Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

HermionaGranger

Zamieszcza historie od: 17 lutego 2016 - 14:41
Ostatnio: 15 października 2018 - 16:38
  • Historii na głównej: 41 z 54
  • Punktów za historie: 7046
  • Komentarzy: 232
  • Punktów za komentarze: -50
 
poczekalnia

#83300

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kojarzycie zapewne taki sklep jak Delikatesy Centrum.

Dzisiaj moja matka przy wychodzeniu z tego sklepu została napadnięta przez pracownice, które siłą próbowały ją zaciągnąć do biura, bo rzekomo widziały na monitoringu jak chowa jakiś towar do kieszeni.

Szarpały moją matkę jak marionetkę, nie pozwoliły jej okazać zawartości kieszeni przed sklepem, szydziły, że one już znają takie cwaniary co im "pod....lą" towar a później wychodzą straty na 40 tysięcy.

Została wezwana Policja. Mama okazała zawartość kieszeni i torebki. Nie miała nic co byłoby własnością pożal się boże tej speluny.

W domu okazało się, że od szarpania ma naderwany kaptur kurtki i rozerwany zamek torebki.

Jakiś pomysł co zrobić z takimi agresorkami? Mam ochotę się do nich przejść i powiedzieć im co o nich myślę.

Mam sporo znajomych w bliskim sąsiedztwie tego sklepu i odpowiednia opinia na pewno pójdzie w eter.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (129)
poczekalnia

#83279

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kilka dni temu ukazała się historia #83242.

Od razu przypomniał mi się Jakub, wychowanek domu dziecka, uczęszczający ze mną do tej samej klasy.
Owy osobnik miał wyraźne problemy ze sobą, tak jak opisywany Maciuś rozwalał lekcje itd.

Za czasów podstawówki nosiłam okulary.
Pewnego dnia "kochany Kubuś" wyrwał mi plecak w którym spoczywało etui z moimi drugimi oczyma i zaczął grać nim w piłkę nożną. Kiedy udało mi się go odzyskać okazało się,że nieszczęsne patrzałki są potłuczone w drobny mak.

Zaryczana wróciłam do domu i opowiedziałam o wszystkim rodzicom. Następnego dnia rano rodzice zgłosili się do dyrektorki szkoły i wzburzeni przedstawili całą sytuację.

Spotkała ich reakcja :

- I co ja mam z tym zrobić? Wyłożyć z własnej kieszeni za nowe okulary? Obydwoje państwo pracujecie, nie róbcie dramatu, na pewno stać was na nowe, zwłaszcza,że Hermiona jest jedynaczką. Proszę wyjaśniać sytuację z domem dziecka. Ja nic nie mogę zrobić.

Matka i ojciec myśleli,że zabiją babsko na miejscu. Udali się więc do domu dziecka na rozmowę z panią dyrektor tego przybytku.

Udało im się osiągnąć chociaż tyle,że gówniarz nie śmiał się zbliżyć na krok do mnie. Ojciec kilkukrotnie bywał w szkole na przerwach,aby sprawdzić moje bezpieczeństwo. Nie odzywał się do tego ancymona, patrzył tylko wymownym spojrzeniem w jego kierunku - a musicie wiedzieć,że takie spojrzenie powodowało natychmiastową ucieczkę piekielnego bachora w inne rejony korytarza.

Dla mnie skończyło się to dwudniowym zwolnieniem lekarskim,bo bez szkieł nie byłam w stanie funkcjonować.

A szanownej pani dyrektorce nie mówię nawet "dzień dobry" widując ją na ulicy. Nie jest godna mojego szacunku.
Co ma do rzeczy to,że obydwoje rodzice pracują a jakaś za przeproszeniem znajda z domu dziecka, niszczy własność ich córki? Może mieli co chwilę prowadzać mnie do okulisty na badania i biegać do optyka, ot tak dla rozrywki?

Zapewne brzmi to pogardliwie,ale po prostu nie trawię takiego zamiatania spraw pod dywan.

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (157)

#83132

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam #83130 i od razu przyszła mi do głowy pewna osoba z najbliższego otoczenia - nazwijmy ją Natalią.

Piekielną była jej matka. Nadopiekuńczość pomieszana z przemożną chęcią podporządkowania sobie nieszczęsnej dziewczyny jak marionetki, trwała lata. W kółko powtarzano jej, że jest nic nie wartym guanem, że bez mamusi zdechłaby pierwszej nocy/w razie wyprowadzki wróciłaby po dwóch dniach z płaczem.

Natalia nie mogła mieć znajomych, bo każdy był za głupi, za biedny, nieodpowiednio ubrany, taki, śmaki i owaki. Dochodziło do sytuacji, gdzie piekielna matka groziła rodzicom owych osób Policją, jeżeli ONI nie dadzą spokoju jej córeczce.

Nadszedł dzień gdy poznała kogoś, kto chciał ją uwolnić z tego piekła. Nie obyło się bez interwencji Policji, bo biednej dziewczynie zwyczajnie uniemożliwiano opuszczenie domu, mimo, iż była pełnoletnia. Rozegrał się armagedon z wrzaskami, rękoczynami, próbą rzucenia klatką zawierającą chomika.

Panowie niebiescy w ilości czterech sztuk dorodnych chłopa przybyli szybko na miejsce, odseparowali dręczoną dziewczynę od tej wariatki i umożliwili jej zabranie tego co było najbardziej potrzebne. Odprowadzały ją wrzaski, że nie ma po co wracać, urągliwe życzenia powodzenia.

Pierwsze co zrobiła N po opuszczeniu domu, to wizyta na komisariacie i założenie sprawy o znęcanie się. Opowiedziała co działo się od przeszło 13 lat* w domu, który był na pozór idealny.

Zapewne zapytacie gdzie był ojciec dziewczyny i czemu nie zareagował. Tatuś miał wylane, bo "on pracuje/on chce mieć spokój i ciszę". Idealna postawa, nie ma co. Dosłownie ojciec stulecia.

Dziewoja opisywana w historii wyszła na prostą, ma narzeczonego, wynajmowane mieszkanie, pracuje i nie przypomina w niczym tamtej stłamszonej, wyniszczanej przez PM, zahukanej istoty.

______________________________________

* Trzynaście lat temu zmarła prababcia, która mieszkała razem z N, jej matką i ojcem. Póki żyła, N była przez nią broniona. Z chwilą gdy biedna starowinka zamknęła oczy, rozpętało się piekło.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (209)
zarchiwizowany
Przeczytałam #83220 i przypomniał mi się mój niedawny "pobyt" w szpitalu.

Gdańsk, piękny wrześniowy poranek.
Drepczę sobie z lubym nieopodal KFC przy Dworcu Głównym, palę papierosa, można rzec,że sielanka.

Aż tu nagle - jakby ktoś zarzucił mi czarną płachtę na głowę. Ostatnie co zapamiętałam to przerażony krzyk partnera :

- Hermiona!

I dalej nicość.

Dobudziłam się porządnie na SORze w Szpitalu Wojewódzkim.
Nade mną stał stojak z czterema kroplówkami a w pobliżu kręcił się naburmuszony lekarz.

Co się nasłuchałam, to moje. Lekarz (starszy pan, wyglądał na lekko przemądrzałego) ironizował,że pewnie zabalowałam, zaćpałam, kto to widział, aby zdrowa i wypasiona (!) 26 letnia baba mdlała na środku ulicy po zapaleniu papierosa.

Wypisano mnie po sześciu godzinach, całą skłutą i wymiętą. Od partnera dowiedziałam się,że 10-15 minut nie było ze mną kontaktu - oddychałam,ale za Chiny Ludowe nie mogłam otworzyć oczu.
Powieki mi drżały, i opadały zaraz jak tylko próbowałam je unieść. Żadne poklepywanie po twarzy,ani nic w tym stylu nie działało. Przyjechała po mnie karetka na sygnale.

Dopiero ratownik, który solidnie dźgnął mnie w mostek, sprawił że otworzyłam oczy.

Dotychczas nie miałam żadnych problemów zdrowotnych, badania w szpitalu też za wiele nie wykazały.

No, ale według lekarza "wypasieni ludzie" (cokolwiek miało to znaczyć) nie mają prawa mdleć.

Na drugi raz chyba pozostaje umrzeć.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (27)

#83016

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedługo zaczyna się rok szkolny, więc naszło mnie na wspomnienia z czasów licealnych.

Był sobie nauczyciel matematyki. Nazwijmy go panem Dariuszem.
Pan D udawał mądrzejszego niż był, potrafił nawet przy całej klasie wyśmiewać umiejętności ucznia niekoniecznie dotyczące królowej nauk. Uwielbiał wstawiać pały nawet za niechlujny charakter pisma w zeszycie.

Nie w tym jednak rzecz.

Pan D na którejś lekcji skonfiskował mi telefon. Nie bawiłam się nim. Zawibrował mi w kieszeni. Padło syknięcie:

- Hermiona, poproszę telefon.

Oddałam, bo co innego miałam zrobić? Bić się z nauczycielem?

Po lekcji podeszłam odzyskać swoją własność.

Nauczyciel stwierdził, że telefon teraz NALEŻY do NIEGO, odda mi go kiedy będzie miał ochotę. Pomyślałam sobie, że tak bawić się nie będziemy i zadzwoniłam od koleżanki do ojca, aby przyjechał do szkoły.

Ojciec był na miejscu w rekordowe dziesięć minut, spytał mnie o personalia nauczyciela i dorwał delikwenta. Spytał go przy mnie czy ma paragon na telefon marki X, skoro twierdzi, że to jego własność, i czy można poprosić dowód zakupu do wglądu, bo w przeciwnym razie zostanie wezwany patrol Policji, oraz złożone zawiadomienie o przywłaszczeniu.

Podziałało.

Telefon został mi zwrócony, przy wtórze drżącego "Przepraszam".

Ojciec poradził panu D, aby uważał na drugi raz, niemniej jednak udał się również do dyrektora szkoły poinformować go o lepkich rączkach nauczyciela.

Pan D do końca mojej edukacji w liceum nie śmiał nawet odwalić mi podobnej akcji.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (231)
zarchiwizowany
Zapewne pamiętacie o siostrze mojego dziadka opisanej w historii #82663. Wspominam dzisiaj o niej ponownie, ponieważ świeżo wróciłam z odzyskanymi pieniędzmi, które nieboszczka pożyczyła piekielnej Edytce (W skrócie PE).

Piekielna Edytka ma około 60 lat, kamienicę i lokale handlowo-usługowe w tymże gmaszysku.
Oddanie 2500 zł (a tyle właśnie była winna) nie stanowiłoby dla niej raczej żadnego problemu. Unikała tego jak mogła. Zmieniła nawet numer telefonu, abyśmy tylko jej nie przypominali o naszym istnieniu i o tym, że czekamy na pieniądze.
Uciekała nawet od sąsiadów ś.p cioci Ireny, którzy byli proszeni przez nas o przypomnienie jej o wysłaniu nam przekazu pocztowego/zrobieniu przelewu na konto.

Dzisiaj, cztery miesiące po zobowiązaniu się przed moim dziadkiem, że odda dług najszybciej jak będzie mogła, wydusiłam z tej przebiegłej baby pieniądze. Kosztowało mnie to co prawda prawie trzy godziny jazdy autem w jedną stronę, oraz odpowiedni załącznik dziękczynny dla kolegów, którzy pojechali ze mną jako wsparcie.

Nie mogłam dłużej patrzeć jak dziadek, schorowany starszy człowiek po udarze, z dnia na dzień denerwuje się coraz bardziej.

Dzisiaj rano skrzyknęłam straż przyboczną w ilości trzech chłopa i ruszyliśmy w okolice Działdowa odzyskać to co słusznie należało się mojej rodzinie.

Dziadek oczywiście nie wiedział o moim genialnym pomyśle, bo i po co? Szkoda jego podkopanego zdrowia.



PE dorwaliśmy na samym środku rynku, przy fontannie. Prawdopodobnie wracała z kościoła.
Postawiliśmy jej ultimatum, że ma piętnaście minut na oddanie pieniędzy, bo w innym przypadku wzywamy Policję, świadkowie wiedzący o tym, że zalegała z zwrotem długu znajdą się w czasie krótszym, niż pstryknięcie palcem, a ponadto w takim miasteczku jak Lidzbark, wszystko roznosi się w dwie sekundy, więc będzie tu spalona do końca życia.

Pieniądze oddała czerwona jak burak i z łzami w oczach. Myślę, że taka nauczka jej się przyda.

Wróciłam do swojego miasta, i od razu pognałam na full spidzie do dziadka. Biedny senior był zaskoczony, że w końcu odzyskał te pieniądze.
Oczywiście dostała mi się sowita sumka za to, że wzięłam babsko w obroty.

Nie chciałam. Nie uważałam, że mi się należą. Ale dla rodziny zrobię wszystko. Nikt nie ma prawa im czegokolwiek zrobić.

A piekielna Edytka będzie się smażyć w piekle za swoje zachowanie.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (116)

#82872

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam jakieś szczęście trafiania na przygłupich ludzi.

Tym razem - kanarzyca z pociągu SKM.

Wczoraj nie chciało mi się jechać autem do pracy, więc stwierdziłam, że pojadę sobie pociągiem. Bilet metropolitalny posiadam, ładowany uczciwie co miesiąc, bo nigdy nie wiadomo, kiedy moje auto raczy pokazać mi faka.

Jadę sobie, jadę... jedna stacja, druga... nagle:

- Proszę bilety do kontroli!

Wyłuskuję portfel z torby, wyciągam bilet... Po "zeskanowaniu" go czytnikiem kontrolerskim usłyszałam syknięcie:

- Dowód poproszę!

Spytałam, o co chodzi, bo przecież mam ważny i naładowany bilet. Pańcia zaczęła wrzeszczeć, że mam jej dać dowód, ona zna takich kombinatorów jak ja, komornik się mną zajmie, odechce mi się kantowania…

Wrzuciła moją kartę miejską do tylnej kieszeni spodni i z wyciągniętą łapą oczekiwała na dowód.
Nie dostała go. Po chwili do babsztyla dołączyli koledzy, więc poprosiłam o sprawdzenie karty na ich czytnikach. Babsko z wielką łaską oddało im skonfiskowany plastik i z założonymi rękoma oraz świdrującym spojrzeniem czekało na wyniki powtórnego sprawdzenia ważności.

Powtórna kontrola okazała się pozytywna. Myślałam, że babol pęknie ze złości.

No cóż, nie udało jej się zarobić, ale żeby od razu straszyć komornikiem, konfiskować kartę miejską i drzeć się jak nawiedzona?

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (194)

#82839

(PW) ·
| Do ulubionych
Klientka krzykaczka i groźby nagłośnienia "celowego oszustwa" w telewizji radiu i nie wiadomo, gdzie jeszcze.

Niedzielne leniwe przedpołudnie w pracy. Klientów mało, siedziałam za kasą i podsypiałam na siedząco bądź w antraktach pomiędzy kasowaniem zbierałam koszyki.

Nagle na linię kas wpada ONA. Chwyta mnie za ramię i drze się, że w czwartek rano CELOWO nabiłam jej o jedną butelkę wódki za dużo. Ona tak tego nie zostawi, nagłośni sprawę, gdzie się da, zniszczy mnie, ja ją jeszcze popamiętam.

Machała mi paragonem przed nosem, więc w trakcie tych dzikich wywijańców dostrzegłam numer kasjerski domniemanej sprawczyni - ja mam numer 30, a kasjerka, która popełniła błąd, numer 27.
Ponadto w czwartek pracowałam w godzinach popołudniowych, więc za Chiny Ludowe to nie mogłam być ja - zdolności bilokacji nie posiadam, a o godzinie widocznej na paragonie przewracałam się jeszcze na drugi bok w łóżku.

Znam numery kasjerskie współpracownic z racji codziennego podpisywania się na liście wydawania pogotowia kasowego. Zarówno ja, jak i Nikola, mająca nr 27 mamy czarne włosy i obie jesteśmy nieco przy kości, więc o pomyłkę nietrudno.

Pani nie przyjmowała tego faktu do wiadomości, więc poprosiłam nadzór kas o wezwanie Łukasza - managera sklepu. Wyłuszczyłam mu sytuację przy dzikich wrzaskach klientki i poprosiłam o polubowne rozwiązanie sytuacji.

Łukasz poszedł do pomieszczenia ochrony, aby operator monitoringu odkopał nagranie z czwartku. Było to nieco żmudne, ale udało się ustalić, że flaszka była jedna.

Ciągle nabzdyczoną krzykaczkę zaproszono do Punktu Obsługi Klienta celem oddania zawrotnej kwoty 25,99.

Pani nie raczyła mnie nawet przeprosić i pufała pod nosem, że jedna i druga durne.

Nie ma to jak dostawać bęcki za nic. Naprawdę cudowne uczucie.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (163)
zarchiwizowany
Pamiętacie zapewne moje historie o sąsiadach mieszkających pode mną - tych z dwójką dzieci.

Nie ustają w swoich złośliwościach. Ba, próbują jeszcze bardziej mi dowalić.

Sobotnie późne popołudnie. Wraz z lubym,który odebrał mnie z pracy pojawiliśmy się pod moim blokiem. Traf chciał,że po piętach zaczęli deptać nam moi "kochani sąsiedzi", bo wchodzili do klatki schodowej zaraz za nami. Wracali prawdopodobnie z podróży,bo byli obładowani jak dromadery. Wracali z latoroślami rzecz jasna.

Sąsiad zajrzał do skrzynki pocztowej. Zobaczywszy,że jest pusta zaczął komentować :

- Wszystko już wymiotła!

Mój luby zatrzymał się i poczekał na sąsiada.
Zapytał patrząc mu prosto w oczy :

- Słucham? O co Panu chodzi? Hermionie nie jest potrzebna do szczęścia Pańska korespondencja, bo ma własną.

Padła odpowiedź :

- Hermiona? Raczej spasła słonica i wielka d*pa.
To coś w ogóle ma jakieś imię? Ahahahahahaha!

Nie wiedział,że odpaliłam nagrywanie w telefonie.
Jego określenia dotyczące mojej osoby pięknie się nagrały.

Luby poradził mu,żeby spojrzał na swoją żonę,i może ją tak komentował,bo mi do słonia i grubej d... bardzo daleko.

Życzył mu miłej soboty i mimochodem rzucił aby udał się do psychiatry.

Idiota pyszczył coś jeszcze,ale już tego nie słuchaliśmy.

To nie koniec.

Cały sobotni wieczór wywieszali się przez balustradę balkonu i patrzyli czy jesteśmy obecni na moim balkonie. Rzucali przy tym niewybrednymi komentarzami.

Jutro biorę dwugodzinne zwolnienie z pracy i jadę z lubym na komisariat. Przeczuwam,że to wszystko skończy się w sądzie.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (32)
Przeczytałam #82661 i postanowiłam dodać swoją historię o piekielnym pociotku.

W maju zmarła siostra mojego dziadka.
Chorowała od dłuższego czasu. Mieszkanie było w prywatnej kamienicy, więc trzeba było je opróżnić do końca miesiąca.

Przyjechaliśmy w którąś majową niedzielę z przyczepką, by zabrać pamiątki rodzinne oraz rzeczy, których nie chcieliśmy zostawiać. W mieszkaniu od dnia pogrzebu przebywał dziadek, pilnując dobytku.

Nie wiadomo jak o naszym przyjeździe zwiedziała się ciotka (na potrzeby historii dajmy jej imię Maria). Dla mnie to siódma woda po kisielu i totalnie obca osoba, ale była w jakiś sposób spowinowacona ze zmarłą i dziadkiem.

Wpadła jak diabeł między gary i zaczęła stękać, że ona chciałaby:

- zegar wahadłowy
- lodówkę
- telewizor
- stół

i całą stertę innych rzeczy.

Oczka skakały jej chytrze po wszystkim, co przedstawiało jakąkolwiek wartość.
Gdyby mogła chyba od razu zagarnęłaby co się da, jak leci. Nawet biżuterię.

Dziadek był totalnie załamany po wszystkim, więc się nie odzywał.

Do akcji wkroczył mój ojciec. Powiedział:

- Droga ciociu Marysiu, ciocia wybaczy, ale zegar jest przeznaczony dla Hermiony, a i niespecjalnie uważam, aby należały się jakiekolwiek inne rzeczy.
Możemy dać inną drobną pamiątkę, jeśli coś się spodoba.

Korzystając z okazji uciekłam jak najszybciej z zegarem i zamknęłam go w aucie, bo prędzej wolałabym umrzeć niż patrzeć jak idzie w obce łapy. I tak nie działał, miejscowy majster nie chciał bądź nie umiał go naprawić, więc co przyszłoby z niego zachłannej "cioci”?

Zachłanną babę dało się odprawić wręczając jej kilka kryształów i obraz.

A ja mam chociaż cenną pamiątkę, której nie oddam i będę strzegła dopóki będę żyć.

Zegarmistrz w naszym mieście wycenił wartość nieszczęsnego czasomierza na ok. dwa tysiące złotych, dodatkowo naprawa pochłonęła około pół tysiąca.

Piekielna ciociunia rozpowiada podobno w miasteczku same "słodkie" słowa na nasz temat.


________________________________________________

Nie zlinczujcie mnie, ale siostra dziadka za życia wielokrotnie powtarzała, że w razie czego zegar jest mój. Dlaczego więc miałabym go oddać obcej dla mnie babie?

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (184)