśmy wyjechać na 4 dni do Polski. Mieliśmy wtedy chomika i ponieważ lecieliśmy samolotem i nie mogliśmy go ze sobą zabrać, musieliśmy poprosić kogoś z sąsiadów, żeby pod naszą nieobecność dał mu jeść i zmienił wodę w poidełku. Mieliśmy parę zaufanych sąsiadów (Polka i jej partner), ale niestety wyjeżdżali w tym samym czasie, więc musieliśmy poprosić kogoś innego. Padło na pana z przeciwka. Pan bez problemu się zgodził, przyszedł zobaczyć chomika, pogłaskał go (chomik był trochę nietypowy, bo do wszystkich szedł i uwielbiał, jak go ktoś głaskał lub nosił na rękach), opowiedział nam, że jako dziecko sam chciał mieć chomika, więc oczywiście, zajmie się najlepiej, jak będzie umiał.

Po powrocie zauważyliśmy, że pan z naprzeciwka nie tylko karmił i poił chomika, ale również wysprzątał mu klatkę, kupił dodatkowe trociny, a oprócz tego wysprzątał nam mieszkanie: wyniósł śmieci, odkurzył, umył podłogi (nie żebyśmy wcześniej mieli brudno, ale widać było, że jest świeżo wymyte, poza tym środki czystości stały na wierzchu) i poprzestawiał kwiatki na parapetach, żeby stały równiutko. Trochę "overkill". Poszliśmy do pana podziękować za opiekę nad chomikiem i pytamy, dlaczego u nas sprzątał, bardzo oczywiście miło z jego strony, ale nam głupio tak teraz i w ogóle. On na to, że chomikowi sprzątał codziennie klatkę, żeby miał czyściutko i skończyły mu się trociny, to kupił nowe. A jak zmieniał trociny, trochę wysypało mu się na podłogę i chciał odkurzyć, a jak już zaczął odkurzać, to wysprzątał całe mieszkanie. Bardzo miło, no ale naprawdę nie trzeba było.

Jakiś miesiąc później chciałam zrobić na szybko coś na kolację i przypomniałam sobie, że w zamrażalniku miałam pudełko z sosem bolognese, którego kiedyś zrobiłam więcej i zamroziłam. Zanurkowałam w zamrażalniku, wyciągnęłam gdzieś z głębi pudełko i widzę, że połowy sosu nie ma. I to nie tak, jakby ktoś rozmroził, zjadł połowę i zamroził resztę, tylko połowa zamrożonego sosu była idealnie równiutko odkrojona. Pytam się byłego, dlaczego zjadł połowę sosu, nic mi nie mówiąc, i go jeszcze tak głupio kroił zamiast rozmrozić. On na to, że nie wie, o czym mówię. Przecież zawsze jemy razem.

Zaczęliśmy się zastanawiać, co się mogło stać. I przypomnieliśmy sobie o panu z przeciwka, który jako jedyny przebywał w naszym mieszkaniu pod naszą nieobecność. Widocznie zgłodniał podczas sprzątania i się poczęstował. Nie żebym mu tam żałowała, czym chata bogata, ale to jednak trochę zbyt dziwne, zwłaszcza że pudełko z sosem nie leżało na wierzchu, tylko było dość głęboko schowane. Nie chcieliśmy myśleć, gdzie jeszcze grzebał, czego jeszcze szukał i co przestawiał, żeby było równiutko; postanowiliśmy na przyszłość nie dawać mu kluczy.

4. Dziadek nazista z klatki obok. O ile w poprzednich przypadkach można mówić o nieszkodliwych dziwactwach, to z nim naprawdę jest problem. Nienawidzi cudzoziemców i opowiada wprost, jak to za pana na H było dobrze, bo "robił porządek z Auslendrami" i wtedy to były czasy, a teraz nie ma czasów. Sąsiadów atakuje bezpośrednio (wyzywając, grożąc, strasząc dzieci, niszcząc mienie) lub pośrednio przez pisanie wyssanych z palca skarg, donosów, pozwów (żona jest emerytowanym prawnikem, więc pewnie ona mu je pisze), nasyłanie policji itd. Czepia się tak absurdalnych rzeczy, że ktoś podlewa kwiatki na swoim balkonie i przy tej czynności wystaje ponad barierkę, a w regulaminie wspólnoty jest napisane, że nic na balkonie nie może ponad barierkę wystawać, albo że ludzie w okresie świątecznym dekorują okna, a jemu to przeszkadza. Szczególnie cięty jest na ludzi z Europy środkowo-wschodniej.

Mnie ze względu na nazwisko oraz fakt, że przez kilka lat jeździłam samochodem z kierownicą po drugiej stronie, uważa za Brytyjkę, a ja nie wyprowadzam go z błędu, więc mam jeszcze względny spokój. Względny w porównaniu z innymi, ale swoje też z nim przeszłam. Raz miałam przeciętą oponę i raz urwane lusterko (zgłoszone na policję, ale że za rękę nie złapałam, nic nie mogą zrobić; fakt, że dziadek dzień wcześniej pluł się do nas o auto na obcych blachach, a do zniszczeń doszło w garażu podziemnym, do którego dostęp mają tylko mieszkańcy nie był wystarczającym dowodem) - skończyło się, jak przerejestrowałam samochód. Raz widział mnie, jak wyrzucałam śmieci i odniósł mi je do domu, bo on sobie nie życzy "auslenderskich" śmieci w niemieckich kontenerach (tu miał pecha, bo drzwi otworzył mu mój były, Niemiec, więc dziadek budynek opuścił niemalże na kopach). Kiedy miałam remontowany balkon, stał pod nim codziennie i robił kafelkarzowi zdjęcia oraz napisał kilka donosów do właścicielki mojego mieszkania, opisując, jak ja to mieszkanie niby zdewastowałam. Właścicielka przekazała mi kopie listów, które od niego dostała, a ja wybrałam się z nimi do dziadka, w swojej naiwności licząc na to, że uda mi się z nim porozumieć jak z człowiekiem i wyjaśnić temat.

Przeliczyłam się, dziadek mnie opierdzielił i zwyzywał, a potem napisał skargę do administracji osiedla oraz właścicielki mieszkania, jak to ja go niby naszłam w domu późnym wieczorem, agresywnie się zachowując. Na szczęście przed rozmową z dziadkiem włączyłam nagrywanie w telefonie, więc bez problemu udowodniłam, ze "późny wieczór" była to 18:50, a agresywny był wyłącznie on. Właścicielka najpierw próbowała interweniować w jego sprawie w administracji, tam jednak powiedziano jej mniej więcej, że oni chcą mieć święty spokój, dlatego łatwiej jest im iść na rękę dziadkowi. Ostatecznie kobieta poinformowała go, że jeśli ja przez jego szykany się wyprowadzę, to ona pozwie go za poniesione przez nią straty czy utratę dochodu czy coś tam, i że nie odpuści. Nie wiem, czym tam go jeszcze postraszyła, ale chyba pomogło, bo na razie, odpukać, mam od 4 lat spokój, dziadek, jak mnie widzi, nawet mi grzecznie mówi „dzień dobry”.

Przerąbane ma za to moja sąsiadka Polka ze swoim partnerem (partner pochodzi z Rumunii). Na swoje nieszczęście mają jeszcze psa. Co chwilę mają kontrole z różnych miejsc, gdyż dziadek donosi, że dewastują mieszkanie, że znęcają się nad psem, że po nim nie sprzątają (po psie, owszem, sprzątają, dziadek jednak podąża ich tropem, wyciąga torebki z odchodami ze śmietnika, rozrzuca zawartość, fotografuje i pisze donos), że pies jest niebezpieczny i atakuje ludzi, że kradną samochody i łupy trzymają w garażu, i tak dalej, i tak dalej, co tylko dziadkowi przyjdzie do głowy. Oprócz tego dziadek działa również bezpośrednio, zostawiając im na wycieraczce dwójeczki (produkcji zapewne własnej), kradnąc im pocztę ze skrzynki, co jakiś czas mają też uszkodzony samochód.

Każda taka akcja jest zgłaszana, tylko że albo nie został złapany za rękę (więc wszyscy wiemy, kto to, ale nie można udowodnić), albo, jak już zostanie na czymś złapany, typu wyzwiska czy przysłanie pogróżek (robi to swoją drogą tak sprytnie, że między wierszami można bez problemu wyczytać, że dziadek czymś grozi i z jakiego powodu, ale oficjalnie nie ma się do czego przyczepić), gdzie podpisuje się imieniem i nazwiskiem, okazuje się, że dziadek ma jakieś tam "żółte papiery" i nic mu nie można za bardzo zrobić. Stopień jego niezrównoważenia nie jest jednak na tyle silny, żeby uznać, że stanowi zagrożenie i zamknąć go w zakładzie. Wszystkie donosy dziadka traktowane są za to z pełną powagą. W pewnym momencie moi sąsiedzi byli oboje już tak udręczeni, że brali pod uwagę rozwiązanie wymagające czarnego worka i metalowej rurki.

Wyprowadzka w mieście, gdzie mieszkań jest o wiele mniej niż chętnych, a ceny najmu są astronomiczne nie wchodziła u nich w grę, ze względu na to, że mając psa mieli marne szanse na wygranie castingu, a niski dochód nie pozwalał na płacenie wyższego czynszu. Zresztą nie mieli też gwarancji, że w nowym miejscu nie trafiliby na drugiego takiego wariata.

Kilka miesięcy temu dziadek się jednak doigrał. Wpuszczając super glue do zamków w ich samochodzie niechcący nagrał się na kamerkę samochodową zamontowaną w ich drugim samochodzie, zaparkowanym bezpośrednio za tamtym. Nareszcie był konkretny dowód, wezwali policję, dziadek miał sprawę w sądzie, którą przegrał. Musiał zapłacić karę oraz zasponsorować im nowe zamki (plus opłacić koszty postępowania). Najpierw biegał po osiedlu, skarżąc się naokoło, jak go sąsiedzi imigranci prześladują i musi zapłacić kilka tysięcy kary, a nie ma biedny z czego, potem zmienił zdanie i chwalił się, jak to wygrał sprawę przeciwko imigrantom i oni muszą teraz wypier… z jego kraju, a następnie poszedł się chyba poskarżyć lokalnej prasie, gdyż niedługo później w lokalnej gazecie (link podesłała sąsiadka) ukazał się artykuł o tym jak to biedny emeryt mobbingowany przez sąsiadów cudzoziemców miał sprawę w sądzie, mimo iż ci, jego zdaniem, nie mieli żadnych dowodów jego winy. Gdyby ktoś był ciekaw, tutaj artykuł (co prawda po niemiecku, ale google daje radę - lepiej tłumaczyć na angielski, ale po polsku też idzie się zorientować):
https://www.merkur.de/lokales/ebersberg/ebersberg-ort28611/nachbarschaftsstreit-wird-vor-amtsgericht-eberberg-verhandelt-rentner-74-muss-zahlen-10260464.html.

Wyjaśnienie odnośnie artykułu. Pomijając fakt, że jest on napisany tak bełkotliwie, iż, nie znając sprawy, miałabym trudności ze zorientowaniem się, o co tam chodzi (dziadek go chyba dyktował), pojawia się pewna nieścisłość. Sąsiadka mówi, że dziadek sprawę przegrał i został obciążony wszystkimi kosztami (których wyszło łącznie ponad 3000 euro). W artykule podane jest, że sprawę niby umorzono, jednak dziadek mimo to dostał karę (co się chyba trochę kupy nie trzyma, ale nie jestem prawnikiem, nie znam się), ale nie musiał zwracać kosztu nowych zamków. Jak było naprawdę, wiedzą tylko sami zainteresowani, ale biorąc pod uwagę inne bzdety, które dziadek wypisywał, osobiście skłaniam się raczej ku wersji sąsiadki i że dziadek naziol naopowiadał głupot dziennikarzowi

sąsiedzi

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (133)

#86287

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana mi wczoraj przez koleżankę. Okołowirusowa.

Zacznę od tego. Co roku w kwietniu w Mediolanie w ramach Milano Design Week organizowane są największe na świecie targi wnętrzarskie Salone del Mobile. Wzdłuż targów meblowych odbywają się również wystawy EuroCucina (gdzie nowe produkty prezentują projektanci/producenci sprzętu AGD, mebli kuchennych i armatury), Bagno (czyli wszystkie produkty okołołazienkowe) oraz EuroLuce (oświetlenie).

Koleżanka pracuje w dużym koncernie produkującym sprzęt AGD i jako że jest jednym z kierowników marketingu, kopnął ją zaszczyt organizowania wystawy swojej firmy w ramach tegorocznej EuroCuciny. Miała to robić razem z dwojgiem innych pracowników. Spędzili nad tym kilka miesięcy, wszystko było dopięte na ostatni guzik: showroom w mieście, stoisko na targach, wydarzenie dla prasy, wieczorny bankiecik i co tam jeszcze. I wydarzył się wirus.

Wszystkie europejskie wiosenne targi zostały odwołane lub przeniesione na jesień (co ma sens), z wyjątkiem Salone, które ma odbyć się już w czerwcu, w dodatku zbiegnie sie w czasie z Fashion Weekiem. Plan bardzo ambitny, ale Włosi najwyraźniej uznali, że dadzą radę. Ekipa koleżanki zaczęła przenosić wystawę na czerwiec.

Kilka miesięcy temu koleżance zmienił się szef. Dotychczasowy (bardzo miły facet - jako że ta firma jest jednym z naszych klientów, miałam okazję poznać go osobiście, właśnie podczas targów) zmienił pracę i przyszedł nowy, ambitny Pan Dyrektor. Pan Dyrektor jest jedną z osób, o których eufemistycznie mówi się, że mają "trudny charakter". Do tego stopnia, że koleżanka jest na etapie szukania sobie innego stanowiska w strukturach firmy, żeby tylko nie musieć z nim dłużej pracować.

Po wybuchu epidemii w Niemczech firma koleżanki, podobnie jak wiele innych, wprowadziła środki bezpieczeństwa: zakaz jakichkolwiek podróży służbowych, kto może niech pracuje z domu, zakaz zebrań oraz chodzenia grupami do kantyny.

Pan Dyrektor nie zastosował się jednak do wytycznych i jakiś tydzień (może półtora) temu zwołał zebranie całego działu, żeby przedyskutować strategię na najbliższe miesiące z uwzględnieniem nowej daty targów. Koleżanka z ekipą zdają relację, jak przebiegają przygotowania, informują go jednak, że jest spore ryzyko, iż nic z tego nie będzie - lokalizacje zarezerwowane na kwiecień nie są w czerwcu dostępne, trzeba poszukać nowych, a pewnych rzeczy nie da się zrobić telefonicznie i mailowo, trzeba być na miejscu i ogarniać sprawy osobiście, co w obecnej chwili nie jest możliwe ze względu na obowiązujący w firmie zakaz podróży oraz bardzo ograniczone możliwości przelotu.

Co na to Pan Dyrektor? Że on jak najbardziej zdaje sobie sprawę z obowiązującej polityki firmy i nie wymaga od nikogo, żeby ją łamać i odbywać podróże służbowe wbrew zakazowi. Mają wziąć tydzień urlopu i jechać prywatnie. Jeśli nie mają czym dolecieć, zorganizować sobie samochód i jechać samochodem. Pracownikom na takie dictum opadły szczęki, ktoś zaproponował, żeby może Pan Dyrektor zaświecił przykładem i pojechał tam sam, skoro uważa, że to taki dobry pomysł, bo nikt tu nie jest nienormalny i nie będzie ryzykował i narażał swojego zdrowia w imię pokazu piekarników. Odpowiedź Pana Dyrektora, że tak powiem, klasyczna - jeżeli komuś się nie podoba, nie ma obowiązku pracy w tej firmie. On ma swoje oczekiwania, które oni mają spełnić. Opinię tę wygłosił przy 17 osobach.

Po zebraniu większość pracowników stwierdziła, że mobbing mobbingiem, ale pan trochę przekroczył granice i w zasadzie otarł się o kryminał, więc wypadałoby to zgłosić. Poszli do HR. Jak się Pan Dyrektor tłumaczył? Że to przecież żart taki był, on tego nie mówił na poważnie. No jeśli ktoś poczuł się urażony, to on oczywiście przeprasza (non-apology level polski celebryta), ale zaskoczony jest, jak bardzo jego pracownikom brakuje poczucia humoru i dystansu. I się sprawa rozeszła po kościach.

A w piątek firma podjęła decyzję o oficjalnym wycofaniu się z udziału w targach, które, jak wieść gminna niesie, zapewne i tak się w tym roku nie odbędą.

targi

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (115)

#86176

(PW) ·
| Do ulubionych
Rekruterzy... Ponieważ mimo pewnych piekielności mojego szefa z obecnej pracy jestem generalnie zadowolona (praca w małej firmie płatna jak w korpo, wolne piątki, sama praca ciekawa, oprócz tego święty spokój i raj introwertyka - biuro tylko dla siebie i brak trajkoczących nad głową kolegów), nie szukam na razie sama niczego nowego. Warunki dobre, więc, cytując klasyka, "co sobie będę obcego wroga szukać". Dostaję jednak oferty od rekruterów, którzy znajdują mój profil czy na LinkedIn, czy na innym portalu. Przeglądam je i jeśli coś brzmi ciekawie, decyduję się na rozmowę, a nuż trafi się okazja życia :)

W większości oferowane warunki są porównywalne do moich obecnych, czasami gorsze, czasami na papierze minimalnie lepsze. A czasami zastanawiam się, co dokładnie kierowało rekruterem, żeby przysłać mi ofertę tak kompletnie oderwaną od mojego zawodu, doświadczenia i aktualnej pozycji, i jeszcze mnie przekonywać, jaka jest super i jaki błąd popełniam, że z niej rezygnuję. 4 przykłady z zeszłego roku.

1. Dzwoni pani rekruterka, szukają administratora SharePointa do jakiejś tam firmy. Zaczyna mi opowiadać z prędkością karabinu maszynowego, na czym praca będzie polegać i jakie wspaniałe warunki są oferowane. Korzystając, że pani zrobiła przerwę na nabranie powietrza, udaje mi się wejść jej w słowo i powiedzieć, że muszę ją uprzedzić, że program co prawda, dobrze znam, zajmowałam się jego administracją kiedy pracowałam w firmie, która go stworzyła, ale nie jestem informatykiem, znam program na wylot od strony użytkownika, ale np. o serwerach, SQLach i takich tam nie mam pojęcia, więc jeśli szukają kogoś na stanowisko typowo informatyczne, to nie traćmy sobie nawzajem czasu, bo nie umiem, nie znam się, nie mam kwalifikacji. Pani powiedziała, że to nic nie szkodzi i spytała, czy byłabym gotowa nauczyć się nowych rzeczy, ponieważ firma oferuje kompleksowe szkolenia dla nowych pracowników. Ja na to, że jeśli uważają, że spełniam wymagania i są w stanie nauczyć mnie rzeczy, których nie umiem, to dlaczego nie. Warunki oferują dobre, mogę spróbować. Pani bardzo zadowolona, prosi, żeby przysłać jej uaktualnione CV oraz dodatkowy dokument, w którym muszę jak najobszerniej napisać, co dokładnie robiłam w tym programie. Napisałam, wyszła tego strona A4, wysłałam.

Dwa dni później pani dzwoni i mówi, że jest bardzo zawiedziona i że chyba się nie zrozumiałyśmy. Co ja tu jej za bzdury wysłałam? Wykaz czynności jest opisany od strony użytkownika, a gdzie serwery, SQLe i takie tam? Poza tym oni szukają absolwenta informatyki, a nie filologii angielskiej, więc po co ja im głowę zawracam i czas marnuję? Przypomniałam pani, że po pierwsze, to oni mnie zawracają głowę, a nie ja im, bo to oni się ze mną kontaktowali, a po drugie, o wszystkim, czego się teraz czepia uprzedziłam w pierwszym zdaniu w naszej pierwszej rozmowie telefonicznej, wyrażając wątpliwość, czy na pewno jestem tym kandydatem, jakiego szukają, a ona zapewniała, że nie stanowi to problemu, więc o co teraz ma pretensje. Pani rozłączyła się bez słowa.

2. Dzwoni rekruter z firmy z jabłuszkiem. Nie ukrywam, że bardzo się ucieszyłam, gdyż jest to jedna z firm, w których praca stanowi obiekt moich mokrych snów. Natknęli się na mój profil na LinkedIn i chcieliby zaproponować mi pracę, czy byłabym zainteresowana. No jak nie jak tak! Z wielkim bananem na twarzy wyrażam zainteresowanie, po czym pan przystępuje do szczegółów oferty. A mnie rzednie mina. Po pierwsze, konieczna byłaby przeprowadzka do Irlandii, więc absolutnie odpada (zastanowiło mnie, dlaczego na stanowisko w Irlandii szukają kandydatów w Niemczech). Chcę podziękować i się rozłączyć, rekruter jednak nie ustępuje: fajne stanowisko, dobra pensja i w dodatku pokrywają koszty przeprowadzki. Skoro nalega, pytam o szczegóły. No i tak. "Fajnym stanowiskiem" okazuje się praca w call center, "dobrą pensją" kwota, która była bardzo marna już w 2005, a przy obecnych cenach nie wynajmie się za nią nawet pokoju, a kwota, którą oferują na przeprowadzkę, pokryje jej realne koszty może w 20%. Mimo usilnych namów pana rekrutera nie skorzystałam. Obawiam się tylko, że ktoś, kto nie ma orientacji w irlandzkich cenach (już zrozumiałam, dlaczego kandydatów szukali za granicą), skusi się, podpisze umowę i na miejscu zobaczy, w co się wpakował.

3. Zewnętrzny rekruter, szukają pracownika do firmy zajmującej się dajmy na to produkcją klejów. Branża kompletnie poza zasięgiem moich zainteresowań, ale stanowisko podobne do tego, które mam obecnie, a widełki zarobków, które podali też nie wyglądają źle (rozpiętość od trochę mniej niż mam w tej chwili do ponad 10 tys. więcej w skali roku). Można spróbować i zobaczyć co będzie.

Odbyłam rozmowę z rekruterką i po kilku dniach dostałam dobrą wiadomość, szefostwo fabryki kleju zaprasza na rozmowę w siedzibie firmy. Wzięłam dzień urlopu i jadę. Dobrze, że wyjechałam wcześniej, gdyż po przybyciu na miejsce okazało się, że wokół całego budynku nie ma ani pół miejsca parkingowego. Na uliczkach wokół wszędzie zakaz parkowania, w końcu po 15 minutach eksploracji terenu udało mi się znaleźć supermarket z małym parkingiem (oczywiście tylko dla klientów). Czas naglił, więc z braku innych opcji zaryzykowałam, modląc się, żeby przez czas trwania rozmowy nie odholowano mi auta i pędzę do siedziby firmy.

Przywitało mnie trzech panów dyrektorów i odbyliśmy rozmowę. Część merytoryczna przeszła, wydaje mi się, w porządku, panowie wydawali się zadowoleni, mnie też się dobrze z nimi rozmawiało. Przeszliśmy do ostatniej części, czyli warunki zatrudnienia. I nastąpił zonk.
- Umowa? Nie jest bezpośrednio z pracodawcą, tylko przez zewnętrzną agencję. Tak będzie przez 2 lata, a potem się zobaczy.
- Zarobki? Te widełki to były tak dla picu. Ich budżet pozwala tylko na tę najniższą stawkę, od której należy jeszcze odjąć 20% prowizji dla agencji zatrudnienia.
- Godziny pracy? Teoretycznie 40 tygodniowo, praktycznie wymagane będą nadgodziny, duuużo nadgodzin, oczywiście niepłatnych.
- Możliwość dojazdu? Własny samochód odpada - miejsca parkingowe w garażu podziemnym przysługują tylko pracownikom zatrudnionym bezpośrednio. Komunikacja publiczna w zasadzie też, bo firma mieści się na zadupiu, a najbliższa stacja kolejki podmiejskiej jest ponad 3 kilometry od biura. Autobusu ze stacji kolejki brak. To jak można do nich dojeżdżać? Nie ich problem, przeprowadzić się gdzieś bliżej i jeździć rowerem.
- Wymiar urlopu? "nasi pracownicy nigdy nie biorą urlopu. W tej firmie się pracuje, a nie chodzi na urlop".

W tym momencie pogrzebałam swoje szanse na tę intratną posadkę, bo nie powstrzymałam się przed pytaniem, co oni na to, żebym przyniosła sobie do pracy śpiwór i poduszkę. No bo skoro wymagają pracy do późna, urlopu brak, dojechać nie ma czym, pensja marna, to chociaż na czynszu zaoszczędzę.

Do współpracy nie doszło.

4. Również zewnętrzny rekruter. Firma - gigant w branży IT (znana z wypasionych biur i ambiwalentnych opinii na temat atmosfery w pracy) szuka pracownika do rozbudowywanego monachijskiego oddziału. Przysłali mi opis stanowiska: Executive Assistant jakiegoś korpoprezia. Ok, bardzo mi miło, że zwrócili na mnie uwagę, możliwość pracy u nich bardzo nobilitująca, samo stanowisko - no nie wiem, to zależy od osoby pana prezia, nie chcę się niechcąco wpakować w szefa socjopatę, a tych na stanowiskach korpopreziów nie brakuje, ale w rekrutacji chętnie wezmę udział, nawet jeśli nie zakończy się współpracą, to chociaż dla samego doświadczenia. Umawiamy się na rozmowę, najpierw przez Skype z rekruterem, a jeśli ta wypadnie pomyślnie to będę mieć rozmowy osobiście z potencjalnym szefem, HaeRowcem i kim tam jeszcze (rekrutacja w tej firmie jest wieloetapowa). Pani pyta mnie jeszcze o oczekiwania finansowe. Podaję kwotę, dla której w ogóle opłaca mi się rozważać zmianę pracy. Pani stwierdza, że trochę dużo, na co mówię jej, ile zarabiam obecnie i że za pensję taką samą lub mniejszą nie opłaca mi się do nich przechodzić. W końcu pracę zmieniamy po to, żeby nam było lepiej a nie gorzej. Pani się zgodziła i powiedziała, że "zobaczy, co da się zrobić". Kazała mi jeszcze tylko dosłać CV napisane wg ich wytycznych, które polegały m.in. na tym, że jeśli pracę w jednej firmie zakończyłam powiedzmy w czwartek 31.12, a w kolejnej rozpoczęłam w poniedziałek 4.01, musiałam podać również informację, co robiłam przez piątek, sobotę i niedzielę.

Rozmowa z panią rekruterką wypada pomyślnie, dostaję informację, że zakwalifikowałam się do następnego etapu i musimy ustalić termin wielogodzinnego "przesłuchania" u nich w biurze. Nauczona doświadczeniem z fabryki kleju i nie chcąc marnować kolejnego dnia urlopu na coś, co ostatecznie okaże się bez sensu, proszę panią, żeby przed kolejnym etapem przysłała mi dokładne warunki zatrudnienia. Rodzaj umowy, zarobki, godziny pracy, kwestia nadgodzin, wymiar urlopu, gdzie jest biuro i jak tam dojechać. Wszystko, nawet czy mają owocowe środy.

I dobrze, że spytałam, oszczędziłam sobie czasu. Oferta bowiem wyglądała tak: umowa przez agencję pracy tymczasowej, na zastępstwo za pracownicę, która jest na macierzyńskim i planuje z niego wrócić, a więc tylko na rok bez możliwości przedłużenia ani przejęcia bezpośrednio przez pracodawcę. Mogą ją za to skrócić, jeśli pracownica zdecyduje się wrócić z urlopu wcześniej. Zarobki co do centa takie same, jak w mojej obecnej pracy. Zadzwoniłam do pani rekruterki i podziękowałam, ale jednak nie skorzystam, z tej i tej przyczyny, no nie kalkuluje mi się to w żaden sposób. I tu zaczęła się piekielność pani, która zamiast przyjąć do wiadomości, zaczęła mnie przekonywać, jak głupio robię rezygnując z takiej wspaniałej oferty, że tej firmie się nie odmawia i że ona jest pewna, że mój pracodawca na pewno mnie zaraz zwolni i zostanę z niczym. A już na pewno mnie zwolni, jak dostanie od niej informację, że szukam za jego plecami innej pracy. Spuściłam panią po linie.

Na wypadek, gdyby pani strzeliło do głowy faktycznie kontaktować się z moim szefem, ubiegłam ją i poinformowałam go sama, że taka i taka firma złożyła mi propozycję, ale nie przyjęłam, bo wolę zostać u niego. Tak się ucieszył, że dostałam jeszcze miły bonus za lojalność.

Rekruterzy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (200)

#86091

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam w tym tygodniu wenę i trochę luzu, więc jeszcze was trochę pomęczę moją pisaniną. Wspominałam już o moim obecnym szefie, kreatywnym dizajnerze Januszu, jego milionie pomysłów na minutę (czasami oderwanych od rzeczywistości) i częstych zmianach zdania (#85995).

Raz na jakiś czas (średnio raz na 2-3 tygodnie, więc jeszcze do przeżycia) zdarzają się sytuacje typu, że np. każe mi zrobić, dajmy na to, zestawienie finansowe za ostatni kwartał (czy tam jakiś inny raport). Odpalam Excela, zaczynam robić. Po jakimś czasie Janusz mnie woła, że jest pilna sprawa, trzeba koniecznie, już, na-ten-tychmiast zamieścić coś na stronie internetowej - napisać tekst, zrobić grafikę (tzn. kupić zdjęcie z Shutterstocka i coś tam na nim przerobić, żeby było w gust Janusza) i wrzucić to na stronę. Nie ma sprawy. Klaruję jeszcze Januszowi bezsensowność jego spontanicznego pomysłu, żebym zadzwoniła do Shutterstocka, wytłumaczyła im kim on jest i przekonała, żeby dawali nam zdjęcia za darmo, tłumaczę, że prawdziwe życie tak nie działa, i mówię, że jak tylko skończę robić zestawienie, zajmę się stroną. Na to Janusz, że mam olać to zestawienie, w sumie nie jest mu już potrzebne, i robić stronę.

Mówisz i masz. Napisałam tekst, dłubię coś przy zdjęciu, Janusz znowu mnie woła. Pilna sprawa, trzeba natychmiast rozesłać maile do kilkudziesięciu klientów i ich o czymś poinformować. Mówię, że spoko, ze stroną zejdzie mi jeszcze jakieś pół godziny, skończę, roześlę maile. Nie nie nie, strona nie jest taka pilna, zostawić ją, mogę skończyć później, mam się od razu brać za maile. To się biorę. Rozesłałam mniej więcej połowę, kiedy słyszę wołanie Janusza, że "gdzie do cholery jest to zestawienie, o które prosił rano i dlaczego ja nigdy nie zrobię niczego do końca?" No tak, bardzo ciekawe, dlaczego…

Sytuacja z zeszłego tygodnia, która mocno podniosła mi ciśnienie. W odróżnieniu od obecnego, kiedy moja praca ogranicza się głównie do odbębnienia dupogodzin, wysłania kilku maili i szukania sobie na siłę zajęć, podczas gdy Janusz przyjdzie tylko na parę godzin, porobi wiatr i pójdzie do domu, zeszły tydzień był jednym z tych, kiedy w biurze spędza się 10-12 godzin, nie bardzo mając się kiedy wysikać, że o luksusie w postaci przerwy na lunch nie wspomnę. Bo terminy, dedlajny i inne takie. Tak więc zawalona robotą po uszy, gaszę jeden pożar za drugim (bo wtedy zawsze kilka rzeczy musi jeszcze pójść nie tak, do tego każdy ma jakiś pilny problem), starając się ze wszystkim zdążyć i w miarę możliwości wyjść do domu przed 20.

W środowy poranek Januszowi się przypomina, że trzeba obdzwonić około 60 klientów i ich o pewnej sprawie poinformować. Żadnych maili, sprawa jest ważna, nie możemy ryzykować, ze ktoś nie przeczyta, z każdym trzeba porozmawiać. Wykonanie 60 telefonów to jest dobre kilka godzin roboty. Zaczęłam dzwonić, a kątem oka sprawdzam pocztę. Po jakiejś godzinie robię sobie chwilę przerwy i odpisuje na kilka najpilniejszych maili. W tym momencie wzywa mnie Janusz z pytaniem, co to ma znaczyć, że on słyszy ciszę, dlaczego ja nie dzwonię (drzwi do naszych biur są zawsze otwarte, więc słyszymy się nawzajem). Mówię, że owszem cały czas dzwonię, tylko muszę w tej chwili odpowiedzieć na kilka maili. On na to, że mam zostawić maile, zajmę się tym później bądź jutro, teraz mam się zająć dzwonieniem i niczym innym. Potwierdzam jeszcze, czy na pewno, bo parę rzeczy bardzo pilnych. On obstaje przy swoim, więc dobra, skoro tak chce, jego firma, on decyduje. No to przez najbliższe godziny dzwonię bez przerwy (co on też słyszy), co jakiś czas zdając mu relację lub zadając pytania.

Mniej więcej koło 15:30 byłam gotowa z telefonami i spojrzałam do Outlooka. Spośród kilkudziesięciu nieprzeczytanych wiadomości szczególnie rzuciła mi się w oczy jedna. Od Janusza. Oznaczona jako pilna i z napisanym caps lockiem i opatrzonym wykrzyknikami tytułem "WIELKA PROŚBA!!!!!!" Pomyślałam sobie, że znając Janusza, teraz pewnie będzie chciał, żebym jeszcze zrobiła coś, co nie należy do moich obowiązków (typu wypowiedzieć jego prywatną umowę z ubezpieczalnią), jakbym nie miała już wystarczająco dużo na głowie. Ale nie, źle myślałam. Nie doceniłam jego inwencji. Mail brzmiał bowiem mniej więcej:

"Domyślam się, że dużo się w twoim życiu obecnie dzieje i jesteś pewnie zajęta planowaniem ślubu, wakacji i innych rzeczy. Mam jednak WIELKĄ PROŚBĘ, żebyś nie robiła tego w godzinach pracy. Dzisiaj cały dzień byłaś zajęta nie wiadomo czym. Teraz jest godzina 15, a ja widzę, że nie odpowiedziałaś jeszcze na maile, które przyszły przed południem. To absolutnie NIEAKCEPTOWALNE i nie będę tego tolerował. Zmuszanie ludzi do czekania na odpowiedź jest nieprofesjonalne. Tak więc oczekuję, że szczególnie w tak gorących okresach jak teraz, będziesz bardziej skupiona i skoncentrowana na swoich obowiązkach i nie będziesz się, tak jak dzisiaj, cały dzień zajmować prywatnymi sprawami."

Pierwszą reakcją, na którą miałam ochotę, było walenie głową w stół. Nie byłam tylko pewna, czyją głową - swoją, czy jego. Powstrzymuję jednak tę chęć i idę do Janusza wyjaśnić temat. Przypominam mu, że dobrze wie, czym się dzisiaj cały dzień zajmowałam, zresztą na jego wyraźne polecenie, sam mi kazał maile zostawić na później, więc o co chodzi. Poza tym, takich zarzutów, napisanych tym tonem i w dodatku niczym nieuzasadnionych sobie zwyczajnie nie życzę. Odpowiedź? No tak, on wie, że cały dzień dzwoniłam, pamięta, co powiedział rano, ale w międzyczasie przemyślał sobie temat i doszedł do wniosku, że jednak powinnam w międzyczasie czytać też maile i na nie odpowiadać. A przedstawione zarzuty? Mam nie brać do siebie, chciał po prostu dodać swojej wypowiedzi dramatyzmu... Ponownie przemknęła mi przez myśl wizja walenia głową w stół, tym razem już bez wątpliwości, czyją.

Januszex

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (170)

#86079

(PW) ·
| Do ulubionych
Staram się nie zamieszczać kilku historii naraz, ale pewna sprawa gryzie mnie od dwóch dni. W piątek byłam umówiona na spotkanie ze znajomym z byłej pracy.

Na początek muszę dać trochę przydługi wstęp (w sumie też dość piekielny), żeby nakreślić postać tego znajomego i naszą relację.

Na początku mojego pobytu w Monachium podjęłam pracę w dużym amerykańskim korpo IT. Parę miesięcy później do mojego działu doszedł nowy pracownik. Ponieważ asystowałam przy jego rekrutacji, organizując mu wszystko, a potem w pierwszych tygodniach pracy pomagałam mu się wdrożyć, "prowadząc go za rączkę", siłą rzeczy spędzaliśmy mnóstwo czasu rozmawiając ze sobą i się nawet polubiliśmy. Laurent na co dzień mieszkał w innym kraju, biuro w Monachium odwiedzał raz na kilka tygodni. Lubiliśmy ze sobą rozmawiać, zawsze podczas jego wizyt przynajmniej raz jedliśmy razem lunch, gadając o różnych rzeczach.

Któregoś wieczoru, po służbowej kolacji (nasz szef zawsze organizował wspólną kolację całego działu, ilekroć odwiedzał nasze biuro) poszliśmy we dwójkę jeszcze na drinka. Wypity alkohol zrobił swoje i zebrało nam się na zwierzenia. Mnie akurat wtedy rozsypało się pierwsze małżeństwo, a że reakcja moich najbliższych była, powiedzmy, daleka od wspierającej, potrzebowałam się komuś wygadać. On też opowiedział mi historię swojego życia, po wysłuchaniu której zaczęłam mu strasznie współczuć i doszłam do wniosku, że nie zamieniłabym się z nim za żadne pieniądze.

Biologiczna matka zostawiła w pierwszych tygodniach życia, kiedy miał 9 miesięcy został adoptowany przez parę bezdzietnych, dobiegających czterdziestki milionerów, którzy zaczęli go kształtować na swoją modłę. Zaczęli od zmiany jego imienia z tego, które nadała mu biologiczna matka, bo było "zbyt plebejskie" na imię rodowe, które nosił adopcyjny ojciec i dziadek, i pradziadek, a którego on sam szczerze nienawidził. Wychowywany był w przekonaniu, że na miłość i akceptację adopcyjnych rodziców musi sobie zasłużyć i całe jego życie upływało pod znakiem spełniania ich oczekiwań i dostosowywania się do ich wymogów, no bo w końcu "wyrwali go z biedy, wszystko im zawdzięcza, więc ma u nich dług".

Mimo, że marzył o studiach w wyższej szkole morskiej i wstąpieniu do marynarki, zostało mu to zabronione, ponownie jako "zbyt plebejskie" i zmuszony został do pójścia na bardziej godne studia w renomowanej szkole biznesu, które wybrali mu rodzice, po których pracował jako korpodyrektor w różnych korpo IT, której to pracy szczerze nienawidził, podobnie jak reszty swojego życia. Żonaty był z kobietą, której nie kochał, a którą wybrali mu rodzice jako najbardziej godną kandydatkę i aktualnie był w trakcie robienia licencji pilota, mimo że nienawidził latać, ale ojciec kazał, bo wszyscy mężczyźni w ich rodzinie ją mieli, a on przecież nie może się wyłamać i pozwolić, żeby górę wzięło jego plebejskie pochodzenie.

Efekt był taki, że był to najbardziej spięty i zestresowany człowiek, jakiego znałam, głęboko nieszczęśliwy, w dodatku cierpiał na jakieś zaburzenia odżywiania, co częste w takich sytuacjach, gdyż była to jedna z nielicznych rzeczy, którą mógł kontrolować sam.

Przy innej okazji wspominał jeszcze, że marzy o otworzeniu własnej działalności jako doradca/ business coach, bo go to interesuje odnajdywałby się w tym, lubi to robić (i faktycznie, bardzo dobrze mu to wychodziło). No ale, praca na własną rękę wiązałaby się, przynajmniej na początku ze sporym obniżeniem zarobków, więc rodzina by go chyba wyklęła, gdyby im taki wstyd przyniósł, w końcu nie dość że plebejskie zajęcie, to jeszcze gorzej płatne. Jakiekolwiek próby namówienia go, żeby może w wieku czterdziestu kilku lat zaczął jednak żyć własnym życiem i robić to, co go pasjonuje (i zawodowo, i w wolnym czasie, np. skoro nienawidzisz latać, a uwielbiasz żeglować, to zajmij się tym, a nie rób na siłę licencji pilota), przypominały mówienie do ściany, gdyż facet miał już tak wyprany mózg, że w ogóle nie brał pod uwagę, że mógłby robić coś innego niż żyć według wytyczonej dla niego ścieżki.

Po restrukturyzacji w firmie ja zmieniłam pracę, a jego wizyty w Monachium ograniczyły się do jednej na kwartał. Nadal utrzymywaliśmy ze sobą kontakt, z tym że już nie tak częsty. W 2016 roku dostał kontrakt w Stanach, gdzie spędził 3 lata i w tym czasie kontakt nam się praktycznie urwał. Zgadaliśmy dopiero jakiś miesiąc temu. A oto co się stało. W 2018 i 2019 rodzicom się zmarło (mieli prawie 90 lat). A Laurent odżył. Zmienił imię na Thomas, gdyż takie nadała mu biologiczna matka, rzucił prace w korpo i został tym kołczem, którym chciał zostać, zakończył swoje fikcyjne małżeństwo i zamieszkał na stałe w Monachium. Zmienił się też fizycznie, opalił się, przytył (w pozytywnym sensie, gdyż wcześniej był nienaturalnie wychudzony) oraz zmienił fryzurę i styl ubierania (przejrzałam sobie jego zdjęcia na portalu społecznościowym i pierwszy raz zobaczyłam go w "normalnych" ciuchach, bez krawata i wyprasowanego w kancik garnituru). Jednym słowem, odkąd zaczął żyć swoim życiem, chłop ewidentnie rozkwitł.

I teraz właściwa część. Końcem stycznia Laurent-Thomas zaproponował, żebyśmy zamiast klepać w te telefony, spotkali się i pogadali osobiście, co tam u kogo słychać. Zaproponował zeszły piątek. Zgodziłam się i spytałam o porę, czy bardziej popołudniowa kawa czy wieczorny drink, on na to, że w sumie chciałby mi tez podziękować za to, że go tak usilnie namawiałam na zmianę ścieżki kariery i czy w związku z tym pozwolę się zaprosić na kolację. Przyjęłam zaproszenie, on zaproponował lokal, na który też chętnie przystałam.

W piątek właśnie miałam wychodzić z domu, kiedy przyszła wiadomość whatsapp. Miała kilka linijek. W pierwszej Laurent-Thomas odwołał spotkanie (mocno w ostatniej chwili, dobrze, że jeszcze nie wyszłam). Spodziewałam się, że w następnych wersach przeprosi, poda powód i zaproponuje inny termin (tak wskazywałaby logika). Ale nie. Pozostałe linijki zajmowało zdanie "jeśli liczyłaś na darmowy posiłek i że się najesz na mój koszt, to jesteś w błędzie, nie będę niczyim sponsorem".

Muszę powiedzieć, że mnie kompletnie zatkało. O ile jeszcze może zrozumiałabym, chociaż nie, nie zrozumiałabym, ale powiedzmy mogłabym się teoretycznie liczyć z takim tekstem od przypadkowego palanta z Tindera, który leczy jakieś swoje kompleksy, ale nie od dorosłego faceta, z którym pracowałam i którego znam od ponad 8 lat, albo ewentualnie, gdyby zaproszenie było do restauracji z trzema gwiazdkami Michelin, a nie do małej pizzeryjki, gdzie pizza kosztuje 8 euro. Poza tym sam zaproponował, inicjatywa wyszła od niego.

Tak więc, czy jakiś spec od męskiej psychiki mógłby mi to wyjaśnić? Co tu się właśnie stało i skąd takie zachowanie? Bo ja nie umiem tego ogarnąć.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (165)

#86076

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii 86070, ale wyszła mi nowa historia.
Przypomniało mi się, jak sama miałam przeboje z konsulatem i widzę, że problem z umówieniem terminu jest międzynarodowy.

Placówka w Monachium. Jakieś trzy lata temu z kawałkiem musiałam potwierdzić profil zaufany, żeby złożyć wniosek online o wymianę dowodu osobistego (nowy odebrałabym przy najbliższej wizycie w Polsce). Wtedy mniej więcej wprowadzili system elektronicznej rejestracji (wcześniej jechało się po prostu do konsulatu, i po odstaniu w kolejce załatwiało sprawę).

Na głównej stronie konsulatu była informacja, że od któregoś tam dnia wizyty tylko po elektronicznym umówieniu terminu, jednak bez żadnej informacji, jak tej rejestracji dokonać. Przejrzałam całą stronę, klikając w każdy możliwy link, jednak nigdzie nie było opcji umówienia wizyty. Telefonu też nikt nie odbierał.

Wybrałam się zatem osobiście. Nie było w ogóle ludzi, więc ucieszyłam się, że załatwię sprawę od ręki. Radość była jednak przedwczesna. Pan w okienku poinformował mnie, że nic nie załatwię bez wcześniejszego umówienia terminu. Pytam się go, jak umówić ten termin, bo przejrzałam całą stronę konsulatu i nie było takiej opcji. Pan na to, że tego się nie robi na stronie konsulatu, tylko na innej stronie, adres której napisał mi na karteczce. Pytam jeszcze, dlaczego nigdzie nie ma tej informacji z adresem tej strony. Ależ jak to nie ma, przecież mi ją właśnie podał. Można przyjechać albo zadzwonić i oni podadzą adres strony. A czy skoro już tu jestem, mogę załatwić moją sprawę? Nie mogę - najpierw rejestracja. To czy mogę się teraz przez internet w telefonie zarejestrować na najbliższą możliwą godzinę i poczekać? Też nie, nie rejestrują na ten sam dzień.

No nic, wracam do domu, odpalam stronę do rejestracji, umawiam się na pasujący mi dzień. Muszę jeszcze wybrać opcję, czy jest to sprawa prawna, czy obywatelska. Na mój rozum, wymiana dowodu to zdecydowanie sprawa obywatelska, ale na wszelki wypadek wolę jeszcze skonsultować, żeby mieć pewność, że nie popełnię błędu. Dzwonię do konsulatu, tym razem odbiera jakaś pani i potwierdza moje przypuszczenia - zdecydowanie sprawa obywatelska.

Dzień wizyty w konsulacie. W środku mnóstwo ludzi umówionych na tę samą godzinę. Nadchodzi moja kolej, daję dokumenty pani w okienku i... zonk. Nic z tego, bo umówiłam się na wizytę w sprawie obywatelskiej, a przychodzę ze sprawą prawną. Ale jak to, przecież dzwoniłam, pytałam, powiedziano mi, że sprawa obywatelska. A no tak to. Ona wie, że normalnie profil zaufany i wymiana dowodu to sprawa obywatelska, ale w ich placówce jest inaczej i zalicza się do spraw prawnych. A że koleżanka powiedziała inaczej? Ona nie wie, ona nie ponosi odpowiedzialności za to, co mówią koleżanki. Do koleżanek mieć pretensje, a nie do niej. Pytam jeszcze, dlaczego nie może przyjąć mojego wniosku, skoro obydwie sprawy i tak załatwia się przy tym samym okienku u tej samej osoby. Nie może, bo takie procedury. Czyli powrót do domu, ponowna rejestracja i trzecia wizyta w konsulacie. Za trzecim razem na szczęście się udało.

A więc emigrancie, jeśli chcesz coś załatwić, to najpierw musisz wybrać się osobiście, żeby zdobyć adres strony, na której możesz umówić się na wizytę, zarejestrować się, wybrać się ponownie, odstać swoje w kolejce, jak to było przed wprowadzeniem systemu rejestracji, bo wszystkich i tak umawiają na tę samą godzinę i dopiero wtedy załatwisz swoją sprawę. Albo nie załatwisz, jeśli nie opanowałeś sztuki wróżenia z fusów i nie domyśliłeś się, pod jaką przypadkową kategorię podpada u nich twoja sprawa.

Nie wiem, czy był to tylko chwilowy chaos na krótko po wprowadzeniu systemu rejestracji, czy też utrzymuje się do tej pory. Od tamtego czasu nie miałam na szczęście potrzeby korzystania z konsulatu i nie musiałam się o tym przekonywać.

konsulat

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (127)