Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

sotalajlatan

Zamieszcza historie od: 12 sierpnia 2011 - 14:28
Ostatnio: 17 listopada 2018 - 17:05
  • Historii na głównej: 46 z 49
  • Punktów za historie: 23222
  • Komentarzy: 277
  • Punktów za komentarze: 987
 
poczekalnia

#83523

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Po pierwsze w piątek 9 listopada miałam urodziny i z tej okazji wybraliśmy się wspólnie paczką znajomych do knajpy oraz na spacer.

Po drugie: mam naprawdę bardzo nietypową fobię. Nietypową, bo nie znam nikogo oprócz siebie, kto by to miał. Jest to połączenie pewnego rodzaju batofobii i agorafobii. Mam to odkąd pamiętam. Nie rozpisując się zbytnio, jedną z rzeczy, których się boje są wysokie płaskie ściany, idealnym przykładem są tu szczyty budynków, zazwyczaj bez okien. Najczęściej takie budynki mamy na polskich tzw blokowiskach, ale i w moim mieście takowe się pojawiają. Zasada jest prosta: jeśli mam dookoła siebie ludzi i jest jasno, to nie ma problemu. Jeśli jestem sama i jest ciemno, to potrafię się cała trząść i płakać ze strachu. No cóż, tak mam.

I tak sobie idziemy grupą, śmiejemy się i pijemy piwko, atmosfera super. Zaczęło się ściemniać. W pewnym momencie część ludzi poszła do sklepu po zapasy, w tym mój facet, a ja zostałam jeszcze z koleżanką. Przynajmniej tak myślałam. Zauważyłam w bliskiej odległości taki właśnie wysoki budynek, więc profilaktycznie schowałam się za koleżankę. Na jej zdziwioną minę uśmiechnęłam się tylko i powiedziałam jej o mojej fobii. Sama się z tego śmiałam, bo to trochę dziwne, wiadomo. Koleżanka natomiast uśmiechnęła się do mnie ze zrozumieniem. Stwierdziła, że nikt z nas nie jest do końca normalny i ona tez ma fobie ;)

Jak się okazało nie byłyśmy same, całej tej rozmowie przysłuchiwał się jeden kolega, który jak się okazało nie poszedł jednak po sklepu z resztą, tylko wyszedł do nas i usłyszał wszystko. Jest to też człowiek, którego nigdy nie lubiłam, cham i prostak z żenującym poczuciem humoru. Nie wiem dlaczego był w grupie serio.

Zaczął się śmiać i wtedy się odwróciłyśmy do niego. Na co stwierdził, że moją fobię da się wyleczyć metodą "na głęboką wodę" i trzymając mnie za ramiona, pomimo moich protestów krzyku i płaczu, zaciągnął mnie pod ten budynek. Koleżanka była za słaba, żeby go odepchnąć.

Wiedząc, że jestem przy ogromnej ścianie, po prostu zastygłam i starałam się głęboko oddychać i próbować nie zemdleć. Człowiek, który mi zgotował ten strach, odsunął się ode mnie i zaczął się śmiać patrząc na mnie. Spojrzałam na niego, a on mówi, że żartował, że wcale nie jestem pod tym budynkiem. Pomyślałam, że może rzeczywiście w całym zamieszaniu i próbie wyrwania się, nie zauważyłam że jestem gdzie indziej, więc spojrzałam w górę. Ten widok śnił mi się później całą noc.

Na szczęście nie zemdlałam, ale krzyk obudził chyba całe osiedle. Widziałam tylko jak mój facet podbiega do tego idioty i daje mu w ryj, po czym podbiega do mnie i uspojaka.

Koleżanka na szczęście pobiegła po pomoc. Jestem jej bardzo wdzięczna.

Waćpan nie jest już w grupie znajomych.

p.s. Dla chętnych mogę rozpisać więcej szczegółów mojej fobii oraz przykłady miejsc i obiektów, które omijam z daleka.

Skomentuj (69) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (108)

#83489

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma kupiła w Warszawie mieszkanie pod wynajem, wyremontowała je przez lato i właśnie szuka najemców. Aby uniknąć straty czasu i niepoważnych ludzi, postanowiła siedzieć w tym mieszkaniu po kilka godzin dziennie i w tym czasie umawiać się z kandydatami. Przy stole zatem rozłożyła się z laptopem (praca zdalna) i oczekiwała na jakiś odzew.

Oto jakie kwiatki mi przekazała:
1) Pani była zbulwersowana, że ktoś przed nią korzystał z toalety. Mieszkanie miało być przecież nowe po remoncie, a nie "używane". Z toalety korzystała oczywiście moja znajoma, w końcu siedzi tam całe dnie. Tak samo jak to, że czajnik używany do robienia herbaty? Miał być nowy!

2) Kilkanaście osób oczywiście umówiło się i nie przyszło, ale na szczęście znajoma uniknęła jeżdżenia bez sensu w tę i z powrotem.

3) Przyszła para z dzieckiem, mimo że znajoma wyraźnie zaznaczyła, że nie wynajmie osobom z dziećmi (do czego ma pełne prawo). Została oskarżona o dyskryminację. Oni natomiast przez telefon mówili, że są tylko we dwójkę, więc znajoma oskarżyła ich równie dosadnie o zwykłe kłamstwo.

4) Znajoma zaczęła mówić ludziom, że mogą przyjść nie o konkretnej godzinie, tylko w jakimś przedziale czasowym i najwyżej będą musieli chwilkę poczekać. Podczas wizyty jednych zadzwonili domofonem drudzy i na prośbę aby poczekali kilka minut, kazali znajomej spadać. Tylko, że nie użyli słowa "spadaj". Dorośli ludzie, serio...

5) Jedna mamcia (jak sama siebie nazywała) przyszła w imieniu swojego synka, że on jest za duży jak na bursę i musi mieć mieszkanie własne. Jednak nie chciała wziąć umowy na siebie, tylko na tego synka, a syneczek, fakt że pełnoletni, to uczeń liceum bez pracy.

6) Znajoma nie chciała na pierwszym spotkaniu udostępniać żadnych dokumentów, ponieważ miała już problemy z tego tytułu (materiał na osobną historię). Zapewniła jednak, że przy podpisywaniu umowy wszystkie materiały będą do wglądu (dowód osobisty, akty notarialne potwierdzające zakup mieszkania itp.) Byli tacy, którzy chcieli już teraz od razu dostać KOPIĘ tych dokumentów. Uwierzycie? Obcy ludzie. Na prośbę znajomej o ksera ich dowodów i umów z pracodawcami w celu sprawdzenia wypłacalności, wielkie oburzenie.

7) Jeden człowiek ucieszył się kiedy zobaczył laptopa znajomej, myślał, że też jest do wynajmu (laptop, nie znajoma).

8) Kolejna para, tym razem w średnim wieku, chcieli wynająć dla dzieci na start. Przy czym Pani rozsiadła się na sofie i poprosiła o kawę. Znajoma powiedziała, że nie ma w tym mieszkaniu kawy. Pani: "to jak my przepraszam bardzo mamy rozmawiać?"

I tak sobie siedziałyśmy ze znajomą i zakończyła swoją opowieść słowami: "to się normalnie na tych "twoich:)" piekielnych nadaje.."
Widząc moją minę dodała z uśmiechem: "pewnie, że to wstaw, może ludzie przeczytają to i ktoś się normalny trafi?"
;)

Skomentuj (78) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (175)

#83342

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja babcia skończyła kilka dni temu 82 lata i niestety coraz rzadziej jest w stanie skupić się na rozmowie. Demencja postępuje, babcia zadaje ciągle te same pytania, no wiadomo jak jest. Jak z dzieckiem niestety. Opiekę nad babcią przejęli moi rodzice, ale na odległość. Babcia mieszka od prawie 30 lat sama, jest wdową i jakoś sobie radzi na razie. My tylko cierpliwie słuchamy tych samych historii, babcia lepiej pamięta lata 60, niż to co się działo powiedzmy cztery lata temu.

Teraz wstęp do piekielności: córka babci zmarła w 2015 roku i była to strata ogromna dla całej rodziny. Ciocia mieszkała w mieszkaniu 10 minut drogi od mieszkania babci i to mieszkanie przejęła wnuczka babci, moja kuzynka. Postanowiła mieszkanie wynająć, a w przyszłości dostanie to z kolei córka kuzynki, czyli prawnuczka.

Babcia ma jeszcze dwóch synów, mojego Stryja i Tatę. Stryj natomiast po śmierci swojej żony związał się z kobietą, która delikatnie mówiąc nie przypadła nam do gustu i nie chcemy się z nią widywać.

I tak oto babcia w 2015 roku po śmierci swojej córki poszła w tajemnicy do notariusza i przepisała swoje mieszkanie na... uwaga swojego prawnuczka, wtedy lat 7. Chłopiec jest drugim dzieckiem tej samej kuzynki. Wszystko po to, by stryjowa konkubina nie położyła ręki na mieszkaniu. A nuż kiedyś Stryj się postanowi hajtnąć, kto go wie.

Dobra nieważne, babci decyzja. Teraz niestety babcia jest już coraz słabsza.

I teraz piekielność: co jakiś czas syn stryja, więc mój kuzyn pisze do babci SMSy typu: mam nadzieję, że cieszysz się z tego co zrobiłaś, że pominęłaś w ogóle mnie i moje dzieci. Obraził się na babcię totalnie. Babcia po każdym takim SMS-ie nie wie o co chodzi, płacze, dzwoni do moich rodziców z pytaniem o co chodzi (powiedzmy Łukasz) Łukaszkowi, moja Mama cierpliwie tłumaczy. Po czym po 5 minutach babcia zadaje to samo pytanie i tak w kółko. Zrozumcie, to już są początki Alzheimera, bo przestaje nas czasem rozpoznawać.

Moja mama wkurzyła się po ostatnim razie i zadzwoniła do Łukasza. Powiedziała mu dobitnie co sądzi o jego zachowaniu. Czuła się do tego upoważniona, bo to ona opiekuje się babcią, jeździ z nią na badania, sprząta w mieszkaniu czasami, codziennie dzwoni i sprawdza czy wszystko ok. W ciągu najbliższych miesięcy trzeba będzie bardziej się zaopiekować babcią i o tym też myślą tylko moi rodzice, Stryj ma wywalone.

Do akcji wkroczyła moja kuzynka, która z Łukaszem byli nierozłączni od dziecka. Stanęła po naszej stronie. Przecież wiadomo, że po śmierci babci spotkamy się i zadecydujemy, że przecież się kochamy i jesteśmy rodziną. I że babcia wcale nie chciała nas skłócić, po prostu miała dziwne widzimisię, była tez w emocjach po stracie dziecka.

Niestety foch jak był tak jest. I co najciekawsze babcią opiekują się moi rodzice, którzy już kilkanaście lat temu zostali pominięci w testamencie. Nie chcą nic w zamian.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (174)

#83326

(PW) ·
| Do ulubionych
Potrzebuję regularnie przyjmować pewne leki, które do tanich niestety nie należą. Jednakże lekarz polecił mi wykupywać receptę we Francji, bo jest taniej. Sprawdziłam i faktycznie od początku zawsze kupuję lek w jednej konkretnej aptece we Francji.

Apteka znajduje się mniej więcej kilometr od granicy francuskiej, zatem robię sobie spacerek, mam blisko. Nigdy jeszcze mnie nie legitymowano ani nawet nie zatrzymywano. Ot zwykły przechodzień jakich wielu. Wczoraj musiał być jednak ten pierwszy raz.

Zatrzymano mnie w obu kierunkach w odstępie powiedzmy 40 minut, tyle zajął mi powrót. I to tylko strażnicy francuscy. Po "mojej stronie" nie było kontroli.

W drodze DO Francji tylko okazanie dowodu, podziękowanie i poszłam dalej.

W drodze Z Francji..
Do rzeczy: musiałam się wylegitymować. Normalka. Pytali o wszystko. A skąd, a dokąd, a orzełek na dowodzie to co to za kraj (serio? jest napisane!) ale musiałam wszystko powtórzyć ustnie jak na spowiedzi.

I teraz dygresja: byłam sama, a strażnicy byli wszyscy płci męskiej i wszyscy dość dużej postury. O ile jeszcze przez pierwsze minuty było i dwóch i stali obok siebie w bezpiecznej dla mnie odległości to w pewnym momencie pojawiło się jeszcze chyba dwóch (dokładnie nie pamiętam) i stanęli za mną. Niestety mam złe doświadczenia i zaczęłam się trząść ze strachu. W takich sytuacjach po prostu staram się głęboko oddychać ale łzy zawsze się pojawiają, no nic nie poradzę.

Panowie niestety nie skumali, że się ich boję z powodów prywatnych, tylko bo mam coś do ukrycia.

Jeden z nich zaprosił mnie do środka budynku na przesłuchanie i miał tego pecha że dotknął mojego ramienia, więc go instynktownie odepchnęłam i krzyknęłam. Próbowali mnie uspokoić, ale ja tylko zaczęłam krzyczeć, że są to kpiny i kontrola jest bezpodstawna, że nigdzie nie idę, że życzę sobie porozmawiania z kobietą.

I na szczęście takowa się znalazła, uspokoiła mnie, porozmawiałyśmy na osobności.

Dowiedziałam się, że muszą kontrolować częściej ze względu na nielegalnych imigrantów. Na moje zdziwienie (no bialutka jestem jak ściana) strażniczka powiedziała, że są skargi na dykryminacje, że kontrolują tylko czarnych. Zasugerowałam, że chyba mój dowód osobisty powinien wystarczyć, ale strażniczka powiedziała, że liczy się czas zatrzymania. W internecie pojawił się ostatnio filmik z eksperymentem społecznym na którym młodzi ludzie z ukrytej kamery sprawdzali ile razy i jak długo będą ich na tej granicy kontrolować. Jeden podobno był czarny, a drugi biały. I wyszło, że są rasistami, bo w ciągu jakiegoś tam czasu czarny był sprawdzany ileś tam razy, a biały wcale.

W związku z tym strażnikom się dostało i teraz kontrolują częściej i podobno praktycznie tylko białych, żeby nie posądzono ich o rasizm. Na moją sugestię, że to własnie jest rasizm, że świadomie kontrolują białych, tylko westchnęła i bezradnie rozłożyła ręce.

Na szczęście dostałam przeprosiny od panów strażników jak wychodziłam na zewnątrz, uśmiechali się przepraszająco. Chyba im się głupio zrobiło i dobrze.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (228)
zarchiwizowany

#83468

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja rodzina została dziś "przyłapana" na robieniu sobie zdjęć przy grobie. Ludzie zaczęli na nich klnąć i wyzywać od najgorszych, że nie zachowują powagi, bo telefon to nie miejsce na cmentarz itp. Czyżby?

No to teraz z drugiej strony. Wiemy, że w internetach zdjęcia przy grobie to wiocha. Jednakże moja rodzina tak nie uważa, bo:

1) zdjęcia robimy w innym celu, niż się wydaje. Na pewno nie po to, aby się nimi pochwalić na fb, czy innych portlach. Są rozsyłane tylko wśród najbliższych.

2) zdjęcia są często samego grobu, więc nie ma na nich widocznych żadnych emocji.

3) dzięki zdjęciom rodzice pamiętają kiedy ostatni raz byli przy grobie, jak posprzątali, ile zostawili zniczy, ile wiązanek itp.

EDIT co do punktu trzeciego, bo chyba nie do końca wyjaśniłam:
Moja mama przed pojechaniem na cmentarz sprawdza ostatnie zdjęcie grobu, żeby ustalić, czy tym razem kupić w innych kolorach znicze i kwiaty, czy może zostawić? Czasem też babcia prosi o jakiś konkretny kolor, więc spełniamy jej życzenie. Zdjęcie Mamie w tym pomaga, żeby zaplanować, no i co najważniejsze robi to przed wejściem na cmentarz, więc nie musi się wracać. W pewnym wieku pamięć już zawodzi, co w tym złego?

4) ładnie posprzątany grób można potem pokazać babci i jest okazja żeby porozmawiać, a to o kolorach zniczy, a że ładne, a że nie, że kwiatki lepsze niż wieniec itp. Babcia się wtedy zawsze wzrusza i to jest najważniejsze.

5) przy każdej wizycie w Polsce jestem przy grobie mojej ukochanej cioci i wysyłam zdjęcie mojej kuzynce (córce cioci), która mieszka na stałe w UK. Ona wtedy oddzwania i pokazuję jej przez videorozmowę jak wygląda grób, że posprzątałam, że kupiłam znicze w ulubionym kolorze Cioci, potem obie płaczemy i wspominamy. Cały czas siedzę przy grobie, w okolicy zazwyczaj nikogo nie ma. Ciocia, jeśli na nas patrzy, to widzi jak bardzo się kochamy i kochamy ją. Serio telefon na cmentarzu jest oznaką braku powagi i szacunku?

6) na pogrzebie cioci, która pracowała w szkole, kościół był wypełniony po brzegi, większość stanowili uczniowie, wszyscy ubrani w garnitury, garsonki. Widziałam, jak robili sobie jakieś 30 metrów od grobu na tle drzew wspólne zdjęcie z wieńcem i szarfą z napisem "kochamy panią Anię", po czym zapłakani podeszli do grobu i złożyli wieniec wśród reszty wiązanek. Moim zdaniem nie było w tym żadnego braku szacunku, bo ci sami uczniowie całą mszę stali ze sztandarami szkolnymi.

A wy co myślicie? Czy waszym zdaniem telefon na cmentarzu należy zawsze bezwzględnie wyłączać?


I dodam jeszcze:
7) z grobu mojej zmarłej stryjenki zniknęła tablica z jej nazwiskiem. Jak? nie mamy pojęcia, ale co zrobili rodzice? oczywiście zdjęcie, żeby pokazać najbliższej rodzinie stryjenki i wspólnie zadecydować co dalej.

8) pół roku temu wpadłam na pomysł, że uzupełnię litery na grobie dziadka specjalnym markerem, bo po prawie 30stu latach praktycznie nie było ich widać. Wiem, może i powinnam wynająć do tego firmę, ale postanowiłam inaczej. Efekt wyszedł super. Zrobiłam zdjęcie i pokazałam mamie i babci. Obie były zachwycone, bo jednak przyznaję: firmy liczyły sobie bardzo drogo za taką usługę i nie bardzo było nas stać. Tak wiem, januszowanie, bla bla bla. Wczoraj dostałam zdjęcie grobu dziadka od mamy z dopiskiem: "zobacz córcia, Twój pomysł się spawdził, litery są super, dziadek na pewno się cieszy".

Naprawdę powinniśmy się leczyć, że robimy zdjęcia grobom? Czy może powinni się leczyć Ci, którzy robią zdjęcia SOBIE na cmentarzu w białych bądź czerwonych kozaczkach?

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (112)

#83384

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniało mi się czytając historię o madce, której dziecko musi mieć dwie drzemki.

W lipcu jakoś mój facet poprosił mnie, czy nie chciałabym spotkać się z żoną jego kolegi, która to żona niedawno urodziła, są oboje na emigracji od niedawna, nikogo nie znają, może chciałabym się zaprzyjaźnić itp. Podobno potrzeba mi było babskiego towarzystwa ;P

Myślę sobie, że spoko. W końcu znajomi mojego faceta muszą być fajni, prawda? Nope.

Mój spotkał się z tym kolegą pod ich domem i poszli w sobie tylko znanym kierunku, mnie zostawiając, bo miałam wejść na górę na babskie ploty. Trochę już to było dziwne, ale dlaczego, to miałam się przekonać za kilka minut, jak już zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi mieszkania.

Otworzyła mi dziewczyna i natychmiast pobiegła do dziecka, przepraszając w biegu i mówiąc, żebym się rozgościła. To, jaki smród mnie uderzył, to aż trudno opisać. Chciałam uciekać. Mieszanka zapachu brudnych pieluch, niewietrzonego mieszkania, środków czyszczących typu cif i domestos oraz przypalonego, jak się okazało, posiłku w kuchni.

No ale wchodzę i się "rozgaszczam", nie oceniajmy pochopnie.

Mieszkanie "lśni", bo rzeczywiście jest czyszczone, ale okna są wszystkie zamknięte. Dodatkowo, wszystkie palniki w kuchni były rozgrzane do maksimum, gdzieniegdzie widziałam małe grzejniki podłączone do prądu. Takie stare farelki, zapewne przywiezione z Polski. Były chyba trzy, każda w innym pokoju.

I ten ryk dziecka. To nie było płakanie, to było wręcz wycie połączone ze skomleniem. Widać było, że dzieciakowi coś jest. Jego matka, kiedy do niej podeszłam akurat go przewijała. Pod kocykiem. Mały miał dodatkowo czapkę na główce i coś co przypominało gruby sweterek.

Dziewczyna cały czas trajkotała przy tym niesamowicie. A że jej ciężko, że są tutaj od kilku miesięcy, że wszystko sama ogarnia (albo raczej nie ogarnia), że mały taki nieposłuszny bo ciągle płacze, że oczywiście powinnam umyć ręce zanim go wezmę, że musi pieluchy wywalać tylko dwa razy w tygodniu (nie mamy śmietników, materiał na osobną historię).

W międzyczasie cała spocona ledwo dzieciaka przewinęła, bo mały naprawdę wył i się wyrywał. Ja też cała spocona, patrzę na nią i na niego, szkoda mi się ich zrobiło. Chciałam sobie dać spokój, ale jak usłyszałam, że przecież w tym kraju to straszne mrozy panują (mieliśmy lipiec, upały po 40 stopni przez kilka tygodni), to nie wytrzymałam. Najpierw szukałam ukrytej kamery, potem pomyślałam że laska jest jakaś po prostu nienormalna. Ciągle się bała, że jej się synek przeziębi.

I tak biadoli i biadoli, ale na szczęście musiała pójść do toalety, więc postanowiłam wziąć małego na balkon. I wyobraźcie sobie, że dziecko ucichło momentalnie. I chyba ta nagła cisza spowodowała niepokój w uszach maDki, bo dość szybko przybiegła i jak na mnie nie ryknie, że co ja robię, że jej syna próbuję przeziębić! Kiedy mały znalazł się znowu w mieszkaniu, płacz zaczął się od nowa.

Pomyślałam, że nie będę uczestniczyć w tym cyrku ani chwili dłużej i zadzwoniłam do mojego faceta, aby przyszli z powrotem. Byli w ciągu 10 minut, bo siedzieli niedaleko w jakiejś knajpie.

Ja w tym czasie chłodno pożegnałam się z maDką i zeszłam na dół. Chciałam opowiedzieć chłopakom, ale mąż maDki przerwał mi mówiąc, że chyba wie o co chodzi. On sobie zupełnie z tym nie radzi i dochodzi do wniosku, że ona ma jakieś zmiany w mózgu po porodzie.
Szkoda się go nam zrobiło, ale w tej sytuacji nie wiedzieliśmy co mamy robić. Laska ewidentnie krzywdzi dziecko, ale go przecież nie bije ani nie głodzi. Za to prawie nie pozwala się ojcu zbliżać do dziecka, zanim się nie umyje, bo "przychodząc z pracy jest siedliskiem zarazków no i jest cały zimny". Musi się wygrzać pod prysznicem, żeby jak bierze dziecko na ręce, to przytulać go do ciepłego ciała. Inaczej się przeziębi. Dziecko, nie ojciec.

Widać było, że ojciec widzi problem, więc postanowiliśmy się nie wtrącać. Z tego co słyszałam później, mały trafił do szpitala. Ojciec nie wytrzymał i wypłakał się pielęgniarkom. Podobno coś w tej sprawie zrobiły, ale szczegółów nie znam.

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (174)

#83028

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnej cioci. Mam nadzieję, że jej syn nie czyta Piekielnych...

O zniszczonej rodzinie będzie.

Moja babcia jest najstarsza z całej gromadki swojego rodzeństwa. Dlatego mam wiele cioć i wujków starszych ode mnie zaledwie kilka lat lub kilka miesięcy. Jedna z sióstr babci w 1980 roku urodziła swoje drugie dziecko, roboczo niech będzie Konrad. Konrad ma porażenie mózgowe
[EDIT: nie jestem lekarzem, tak mi wytłumaczono, kiedy jako dziecko pytałam, czemu Konrad jeździ na wózku. Wiem tylko, że nie jest w stanie chodzić, ledwo mówi, nie jest w stanie sam korzystać z toalety ani łazienki, trzeba go też karmić i ubierać].

Dziś Konrad ma 38 lat. Jest bardziej samotny niż ktokolwiek, kogo znam. Jego rodzice już nie mają siły go dźwigać i wysadzać (niestety) i właściwie cała opieka nad nim po śmierci rodziców przypadnie na starszą siostrę.

Konrad na przestrzeni lat był absolutnie nieznośny i męczący w swoich poszukiwaniach pomocy, ale zamiast iść do psychologa, wyżalał się nam. Kiedy miałam jakieś 13 lat, Konrad wybuchł przy mnie płaczem, że on już nie daje rady. W tamtym czasie kilka lat różnicy robiło swoje i nie wiedziałam, jak pomóc chłopakowi, który marzy o miłości.

Powiedzmy sobie szczerze: jaka dziewczyna chciałaby się związać z chłopakiem, którego do końca życia trzeba wysadzać? Konrad zawsze chciał poznać smak miłości fizycznej, ale jego mama absolutnie wybiła mu to z głowy, bo seks tylko po ślubie. Zresztą na tematy męsko-damskie nie może rozmawiać z rodzicami, jak sam kiedyś przyznał.

Pamiętam, że kiedy miał ok. 20 lat, to nauczył się sam jeść, a nawet ubierać. Niestety po jakimś czasie matka znowu zaczęła te czynności robić za niego. To były początki czatów i portali internetowych, na których Konrad poznał kilka dziewczyn, ale niestety nic z tego nie wyszło.

Kiedyś przyleciała do nich nasza wspólna rodzina z zagranicy. Chcieliśmy się wszyscy spotkać na mieście. Jako osobę ustalającą wybrano Konrada. Efekt był taki, że się nie spotkaliśmy, bo Konrada przez telefon nie da się zrozumieć. Kiedy poprosiliśmy, żeby dał kogoś innego do telefonu, to rozpętała się awantura i rodzina się skłóciła.

Na przestrzeni lat dostawaliśmy (ja, Mama, brat, kuzynostwo dalsze) wiadomości na mailu, Naszej Klasie, Facebooku itp., że go rodzice nie rozumieją, że on to chyba samobójstwo popełni.

Dawaliśmy mu dobre rady, jakie tylko umieliśmy znaleźć, ale nie oszukujmy się - nie wiemy, jak to jest być niepełnosprawnym i nie umiemy mu pomóc. Raz Mama napisała mu dość dosadnego maila, że powinien wziąć się za siebie, na co jej ciocia dostała prawie szału. Bo jej synek jest taki biedny i przez tego maila płakał trzy dni.

Jedyne, co mogliśmy zrobić, to dać za przykład sławnych niepełnosprawnych, którzy są dowodem na to, że wózek inwalidzki nie jest przeszkodą. Niestety Konrada to nie motywowało. Z roku na rok gnuśnieje coraz bardziej i stał się już tak nieznośny i męczący, że musiałam go zablokować w necie. Przykre to, ale serio nie wiem, jak mu pomóc.

On nie słucha argumentów, tylko ryczy, że jest niepełnosprawny. Bez żadnego dystansu do siebie, bez poczucia humoru, bez radości w życiu.

Ze swoimi rodzicami Konrad nie ma praktycznie kontaktu, bo każde z nich żyje już we własnym świecie. Ojciec popadł w alkoholizm z żalu, że nigdy nie nauczy syna jeździć samochodem. Matka popadła w fanatyzm religijny, modli się i dziękuje za to, że ma niepełnosprawnego syna, bo to jest "jej krzyż" i "kara za grzechy”, jak bywała mówić.

Wiem, moja babcio-ciocia i jej mąż popełnili rażąco dużo błędów w wychowaniu, ale wierzę, że chcieli jak najlepiej. Efekt jest jednak taki, że rodzina jest zniszczona. Nikt nie chce do nich jeździć, bo Konrad za każdym razem co chwilę prosi, żeby pójść z nim do jego pokoju, bo on chce pogadać. A te rozmowy są zawsze monologiem z płaczem. Ja natomiast nie jestem psychologiem.

Sytuacja jest absolutnie patowa. I nikt z nas nie wie, jak w tej sytuacji pomóc. Kiedyś jeszcze próbowaliśmy.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (185)
zarchiwizowany

#83009

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakieś kilkanaście lat temu siostrze mojej babci (potocznie cioci) totalnie od..ło.. no wiecie ;) Ołtarzyk maryjny w sypialni, codziennie kościół, codzienne modlitwy, radio toruńskie itp. I nie byłoby w tym nic złego, bo bycie religijnym to prywatna sprawa każdego człowieka. No właśnie... Niestety ciocia zaczęła "naprawiać" nie tylko siebie, ale i cały świat.

Jak juz niektórzy z Was wiedzą, przez ostatnie moje lata życie wywróciło mi się do góry nogami i wszystko sie w nim pozmieniało (pozdrawiam Lobo 86).

A więc:

Gdy się zaręczyłam, to ciocia telefonami do mnie i do mojej mamy prośbą i groźbą namawiała mnie na ślub kościelny, bo inaczej (w skrócie) szatan da mi popalić.

Gdy wyszłam za mąż (tak, w kościele, ale to była moja decyzja), moja mama miała telefony, że ten ślub to była pomyłka bo moja świadkowa była ze swoją dziewczyną, więc (w skrócie) szatan da mi popalić.

Na moim weselu podeszła do mnie i zapytała wprost, czy Ci dwaj panowie (para gejów moich kumpli) w garniturach to przyjaciele. Odpowiedziałam, że jest to pytanie do nich. Usłyszałam, że ona i tak już wie, bo pytała o to mojej babci i że teraz, to juz naprawdę powinnam się wstydzić i (a jakże) szatan da mi popalić.

Kiedy kilka lat później ja i mój były juz mąż rozstaliśmy się, ciocia mało zawału nie dostała, że (oczywiście) szatan da mi popalić.

Sens i logika chyba opuściły ciocię, kiedy po rozstaniu miałam zaproszenia na pielgrzymki i spotkania z księżmi, zakonnicami i wszelakimi innymi ludźmi związanymi z kościołem, którzy "na pewno mi pomogą" tylko muszę się otworzyć. W tym czasie powiedziałam dopitnie cioci, że to nie ja tylko mój były mąż mnie zostawił, więc chętnie przyjmę na to jej złotą radę. Jej riposta pozbawiona była absolutnego sensu, nawet nie była odpowiedzią na pytanie. Nie otrzymałam złotej rady, tylko gadkę na temat nierozerwalności małżeństwa i że (oczywiście) szatan da mi popalić.

Wieczorem w dniu mojej rozprawy rozwodowej, zadzwoniła z pytaniem czy zdaję sobie sprawę, że ten rozwód jest nieważny i że w oczach Boga nadal jesteśmy małżeństwem. Odpowiedziałam, że zdaję sobie sprawę, że jest jeszcze jedna INSTYTUCJA, która uważa to małżeństwo za ważne, ale "już niedługo ciociu, już niedługo, nawet to da się załatwić". Zapowietrzyła się i usłyszałam (w skrócie), że szatan da mi popalić.

Gdy wyjechałąm na stałe za granicę (przy granicy z Niemcami ;)) rodzina dowiedziała się, że nie jestem patriotką, bo przecież Polska to mój katolicki dom i za tę UCIECZKĘ szatan.. muszę kończyć?

Pół roku temu był pogrzeb w rodzinie, na który to pogrzeb przyleciałam do Polski wraz z moim obecnym facetem. Ciocia pomiędzy łzami i teatralnym (jak dla mnie) zachowaniem podczas mszy i stypy, słała mi mordercze spojrzenia, ale potem mama przekazała mi, że na stypie podchodziła kolejno do wszystkich i informowała (kto jeszcze nie wiedział), że tamten Pan (mój facet) to nie ten sam, któremu przysięgałam że z nim będę aż do śmierci. Nie powinnam w ogóle pojawiać sie na mszy bo to obraża Boga i (w skrócie) szatan da mi popalić.

Piszę o tym teraz, bo właśnie chyba nastał zwrot akcji. Wczoraj była większa impreza rodzinna, na której temat zszedł na mnie i na to jak sobie radzę za granicą. Ciocia natychmiast podłapała rozmowę i zaczęła tyradę o tym, że (w skrócie) szatan da mi popalić.

Wczoraj w końcu moja babcia nie wytrzymała i w kilku bardzo przykrych i mocnych słowach (przy moich rodzicach i dalszej rodzinie) kazała się cioci ode mnie odwalić. Przy czym nie użyła słowa "odwalić".

Jeśli jesteście ciekawi, jakie jeszcze jazdy odwala ciocia, to napiszcie. A dlaczego sama nie powiedziałam cioci tego, co babcia? Bo nie uważałam tego za aż tak groźne, żeby wybuchać, to w końcu w większości działo się za moimi plecami a mama i babcia (do czasu) śmiały się z tego.

P.S. Dla wrażliwych. To, że szatan da mi popalić nie należy brać dosłownie ;) tak tylko piszę.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (121)

#82866

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój przyjaciel kilka lat temu po pół roku bardzo trudnej rekrutacji dostał dobrze płatną państwową posadę. Tak, moi drodzy, są jeszcze takie. :)

Praca jest bardzo odpowiedzialna i trudna, ale też (w miarę) dobrze płatna.

Jakoś kilka miesięcy temu zrobiła się mała rewolucja i działy się poprzemieniały. Generalnie nic się dla pracowników nie zmieniło, poza tym, że ich firma nazywa się inaczej i jest pod inną firmą niż dotychczas.

Przez to całe zamieszanie mój przyjaciel wraz z resztą zespołu ujrzeli na początku miesiąca mniejszą pensję, bez jakiegoś tam dodatku. Nawiasem mówiąc, dodatek niemały.

Po wyjaśnieniu sprawy dostali zapewnienie, że w kolejnym miesiącu będzie wyrównanie.

Oczywiście nie było żadnego wyrównania. Ani w kolejnym, ani w następnych kilku miesiącach. Teraz podobno ma być w październiku.

Komentarz naszych wspólnych znajomych?

- I bardzo dobrze. Bez tego dodatku już masz dwa razy większą pensję niż moja, więc przestań narzekać!

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (141)

#82695

(PW) ·
| Do ulubionych
Lato. Wysyp wesel, psia jego mać.

Specjalnie przyleciałam do Polski na ślub i wesele do Warszawy, mając nadzieję na fajną zabawę. Okazuje się jednak, że "stolyca" wcale nie oznacza zabawy na poziomie. Wręcz przeciwnie.

Mam jedną zasadę od zawsze. Nie biorę udziału w oczepinach. Jeśli ktoś (nawet panna młoda lub pan młody) mnie próbuje siłą wyciągnąć, to ja z równą siłą się wyrywam. Kiedyś pamiętam, że się nawet jakaś tam ciotka na mnie obraziła, ale miałam to w szanownym poważaniu.

Do rzeczy, Na weselu w tym roku stałam sobie grzecznie w kącie, a oczepiny się zaczęły. Były standardowe i nawet fajne zabawy i konkursy. Aż tu nagle lider kapeli mówi, że do następnej zabawy prosi 10 singli i 5 singielek.

Zabawa polegała na tym, że panowie ustawili się w dwóch rzędach przodem do siebie z małą butelką wepchniętą w spodnie. 5 panów miało pełną butelkę a 5 pustą. Zadaniem pań było latanie ze słomką i przelanie zawartości butelki z pełnej do pustej. W sensie w buzi.

Zażenowana całym tym pomysłem, próbowałam przemówić młodym, rodzicom i kapeli do rozsądku, ale zostałam wyśmiana. Wodzirej dodatkowo ze śmiechem polecił gościom robić zdjęcia ustawiając się za jednym lub za drugim rzędem. "Bo to będą śmieszne zdjęcia, hahaha".

I tak oto ludzie zaczęli "się bawić". Wśród dziewczyn była tylko jedna na pięć, która zrezygnowała po kilkunastu sekundach. Nie dziwię się. Miała 17 lat. I trochę oleju w głowie na szczęście. A reszta pań miała cudowne zdjęcia, które sugerowały nic innego jak seks oralny w miejscu publicznym. Panowie zaś dla śmiechu zaczęli wypychać biodra w kierunku dziewczyn, robić oczywiste grymasy rozkoszy na twarzy, jeden nawet zaczął głaskać po włosach dziewczynę, ku wielkiemu zadowoleniu i śmiechowi gości.

I tak sobie latały dziewczynki, każda od jednego pana do drugiego, każda chciała przelać zawartość jak najszybciej, a ja stałam tylko z boku z oczami jak pięciozłotówki zastanawiając się gdzie ja w ogóle jestem. I czy przypadkiem zaraz się tu orgia nie zacznie.

Później jeszcze zapytałam tych ludzi biorących odział w zabawie, czy zdają sobie sprawę co zrobili, ale nikt nie widział nic złego i że nie umiem się bawić. Po mojej stronie opowiedziała się tylko ta młodziutka dziewczyna, która była wraz z rodzicami i tuż po oczepinach pojechali do domu.

I tak oto, drodzy czytelnicy, wybuchła afera. No kto by się spodziewał? To znaczy ja na pewno. Ale nawet ja nie spodziewałam się aż takich jazd. Bo że panna młoda jest na tyle głupia, że wstawiła te zdjęcia na fejsa to mogłam się domyślać, trochę ja znam. Że oznaczy wszystkich na tych zdjęciach, tez się domyślałam. A uczestnicy zabawy mieli, z tego co słyszałam, w znajomych swoich szefów, swoich rodziców, kolegów z pracy. Wszystko im się wyświetliło.

Dodatkowo ludzie robili zdjęcia prywatnymi telefonami, do czego gorąco zachęcał wodzirej/ lider kapeli. Wszyscy zaczęli sobie te zdjęcia pokazywać, a lwia część z tych osób wysyłała je przez Messengera i inne apki.

Weryfikacja znajomości part 1.

EDIT: po przeczytaniu komentarzy dodam, że:
1) jedna z dziewcząt została zwolniona z pracy, jako powód podano "szkodę dobru firmy". Była to praca na bardzo wysokim stanowisku jak na trzydziestolatkę. Owszem, miała kolegó z pracy w znajomych.
2) jeden z panów jak się okazało nie do końca był singlem ;)
3) owszem była próba wkręcenia mnie w to, ale na szczęście krótka.
4) nakłanianie 17 latki!!! żeby przestała wydziwiać i wróciła na parkiet jest moim zdaniem absolutnie próbą naruszenia jej godności osobistej. Jej rodzice potem wymienili ze mną kilka wiadomości o żenadzie w tamtym momencie. Jak widać nie każda dziewczyna jest rozpustną suką, której przykładanie głowy do męskiego rozporka jest hihihi zabawą.
5) dodam, że do oczepin dotrwały niektóre dzieci. DZIECI! kilkuletnie, które już kumają co nieco.
6) no i komentarz o tym, żebym nie umoralniała. Patrz punkt 4 i 5.
7) I co to do cholery za facet, który PUBLICZNIE nie ma nic przeciwko, że 17-letnia dziewczyna (najprawdopodobniej dziewica) przykłada mu głowę do rozporka. Dwaj panowie, którzy "przez nią" nie wzięli udziału w zabawie, skwitowali to krótko: kur.. nie wygramy wódki tym razem.

wesele

Skomentuj (69) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (296)