Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ajsza

Zamieszcza historie od: 31 maja 2014 - 17:40
Ostatnio: 4 sierpnia 2018 - 9:53
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 1269
  • Komentarzy: 96
  • Punktów za komentarze: 772
 

#81138

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą od niedawna, zdarza mi się czasem popełnić jakąś niezręczność, ale to, czego ostatnio byłam świadkiem przeszło moje wyobrażenia.

Wracałam z psem ze spaceru, wyjeżdżamy autem z parkingu i jedziemy za Renault Twingo koloru turkusowego. Dojeżdżamy do skrzyżowania z nakazem skrętu w lewo - Twingo skręca bez kierunkowskazu... Ale to częsta przypadłość przy nakazie, więc nie zwracam większej uwagi.

Dalej jedzie baaardzo wolno (20km/h) uliczką, którą można jechać na wprost lub w prawo zjazdem. Tocząc się praktycznie, mija wjazd. Prawie staje.

Skręcam ja, z kierunkowskazem, a Twingo... Nagle postanawia skręcić również, niemal rysując mój bok. Obyło się bez zniszczeń, ale już zirytowana jadę dalej za turkusowym paskudztwem.

Kolejne skrzyżowanie 4 ulic bez nakazu, skręt w lewo z pierwszeństwem - kierunkowskazu brak. I dalej 25 km/h.

Boję się wyprzedzić, bo podwójna ciągła, a zachowanie kierowcy zaczyna mi przywodzić na myśl ukrytą kamerę, więc pełznę w bezpiecznej odległości...

Kolejne skrzyżowanie - nakaz w prawo - inaczej się jechać nie da, chyba że pod prąd. I tu bingo!

Twingo ma kierunkowskazy. Pierwszy i jedyny raz użyte.

Dalej były dwa pasy do jazdy w lewo. Twingo na pasie lewym, ja na prawym. Twingo po skręcie pół metra ode mnie pcha się na prawy (bez kierunkowskazu, no bo po co?).

Klakson i auto zjechało na pobocze. Do tej pory się zastanawiam, czy kierowca był pijany, głupi, czy bez prawa jazdy?

Muszę kupić wideorejestrator.

Ulica auta

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (100)

#79437

(PW) ·
| Do ulubionych
Od około miesiąca posiadam prawo jazdy - od tego również czasu rozpoczęłam swoją przygodę z poruszaniem się autem po rodzimych drogach.

Do tej pory obyło się bez większych piekielności, dziś jednak spotkało mnie... Sama nie całkiem jestem pewna co, bo ciężko powiedzieć, co owym paniem kierowało.

Jechałam sobie po obrzeżach miasta prostą drogą z pierwszeństwem - wymarzona sytuacja dla świeżo upieczonego kierowcy, żeby rozwinąć zawrotną prędkość 55 km/h. ;)

Ludzi brak, aut też, więc "pędzę" sobie beztrosko... aż na drodze pojawił się ON. Chłop w traktorku z przyczepką. Jedzie 25-30 km/h. Nic to, droga zakręca, więc zwalniam grzecznie, ale już za chwilę rozwidla się na dwa pasy - jeden do skrętu w lewo, drugi na wprost. Uznałam, że spokojnie pana sobie wyprzedzę (zakazu nie ma).

Pan tymczasem zjeżdża na lewy pas. Super, przejadę sobie bez większych manewrów... ale gdy byłam może dwa metry od niego, zjechał nagle na sam środek dwóch pasów!

Ja po hamulcach, toczę się za nim, znów zjechał na lewy pas... Zbliżam się minimalnie - i znów traktor ląduje na środku. Hamulec, klakson, traktor ostatecznie zjeżdża jednak w ostatniej chwili na pas prawy i wyprzedzam go chwilę później…

O co tu chodziło?

kierowcy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (97)

#77697

(PW) ·
| Do ulubionych
Do tej pory obca mi była legendarna piekielność Poczty Polskiej. Aż do dnia dzisiejszego.
Mąż zamówił około tygodnia temu, tani gadżet do telefonu (ok. 25 zł). Opcja przesyłki - Poczta Polska, list priorytetowy.
Wczoraj w skrzynce leżało awizo, więc fruu! Na pocztę.
Przesyłki nie ma. No nie ma, nie wiadomo gdzie jest i czy będzie. Pan przyjdzie jutro.

A dzisiaj znalazło się ponoć awizo z poniedziałku, i podpis na liście, który nie ma nic wspólnego z moim ani męża...
Quo vadis, poczto?
I co z tym można zrobić?

poczta polska

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (137)

#76342

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnimi czasy odczuwam głęboką niechęć przed wychodzeniem z domu w deszczowe dni. Mimo, że z cukru nie jestem i deszcz mi nie przeszkadza sam w sobie, to jednak z każdego prawie wyjścia wracam wściekła. Czemu?

Kierowcy. Ja naprawdę jestem człowiekiem z głęboką empatią. Rozumiem, że się spieszy, że nie każdą kałużę się uda zauważyć. Ale do jasnej cholery, w ciągu tygodnia zostać ochlapaną 6 razy?! Na trasie dom-sklep (około 50m)?
Za każdym razem, obładowana zakupami, lecę skulona i, nauczona doświadczeniem, wklejona prawie w ścianę budynku przy chodniku. Nic to, ściana wody szybko mnie dosięga, mimo że już prawie dochodzę do bramy...

Komuś niestety nie chciało się zwolnić - wiadomo - pośpiech. Szkoda tylko, że w 4 na 6 przypadków auto 20 m dalej musiało się zatrzymać na świecącym już chwilę czerwonym...

Mam nadzieję, drodzy kierowcy, że zmoczenie pieszego po pas, poprawiło wam humor na resztę dnia - bo pieszemu, niestety, nie.

ulica kierowcy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (211)

#75854

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam psa. Pies ma 10 miesięcy, niespożytą energię i sporą masę, wypadałoby dać mu się wybiegać, ale parki odpadają ze względu na to, że mimo łagodności jagnięcia samym swym widokiem wzbudza przerażenie.

Postanowiliśmy się z lubym wybrać na bardziej "dzikie tereny", coby brytana z dala od ludzi wybiegać. Padło na zagajnik pod miastem, z lasem to to nie ma wiele wspólnego, ot trochę drzewek i tyle.

Idziemy z Młodym, jak zwykle trzyma się max 10 m od nas, kiedy nagle widzimy z daleka parkę starszych ludzi - ok. 60-tki. Spojrzeli na nas, my na nich, szybki w tył zwrot, coby się psa nie zdążyli wystraszyć i idziemy prędko w stronę przeciwną. Parę minut później zwolniliśmy i znów cieszymy się spokojnym spacerem.
Jakie było nasze zdziwienie, gdy nagle zza zarośli wychylili się Oni...

Z początku nie słyszałam, co krzyczał w naszym kierunku pan, ale ton nie wskazywał na nic miłego, a i w ręku trzymał wojowniczo jakąś małą siekierkę, Młody zjeżony stanął przed nami, gotów bronić przed tajemniczym najeźdźcą, a my w końcu usłyszeliśmy...

Otóż dziad uznał, że on tego psa zamierza "skasować", bo się nie zamierza bać! I kto to widział żeby takiego psa z podwórka w ogóle wypuszczać!

Obawiam się, że nasze późniejsze wypowiedzi z kulturą nie miały zbyt wiele wspólnego, ale groźby w stosunku do mojego psa po prostu nie zniosę...
Polskie zombie szły za nami jeszcze kawałek, drąc się niemiłosiernie, aż mąż oznajmił Panu Dziadowi, że skasować może zaraz jego, i w krótkich żołnierskich słowach poradził mu oddalić się niezwłocznie.

Ok, wiele jestem w stanie zrozumieć, strach, niechęć, ale czy to nie dziwne, że przerażeni starsi państwo lecą za obiektem swego przerażenia dobre 500 m żeby kogoś zwyzywać?

spacer pies

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (301)

#74128

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam dziś historię #74112 i postanowiłam napisać o tym samym temacie z drugiej strony...

Firma, w której pracuję, przyjmuje studentów na praktyki. Są to w większości studenci politechniki, którzy na praktyki trafiają do części produkcyjnej. Tyle tytułem wstępu.

Studenci przydzielani są wedle potrzeby, tzn. prawdopodobnie trafią tam, gdzie sporo ludzi poszło na urlop.
Główne, moim zdaniem, piekielności?

Mimo że firma ma ciekawy profil i naprawdę sporo rzeczy z takich praktyk można by wynieść, większość studentów wykonuje pracę pt. "Włóż coś w coś" przez całe praktyki. Nie dopuszcza się ich do trudniejszych operacji, bo:

- są pod opieką pracowników produkcji, a pracownik nadzorujący odpowiada w 100% za studenta - wysłanie bubla do klienta może się równać z naganą do akt

- wielokrotnie studenci dawali powód, by traktować ich jak idiotów, knocąc najprostsze rzeczy i mając w nosie, czego się od nich oczekuje

- studentów "dostają" często osoby typu "mam w głowie dwie kulki, jak się zderzą to mam pomysł".

W tym roku trafił do mnie kolejny student. Oprócz prostych zadań staram się chociaż trochę urozmaicić mu pobyt tu. Pokazuję zasady działania produktów, proces "od-do", pomagam ze zdobyciem materiałów do pracy. Cóż, są tu, żeby zdobyć jakąś wiedzę, nie odczuję satysfakcji, że komuś to utrudniłam.

Mimo to około 90% studentów kończy praktyki, nie zobaczywszy nawet 5% tego, co można by im pokazać.
Pod koniec praktyk zawsze widzę dużą grupę biegającą po całym zakładzie, by zdobyć jakieś ochłapy do napisania pracy z praktyk. Kto jest piekielny? Dyrektor, który wciąż zachęca uczelnie do przesyłania praktykantów? Firma, która od wejścia studentów do zakładu nie zapewnia im nic oprócz obuwia roboczego?
Czy może pracownik, który ma się studentem opiekować i za niego odpowiadać, nie dostając nic w zamian?

praktyki

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (167)

#73853

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja matka była pielęgniarką.
Zdarzyło mi się, będąc w podstawówce, zachorować na różyczkę. Gdy zauważyłam wysypkę, pojawiającą się na rękach w trakcie lekcji, udałam się do szkolnej pielęgniarki. Po jednym spojrzeniu wezwała woźną i kazała odtransportować mnie do domu, póki ostateczna epidemia się nie zalęgła.
Woźna chwyciła mnie za rękę i do domu przywiodła.
Nie zostałam tam długo.

Co zrobiła moja wspaniała matka?
Uznała, że to uczulenie, ja zmyślam, a ogólnie woźna przyszła nie wiadomo skąd. Następnego dnia - a jakże - ruszyłam posłusznie do szkoły. Rano dostałam porcję wapna i hajda! Pielęgniarka na mój widok załamała ręce. Cała byłam w czerwonych krostkach. Dzieci oglądały mnie zaciekawione.

Znów wróciłam w towarzystwie woźnej. Tym razem matka usłyszała, że w żadnym razie! Ma mnie do szkoły nie wysyłać. Usłuchała, mamrocząc pod nosem, że to uczulenie i pojąc mnie wapnem co 3 godziny...
Od mojego "uczulenia" zaraziło się pół szkoły, zaplanowana "zielona szkoła" nie odbyła się. Krzywo patrzono na mnie, jakbym sama wyrywała się do szkoły w tym stanie...
Po poprzedniej historii zarzucano mi zmyślanie - nie starczyłoby mi wyobraźni na zmyślenie wszystkich wyczynów mojej matki.

rodzina

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (268)

#73485

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem półsierotą. Mój ojciec zmarł, gdy miałam 6 lat. Czuję się jednak jakbym nie miała również matki. Czemu?

Odkąd skończyłam lat 7, przez nasz dom przewinęła się niezliczona ilość mężczyzn. Żaden z nich nie miał stałej pracy. Wszyscy byli od mojej matki młodsi. Rekordzista był młodszy od mojego brata - nie pracował wcale.
Od ukończenia 14 roku życia i znalezieniu pierwszej dorywczej pracy, ciągle słyszałam wyrzuty, gdy prosiłam o pieniądze na podręczniki czy ciuchy... z łaską dostawałam pieniądze na jedzenie - tylko dlatego, że lodówka zawsze świeciła pustkami.

Gdy dostałam 10 zł, kupowałam bilety do i z szkoły (musiałam dojechać) no i wyżywienie na cały dzień... dla porównania Gachy miały zagwarantowane jedzenie, papierosy i alkohol, a matka codziennie do pracy dojeżdżała taksówką - bo tak.

Zanim zaczęłam zarabiać, nosiłam ciuchy po przyszywanych kuzynach czyli dzieciach koleżanek matki. Samych chłopcach. Nie wspomnę, ile razy płakałam w kącie, bo dzieci wyśmiewały mnie. O ile w przedszkolu majtki w roboty nie dyskwalifikowały mnie towarzysko, o tyle w podstawówce i gimnazjum chłopięce ciuchy rujnowały moje poczucie własnej wartości. Matka balowała beztrosko.

Gdy skończyłam lat 16, imprezy zaczęły się na całego. Mieszkanie zaczęło przypominać melinę, wszystkie żule z osiedla przychodziły napić się w nim i zostawić syf... Zaczęłam wpadać w depresję, nie widziałam sposobu wyrwania się z tej patologii. Zdałam maturę bardzo dobrze - mimo, że pracowałam już prawie na etat. Zapisałam się na studia. Wytrzymałam rok.

Balanga non-stop w domu wykończyła mnie psychicznie i fizycznie, byłam znerwicowana, niewyspana, włosy wychodziły mi garściami. Jakiekolwiek próby rozmowy z matką kończyły się tak samo - mam swój pokój, więc nic mi do tego, co dzieje się w reszcie domu. Załatwiłam w urzędzie, że moja renta rodzinna po ojcu będzie trafiała bezpośrednio do mnie. Skończyło się kłótnią, bo nagle nie było z czego opłacić wziętych na balowanie kredytów. Nie było mi przykro.

Niedługo później przerwałam studia, bo znalazłam pracę na etat. Usłyszałam, że jestem głąbem i się mnie wstydzi. Kobieta po zawodówce. Alkoholiczka. Przeorana przez ilość facetów większą, niż mam palców u rąk. Przepłakałam swoje i wyprowadziłam się. Nasłuchałam się znowu, aż zerwałam kontakt zupełnie.

Swojej matce zawdzięczam:
- przepicie dwóch par złotych kolczyków, trzech złotych pierścionków, niezliczonej ilości pieniędzy z chrztu, komunii, urodzin.
- skrzywioną psychikę i jedną próbę samobójczą.
- brak czegokolwiek swojego, nic na start życiowy.
- przepicie mieszkania po ojcu.
- brak wykształcenia.
Po 4 latach zadzwoniła do mnie. Zapytać, czy wymeldowałam się z mieszkania, bo sprzedaje.
Dzięki, mamusiu.

P.S. Nie zmuszę nikogo, żeby mi uwierzył, ale utrzymywanie, że w takich warunkach zdanie matury i dobre wyniki w nauce jest niemożliwe, to zwykłe umysłowe ograniczenie. Fakt - prawie nigdy nie odrabiałam lekcji, bo szkoda mi było czasu. Za to mam świetną pamięć, która sprawiała, że wszystko zapamiętywałam na zajęciach. Fakt drugi - w wolne popołudnia wolałam pochłaniać książki, one zresztą pozwalały mi jakoś wytrwać, gdy było mi najciężej. I znam ludzi, którzy mimo warunków w domu matury nie zdali, i jest to kolejny fakt, który jest być może zbyt trudny do ogarnięcia dla niektórych. Trudno, węszcie sobie swoje "smrody" dalej.

Nie jestem i nie byłam jakąś "Malinową", ani "Truskawkową", ani "Jagodową". Pozdrawiam sceptyków.

rodzina

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (314)

1