Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Rogijelenia

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2016 - 23:57
Ostatnio: 2 sierpnia 2019 - 19:56
  • Historii na głównej: 9 z 10
  • Punktów za historie: 1246
  • Komentarzy: 12
  • Punktów za komentarze: 81
 
zarchiwizowany

#84441

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio zwróciłam uwagę, na pewne zachowanie, które według mnie jest trochę piekielne i nie jestem pewna z czego to wynika.

Dość często zdarza mi się, że ludzie zwracają się do mnie "na ty". Obcy ludzie, których pierwszy raz w życiu widzę i właściwie nie miałam w planach konwersacji z nimi. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę, żeby każdy mi się na ulicy kłaniał i zwracał "Wielce Szanowna Pani" ale przyznam szczerze, że irytuje mnie takie odzywanie się obcych ludzi jakbyśmy się znali od dawna.

Podam przykłady żeby to lepiej zobrazować.

Siedzę w przychodni, czekam na lekarza. Przychodzi kobieta, na oko koło czterdziestki, patrzy na mnie i pyta "ty też tu czekasz?" "a na którą masz?" "a weź mi przeczytaj co on mi tu napisał"
Nie znam jej, nie widziałam jej nigdy wcześniej. Bez dzień dobry, bez skinienia głową. Ot zaczyna nawijać.

Czekałam na pociąg w innym mieście, szłam na stacji do śmietnika jak nagle ktoś złapał mnie za rękę i słyszę "ej młoda chusteczki Ci wypadły". Podziękowałam owszem, ale serio, kobieta miała koło sześćdziesiątki i w pełni rozumiem, że jestem dla niej młoda, ale kurde żadnej ogłady?

To nie są pojedyncze sytuacje, przynajmniej raz w miesiącu trafiam taką osobę. BA mój ojciec taki był, jak o tym pomyślę.

Zastanawiam się dlaczego pokolenie moich rodziców, nie chce używać zwrotów grzecznościowych. Gryzą? Palą język? Chodzi mi o ludzi przedziału 40-50-60 lat. Zazwyczaj kobiety.
Nie chcę nikogo obrazić, po prostu zastanawia i irytuje mnie takie zachowanie.

Bo zwrócę uwagę, że od osób naprawdę starszych, nawet przy marudzeniu słyszy się słowo "Pani".

Próbuję to zrozumieć, bo jeżdżę po mieście i słyszę jak matki dzieci uczą "ustąp Pani" "puść Panią" "Przeproś Panią" i sama do obcego człowieka nie zwrócę się w pierwszej chwili "ej ty coś ci wypadło"

Miasto

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 13 (121)

#84083

(PW) ·
| Do ulubionych
W lipcu ubiegłego roku miałam operację. Nie pierwszą, nie ostatnią pewnie.

W szpitalu byłam szaleńcze trzy dni, bo zabieg robiony był metodą laparoskopową. W tym czasie wyszłam na piekielną pacjentkę.

Po pierwsze, śmiałam pytać, kiedy mam zabieg. Dwa razy! I nie żebym krzyczała czy się wygrażała. Ot, jak łaziłam po korytarzu, podeszłam do kontuaru z pytaniem, czy coś wiadomo.

Miałam mieć operację drugiego dnia po przyjściu, ale od samego rana przyszedł lekarz z hasłem, że oni mają jakiś nagły wypadek i nie mogą mnie wziąć na stół. Pójdę pod nóż za kilka godzin.

Ok, nie problem, ratowanie życia ważniejsze. Tylko mijały godzina za godziną i zero informacji, a ja bez jedzenia, picia i w papierowej torbie.

W końcu po południu wzięli mnie na stół. Spoconą (sens kąpieli w odkażaczu stracił znaczenie) od papierowej torby i zdenerwowaną (po to podaje się głupiego jasia rano przed zabiegiem, żeby pacjent się nie denerwował, ale po takim czasie przestał u mnie działać). Anestezjolog była zła, że mnie tak późno przywieźli, bo teraz musi mi podać dodatkowy środek uspokajający. Poszło gładko i szybko.

Druga piekielność wynikła sama z siebie.

Nie mogę przyjmować paracetamolu, bo reaguje z lekami, które przyjmuję. Wpisałam to w dokumenty przy przyjęciu, mówiłam pielęgniarkom i jeszcze anestezjologowi przed zabiegiem.

Gdy wjechałam po operacji na salę, gdzie leżałam, czekała na mnie mama. Gadałyśmy przez chwilę, w pewnym momencie doczytała, że kroplówka, którą mi podłączyli to paracetamol.

Poszła po pielęgniarkę, ta szybko przyszła i zdjęła kroplówkę, przepraszając. W sumie tragedii nie było, bo uczulona na niego nie jestem. Tylko moje stałe leki słabiej działały.

Z tego wyszedł kolejny problem. Jestem oporna na leki. Od dziecka każdy następny lekarz rodzinny miał przez to zgryz, jak mi dobrać leki. Zgłaszałam to anestezjologowi, ale nie wierzył. Na pyralginę i aspirynę nie reaguję w ogóle. Po prostu nie i już. Nie działają na mnie. I zonk. Po operacji wszystko mnie boli, a oni nie mają mi co podać. W końcu dostałam jakiś środek na bazie morfiny.

Przez dwie godziny mnie nie bolało, a potem cóż, z boku na bok przebidowałam do rana. Jeszcze rano dostałam przeciwbólowy i przed wyjściem. Dopiero w domu, jak wzięłam Ibuprom, to naprawdę przestało boleć na dłużej. Jedynym zaleceniem na wypisie było zgłoszenie się za 7-10 dni na zdjęcie szwów.

W sumie nie mam pretensji do kogoś personalnie tylko do tego podejścia, że pacjent nic wiedzieć nie musi. Nie dowiesz się, jaką masz temperaturę, co ci podają, czy będą cię cięli, czy nie, bo może masz słabe wyniki. Nie. Bo pielęgniarki tego wiedzieć nie mają, z tego, co mówiły. A wizyta lekarska wyglądała tak, że lekarz wszedł, popatrzył, czy wszyscy żyją i poszli.

Mam nadzieję, że nie będę musiała zbliżać się do szpitala przez kilkadziesiąt następnych lat. I Wam też tego życzę.

Szpital

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (118)

#83032

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam ja sąsiadkę.

Powiem wprost, nie lubię jej. Nigdy nie lubiłam, ale gryzę się w policzek i mówię jej "dzień dobry". Chyba przestanę.

Dlaczego jej nie lubię? Nudzi się w domu i monitoruje oficynę. A ja nienawidzę wściubiania nosa i głupich plotek.

Niestety sąsiadka od paru lat umila sobie czas łykiem albo kilkoma czegoś mocniejszego. To tylko pogłębiło jej wścibstwo. Do jakiego stopnia?

Mój ojciec zmarł w domu, na naszych rękach. Raczydło. Gdy panowie z zakładu pogrzebowego go wynosili, wyskoczyła ze swojego domu i pac łapą za worek. Łyp do środka i pytanie "co, umarł?" i już puka do sąsiadki obok.

Gdyby nie narzeczony, to nie wiem, czy bym jej nie przywaliła. Złapał mnie za ręce i zaciągnął do domu. W przypływie nerwów powiedziałam jej, że ma nierówno pod sufitem.

Od tamtej pory unikam jej, jak mogę, przechodzę na drugą stronę ulicy albo, jak idzie przede mną, zwalniam i czekam pięć minut.

Niestety dla niej wypicie czegoś mocniejszego idzie w parze z włączeniem radia na cały regulator od rana. Poprzez sąsiadkę, z którą ona ma dobre kontakty poprosiłam, żeby nie ryczała muzyką, bo narzeczony pracuje na nocki, więc jak ona od dziewiątej baluje, to on tylko godzinę śpi.

Pomogło, ryczy od trzynastej. Obraza majestatu, plotki tak głupie, że nawet ich nie dementowałam, tylko się śmiałam i z jakiegoś powodu zaczęła na mnie polować. Wyskakuje ze swoich drzwi, jak wracam i zagaduje o bzdury.

Dwa dni temu jednak potwierdziła brak piątej klepki do reszty.

Wracamy z miasta, nie było nas może godzinę. A ta wyskakuje, zawisła wręcz na klamce, bo to krasnal i mówi, że kominiarza nie wpuściliśmy. Odpowiadam, że powinna być informacja wcześniej, że będą i jak coś ważnego, to wróci.

Jak nie wyskoczyła nagle z hasłem "nie pyskuj gówniaro, bo cię opier... i się skończy" i standardowo do sąsiadki potuptała. Nawet na nas nie spojrzała.

Rybka na twarzy, szczęka na podłodze.

Przez godzinę nie mogliśmy zrozumieć z moim lubym, co jej walnęło. W końcu stwierdziliśmy, że alkohol mózg wyżarł.

Najmilsze jest to, że nietoperz (po nocy też chodzi pod oknami i zagląda do mieszkań) leci do jednej, drugiej, trzeciej sąsiadki, a potem idę śmieci wyrzucić i słyszę głupie pytanie "dlaczego taka niegrzeczna dla NIEJ jesteś?”.

Od niej sąsiadki wiedzą, że nie śpię po nocy, że listonosz mnie budzi domofonem po południu, że byłam na zakupach i co kupiłam.

Nie wiem, po co im ta wiedza, ale tak jest od paru lat i zaczyna mnie to męczyć.

Jak kiedyś powiedziałam dobitnie sąsiadkom, co o tym myślę, to usłyszałam, że powinnam być bardziej tolerancyjna dla starszych.

Siedlisko

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (143)

#82765

(PW) ·
| Do ulubionych
Nowy rodzaj spamu.

Niecałe trzy lata temu pochowałam ojca.
Pogrzeb jak pogrzeb.
Po tygodniu przychodzimy posprzątać pogasłe znicze i zonk.
W każdym ulotka zakładu kamieniarskiego "A" lub "B".
Od tamtego czasu za każdym razem jak przychodzę na cmentarz, w każdym zniczu i lampce są ulotki firmy kamieniarskiej. Czasami po dwie w jednym, albo jeszcze zwinięte w kulkę i wciśnięte w kapturek znicza.
Ostatnio postanowiłam, że choćbym miała zapłacić dwa razy tyle za wyrycie danych na nagrobku to nie wybierzemy żadnej z tych dwóch firm.

Zastanawiam się czy zrobię z siebie dużego wariata jeśli do nich napiszę, że przeginają.

Cmentarz

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (148)

#80731

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam na drugim piętrze w przedwojennej kamienicy.
Pod nami wprowadził się sąsiad, który przejął mieszkanie po kimś z rodziny. Kiedyś tu mieszkał, potem długo go nie było i wrócił.

Na początku był spokój, sąsiada czasami trafiałam na klatce.
Uprzejmości wymieniane, czasami pogadaliśmy bo i ja mam psa i oni mają dwa więc można było podyskutować, która bestia ma gorsze nawyki i jak z nimi walczyć :)

Ostatnio jednak sąsiad znalazł sobie kompanów do picia.
Od szóstej rano codziennie szczeka pies. Sama mam psa wiem, że po to jest pies żeby czasami szczekał ale ona (bo to sunia) ujada pół dnia. Drugie pół dnia oni drą się jak diabli w stanie upojenia. Czasami przeplata się to ze szczekaniem i muzyką. Nikomu nie otwierają drzwi.

Trafić sąsiada już na klatce nie idzie ale to może lepiej go nie oglądać.

Parę dni temu jednak przegięli.

Siedziałam koło północy grając na komputerze jak poczułam smród spalenizny. Myślałam z początku, że to mój laptop bo gra bardzo dużo pamięci potrzebuje. Ale śmierdzi coraz gorzej. Myślę sobie - może listwa się fajczy albo coś nie tak z kontaktami. Po sprawdzeniu domu lecę do okna bo już podejrzewam co jest. Otwieram je i ciach czarny dym w twarz.

Krew w żyłach jak lód, poleciałam obudzić rodzicielkę, kapcie na nogi i lecę na dół. Już nie raz w kamienicy było pełno dymu, a jedno mieszkanie z kamienicy frontowej sąsiadka spaliła. Pamiętam tamten strach oraz ten huk ognia i cholernie mi nie pasowało, że pod nami się kopci. Bynajmniej nie był to zapach spalonego garnka tylko plastiku.

Łomoczę do ich drzwi, zero reakcji. Pies ujada jak wariat myślę sobie - cholera jak ich nie ma to trzeba chociaż psa uratować. Próbowałam siłą "otworzyć" drzwi ale nie udało się. Straż wezwana przez sąsiadkę, jak słyszę, że rodzicielka z podwórka woła, że oni są w środku i chyba już ugasili bo światło się pali w pokoju gdzie się unosił dym.

Nie otworzyli drzwi do przyjazdu straży pożarnej. Przecież łatwiej głupa palić, że nic się nie stało. Osobiście wystartowałabym z gębą jakby mi ktoś drzwi próbował wyrwać ale oni twardo udawali, że ich nie ma. Strażaków po dłuższej chwili wpuścili. Jakieś zaprószenie ognia. Pewnie z papierosem usnęli i coś się podjarało.

Prawie cała kamienica na nogach ale na szczęście na strachu się skończyło.

Gdy już wróciłam do mieszkania naszła mnie taka refleksja:
Przyjechały do nas na sygnale dwa wozy straży pożarnej.
Przyjechali bo durny sąsiad nie otwiera drzwi.
A oni mogli być gdzieś naprawdę potrzebni.

Najgorsze jest to, że choćbym chciała ich gdzieś zgłosić to sąsiedzi mnie nie poprą. Każdy będzie marudzić ale spytany przez administrację czy sprawiają problemy to odpowie "nie"
Dlaczego? "Bo nie wypada" "Po co się czepiać" "Bo co mnie to obchodzi" - to jest najlepsze zwłaszcza jak dwie minuty wcześniej od tej samej sąsiadki leciała litania jakie to z nimi problemy.

Albo ja się robię moherem za młodu albo coś jest nie tak z niektórymi ludźmi.

Sąsiedzi

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (148)

#80228

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam w poczekalni dwie historie dotyczące bierzmowania, podzielę się i swoją. Będzie długa ale chcę oddać to co się wydarzyło.
Bierzmowania nie mam i aktualnie wiem, że go nie potrzebuję do szczęścia, a całą szopkę z przygotowaniem do sakramentu uważam za jedną dużą bzdurę.

Ale kiedyś, gdy byłam w gimnazjum chciałam je mieć. Chodziłam do kościoła regularnie, każda niedziela i święta kościelne - byłam na mszy. Jak doszło do tego, że sakramentu nie otrzymałam? Zachorowałam.
Pod koniec roku kalendarzowego w pierwszej klasie gimnazjum nagle wylądowałam w szpitalu z odmiedniczkowym zapaleniem nerek. Poleżałam, skończyło się na strachu i dość długim bólu pleców. Już wtedy przegapiłam jakieś "super ważne spotkanie".

Mówi się trudno. Po wyjściu ze szpitala miałam co miesiąc zjawiać się u nefrologa oraz kontrole u urologa. I to okazało się był problem. Nefrolog dziecięcy ze szpitala, do którego miałam przychodzić przyjmował w czwartki po południu. I ksiądz też spotkania dla mojej klasy wyznaczał na czwartki.

Możecie powiedzieć, no ok, ale czwartków w miesiącu jest przynajmniej cztery. Ano tak, tylko ksiądz nie mówił z wyprzedzeniem, w który czwartek będzie spotkanie. Czasami ogłaszał to dzień przed, na religii w szkole. Prosiłam o możliwość chodzenia z inną klasą we wtorki. Raz nawet poszłam, ale przy sprawdzaniu obecności zostałam wyproszona.
Nie, mam być z moją klasą i koniec. I tak ponad połowa spotkań w pierwszej klasie mi odpadła.

Kolejny zgryz, jak pisałam chorowałam. Po szpitalu byłam na antybiotykach i niestety łapałam każde przeziębienie. Wypadło mi kilka (chyba z pięć) niedziel gdy leżałam z wysoką temperaturą w łóżku oraz nie uzbierałam dziewięciu pierwszych piątków miesiąca.
Gdy przyszło do sprawdzania indeksów chyba w kwietniu ksiądz powiedział mi, że będę musiała poprawiać rok, zbierać wszystko od nowa bo mi brakuje pieczątek.
ALBO, żebym zbierała pieczątki z nabożeństw majowych.
I zbierałam, chodziłam dzień w dzień rano na nabożeństwa.
Ale i tak mi nie podpisał "zdania" pierwszego roku przygotowywania. Bo nie byłam na spotkaniach i mam za mało pieczątek. Na nic się zdało, że miałam na papierze, że byłam chora, że nie mogłam, że prosiłam o inne terminy, że wszystko wiem i umiem.
Miałam jeszcze raz kupić indeks i od nowa.

Wróciłam do domu, rzuciłam indeksem o ścianę i siedziałam kilka godzin myśląc co powiedzieć rodzicom. Nie chciałam powtórki z rozrywki bo wiedziałam, że przyszłym roku też nie będę mogła uczestniczyć we wszystkim co tylko wymyślą w kościele. Potem poszłam do mamy i spytałam czy bardzo będzie się gniewać jak nie będę mieć bierzmowania. Odpowiedziała, że nie. Ona sama go nie ma. Ojciec dorzucił, że też nie. Że kiedyś były ważniejsze sprawy i on pracował, a nie chodził do kościoła.
Ale siostra mojej mamy, moja ukochana ciocia i matka chrzestna nigdy się z tym nie pogodziła tak do końca. Namawiała i nagabywała ale trafiła na mur, bo ja już postanowiłam. Zrezygnowałam i z religii w szkole, i z kościoła. Po paru latach i studiach, również z wiary.

A teraz najlepsze. Parę lat temu, chyba ze cztery pojechałam do niej na ferie. I jakoś tak trafiłam, że na wizytę księdza po kolędzie byłam u niej. Chciałam wyjść, żeby cioci wstydu nie robić bo powiedziałam, że ja się modlić nie będę jak on przyjdzie. Nie zdążyłam, nie słyszałam kiedy wszedł na klatkę ani wyszedł od sąsiadów, a ministrantów z nim nie było.
Wszedł, powiedziałam "dzień dobry". Stary proboszcz, kto wie czy mnie nie ochrzcił wiele lat temu. Pomodlił się z ciocią i spytał mnie czemu ja się nie modlę. I powiedziałam mu to co opisałam wam powyżej. Uśmiechnął się, stwierdził, że "to dopiero durnie" i powiedział, że życzy mi powodzenia w szukaniu swojej drogi.
Po tym ciocia przestała marudzić o mój brak wiary.

Nie mam puenty do tego wyznania.

Kościół

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (177)

#80017

(PW) ·
| Do ulubionych
Od czasu do czasu zamawiam jak zapewne większość z was coś przez internet. Od jakiegoś czasu z portalu, gdzie przesyłka leci z Państwa Środka. Nie są do duże paczki, mieszczą się w takiej ciut większej kopercie.
I cały czas mam problem z naszą kochaną pocztą.

Jeden to czas dostawy. Paczki mają śledzenie do czasu dostarczenia do kraju nadawcy. Ostania paczka zamówiona, po trzech dniach zarejestrowana i wysłana lotem do Polski. Czwartego dnia ląduje na lotnisku Chopina i znika. Przynajmniej na tydzień. Jedna zniknęła na dwa miesiące. Nie wiem, chyba je obwożą po całej Polsce, żeby sobie pozwiedzały.

A drugi problem to odbiór. Mieszkam w dużym mieście, ale w dzielnicy starej i zaniedbanej, dlatego nie było do niedawna w okolicy punktu poczty polskiej i po każdą paczkę trzeba było iść do głównego oddziału. Nie powiem wiecznie kolejki, w których czekało się przynajmniej pół godziny, ale panie pracujące tam robiły wszystko szybko i sprawnie, a i "dzień dobry" odpowiadają.

Listonosz, który ma nasz rewir zna nas wszystkich z imienia, a osoby w moim wieku choć jestem osobą dorosłą - od dzieciaka. Awizo dla niego jest ostatecznością, dzwoni do domu, żeby sprawdzić czy ktoś jest a jak nie to wie, że co może, to może zostawić u sąsiadów.

No i jakiś czas temu dwie minuty od domu powstał punkt poczty. Ucieszyłam się ja i wszyscy dookoła. Ogólnie można na nim wszystko załatwić, ale głównym zadaniem jest obsługa paczek. Pojawił się też nowy listonosz, Pan Widmo gdyż nigdy go nie widziałam. On obsługuje większe przesyłki.
Od tego czasu wieczny problem z paczkami.

Najpierw koleżanka opowiadała, że miała problem odebrać paczkę do jej narzeczonego. Awizowaną chociaż miała być dostarczona do domu, a ona w nim czekała. Pomimo iż miała upoważnienie pani stwierdziła, że nie wyda i koniec. Z tego co pamiętam skończyło się na awanturze i skardze. Pomyślałam sobie, że pewnie przesadza.

Teraz ja. Z około dwudziestu przesyłek do skrzynki, dostałam jedną. I to też przez przypadek gdyż nasz listonosz zobaczył ją w głównym punkcie i przyniósł, bo i tak miał do nas polecony. A tak za każdym razem w skrzynce jest awizo opisane, że paczka nie mieści się w skrzynce. Idę do punktu i dostaję paczuszkę, która mieści mi się w dłoni.

Z odbiorem też jest problem. Z tego co się dowiedziałam od kogoś kto Pana Widmo złapał, on tych paczek w ogóle nie bierze. Po prostu jeździ z pliczkiem awizo. Ile w tym prawdy, nie wiem.
Na awizo jest pieczątka, że paczkę można odebrać w punkcie dzisiaj albo jutro. Nie ma w niej, że paczka po godzinie 18. Na miejscu pracują przynajmniej trzy osoby, dwie panie obsługują petentów. Dla jednej nie jest problem wydać paczkę, która jest na miejscu przed godziną 18. Skoro jest to wydaje. Druga, jak się okazało, ta sama, z którą znajoma miała jazdę ma wieczny problem. To z wydaniem tego samego dnia, a i z wydaniem rano następnego.
A bo trzeba wstać i poszukać. No i jeszcze trzeba powzdychać, że trzeba poszukać. Rodzicielka moja mówiła, że jak poszła wysłać polecony to marudzenie było, że trzeba parę groszy reszty wydać. Bo nie miała wyliczonego. Nie miała, bo bankomat nie wydaje nominału mniejszego niż 10 złotych.
A w punkcie nie można płacić kartą.

Dodatkowo punkt jest tak mały, że w kolejce zmieszczą się maksymalnie trzy osoby. A petentów wiecznie dużo, bo starsze osoby płacą tam rachunki.
I tak się zastanawiam, czy można zmienić punkt obioru paczek zwykłych, bo już wolałam przejść się na główną pocztę.

poczta

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (125)

#78378

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio sprzątając w szafie znalazłam swoje stare dyplomy z podstawówki za udział w konkursie recytatorskim i ogarnęła mnie gorycz nawet po tylu latach. Ale po kolei.

Kochałam wiersze od zawsze, a mama uczyła mnie jak je poprawnie wymawiać, akcentować, kiedy robić pauzy. Lubiłam to i bawiło mnie to. Dlatego konkurs recytatorski był dla mnie zwieńczeniem moich zainteresowań.
Brałam udział w konkursie co roku w podstawówce i co roku go wygrywałam. Zasady były proste, ma być wypowiedziane bezbłędnie, wiersz miał mieć przynajmniej określoną liczbę słów oraz wiersz nie może się powtarzać. Panie zapisywały co roku jakie były wiersze i nie można ich było recytować na następny rok.

To była czwarta albo piąta klasa podstawówki.Tamtego razu nauczycielki nagięły zasady, bo przecież to one je tworzą. Wszystkie dzieci wtedy wyrecytowały swoje wiersze i nastąpiło czekanie. Potem wystąpiła jeszcze jedna dziewczynka, po czym nastąpił zawód nie tylko mój, ale i wszystkich dzieci. Dziewczynka powiedziała (to nie było recytowanie) wiersz, który ja recytowałam rok wcześniej i pomyliła się trzy razy. I oczywiście wygrała.

Nie wiem, czy potraficie sobie wyobrazić rozczarowanie jakie nam wtedy towarzyszyło. Ja płakałam, ale poszłam się kłócić dlaczego wygrała ona, skoro inne dzieci wypadły o niebo lepiej. Pewnie nie uwierzycie, ale nie chodziło mi o wygraną. Sama twierdziłam, że przynajmniej dwoje wypadło lepiej niż ja. Chodziło mi o zasady, bo rodzice mówili, że zasad i obietnic się nie łamie. Nie zapomniałam tego co mi wtedy nauczycielka powiedziała.
Owa dziewczynka była siostrzenicą którejś nauczycielki, no i żeby jej nie było smutno, to ona dostanie pierwsze miejsce, a ja drugie.

Odebrałam wtedy dyplom tak rozżalona jak tylko może być dziecko. Kwiatów, które miałam dać nauczycielom, nie dałam, tylko zabrałam do domu i dałam mamie. Płakałam wtedy cały dzień przy niej. Nie poszła się kłócić, stwierdziła, że z (tu poleciało trochę epitetów) nie ma sensu.
Na następny rok konkurs się nie odbył. Nikt nie chciał iść, w tym i ja. Nauczycielki nie rozumiały dlaczego nie ma chętnych.

szkoła

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 225 (249)

#77253

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając piekielne historie dotyczące dostarczania paczek, przypomniała mi się akcja z paczkomatami.

Zamawiam czy raczej zamawiałam czasami kosmetyki przez internet z dużej firmy na "O".
Na początku zamawiałam doręczenie do oddziału jednak z czasem panie z oddziału, które powinny tam być od poniedziałku do piątku w określonych godzinach, robiły wszystko tylko nie wydawały paczek. Stwierdziłam dwa złote nie pieniądz, dopłacę do paczkomatu, a nie będę codziennie latać do oddziału.

Pierwsza paczka szła tydzień, chociaż powinna iść dwa dni.
Z drugą miałam już ubaw. Dostałam informacje, że dostarczona o dziwo na drugi dzień, więc gnam do paczkomatu, otwieram i problem. Paczka wciśnięta na siłę do za małej skrzynki. Minutę stałam i patrzyłam jakim cudem kurier to tam wepchnął. Zaparłam się nogami o paczkomat, żeby to wyciągnąć - ni diabła. Podeszłam do konsoli szukając ratunku, a potem w komórce internet poszedł w ruch. Naiwna myślałam, że dodzwonię się na infolinię, takiego wała.

Kilka minut walczyłam z paczką i nie dałam rady jej wyszarpnąć. Kolejna myśl - obok paczkomatu rządek sklepów, pewnie w którymś będą mieli nożyk do kartonu. Wchodzę, stając przy drzwiach i patrząc na paczkomat, mówię co się stało, po co mi nożyk, że zaraz oddam. NIE, bo nie wróci. Wychodzę zrezygnowana z każdego sklepu, na końcu warzywniak. I tu litościwa kobitka się trafiła, ale mówi mi, że ma tylko taki nóż do mięsa, duży. Dawaj pani.

Chichocząc jak psychol, poszłam do złodzieja paczek. Rozcięłam pudełko modląc się, żeby niczego w środku nie rozwalić i wyjęłam wszytko po kolei, a na końcu pociachane pudełko. Oddałam nóż właścicielce, dziękując po stokroć. Wróciłam do domu myśląc jak to zgłosić, przeszperałam internet, napisałam dwie skargi. Pewnie nikt tego nie odczytał nawet, ale teraz dostaję spam na maila.

Gdy zamawiałam paczkę trzecią, długo myślałam czy nie wybrać dostawy do domu jednak i z takimi dostawami mam złe doświadczenia, dlatego znów zamówiłam do paczkomatu. Tym razem poszłam ją odebrać z moim lubym i nożem w kieszeni. Otwieram paczkomat - no żeby to ch... strzelił. Znów wciśnięte na siłę. Już chciałam to znów rozwalać ale mój Pan ma więcej siły w rękach i wyciągnął przesyłkę po chwili.

Żeby nie było niedomówień - nie chciałam zwracać paczek, bo w każdej był prezent - a to dla mamy, to dla mnie samej.

Aktualnie przestałam zamawiać. Wolę iść do rossa i tam szukać czego potrzebuje.

kurierzy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (206)

#76355

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem zwierzolubem. Pies w domu był od zawsze a razem z nim inne zwierzaki. Uwielbiam każdego zwierzaka chyba, że próbuje mnie dziabnąć. A mimo wszystko nienawidzę psiarzy. Nie wszystkich, ale wychodząc codziennie na spacery, człowiek ma po dziurki w nosie durniów, którzy pomimo wieku zachowują się jak dzieci. Oto kilka typów, które są codziennością i potrafią zniszczyć spokojny spacer z psem.

1. Pies zawsze luzem. To chyba najgorszy typ spacerowiczów. Jakiś czas temu szłam z psem parkiem, pies miał zapalenie krtani, przez co kaszlał całą drogą. Na siłowni pod chmurką była babeczka w wieku 60 lat. Nagle zaczyna się wydzierać, że nie kocham swojego psa, że powinnam go puścić luzem. W okół niej biegał jej szczurek. Powiedziałam, żeby lepiej Pani przypięła swojego, bo jest kwarantanna wścieklizny i nie wolno puszczać psów. Wtedy zaczęła mnie wyzywać, bo gówniara (jestem dorosłą osobą) się nie zna i pies powinien chodzić luzem. Pokazałam jej środkowy palec i poszłam dalej.

Wczoraj wychodząc z parku zobaczyłam faceta, pędzel na głowie, fajka w zębach i smycz w ręku, a za nim ogromny pies. Widziałam po jego minie, że zrozumiał że będą kłopoty, cofnął się do psa, ale go nie przypiął. Ów pies rzucił się na mojego. Nie mam yorka tylko kundla sięgającego nad kolano, ale i tak mi się słabo zrobiło, jak zobaczyłam, że leci z zębami na mojego. Na szczęście obeszło się bez uszczerbku na zdrowiu.

2. Wszechwiedzący. Tacy dzielą się na dwie kategorie. Tych co to przeczytali w internecie coś o psie i się wymądrzają, oraz takich co to byli na drogich treningach z psem i oni są już specjalistami od behawioryzmu. Mój pies nie był na żadnym szkoleniu, a ja nie czytałam książek o wychowywaniu psa. Przychodzi na zawołanie, chodzi przy nodze i nie ucieka. Nie jest agresorem, bo potępiamy każdy jego wyskok. Niestety ponad połowa wszechwiedzących ma problemy z wychowaniem psa i chwalą je za złe zachowania. Ale jak im zwrócić uwagę, że źle robią, to odpowiedzią jest "nie znasz się".

3. Po co sprzątać na wybiegu dla psów przecież od tego jest wybieg, żeby się pies załatwił?! Po co w ogóle sprzątać po psie gdziekolwiek?!

4. Paniusie. Ogólnie wybieg dla psa jest po to, żeby pies wyładował energie. Niestety często trafiają się paniusie (nigdy nie był to mężczyzna), którym przeszkadza, że pies się brudzi albo męczy. A to się położy zwierzak na chwilę i już się drą, że ma nie leżeć, a to nie kopać dziur, a nie szczekać, a nie biegać. Ale jak stoi w miejscu to też źle.

Naprawdę połowa ludzi, którzy mają psa, nigdy nie powinni ich posiadać. Może wam się to wszystko wydać mało piekielne, ale pomyślcie o tym w perspektywie wielu lat codziennie i człowiekowi aż smutno.

Pies

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (211)

1