Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

HermionaGranger

Zamieszcza historie od: 17 lutego 2016 - 14:41
Ostatnio: 15 grudnia 2018 - 18:02
  • Historii na głównej: 44 z 59
  • Punktów za historie: 7316
  • Komentarzy: 245
  • Punktów za komentarze: -116
 
zarchiwizowany
Szpital miejski w Gdyni zwany również ironicznie Mięsnym ma osobliwy zwyczaj informowania rodziny pacjenta o zaistniałej tragedii.

11.12.2018 mój dziadek poszedł na planowaną operację tętniaka aorty piersiowej. Po zabiegu doszło do komplikacji - rozległy udar, nerki przestały pracować.

13.12.2018 - ten dzień zapamiętam do końca życia. Około 18:10 poszłam odwiedzić dziadka. W sali zastałam nakryte łóżko. Pobiegłam do pielęgniarek zapytać co się stało. Jedyna odpowiedź powtarzana niczym mantra to "Proszę zaczekać na lekarza!". Lekarz pojawił się po czterdziestu minutach. Wypytywany rzucił beznamiętnie :

"Pan Roman nie żyje! Zmarł o 17:20. Dobrze, że Pani jest bo nawet jeszcze nie zadzwoniliśmy do rodziny. Proszę ich poinformować."

Serio? Zbolałą po śmierci dziadka wnuczkę obarczyć obowiązkiem powiadomienia rodziny?

Nie wiem sama jak udało mi się zadzwonić.
Dłonie trzęsły mi się jak galareta. Nie wiem nawet jak dotarłam z szpitala do domu.

To prawdziwa umieralnia z piekła rodem.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (50)
zarchiwizowany
Trzęsie mną, po prostu trzęsie.

Wczoraj pojechałam z matką na badania
które nie są najprzyjemniejsze - kolonoskopia i gastroskopia.

Wybrałyśmy komunikację miejską ze względu na niedaleką odległość od domu.

W drodze powrotnej usadziłam matkę na wolnym siedzeniu, drugie miałam za chwilę zająć ja (kupowałam bilety u kierowcy).

Jakaś staruszka ewidentnie nie rozumiała,że wokół siebie ma pełno wolnych miejsc i usiłowała wepchnąć się obok.

Mama powiedziała jej,że to miejsce jest zajęte dla mnie.

Rozpętał się armagedon. Jakiś krewki wypasiony staruch zeszarpał z siedzenia moją obolałą po badaniach matkę. Zeszarpał za włosy, wyrywając ich spory kłębek.

Podbiegłam w momencie kiedy matka leżała na podłodze pojazdu. Staruchy komentowały o udawaczkach,leniwych gówniarach (matka ma 53 lata!).

Została wezwana Policja. Staruch za bardzo się nie wypierał, wręcz z dumą powiedział,że od kilku wyrwanych włosów nic się nie stanie. Kilku..
Na podłodze leżał całkiem spory kłąb jasnych włosów mojej rodzicielki.

Dziad został zabrany do radiowozu i wyszedł z mandatem. Sądząc po jego minie kwota musiała być spora.

Nienawidzę starszych ludzi coraz bardziej.

komunikacja_miejska

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (26)
zarchiwizowany
Przeczytałam #69789 i przypomniała mi się sytuacja z mojego miejsca pracy.

Wyrwałam się na wyskomlane u nadzoru kas wyjście na papieroska i wracając usłyszałam od ochroniarza, Roberta siedzącego za monitorami :

- Hermiona, jak będziesz wracała na linię zgarnij za sobą "niby przypadkiem" do kasy babkę w granatowej kurtce i białą torbą, bo widzę, że wybiera się do kas. Mirek (ochroniarz z linii) zaraz podejdzie i dokona ujęcia gdyby nie chciała zapłacić.

Zdziwiona zapytałam o co chodzi i dlaczego ja. Okazało się,że kobita zjadła na sali sprzedaży kilka solidnych garści mieszanki studenckiej,śliwek suszonych,moreli i ruszyła dalej po sklepie jakby nigdy nic.

Zrobiłam co mi przykazano i kończąc kasowanie spytałam niewinnym tonem głosu czy to już wszystko. Kobita powiedziała, że tak więc z uśmiechem nr 5 odpowiedziałam :

- Nie sądzę. O czymś jednak Pani zapomniała.

Baba zrobiła wielkie oczy,a zaraz podszedł pan Mirek.

Spytał ją wprost czy płaci również za degustację na sali, czy idzie do pokoju zwierzeń i poczeka na Policję.


Zapłaciła od razu. I po co takie podżeractwo?

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (28)

#83300

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj moja matka przy wychodzeniu ze sklepu została napadnięta przez pracownice, które siłą próbowały ją zaciągnąć do biura, bo rzekomo widziały na monitoringu, jak chowa jakiś towar do kieszeni.

Szarpały moją matkę jak marionetkę, nie pozwoliły jej okazać zawartości kieszeni przed sklepem, szydziły, że one już znają takie cwaniary, co im "pod....lą" towar, a później wychodzą straty na 40 tysięcy.

Została wezwana Policja. Mama okazała zawartość kieszeni i torebki. Nie miała nic, co byłoby własnością tej speluny. W domu okazało się, że od szarpania ma naderwany kaptur kurtki i rozerwany zamek torebki.

Jakiś pomysł, co zrobić z takimi agresorkami? Mam ochotę się do nich przejść i powiedzieć im, co o nich myślę.

Mam sporo znajomych w bliskim sąsiedztwie tego sklepu i odpowiednia opinia na pewno pójdzie w eter.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (172)

#83502

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie o moim głośnym sąsiedzie opisywanym w kilku historiach?
Wczoraj pokazał całą kwintesencję piekielności.

Ale przechodząc do rzeczy:

Późne popołudnie. Wracam z trasy, przed sobą mam jakieś 100 km do domu.
Nagle pika mój telefon umieszczony w uchwycie na przedniej szybie.
Szybkie łypnięcie na wyświetlacz - sms od matki o treści:

"Hermiona oddzwoń, bo nieszczęście się stało!"

Nie muszę chyba pisać, że serce zaczęło walić mi jak młotem, a żołądek fiknął podwójne salto i arabeskę. Oczyma wyobraźni widziałam martwego psa/chorego chomika/ojca z zawałem serca.

Zjechałam jak najszybciej na CPN i zadzwoniłam zapytać co to za nieszczęście.

Co się okazało?

W mieszkaniu "kochanego sąsiada" coś straciło szczelność i zalał trzy mieszkania pod sobą. Nie było go w domu, klatka schodowa przypominała sadzawkę, a zalane sąsiadki to emerytki, schorowane starsze Panie.
Zbiorowy lament, cyrk na kółkach.

Ryknęłam:

- Dzwoń do administracji. Będę jak najszybciej.

Co zastałam po powrocie? Kałuża już przed klatką schodową, otwarte drzwi od tejże i odgłosy awantury słyszalne już na parkingu pod blokiem.

Wkroczyłam do środka i zastałam istny kłąb ludzki na półpiętrze - Sąsiad, jego żona, i poszkodowane Panie krzyczą na siebie wzajemnie. Stanęłam na trzecim schodku ciekawa dalszego rozwoju sytuacji i pewna, że zaraz nastąpi jakiś smaczek. Awantura była tak zawzięta, że zebrani nawet mnie nie zauważyli.

Kochany sąsiad próbował uniknąć odpowiedzialności. Krzyczał, że on też ma mieszkanie do remontu, zniszczone panele w pokoju dzieci, etc. Stwierdził też z kpiącym uśmieszkiem, że:

- Panie śpią na pieniądzach, bo są same, to stać was na remont!

Pani Halinka, jedna z poszkodowanych zaczęła krzyczeć, że dzwoni po Policję.

Ten dureń prychnął:

- A dzwoń sobie Pani. I tak nie przyjadą. Co mi Pani zrobi?

Noż urwana nać. Wlazłam na to półpiętro i dobitnie powiedziałam, że wszystko słyszałam, a jego zasranym obowiązkiem jest pokryć szkody. Z paskudnym uśmieszkiem warknęłam, że chętnie poświadczę poszkodowanym gdzie trzeba, że usiłował uniknąć odpowiedzialności.

Sąsiad oklapł jak przekłuty balon, syknął tylko do żony

- Emila! Do domu.

Dzisiaj rano dowiedziałam się od jednej z poszkodowanych, że ma on ubezpieczone mieszkanie, a w poniedziałek będzie obecny rzeczoznawca z PZU.

I po co takie unikanie?

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (180)

#83484

(PW) ·
| Do ulubionych
Firmy windykacyjne i durnowate panienki pracujące w nich.

Poniedziałek, 5.11.2018, 9:35.

Dzwoni mój telefon. Spoglądam, wyświetla się nr : 58 767 38 67. Odrzuciłam połączenie, bo z zasady nie odbieram od nieznanych numerów. Po tym odrzuconym połączeniu nastąpiło 15(!) kolejnych prób kontaktu ze mną.

Po 16 próbie nie zdzierżyłam, odebrałam i...

P - Halo, tu XXX YYY z firmy Ultimo, czy rozmawiam z panią Jolantą Opolską?

Ja: Nie, nie znam takowej osoby, to raczej pomyłka.

P: (podniesionym tonem głosu) - TO KIM PANI JEST DLA PANI J.O I JAKIM PRAWEM UŻYWA PANI JEJ NUMERU?

Ja: Proszę pani, nie życzę sobie, aby pani na mnie krzyczała. Numer posiadam od roku i nic mi nie wiadomo o jego poprzednim użytkowniku. Proszę go wykreślić z waszej bazy danych.

P: JA BĘDĘ PODEJMOWAŁA PRÓBY KONTAKTU!

Ja : Proszę bardzo. Mam nadzieję, iż pani wie, że stalking jest karany. Miłego...

...i tu *bip bip bip*. Panience się najwyraźniej znudziło. Mam nadzieję, że sobie odpuści.

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (127)
zarchiwizowany

#83279

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kilka dni temu ukazała się historia #83242.

Od razu przypomniał mi się Jakub, wychowanek domu dziecka, uczęszczający ze mną do tej samej klasy.
Owy osobnik miał wyraźne problemy ze sobą, tak jak opisywany Maciuś rozwalał lekcje itd.

Za czasów podstawówki nosiłam okulary.
Pewnego dnia "kochany Kubuś" wyrwał mi plecak w którym spoczywało etui z moimi drugimi oczyma i zaczął grać nim w piłkę nożną. Kiedy udało mi się go odzyskać okazało się,że nieszczęsne patrzałki są potłuczone w drobny mak.

Zaryczana wróciłam do domu i opowiedziałam o wszystkim rodzicom. Następnego dnia rano rodzice zgłosili się do dyrektorki szkoły i wzburzeni przedstawili całą sytuację.

Spotkała ich reakcja :

- I co ja mam z tym zrobić? Wyłożyć z własnej kieszeni za nowe okulary? Obydwoje państwo pracujecie, nie róbcie dramatu, na pewno stać was na nowe, zwłaszcza,że Hermiona jest jedynaczką. Proszę wyjaśniać sytuację z domem dziecka. Ja nic nie mogę zrobić.

Matka i ojciec myśleli,że zabiją babsko na miejscu. Udali się więc do domu dziecka na rozmowę z panią dyrektor tego przybytku.

Udało im się osiągnąć chociaż tyle,że gówniarz nie śmiał się zbliżyć na krok do mnie. Ojciec kilkukrotnie bywał w szkole na przerwach,aby sprawdzić moje bezpieczeństwo. Nie odzywał się do tego ancymona, patrzył tylko wymownym spojrzeniem w jego kierunku - a musicie wiedzieć,że takie spojrzenie powodowało natychmiastową ucieczkę piekielnego bachora w inne rejony korytarza.

Dla mnie skończyło się to dwudniowym zwolnieniem lekarskim,bo bez szkieł nie byłam w stanie funkcjonować.

A szanownej pani dyrektorce nie mówię nawet "dzień dobry" widując ją na ulicy. Nie jest godna mojego szacunku.
Co ma do rzeczy to,że obydwoje rodzice pracują a jakaś za przeproszeniem znajda z domu dziecka, niszczy własność ich córki? Może mieli co chwilę prowadzać mnie do okulisty na badania i biegać do optyka, ot tak dla rozrywki?

Zapewne brzmi to pogardliwie,ale po prostu nie trawię takiego zamiatania spraw pod dywan.

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (165)

#83132

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam #83130 i od razu przyszła mi do głowy pewna osoba z najbliższego otoczenia - nazwijmy ją Natalią.

Piekielną była jej matka. Nadopiekuńczość pomieszana z przemożną chęcią podporządkowania sobie nieszczęsnej dziewczyny jak marionetki, trwała lata. W kółko powtarzano jej, że jest nic nie wartym guanem, że bez mamusi zdechłaby pierwszej nocy/w razie wyprowadzki wróciłaby po dwóch dniach z płaczem.

Natalia nie mogła mieć znajomych, bo każdy był za głupi, za biedny, nieodpowiednio ubrany, taki, śmaki i owaki. Dochodziło do sytuacji, gdzie piekielna matka groziła rodzicom owych osób Policją, jeżeli ONI nie dadzą spokoju jej córeczce.

Nadszedł dzień gdy poznała kogoś, kto chciał ją uwolnić z tego piekła. Nie obyło się bez interwencji Policji, bo biednej dziewczynie zwyczajnie uniemożliwiano opuszczenie domu, mimo, iż była pełnoletnia. Rozegrał się armagedon z wrzaskami, rękoczynami, próbą rzucenia klatką zawierającą chomika.

Panowie niebiescy w ilości czterech sztuk dorodnych chłopa przybyli szybko na miejsce, odseparowali dręczoną dziewczynę od tej wariatki i umożliwili jej zabranie tego co było najbardziej potrzebne. Odprowadzały ją wrzaski, że nie ma po co wracać, urągliwe życzenia powodzenia.

Pierwsze co zrobiła N po opuszczeniu domu, to wizyta na komisariacie i założenie sprawy o znęcanie się. Opowiedziała co działo się od przeszło 13 lat* w domu, który był na pozór idealny.

Zapewne zapytacie gdzie był ojciec dziewczyny i czemu nie zareagował. Tatuś miał wylane, bo "on pracuje/on chce mieć spokój i ciszę". Idealna postawa, nie ma co. Dosłownie ojciec stulecia.

Dziewoja opisywana w historii wyszła na prostą, ma narzeczonego, wynajmowane mieszkanie, pracuje i nie przypomina w niczym tamtej stłamszonej, wyniszczanej przez PM, zahukanej istoty.

______________________________________

* Trzynaście lat temu zmarła prababcia, która mieszkała razem z N, jej matką i ojcem. Póki żyła, N była przez nią broniona. Z chwilą gdy biedna starowinka zamknęła oczy, rozpętało się piekło.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (212)
zarchiwizowany
Przeczytałam #83220 i przypomniał mi się mój niedawny "pobyt" w szpitalu.

Gdańsk, piękny wrześniowy poranek.
Drepczę sobie z lubym nieopodal KFC przy Dworcu Głównym, palę papierosa, można rzec,że sielanka.

Aż tu nagle - jakby ktoś zarzucił mi czarną płachtę na głowę. Ostatnie co zapamiętałam to przerażony krzyk partnera :

- Hermiona!

I dalej nicość.

Dobudziłam się porządnie na SORze w Szpitalu Wojewódzkim.
Nade mną stał stojak z czterema kroplówkami a w pobliżu kręcił się naburmuszony lekarz.

Co się nasłuchałam, to moje. Lekarz (starszy pan, wyglądał na lekko przemądrzałego) ironizował,że pewnie zabalowałam, zaćpałam, kto to widział, aby zdrowa i wypasiona (!) 26 letnia baba mdlała na środku ulicy po zapaleniu papierosa.

Wypisano mnie po sześciu godzinach, całą skłutą i wymiętą. Od partnera dowiedziałam się,że 10-15 minut nie było ze mną kontaktu - oddychałam,ale za Chiny Ludowe nie mogłam otworzyć oczu.
Powieki mi drżały, i opadały zaraz jak tylko próbowałam je unieść. Żadne poklepywanie po twarzy,ani nic w tym stylu nie działało. Przyjechała po mnie karetka na sygnale.

Dopiero ratownik, który solidnie dźgnął mnie w mostek, sprawił że otworzyłam oczy.

Dotychczas nie miałam żadnych problemów zdrowotnych, badania w szpitalu też za wiele nie wykazały.

No, ale według lekarza "wypasieni ludzie" (cokolwiek miało to znaczyć) nie mają prawa mdleć.

Na drugi raz chyba pozostaje umrzeć.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (31)

#83016

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedługo zaczyna się rok szkolny, więc naszło mnie na wspomnienia z czasów licealnych.

Był sobie nauczyciel matematyki. Nazwijmy go panem Dariuszem.
Pan D udawał mądrzejszego niż był, potrafił nawet przy całej klasie wyśmiewać umiejętności ucznia niekoniecznie dotyczące królowej nauk. Uwielbiał wstawiać pały nawet za niechlujny charakter pisma w zeszycie.

Nie w tym jednak rzecz.

Pan D na którejś lekcji skonfiskował mi telefon. Nie bawiłam się nim. Zawibrował mi w kieszeni. Padło syknięcie:

- Hermiona, poproszę telefon.

Oddałam, bo co innego miałam zrobić? Bić się z nauczycielem?

Po lekcji podeszłam odzyskać swoją własność.

Nauczyciel stwierdził, że telefon teraz NALEŻY do NIEGO, odda mi go kiedy będzie miał ochotę. Pomyślałam sobie, że tak bawić się nie będziemy i zadzwoniłam od koleżanki do ojca, aby przyjechał do szkoły.

Ojciec był na miejscu w rekordowe dziesięć minut, spytał mnie o personalia nauczyciela i dorwał delikwenta. Spytał go przy mnie czy ma paragon na telefon marki X, skoro twierdzi, że to jego własność, i czy można poprosić dowód zakupu do wglądu, bo w przeciwnym razie zostanie wezwany patrol Policji, oraz złożone zawiadomienie o przywłaszczeniu.

Podziałało.

Telefon został mi zwrócony, przy wtórze drżącego "Przepraszam".

Ojciec poradził panu D, aby uważał na drugi raz, niemniej jednak udał się również do dyrektora szkoły poinformować go o lepkich rączkach nauczyciela.

Pan D do końca mojej edukacji w liceum nie śmiał nawet odwalić mi podobnej akcji.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (232)