Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

sotalajlatan

Zamieszcza historie od: 12 sierpnia 2011 - 14:28
Ostatnio: 23 września 2018 - 8:31
  • Historii na głównej: 42 z 43
  • Punktów za historie: 22514
  • Komentarzy: 228
  • Punktów za komentarze: 833
 

#83028

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnej cioci. Mam nadzieję, że jej syn nie czyta Piekielnych...

O zniszczonej rodzinie będzie.

Moja babcia jest najstarsza z całej gromadki swojego rodzeństwa. Dlatego mam wiele cioć i wujków starszych ode mnie zaledwie kilka lat lub kilka miesięcy. Jedna z sióstr babci w 1980 roku urodziła swoje drugie dziecko, roboczo niech będzie Konrad. Konrad ma porażenie mózgowe
[EDIT: nie jestem lekarzem, tak mi wytłumaczono, kiedy jako dziecko pytałam, czemu Konrad jeździ na wózku. Wiem tylko, że nie jest w stanie chodzić, ledwo mówi, nie jest w stanie sam korzystać z toalety ani łazienki, trzeba go też karmić i ubierać].

Dziś Konrad ma 38 lat. Jest bardziej samotny niż ktokolwiek, kogo znam. Jego rodzice już nie mają siły go dźwigać i wysadzać (niestety) i właściwie cała opieka nad nim po śmierci rodziców przypadnie na starszą siostrę.

Konrad na przestrzeni lat był absolutnie nieznośny i męczący w swoich poszukiwaniach pomocy, ale zamiast iść do psychologa, wyżalał się nam. Kiedy miałam jakieś 13 lat, Konrad wybuchł przy mnie płaczem, że on już nie daje rady. W tamtym czasie kilka lat różnicy robiło swoje i nie wiedziałam, jak pomóc chłopakowi, który marzy o miłości.

Powiedzmy sobie szczerze: jaka dziewczyna chciałaby się związać z chłopakiem, którego do końca życia trzeba wysadzać? Konrad zawsze chciał poznać smak miłości fizycznej, ale jego mama absolutnie wybiła mu to z głowy, bo seks tylko po ślubie. Zresztą na tematy męsko-damskie nie może rozmawiać z rodzicami, jak sam kiedyś przyznał.

Pamiętam, że kiedy miał ok. 20 lat, to nauczył się sam jeść, a nawet ubierać. Niestety po jakimś czasie matka znowu zaczęła te czynności robić za niego. To były początki czatów i portali internetowych, na których Konrad poznał kilka dziewczyn, ale niestety nic z tego nie wyszło.

Kiedyś przyleciała do nich nasza wspólna rodzina z zagranicy. Chcieliśmy się wszyscy spotkać na mieście. Jako osobę ustalającą wybrano Konrada. Efekt był taki, że się nie spotkaliśmy, bo Konrada przez telefon nie da się zrozumieć. Kiedy poprosiliśmy, żeby dał kogoś innego do telefonu, to rozpętała się awantura i rodzina się skłóciła.

Na przestrzeni lat dostawaliśmy (ja, Mama, brat, kuzynostwo dalsze) wiadomości na mailu, Naszej Klasie, Facebooku itp., że go rodzice nie rozumieją, że on to chyba samobójstwo popełni.

Dawaliśmy mu dobre rady, jakie tylko umieliśmy znaleźć, ale nie oszukujmy się - nie wiemy, jak to jest być niepełnosprawnym i nie umiemy mu pomóc. Raz Mama napisała mu dość dosadnego maila, że powinien wziąć się za siebie, na co jej ciocia dostała prawie szału. Bo jej synek jest taki biedny i przez tego maila płakał trzy dni.

Jedyne, co mogliśmy zrobić, to dać za przykład sławnych niepełnosprawnych, którzy są dowodem na to, że wózek inwalidzki nie jest przeszkodą. Niestety Konrada to nie motywowało. Z roku na rok gnuśnieje coraz bardziej i stał się już tak nieznośny i męczący, że musiałam go zablokować w necie. Przykre to, ale serio nie wiem, jak mu pomóc.

On nie słucha argumentów, tylko ryczy, że jest niepełnosprawny. Bez żadnego dystansu do siebie, bez poczucia humoru, bez radości w życiu.

Ze swoimi rodzicami Konrad nie ma praktycznie kontaktu, bo każde z nich żyje już we własnym świecie. Ojciec popadł w alkoholizm z żalu, że nigdy nie nauczy syna jeździć samochodem. Matka popadła w fanatyzm religijny, modli się i dziękuje za to, że ma niepełnosprawnego syna, bo to jest "jej krzyż" i "kara za grzechy”, jak bywała mówić.

Wiem, moja babcio-ciocia i jej mąż popełnili rażąco dużo błędów w wychowaniu, ale wierzę, że chcieli jak najlepiej. Efekt jest jednak taki, że rodzina jest zniszczona. Nikt nie chce do nich jeździć, bo Konrad za każdym razem co chwilę prosi, żeby pójść z nim do jego pokoju, bo on chce pogadać. A te rozmowy są zawsze monologiem z płaczem. Ja natomiast nie jestem psychologiem.

Sytuacja jest absolutnie patowa. I nikt z nas nie wie, jak w tej sytuacji pomóc. Kiedyś jeszcze próbowaliśmy.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (179)
zarchiwizowany

#83009

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakieś kilkanaście lat temu siostrze mojej babci (potocznie cioci) totalnie od..ło.. no wiecie ;) Ołtarzyk maryjny w sypialni, codziennie kościół, codzienne modlitwy, radio toruńskie itp. I nie byłoby w tym nic złego, bo bycie religijnym to prywatna sprawa każdego człowieka. No właśnie... Niestety ciocia zaczęła "naprawiać" nie tylko siebie, ale i cały świat.

Jak juz niektórzy z Was wiedzą, przez ostatnie moje lata życie wywróciło mi się do góry nogami i wszystko sie w nim pozmieniało (pozdrawiam Lobo 86).

A więc:

Gdy się zaręczyłam, to ciocia telefonami do mnie i do mojej mamy prośbą i groźbą namawiała mnie na ślub kościelny, bo inaczej (w skrócie) szatan da mi popalić.

Gdy wyszłam za mąż (tak, w kościele, ale to była moja decyzja), moja mama miała telefony, że ten ślub to była pomyłka bo moja świadkowa była ze swoją dziewczyną, więc (w skrócie) szatan da mi popalić.

Na moim weselu podeszła do mnie i zapytała wprost, czy Ci dwaj panowie (para gejów moich kumpli) w garniturach to przyjaciele. Odpowiedziałam, że jest to pytanie do nich. Usłyszałam, że ona i tak już wie, bo pytała o to mojej babci i że teraz, to juz naprawdę powinnam się wstydzić i (a jakże) szatan da mi popalić.

Kiedy kilka lat później ja i mój były juz mąż rozstaliśmy się, ciocia mało zawału nie dostała, że (oczywiście) szatan da mi popalić.

Sens i logika chyba opuściły ciocię, kiedy po rozstaniu miałam zaproszenia na pielgrzymki i spotkania z księżmi, zakonnicami i wszelakimi innymi ludźmi związanymi z kościołem, którzy "na pewno mi pomogą" tylko muszę się otworzyć. W tym czasie powiedziałam dopitnie cioci, że to nie ja tylko mój były mąż mnie zostawił, więc chętnie przyjmę na to jej złotą radę. Jej riposta pozbawiona była absolutnego sensu, nawet nie była odpowiedzią na pytanie. Nie otrzymałam złotej rady, tylko gadkę na temat nierozerwalności małżeństwa i że (oczywiście) szatan da mi popalić.

Wieczorem w dniu mojej rozprawy rozwodowej, zadzwoniła z pytaniem czy zdaję sobie sprawę, że ten rozwód jest nieważny i że w oczach Boga nadal jesteśmy małżeństwem. Odpowiedziałam, że zdaję sobie sprawę, że jest jeszcze jedna INSTYTUCJA, która uważa to małżeństwo za ważne, ale "już niedługo ciociu, już niedługo, nawet to da się załatwić". Zapowietrzyła się i usłyszałam (w skrócie), że szatan da mi popalić.

Gdy wyjechałąm na stałe za granicę (przy granicy z Niemcami ;)) rodzina dowiedziała się, że nie jestem patriotką, bo przecież Polska to mój katolicki dom i za tę UCIECZKĘ szatan.. muszę kończyć?

Pół roku temu był pogrzeb w rodzinie, na który to pogrzeb przyleciałam do Polski wraz z moim obecnym facetem. Ciocia pomiędzy łzami i teatralnym (jak dla mnie) zachowaniem podczas mszy i stypy, słała mi mordercze spojrzenia, ale potem mama przekazała mi, że na stypie podchodziła kolejno do wszystkich i informowała (kto jeszcze nie wiedział), że tamten Pan (mój facet) to nie ten sam, któremu przysięgałam że z nim będę aż do śmierci. Nie powinnam w ogóle pojawiać sie na mszy bo to obraża Boga i (w skrócie) szatan da mi popalić.

Piszę o tym teraz, bo właśnie chyba nastał zwrot akcji. Wczoraj była większa impreza rodzinna, na której temat zszedł na mnie i na to jak sobie radzę za granicą. Ciocia natychmiast podłapała rozmowę i zaczęła tyradę o tym, że (w skrócie) szatan da mi popalić.

Wczoraj w końcu moja babcia nie wytrzymała i w kilku bardzo przykrych i mocnych słowach (przy moich rodzicach i dalszej rodzinie) kazała się cioci ode mnie odwalić. Przy czym nie użyła słowa "odwalić".

Jeśli jesteście ciekawi, jakie jeszcze jazdy odwala ciocia, to napiszcie. A dlaczego sama nie powiedziałam cioci tego, co babcia? Bo nie uważałam tego za aż tak groźne, żeby wybuchać, to w końcu w większości działo się za moimi plecami a mama i babcia (do czasu) śmiały się z tego.

P.S. Dla wrażliwych. To, że szatan da mi popalić nie należy brać dosłownie ;) tak tylko piszę.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (119)

#82866

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój przyjaciel kilka lat temu po pół roku bardzo trudnej rekrutacji dostał dobrze płatną państwową posadę. Tak, moi drodzy, są jeszcze takie. :)

Praca jest bardzo odpowiedzialna i trudna, ale też (w miarę) dobrze płatna.

Jakoś kilka miesięcy temu zrobiła się mała rewolucja i działy się poprzemieniały. Generalnie nic się dla pracowników nie zmieniło, poza tym, że ich firma nazywa się inaczej i jest pod inną firmą niż dotychczas.

Przez to całe zamieszanie mój przyjaciel wraz z resztą zespołu ujrzeli na początku miesiąca mniejszą pensję, bez jakiegoś tam dodatku. Nawiasem mówiąc, dodatek niemały.

Po wyjaśnieniu sprawy dostali zapewnienie, że w kolejnym miesiącu będzie wyrównanie.

Oczywiście nie było żadnego wyrównania. Ani w kolejnym, ani w następnych kilku miesiącach. Teraz podobno ma być w październiku.

Komentarz naszych wspólnych znajomych?

- I bardzo dobrze. Bez tego dodatku już masz dwa razy większą pensję niż moja, więc przestań narzekać!

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (141)

#82695

(PW) ·
| Do ulubionych
Lato. Wysyp wesel, psia jego mać.

Specjalnie przyleciałam do Polski na ślub i wesele do Warszawy, mając nadzieję na fajną zabawę. Okazuje się jednak, że "stolyca" wcale nie oznacza zabawy na poziomie. Wręcz przeciwnie.

Mam jedną zasadę od zawsze. Nie biorę udziału w oczepinach. Jeśli ktoś (nawet panna młoda lub pan młody) mnie próbuje siłą wyciągnąć, to ja z równą siłą się wyrywam. Kiedyś pamiętam, że się nawet jakaś tam ciotka na mnie obraziła, ale miałam to w szanownym poważaniu.

Do rzeczy, Na weselu w tym roku stałam sobie grzecznie w kącie, a oczepiny się zaczęły. Były standardowe i nawet fajne zabawy i konkursy. Aż tu nagle lider kapeli mówi, że do następnej zabawy prosi 10 singli i 5 singielek.

Zabawa polegała na tym, że panowie ustawili się w dwóch rzędach przodem do siebie z małą butelką wepchniętą w spodnie. 5 panów miało pełną butelkę a 5 pustą. Zadaniem pań było latanie ze słomką i przelanie zawartości butelki z pełnej do pustej. W sensie w buzi.

Zażenowana całym tym pomysłem, próbowałam przemówić młodym, rodzicom i kapeli do rozsądku, ale zostałam wyśmiana. Wodzirej dodatkowo ze śmiechem polecił gościom robić zdjęcia ustawiając się za jednym lub za drugim rzędem. "Bo to będą śmieszne zdjęcia, hahaha".

I tak oto ludzie zaczęli "się bawić". Wśród dziewczyn była tylko jedna na pięć, która zrezygnowała po kilkunastu sekundach. Nie dziwię się. Miała 17 lat. I trochę oleju w głowie na szczęście. A reszta pań miała cudowne zdjęcia, które sugerowały nic innego jak seks oralny w miejscu publicznym. Panowie zaś dla śmiechu zaczęli wypychać biodra w kierunku dziewczyn, robić oczywiste grymasy rozkoszy na twarzy, jeden nawet zaczął głaskać po włosach dziewczynę, ku wielkiemu zadowoleniu i śmiechowi gości.

I tak sobie latały dziewczynki, każda od jednego pana do drugiego, każda chciała przelać zawartość jak najszybciej, a ja stałam tylko z boku z oczami jak pięciozłotówki zastanawiając się gdzie ja w ogóle jestem. I czy przypadkiem zaraz się tu orgia nie zacznie.

Później jeszcze zapytałam tych ludzi biorących odział w zabawie, czy zdają sobie sprawę co zrobili, ale nikt nie widział nic złego i że nie umiem się bawić. Po mojej stronie opowiedziała się tylko ta młodziutka dziewczyna, która była wraz z rodzicami i tuż po oczepinach pojechali do domu.

I tak oto, drodzy czytelnicy, wybuchła afera. No kto by się spodziewał? To znaczy ja na pewno. Ale nawet ja nie spodziewałam się aż takich jazd. Bo że panna młoda jest na tyle głupia, że wstawiła te zdjęcia na fejsa to mogłam się domyślać, trochę ja znam. Że oznaczy wszystkich na tych zdjęciach, tez się domyślałam. A uczestnicy zabawy mieli, z tego co słyszałam, w znajomych swoich szefów, swoich rodziców, kolegów z pracy. Wszystko im się wyświetliło.

Dodatkowo ludzie robili zdjęcia prywatnymi telefonami, do czego gorąco zachęcał wodzirej/ lider kapeli. Wszyscy zaczęli sobie te zdjęcia pokazywać, a lwia część z tych osób wysyłała je przez Messengera i inne apki.

Weryfikacja znajomości part 1.

EDIT: po przeczytaniu komentarzy dodam, że:
1) jedna z dziewcząt została zwolniona z pracy, jako powód podano "szkodę dobru firmy". Była to praca na bardzo wysokim stanowisku jak na trzydziestolatkę. Owszem, miała kolegó z pracy w znajomych.
2) jeden z panów jak się okazało nie do końca był singlem ;)
3) owszem była próba wkręcenia mnie w to, ale na szczęście krótka.
4) nakłanianie 17 latki!!! żeby przestała wydziwiać i wróciła na parkiet jest moim zdaniem absolutnie próbą naruszenia jej godności osobistej. Jej rodzice potem wymienili ze mną kilka wiadomości o żenadzie w tamtym momencie. Jak widać nie każda dziewczyna jest rozpustną suką, której przykładanie głowy do męskiego rozporka jest hihihi zabawą.
5) dodam, że do oczepin dotrwały niektóre dzieci. DZIECI! kilkuletnie, które już kumają co nieco.
6) no i komentarz o tym, żebym nie umoralniała. Patrz punkt 4 i 5.
7) I co to do cholery za facet, który PUBLICZNIE nie ma nic przeciwko, że 17-letnia dziewczyna (najprawdopodobniej dziewica) przykłada mu głowę do rozporka. Dwaj panowie, którzy "przez nią" nie wzięli udziału w zabawie, skwitowali to krótko: kur.. nie wygramy wódki tym razem.

wesele

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (292)

#82345

(PW) ·
| Do ulubionych
Są jeszcze takie placówki Poczty Polskiej, w których nie ma numerków, tylko "kto z Państwa ostatni". Dotyczy to głównie małych placówek. Ja niestety musiałam kilka lat temu odstać swoje w takiej właśnie kolejce, bo poczta była za mała jak na ilość mieszkańców, z dwóch okienek czynne tylko jedno, a przede mną mnóstwo starszych osób, które (z całym szacunkiem) wykonują wszystkie czynności dużo wolniej.

Stoję już dobrych 40 minut. Duchota jak cholera, miejsca mało, wszyscy czekają w środku, bo zima. Nie wiem ile osób jest przede mną, trzymam się tylko matki z wózkiem, o której wiem, że jestem za nią.
Wiem, że wystarczyłoby w momencie wejścia policzyć ile jest osób, ale ciągle ktoś wchodził i wychodził tylko "o coś zapytać", a to ktoś ewidentnie rezygnował, burdel jakich mało. A biedna pani w okienku dwoi się i troi, by jak najszybciej rozluźnić kolejkę.

W międzyczasie ktoś powiedział do tej Pani przede mną, że ją przepuści, bo on jest następny, to niech wejdzie przed nim. Kobieta podziękowała i podeszła do okienka. Kiedy pracowniczka poczty szukała jej awizowanej paczki, zapytałam zdezorientowana:

"Przepraszam bardzo, za kim Pani stała?".

I się zaczęło. Kilka osób jak jeden mąż zaczęło się na mnie wydzierać, że jestem nieludzka, że nie chcę ustąpić matce z dzieckiem (hipokryzja pełną gębą, nikt jej od co najmniej 40 minut nie ustąpił), jeden facet nawet do mnie podszedł i pyta czy mam z tym problem, że ta kobieta jest przede mną. Zaczął się taki hałas w tym małym pomieszczeniu, że aż pracowniczka poczty przestała szukać i próbowała uciszyć wszystkich.

Nie takie rzeczy już w swoim życiu musiałam wytrzymywać, taki hejt ze strony kilku osób to pikuś. Nie odezwałam się, bo nie zamierzałam podnosić sobie ciśnienia. Poniżej mojej godności jest odpowiadać wyzwiskami na wyzwiska w moją stronę. Leciały gówniary, panny lekkich obyczajów itp. Stoję więc sobie i czekam na dobry moment, aby jeszcze raz zapytać:

"Przepraszam nie dosłyszałam, taki się hałas zrobił, za kim Pani stała?"

Kobieta wskazała na Pana kilka metrów dalej. Ja natomiast powiedziałam do niego, jakby nigdy nic: "czyli teraz jestem za Panem". Koleś skinął głową. Wszyscy ucichli. Widziałam tylko mord w oczach niektórych, którzy stracili powód, by się pokłócić i wylać swoją złość na mnie.


My Polacy uwielbiamy szukać powodów do kłótni.


O nakazie sprzątania po psie następnym razem.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (190)

#82294

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam tydzień w Anglii. W tym czasie dostałam wiadomość od koleżanki, co tam słychać itp. Zgodnie z prawdą odpisałam, że zwiedzam Londyn i wysłałam jej zdjęcie bodajże jakiegoś widoku.

Nie odpisywała do końca dnia, a w nocy dostałam od niej wiadomość, że się na mnie zawiodła. Nie wiedziała, że jest ze mną aż tak źle i że chyba serio nie mam co robić ze swoim życiem.

Wszystko odbyło się przez Messengera, ale na jej stronie opublikowała przykry post na mój temat, w ktróym zamieściła to wysłane przeze mnie zdjęcie i skrytykowała mnie i mój sposób postępowania. Nie mogła mnie oznaczyć na tym zdjęciu, bo poblokowałam na FB najwięcej jak umiałam i ona doskonale o tym wiedziała, dlatego nie wyskoczyło mi nawet powiadomienie, że ktoś chce mnie oznaczyć.

Dowiedziałam się dzisiaj o wszystkim, od wspólnej koleżanki, która na szczęście nie uwierzyła w te bujdy.

A o jakie bujdy chodziło?
Że przyleciałam specjalnie na królewski ślub i że to chore i powinnam mieć to wiadomo gdzie. W tym czasie mnóstwo par na całym świecie się hajtało i jakoś tych ślubów nie oglądałam (!)

Nie rozumiem, to że ktoś oglądał ślub Harry'ego i Meghan nie oznacza, że nie ma co robić ze swoim życiem :/ To znaczy, że po prostu miał ochotę obejrzeć ten ślub. Dziewczyna zrobiła kolejną gównoburzę.

A ja przyleciałam do Anglii w niedzielę, dzień po tym ślubie.

Właśnie zweryfikowałam znajomości.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (198)
Pod koniec lat 70. nastąpiło małżeństwo, które złączyło dwie duże rodziny. Normalka. 30 lat później członkowie tychże dwóch rodzin, ona z jednej i on z drugiej, zakochali się w sobie i również są ze sobą już od kilku lat. Za dzieciaka widzieli się kilka razy przy okazji dużych imprez, ale rodzina jest tak duża, że nie pamiętają, że w ogóle się ze sobą bawili ;)

I tak właśnie moja bratowa jest jednocześnie córką brata męża siostry naszej (mojej i brata) babci oraz naszą szóstą wodą po kisielu ciocią ;)

Jeśli nadążyliście do tego momentu, to na pewno rozumiecie, że nie ma między bratem a bratową ŻADNYCH więzów krwi, a różnica pokoleń wynika tylko z faktu, że dzieci rodziły się w różnym odstępie czasu w obu rodzinach.

Piekielność: odsiew "znajomych", którzy stwierdzili, że ich związek to kazirodztwo :) Nieprzychylne komentarze na twarzoksiążce (po tym fakcie brat ustawił wszelkie możliwe blokady), próby skłócenia ich, namawiania do rozstania, że to dla dobra ich dzieci, które przecież będą niepełnosprawne (!).

Rodzice mojej bratowej niestety już nie żyją, mama zmarła pół roku temu. Mój brat na prośbę bratowej wprowadził się do niej na stałe (wcześniej tylko pomieszkiwał). Dom jest duży, bratowa sama nie dałaby rady go utrzymać.

Komentarze naszej rodziny: to dobrze, że nie będzie sama, cieszymy się.

Komentarze rodziny bratowej: sprytnie to sobie wymyślili (w sensie, że moja rodzina), położą łapę na naszym (?) majątku!

PS Bratowa nie jest formalnie bratową, nie mają z bratem ślubu, ale wygodniej było mi pisać. Dom w pełni należy do bratowej, więc jej dalsza rodzina jest tym bardziej wściekła, że nie może nic wskórać. Przykre to.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (150)

#82023

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam kiedyś dwuczłonowe nazwisko. W tym czasie w ówczesnej pracy wyszło jakieś tam rozporządzenie, już teraz nie pamiętam. Wiem, że było na tyle ważne i dotyczyło kwestii finansowych, że trzeba je było podpisać.

Krążył więc sobie pomiędzy pracownikami plik kilku niedbale spiętych ze sobą kartek. Stanowiły spójną całość, to znaczy najpierw tekst o co chodzi i pod spodem tabelka z listą pracowników. Obok nazwiska miejsce na podpis.

Lista dotarła do mnie w momencie, kiedy kilkoro kolegów i koleżanek już się podpisało. A tu zonk. W moim nazwisku zrobiono trzy błędy.

Przykładowo nazywam się Marta Kowalska-Nowak.
Na kartce było napisane Marta Nowik-Kowlaska.

Powiedziałam kierowniczce, że tego nie podpiszę. Kierowniczka zrobiła ze mnie wroga publicznego nr 1. Prawie byłam zmuszona do podpisu, współpracownicy patrzyli na mnie z wrogością. Oni się podpisywać nie będą drugi raz. Usłyszałam, że "robię problem z niczego", "próbuję na siebie zwrócić uwagę", "robię to specjalnie żeby uprzykrzyć życie kolegom i koleżankom", "powinnam chyba wiedzieć, że każdy się może pomylić" (o osobie która pisała tekst), "ten dokument musi być podpisany przed konkretnym terminem, a zanim pracownicy wszyscy podpiszą, to minie co najmniej kilka kolejnych dni", "specjalnie nie chcę podpisać tego dokumentu, bo się z nim nie zgadzam".

To ostatnie było absolutną bzdurą, bardzo chciałam to podpisać, ale żeby było w 100% wiadomo, że ja to ja. Mówiłam o tym kierowniczce, prosiłam o zmianę, kiedy było na niej może 10 podpisów max, ale słyszałam to samo.

Wzruszyłam tylko ramionami, bo wiem, że z takimi prymitywami, jak tam pracują, nie dogadam się. Przez rok mojej pracy nie dotarły żadne argumenty, więc w tej sytuacji nie spodziewałam się sympatii. A uwierzcie mi, praca w warunkach, gdzie jedyna toaleta wylewa średnio co tydzień, wszędzie jest brudno i nie są stosowane zasady bhp, nie jest przyjemna.

Dokument dotyczył odpowiedzialności finansowej na grube myljony monet, a ja coraz bardziej bałam się, że mnie w coś wrobią, bo kamery były słabej jakości.

Nikt się nie przejął moim brakiem podpisu i współpracownicy podpisywali dalej.

Kierowniczka wzięła mnie na rozmowę i przy mnie, obok mojego nazwiska napisała poprawne. Na końcu dokumentu napisała adnotację do mojego numerku, że nazywam się tak i tak i że dokonała sprostowania. Po czym podpisała się.

Uśmiechnęłam się i podpisałam.

Usłyszałam, że "no i po co robiłam problem?". Odpowiedziałam, że przecież mogła tę adnotację zrobić już na początku.

Dowiedziałam się, że ona przez ten cały czas szukała w necie sposobu jak to rozwiązać. Nawet konsultowała to z prawnikiem :D Tyle czasu jej zmarnowałam!

A wystarczyło poprawić w Wordzie i wydrukować jeszcze raz np. Ale nie, bo już aż kilkanaście nazwisk było! Pracowników było ok. 60.

Materiał o tej placówce nadaje się na sąd pracy co najmniej, ale to państwowa firma, więc nie do ruszenia niestety :(

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (216)

#81946

(PW) ·
| Do ulubionych
Impreza. Pary, single. Towarzystwo częściowo się zna, częściowo nie.

Mój kolega powiedzmy Wojtek, jest singlem. Gadamy i w pewnym momencie podbija do nas dziewczyna, dajmy jej Gosia. Zaczęła flirt z Wojtkiem, on odpowiedział, ale nie flirtem, tylko miło, grzecznie z uśmiechem. Wszyscy z grupy wiedzieli, że nie podjął gry.

Dziewczyna jeszcze kilkakrotnie próbowała, mniej lub bardziej natrętnie podrywać Wojtka, ale ten nie reagował i zazwyczaj delikatnie krótkim "przepraszam" wycofywał się z rozmowy i dołączał do innej grupy.

W końcu niestety nachalność Gosi tak się dała we znaki Wojtkowi, że po prostu postanowił opuścić imprezę i pożegnawszy się z gospodarzami, wyszedł.

Kilka dni później spotkaliśmy się w knajpie i wywiązała się rozmowa na temat tej imprezy. Wojtek usłyszał, że:

od mężczyzn:
- Ej trzeba było bzyknąć, co by Ci szkodziło?
- Ja pie***lę, co ty kurde nie staje ci? Hehehe....
- Gośce "bolca potrzeba". Hehehe, to było widać.

Od kobiet:
- Mógłbyś jej nie odmawiać, przecież wiesz, że dawno nikogo nie miała (!!!)
- Przecież nie masz dziewczyny, więc się nie wykręcaj!
- Co z ciebie za facet, że cię nie interesują dziewczyny?
- No i co z tego, że ma kilka kilo za dużo? (Gosia nie ma nadwagi, Gosia jest otyła). Dyskryminujesz ją za to jak wygląda??!!
- Czy ty sobie zdajesz sprawę ile ją kosztowało przełamanie nieśmiałości i zagadanie do ciebie?

Dodatkowo Wojtek dowiedział się, że powinien się dwa razy zastanowić, zanim odmówi dziewczynie, bo jej może być przykro.

Wtedy Wojtek zwrócił się do facetów, z których dwóch też było singlami:
- A dlaczego wy jej nie poderwiecie?
Odpowiedź:
- No chyba sobie żartujesz.

Stwierdzam, że ludzie są nienormalni.

Czy naprawdę facet nie może po prostu nie być zainteresowany? Sam Wojtek jest wysoki i szczupły i takie dziewczyny też woli. Czy naprawdę czyni go to "męską szowinistyczną świnią?"

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (306)

#81862

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie jestem jeszcze mamą, ale praktycznie wszystkie moje koleżanki już tak, więc większość imprez na jakie jestem zapraszana to imprezy dzieciowe. I na ostatniej z nich byłam świadkiem takiej oto sytuacji.

Ciepło, dzieci na dworze przed domem, impreza urodzinowa typowo. Są prezenty, tort, posiłek, zabawy w chowanego itp. W pewnym momencie dzwonek do drzwi. Gospodyni idzie otworzyć i...

G - Ooo, Magda, Patryczek, nie wiedziałam, że będziecie.
M - No wiesz nie dostaliśmy zaproszenia, ale wszyscy z okolicy tu są, więc pomyśleliśmy, że pewnie zapomniałaś nam powiedzieć ostatnio, że robisz urodziny synkowi.
G - (lekko zmieszana) - Tak tak, wejdźcie.

G wróciła do towarzystwa dorosłego i powiedziała, że najprawdopodobniej urodziny jej synka będą zepsute. Specjalnie nie dawała im znać o imprezie, ale dzielnica domków jednorodzinnych, wszyscy się znają, nie dało się ukryć.

I tak oto Patryczek, lat 6, dołączył do grupy. Dzieci też nie chciały się z nim bawić, ale nie było wyjścia.

1) Hasło: oglądamy ulubiony film solenizanta "Gdzie jest Nemo". Po kilkunastu minutach rozległ się ryk Patryczka, bo kogoś tam zabili na początku (nie znam fabuły wybaczcie). Mama nie mogła go uspokoić prawie do końca filmu. Jego wycie było słychać mimo bycia w drugim pokoju. Chłopak dostał po prostu spazmu. Oczywiście Magda na początku nie pomyślała, żeby z nim wyjść do osobnego pomieszczenia, dopiero inne mamy ją o to poprosiły. Reszta towarzystwa dokończyła film, ale widziałam, że solenizantowi jest trochę przykro. Nie do końca rozumiał, dlaczego kolega płacze i (jak się potem okazało) myślał, że to jego wina.

2) Podczas zabawy w berka Patryczek dostał szału, bo ktoś go tam poklepał wyznaczając na tego ganiającego. Kolejne spazmy były, gdy został znaleziony podczas zabawy w chowanego.

3) Tort był dzielony na wszystkich zaraz po odśpiewaniu "Happy birthday". Patryczek zaczął znowu wyć, bo on chce "sto lat". Solenizant, Pawełek, a właściwie pół na pół z "Paul", ze spuszczoną głową, ale jednak dobitnie powiedział, że woli "Happy birthday" i że nie lubi "sto lat", bo on będzie żyć dłużej niż sto lat! Towarzystwo dorosłe w śmiech, ciekawa logika jak na 7-latka, no ale mama Patryczka powiedziała, że moglibyśmy zrobić mu przyjemność i zaśpiewać. Pomysł się nie spodobał, bo połowa dzieciaków nie znała polskiego nawet. Potem Magda podeszła do Pawełka i (w jego urodziny!!) powiedziała tylko "widzisz, co zrobiłeś?" To tylko utwierdziło chłopca w poczuciu winy.

2) Prezent od Patryczka nie spowodował u solenizanta oczekiwanej reakcji, więc Patryczek zaczął wyć i bić! Pawełka krzycząc, że jest niedobry.

3) Tort był orzechowy tak w ogóle. Patryczek nie dość że wypluł, to jeszcze rzucił papierowym talerzykiem z krzykiem, że fuuu on nie będzie jadł tego gówna. Porcja tortu wylądowała w dmuchanym basenie. Magda miała tupet, serio. Zaczęła awanturę, że chyba powinniśmy wiedzieć, że są weganami i że Patryczek nie może tego jeść.

G - ale ten tort jest wegański.
M-słucham?
G - słyszałaś mnie. Tort jest wegański, a orzechy też są wegańskie, nie wiem czy wiesz.
M - ale mój synek ma alergię na orzechy!
G - a co mnie to obchodzi?

Towarzystwo zastygło. Gospodyni zagoniła dzieci na podwórko i zamknęła przeszklone drzwi pomiędzy salonem a ogrodem. Podeszliśmy wszyscy do wyjścia, Gospodyni zaprosiła nas oraz Magdę z Patryczkiem i zaczęła konfrontację.

G - posłuchaj mnie teraz uważnie. Specjalnie nie dawałam Ci znać o imprezie bo nie chciałam żebyście przychodzili. Twój syn nie umie bawić się z innymi i nie umie sobie radzić z większymi bodźcami jakimikolwiek. To nie pierwszy raz, kiedy odwala takie akcje. Kilka miesięcy temu na imprezie u Helen dostał szału, bo na stole jest królik. Ja z mężem szanujemy to, że nie każdy jest wege, ale Twój syn płakał nad zabitym zwierzątkiem jakby zabili mu ojca. A Ty zamiast zabrać go od stołu, to zaczęłaś awanturę z gospodarzami. Dodatkowo ostatnio na basenie, na który poszliśmy grupą, Patryczek płakał cały czas, bo zjeżdżalnie miały być żółte, a były niebieskie. Generalnie uważam, że Twój syn zaczyna mieć lekki autyzm, bo aż się cały trzęsie, kiedy coś nie idzie po jego myśli. Nie lubi dotyku, nie lubi jak ktoś do niego mówi nawet! Nie umie sobie radzić z bodźcami typu zmiana pogody. Potrafi dostać ataku złości, ba zamiast słońca jest deszcz. Dlatego bardzo Cię proszę, abyś już wyszła z synem i wróciła, kiedy będzie umiał żyć z innymi.

Wiedziałam, że Gospodyni ma rację. Co innego sporadyczne dziecięce fochy, a co innego w przypadku Patryczka. To dziecko, jakkolwiek miłe, nie umiało sobie poradzić z czymkolwiek. Potrafił nagle dostać ataku paniki, bo uzmysłowił sobie, że ma na sobie zieloną koszulkę, a miała być niebieska. Nie pytajcie o kontekst, ale pamiętam to jak dziś.

G - przykro mi Magda, ale nie radzisz sobie z własnym dzieckiem.

Magda z Patryczkiem wyszła oczywiście oburzona. Wygrażała się, że dyskryminujemy jej synka bo jest wrażliwy.

Reszta urodzin na szczęście się udała. Dzieciaki szybko zapomniały o Patryczku, tylko my dorośli zastanawialiśmy się nad tym, czy rzeczywiście Magda z Patryczkiem nie powinna pójść do psychologa.

EDIT:
Tata Patryczka siedzi wiecznie w pracy, więc synek wychowywany jest praktycznie tylko przez mamę. Moim zdaniem jest to autyzm, bo furia i szał do jakich dochodzi są inne niż te, które widziałam do tej pory. Trzęsienie się, bicie pięściami ścian aż pojawia się krew. Jak zostanie dotknięty to drapie to miejsce aż do czerwoności. Kiedy się złości, to tak potrafi się złapać za włosy, że je wyrywa. Przykre, że matka nie widzi problemu i uważa, że synek jest tylko wrażliwy. Jej zaniedbanie i bagatelizowanie problemu zniszczy to dziecko już za kilka lat. Przykre to.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (241)