Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

metaxa

Zamieszcza historie od: 7 września 2012 - 12:18
Ostatnio: 18 września 2019 - 11:47
  • Historii na głównej: 24 z 27
  • Punktów za historie: 6431
  • Komentarzy: 257
  • Punktów za komentarze: 805
 

#19788

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Pracuję w Pogotowiu Ratunkowym. Tak tak, to ci od morderstw, utajonych gwałtów i wybuchu elektrowni w Fukusimie, nie wspomnę o okaleczeniu Juranda ze Spychowa...
Czasem, naprawdę w ramach marginesu naszej działalności, zdarza nam się ratować ludzi. No poważnie...

Pewnego razu siedzę ja sobie na dyżurze, niewielkie miasto powiatowe, sobotni wieczór. Nagle dostajemy wezwanie: nieprzytomny, charczy. Daleko, jakieś 15 kilometrów od bazy.
Wyskakujemy, nura do karetki, silnik, gwizdki i cała naprzód! Gnamy przez lokalne autostrady, łebki nam podskakują jak pieskowi na sprężynie, ale ciśniemy. Bo tam nieprzytomny, charczący, bo trzeba ratować. Natychmiast.
Mniej więcej kilometr przed miejscem wezwania, na drogę wyłazi aborygen. Jak to w sobotę, nawalony jak autobus do Lichenia, wyłazi na środek drogi i energicznie zatrzymuje nas machaniem. Hamujemy z piskiem - w końcu nie jeden raz się zdarzyło, że rodzina albo znajomi brali pacjenta na pokład i wieźli na spotkanie - żeby było szybciej.
Stajemy, wyskakuję z wozu i pytam czy to tu i gdzie chory?
Na co piekielny chlor pomiędzy odbekami pyta.... czy podwieziemy go do najbliższej miejscowości, bo zimno???
Zatrzymał karetkę na sygnałach świetlnych i dźwiękowych żeby zabrać się na stopa...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 740 (788)

#24130

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Kiedyś sądziłem, że praca w ratownictwie jest poważna. Niekiedy nawet śmiertelnie poważna...
Tymczasem, okresowo życie pokazuje, że zdarzają się sytuacje nie do końca licujące z powagą naszej profesji. Przy których naprawdę trudno zachować chłodny profesjonalizm...

Pani R.
Obecnie już w wieku mocno ponad średni.
W chwili zdarzenia również nie nastolatka. Przynajmniej nie metrykalnie...
Chora na głowę. Tak definiowała swoją przypadłość w krótkich przebłyskach szczerości.
Niestety, naprawdę krótkich.
Jej choroba miała dwie postacie.
Postać otępienną - wzywały nas dzieciaki z bloku, że na klatce schodowej leży ciało nieżywej kobiety. Przyjeżdżaliśmy.
R. zastawaliśmy bez kontaktu, z maskowatą twarzą i tak sztywną, że spokojnie pluton wojska mógł po niej przekraczać rzeki...
Zabieraliśmy nieszczęsną do karetki i wieźliśmy do oddziału chorób głowy, gdzie spędzała kilka tygodni celem odsztywnienia, okresowo służąc pacjentom za deskę do prasowania.
To jednak nic w porównaniu z fazą aktywną...
Kiedyś się o tym przekonaliśmy. Niestety, najboleśniej ja...
Wizyta po północy: wzywa syn (tak, niestety, ktoś się kiedyś skusił na wdzięki R...), że matka szaleje i nie daje spać.

Jedziemy. Wchodzimy na drugie piętro. Już od parteru słychać soczysty bas przeboju disco polo...
Walimy do drzwi.
Otwiera nam R.
W różowym peniuarze, przez który widać większość treści moich późniejszych koszmarów...
Krótko mówiąc, jej uroda była jak trzydziestoletni Maluch: tylko dla koneserów...
W ręku metrowej długości lufka, w niej tli się jakiś fikuśny papieros.
I zagaja, czułym sznapsbarytonem:
- Cześć chłopaki... Fajnie, że jesteście. Bo imprezka jest. Chodźcie do środka. Wiecie, jak dawno chłopa nie miałam?
- Szanowna wejdzie, ubierze się i powie co dolega!
- Misiu... wrrrr... nie bądź taki zasadniczy. Duży chłopczyk, na pewno będzie nam razem dobrze.
W tym momencie ogarnęło mnie przerażenie. I zupełnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego ratownik wydaje z siebie jakieś zduszone odgłosy i kolorem oblicza przypomina mundurek...

Wchodzimy. Proszę o wyłączenie muzyki. W odpowiedzi kolejna propozycja, tym razem bardziej obrazowa.
Zbiera mi się na zwrot kolacji...
Pytam znowu, po co tu jesteśmy. A ona nawija w trybie ciągłym.
Że chce mnie tu i teraz, że ma syna z księdzem, że jest naprawdę dobra w tym temacie... Do tego pcha się z łapami. Coraz bardziej nachalnie i konkretnie. A ja kobiet nie biję!!! Żadnych!!! Toteż odwracam jej uwagę i czuję się jak prawiczek na orgii...
Mierzę ciśnienie, bo ratownik wali głową w stół i rzęzi ze śmiechu.
Polecam podać całą ampułkę leku z kategorii weterynaryjnych. Po którym pacjent w trybie pilnym zasypia, a potem nie pamięta nic od czasu własnego porodu...
Tutaj R. jeszcze próbuje:
- Znaczy, Misiu mój, tyłeczek mam ci wystawić?
Wizja wzmiankowanego organu, którego smętny kształt widoczny spod piekielnego peniuaru działał na moją psyche w sposób podobny, jak jego włochatość, która do zrobienia zastrzyku wymuszała użycie echosondy, przelała czarę goryczy.
Ocuciłem ledwo przytomnego ratownika i ryknąłem:
- Piątka Midanium w kanał, szybko!!!
- Rozcieńczać?
- Zwariowałeś? Ładuj, póki nie ucieka!!!
Jest tylko jeden kłopot: po tym leku, podanym dożylnie, pacjent naprawdę szybko zasypia...
Więc kto zamknie drzwi?
Ale zaraz - jest syn!
Pukam i włażę do jego gawry. Śpi. Obudzony, mamrocze klątwy i natychmiast znowu zasypia. Widać nie do takich rzeczy przywykł, bidulek...
Nie ma wyboru: tłumacze R.:
- Jak wyjdziemy, szybciutko zamknij za nami drzwi i biegiem do łózka, dobrze?
- Ale tylko z tobą, Misiu...
Ożesz w mordę...
Wkłucie założone.
Lek poszedł. Wkłucie usunięte.
Biegiem do drzwi. Wypadamy, zatrzaskujemy.
Po drugiej stronie słychać trzask rygli i ... łubudu o podłogę. Nie zdążyła wrócić...
Na szczęście pod drzwiami miała wyjątkowo gruby i kudłaty, jak jej wdzięki chodnik.

A ja, od tej pory, twierdzę, że zdarzają się gorsze rzeczy w pracy, niż agresywny pijak.

służba_zdrowia

Skomentuj (171) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1056 (1236)
Absurd dnia dzisiejszego mnie przerósł do tego stopnia, że w każdej chwili spodziewam się ukrytej kamery.

Mam kota. Kota pierdołę. Do tego stopnia pierdołę, że w momencie gdy zbierze resztki odwagi to decyduje się wejść do Mordoru, czyli lezie na spacer po korytarzu w bloku. W dodatku pierdoła kocha ludzi. Każdy jest jego przyjacielem. Najlepiej to wziąć na rączki i drapać.

Dzisiaj kot znów się zdecydował. Mamy iść na spacer, ja akurat wczorajsza nieziemsko, koło południa byłam w totalnym nieogarnięciu. Także kot lezie sobie po korytarzu, ja patrzę i akurat wpada na sąsiada. No i się wywiązał dialog:

[S] Ojj, jaki ładny ten kotek! To rasowy? Mogę wziąć na ręce?
[J] Proszę, tak rasowy. On bardzo lubi się przytulać.
[S] A to ile taki kotek kosztuje?
[J] Dużo, około 3000zł - nie negujcie, dostałam go w prezencie, sama nie jestem osobą, która dwie pensje minimalne na kota wydaje.

I w tym momencie dzieje się rzecz dziwna. Facet obraca się na pięcie i zaczyna uciekać do swojego mieszkania z moim kotem! Ja w szoku, "gonię" ich o kulach.

Gość zamknął się ze zwierzakiem u siebie i udaje, że go nie ma. Moje walenie w drzwi ściąga ochroniarza i wspólnie wzywamy policję. Patrol przyjeżdża i co widzi? Skacowaną dziewczynę w kapciach, o kulach, w pidżamie w serduszka i szlafroku tłumaczącą, że wyszła z kotem na spacer na korytarz, a podczas tego spaceru kot został porwany przez sąsiada. Sama bym siebie do psychiatryka wysłała.

Panowie dają się przekonać, że to może być prawda i idą do sąsiada. Ten otwiera, ale twierdzi, że żadnego kota nie ma. Policja wejść bez nakazu nie może chociaż z łazienki słychać dzwoneczek (nosi przy obroży). Tłumaczę, że kot tam jest, sąsiad nie otworzy, policja nie wejdzie. I tak stoimy w tych drzwiach wyzywając się wzajemnie. W tym momencie słychać jakby skok i kot wychodzi z kuchni (kuchnia i łazienka są pod sufitem połączone oknem takim). I tu historia powinna się zakończyć, ale nie...

Sąsiad zaczyna twierdzić, że to jego kot. Kłócimy się dalej, a kot siedzi na podłodze i z ciekawością przygląda się temu co się stanie. Jeden z policjantów stwierdza, że jeśli kot nie będzie od mnie uciekać to jest mój. I tu rodzi się problem. Bo po kolei sprawdzamy, czy kot od nas nie ucieka: ja, ochroniarz, sąsiad i dwóch policjantów. Na każdego kot cieszy się tak samo.

Mundurowi nie potrafią powiedzieć do kogo należy ten kot. Ja tłumaczę, że mam przecież jego całe oprzyrządowanie w mieszkaniu; miski, kuwetę, zdjęcia z nim, książeczkę zdrowia. Postanawiamy pójść do mnie sprawdzić.

No i zapomniałam. Wczorajsza impreza była u mnie. Policja wchodzi, a tam obraz nędzy i rozpaczy. Butelki, pety, pudełka po pizzy, ciuchy... Wstyd jak cholera. Ja rzucam jedynie:

[J] Się siostrze syn wczoraj urodził...

Znajdujemy książeczkę, ze zdjęcia podobny, ale funkcjonariusze dalej twierdzą, że pewni nie są. Sąsiad twierdzi, że kot jest jego, ja że mój. Kot ma nas gdzieś i siedzi ochroniarzowi na rękach.

No ale przypominam sobie, że kot jest zachipowany. Pada decyzja, jedziemy do weterynarza sprawdzić dane z chipa. Policja ma wziąć kota, a my z sąsiadem mamy dojechać. Pytanie jak? Normalnie pojechałabym samochodem, ale stężenie alkoholu w mojej krwi było bliskie zawartości go w winie.

Patrol się lituje i zgadza żebyśmy z nimi pojechali do weta. Sąsiad też chce. Więc jedziemy w suce ja, kot i sąsiad... Dojeżdżamy do lecznicy, sczytują coś tam z chipa, ale wychodzi na to, że kot jest zachipowany na pierwszego właściciela, którego... musimy ściągnąć na komendę w celu potwierdzenia, że to jest mój kot. Jedziemy na komisariat i czekamy na pierwszego właściciela.

Facet to ojciec mojego byłego narzeczonego, zachwycony całą sytuacją jak ja pie*dolę i wymuszoną przerwą w Majówce, zeznaje, że kot jest mój. Brawo! Wracamy do domu, znów suką, tym razem bez sąsiada, który został profilaktycznie zatrzymany na 48.

Tym sposobem cały dzień poszedł się...

kot

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1722 (1816)

#28181

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jestem fanem ratunkowej. Lubię w niej większość. Chwile smutne i radosne.
Bo, niezależnie od tego, jak jest, możemy pomagać innym.
Nie lubię jednego: bezsensownego nadużywania systemu przez ludzi, których egoizm zabiera innym szansę na ratunek...
A jest ich coraz więcej.
Nie ukrywam, że pogotowiarze mają swoje sposoby na oduczenie takich ludków traktowania nas jako taksówki, przychodni na kółkach, czy też - w przypadku SORu - jak lekarzy rodzinnych bez kolejki.
W większości piekielne.
I wiem, że moi zagorzali wielbiciele odsądzą mnie od czci i wiary po tym, co napiszę. Ale co mi tam... Dla Was wszystko.

Często się zdarza, że do ambulatorium zgłaszają się ludkowie z banalnymi otarciami naskórka, czy skaleczeniami. Najczęściej kilkudniowymi.
Żeby dodać dramatyzmu sprawie, w miejscu zadrapania najczęściej powstaje odczyn zapalny w postaci słynnej czerwonej pręgi, idącej nieodmiennie do serca...
Dla zainteresowanych: jest to łagodny odczyn naczyń chłonnych, kompletnie niegroźny.
Ale mit głosi, że dojście pręgi do serca niezawodnie zabija pręgowanego...
Tłumaczenie tego narodowi kończy się zazwyczaj niepowodzeniem: wiedzą lepiej, a ja nie chcę pomóc i już.
Toteż pomagam: proszę, żeby zainteresowany wrócił do domu, wziął czarny mazak i zaznaczył poziom pierwotny pręgi. Potem już tylko musi co pół godziny mierzyć linijką prędkość przesuwu i zaznaczać pisakiem... Jeżeli owa przekroczy 5 centymetrów na godzinę, to zgłosić się ponownie...
Nikt jeszcze nie wrócił, ale wzrosło zapotrzebowanie na zmywacz do markerów...

Kiedyś, w nocy, pojechaliśmy po raz trzeci w ciągu miesiąca do tej samej pani. Niewiasta w wieku średnim, postury ogromnej i o niepohamowanym apetycie.
Do tego, posiadająca kamicę pęcherzyka żółciowego, która wymaga bezwzględnej diety.
Pani dietę miała głęboko, a na operację się nie zgadzała. Regularnie jadała na kolację kilka kotlecików, po czym, koło drugiej w nocy spanikowany mąż wzywał karetkę do umierającej z bólu małżowiny...
Facet naprawdę był troskliwy, pytał jak może pomóc.
Za to pani, nie dość, że wymuszała nasze przyjazdy, nie stosowała się do zaleceń, to sobaczyła nas o wszystko: o zbyt wolny przyjazd, za słabe leki, bolesny zastrzyk i niewłaściwą aparycję - podobno nie wyglądaliśmy na odpowiednio zainteresowanych...
Toteż raz puściły nam zwieracze mentalne.

Podaliśmy zastrzyk, taki jak zawsze. Pretensje też rytualne.
A potem... Na pytanie męża o możliwość pomocy, diabeł podszepnął mi pomysł:
- Proszę wziąć pół litra wody przegotowanej. Ciepłej.
- Tak jest, doktorze!
- Do tego dodać dwie tabletki roztartego między łyżkami środka rozkurczowego.
- Natychmiast!
- I najważniejsze: co kwadrans podawać do picia żonie łyżeczkę od herbaty uzyskanego napoju - żeby żołądka nie podrażnić.
- Oczywiście, dziękuję bardzo!
Wyszliśmy. Ratownik patrzy na mnie cokolwiek dziwnie...
- No co??
- Coś ty za szamaństwo tam odstawił?
- Stary, to proste: musi dostać jeszcze coś rozkurczowego za jakiś czas, tak?
- No tak...
- A teraz pomyśl: co kwadrans 5 mililitrów doustnie... a tego jest pół litra... to o której skończą się leczyć?
- Za jakieś kilka godzin.
- No właśnie. Myślisz, że pani będą smakować następnym razem kotleciki? Po nieprzespanej nocy?

Genialne, prawda?
I piekielne zarazem. :)

służba_zdrowia

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1108 (1162)

#53227

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Ponieważ mamy wakacje, będzie wakacyjnie.
O urlopie sprzed kilku lat, dokładnie, to o urokach nowoczesności w tradycyjnym Zakopanem.
Nie jestem człowiekiem mocno starej daty, jednak wynalazki ostatnich lat czasami mnie przerastają.
Najbardziej te, po których zostaje trauma na lata całe...

Córka moja najstarsza zmusiła mnie do wypadu do aquaparku.
Bo fajnie, bo zabawy we wodzie superaszcze są...
Nie mając wyjścia, założyłem kąpielowe bokserki, w garść chwyciłem nieodłączną reklamówkę z klapkami i ręcznikami i - w drogę!
Początek był zgoła niewinny. Bilety, szatnia, natrysk.
Potem powstał problem, co zrobić najpierw, na co się wybrać.
Ja optowałem za basenem. Albo dużym, do pływania, w tym zewnętrznym, z widokiem na Tatry, albo takim z masażami.
Coby stare plecy poratować.
Ale latorośl moja piekielna wymagała adrenaliny!!!
Czyli zjeżdżalni.
Największą, kończącą swój bieg w basenie zewnętrznym, odrzuciłem po krótkiej obserwacji.
Otóż, byłem świadkiem, jak młodzieniec lat około 16, z zapałem tłumaczył kumplowi, że tą rurą jedzie się fajnie tylko głową naprzód. Bo woda spod nóg nie pryska, a i wrażenia lepsze.
I pojechał.
Z rury wypadł najpierw instruktor zjeżdżalnictwa, a po jakichś trzech minutach jego gacie...
Góry w odwiecznym milczeniu zniosły tą profanację.

Potem spróbowałem sił w zjeździe wspólnym po pochylni otwartej. Bo miałem w pamięci opowieści Szefa, który rok wcześniej utknął a słowackiej rurze.
A że walczymy w podobnej kategorii... sami rozumiecie.
Zjazd okazał się klapą na miarę Kac Wawa. Bo, ze względu na masę, musiałem się kilkakrotnie odpychać, coby nabrać jakiejkolwiek prędkości zjazdowej.

W końcu, moja piekielna córka zoczyła w oddali TO.
Otwartą zjeżdżalnię o nachyleniu gazyliona stopni, długości kilkunastu metrów, kończącą się w mikrym baseniku.
Wśród zwierzęcych pisków ekscytacji zostałem zawleczony ku wrotom piekieł.
Córcia pojechała pierwsza.
Z piskiem wpadła do basenu, a że wagowo walczy w kategorii z jedną nogą Małysza, odbiła się kilkakrotnie od powierzchni i zadowolona opuściła basen.
Wtedy przyszła kolej na mnie.
Pomodliłem się przelotnie, a potem rozpocząłem najgorsze kilka sekund życia.
Po odepchnięciu się, w ciągu kilku chwil, nabrałem sporego ułamka prędkości dźwięku.
Moje stateczne bokserki zostały zredukowane do stringów i wciśnięte tam, gdzie od ładnych kilku lat starałem się pieluchy nie nosić...
Toteż, szorowałem gołym zadkiem po plastiku. Przysiągłbym, że czułem smród spalenizny...
Żeby choć trochę zmniejszyć tempo spadania w czeluść, rozłożyłem nogi.
Nie zwolniłem, za to u dołu pochylni malowniczo klasnąłem dość wrażliwymi elementami anatomii o lustro wody...
Z narastającym wytrzeszczem zaliczyłem jeszcze dwa trafienia kością ogonową o dno basenu, po czym wypadłem zeń z całkiem sporym impetem.
Tocząc wokół błędnym wzrokiem, wstałem. Piekły mnie czerwone plecy i przyległości. Tępy ból w kroczu pulsował w rytm tętna- jakieś 200/ minutę.
Zaś kąpielówki miałem ewidentnie typu Borata: stringi w kroku, guma pod brodą...
Był to jeden z niewielu razów, kiedy żałowałem, że nie piję.

Chciałem z tego miejsca serdecznie pozdrowić konstruktorów owego piekielnego urządzenia.
I zapytać, czy nie dałoby się założyć, że zechce z niego skorzystać ktoś, kto posturą przypomina bardziej baobab, niż mimozę?
I dla niego zrobić ciut głębszy i dłuższy basenik?
Albo chociaż powiesić kartkę z ostrzeżeniem: "ważysz 100+, skończysz z gatkami w jelicie grubym"?
Byłbym niezmiernie zobowiązany...

akfapark...

Skomentuj (74) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1796 (2018)

#52445

(PW) ·
| Do ulubionych
Zraniłem małą dziewczynkę.

Chwilowo poruszam się z pomocą kul.
Mieszkam z moją dziewczyną, kilka dni temu wróciłem późnym wieczorem od kolegi, dziewczyna już spała, ja poszedłem do łazienki wziąć prysznic, rozebrałem się, odstawiłem kule podszedłem do wanny i…

- K***A!!! – krzyknąłem tak, że usłyszał chyba cały blok, chwyciłem za jedną z kul i zacząłem uderzać nią we wnętrze wanny. Po chwili do łazienki wpadła dziewczyna i zaczęła krzyczeć na mnie:
- Co Ty robisz!? Upiłeś się!? Masz się uspokoić! – krzycząc podeszła do mnie, spojrzała do wanny i… krzyknęła głośniej przerażona.

Nie, nie upiłem się, w ogóle nie piję alkoholu. Ale przestałem wymachiwać kulą, objąłem dziewczynę i zacząłem ją uspokajać. W tym momencie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi, więc obwiązałem się ręcznikiem i poszliśmy otworzyć. Na klatce schodowej stała sąsiadka z małą córeczką. Sąsiadka zaczęła mówić dość niepewnie:

- Przepraszamy, że o takiej porze, ale słyszałyśmy krzyki, a nam… - w tym momencie przerwała jej córeczka:
- Znalazł pan Pimpusia?

Pimpusia!? Pimpuś!? To bydle nazywa się Pimpuś!?

- Pimpuś… miał… wypadek – wyjąkałem niepewnie patrząc na sąsiadkę. Odesłała córeczkę do domu, a sama weszła do środka.

Jak wyjaśniła sąsiadka Pimpuś to ukochane zwierzątko jej córki, a dziś przez chwilę nieuwagi im uciekł i pewnie przez otwarte okno dostał się do mnie. Zwierzątko było większe, niż moja dłoń i grubsze, niż pięść. A ja od zawsze boję się pająków, nawet dużo mniejszych.

I tylko mała jak mnie widzi zaczyna szlochać i krzyczy: „Pan zabił Pimpusia!”

Skomentuj (163) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1207 (1307)

#17334

(PW) ·
| Do ulubionych
Król polskiej komedii - niestety nieżyjący już Stanisław Bareja miałby w obecnych czasach kopalnie tematów do swoich filmów.

Pracuję na jednej z uczelni wyższych we wspaniałym świętym mieście między Łodzią a Katowicami. Miałem dobrych nauczycieli, dzięki którym swoją pasje mogę realizować nie tylko w laboratorium. Wyniki badań i opracowane technologie bardzo często znajdują zastosowanie w przemyśle. W związku z tym laboratorium pracuje praktycznie na okrągło. Synteza, odparowanie, rozdzielanie mieszanin, suszenie - normalna laboratoryjna praca. Ponieważ laboratorium nie jest duże, jest tam raczej ciasno. Odczynniki i materiały do syntezy stawiam w miejscach najbardziej dostępnych - czyli "pod ręką", wiedząc iż więcej niż dwie osoby raczej się nie zmieszczą, aby sobie nawzajem nie przeszkadzać. Z reguły pracuje sam, wyjątki to studenci pragnący pogłębić swoja wiedzę.
Z uwagi na to iż w pomieszczeniu zawsze coś się dzieje, jest tam tzw. "bałagan twórczy". Nie ma sensu tego sprzątać po każdej reakcji gdyż za 5 minut będzie stan przed sprzątaniem, a sprzęt i odczynniki są w ciągłym ruchu.

Kilka miesięcy temu zgłosiłem administracji obiektu iż wyciąg - delikatnie mówiąc odmówił posłuszeństwa. Generuje przy tym taki hałas iż budynek cały drży. Generalnie - przy włączeniu - nie da się pracować, nie wspominając o innych użytkownikach obiektu. Reakcja administracji - zero. Cóż, z koniem kopać się nie da. Z racji tego iż z konserwatorami jestem raczej w dobrych stosunkach, więc wypytałem czy w ogóle jest możliwe naprawienie. Okazało się że teoretycznie tak, aczkolwiek nie mają potrzebnych części a tak naprawdę to pewnie trzeba będzie rozpisać przetarg.

Przyjąłem to do wiadomości, mając na uwadze oświadczenie osoby zajmującej się przetargami, która na moją prośbę o zakup złączy nietrwały wartości złotych polskich 6 PLN (sześć złotych) oświadczyła iż będzie to rozpatrzone przy najbliższym przetargu. Czas realizacji 8 miesięcy. Bez komentarza.

Laboratorium pracuje, powstało tam kilka opracowań skierowanych do opatentowania. Sprzątaczki wiedziały jak laboratorium funkcjonuje (brak wyciągu i praca na okrągło). Wierzcie mi lub nie, ale po 14 - 16 godzinach pracy tam, nie miałem czasami nawet siły pozmywać brudnego szkła laboratoryjnego. Z uwagi na niedziałający wyciąg, wszelki kurz osadzał się na sprzętach. Pani która zawsze sprzątała - jeśli można tak to szumnie nazwać - ograniczała się do przetarcia podłogi. Z tego co zauważyłem - bardzo się ograniczała, maksymalnie 2x na tydzień. Coś takiego jak szczotka i szufelka - odniosłem wrażenie, że te wyrazy nie funkcjonują w ich słownikach. Ale dzisiejszy dzień - to była poezja i majstersztyk:

Wchodzę na portiernię aby pobrać klucz - ZONK!!!! Klucza mi nie wydadzą, póki nie przedzwonię do kierownika obiektu. Wiec dzwonię - i dowiaduje się iż: z powodu tego, że w laboratorium jest bałagan i pył, panie sprzątające nie będą tam sprzątać póki - uwaga - sam nie posprzątam. Na moją delikatna sugestię iż tamtejsza podłoga nie widziała się z detergentem (jeśli przez przypadek któryś mnie się niechcący nie wyleje) co najmniej od kilku tygodni, usłyszałem następującą odpowiedz:
[Ja]
[K] - kierowniczka obiektu

[Ja] Przecież tam w ogóle od paru tygodni nie było sprzątane.
[K] Dzisiaj jedna z pań mnie tam zawołała (wreszcie ktoś zajrzał) i to co zobaczyłam mnie załamało.
[Ja] Przecież to jest laboratorium, tam się pracuje. To jest normalny bałagan twórczy.
[K] Nie będę swoich pracowników narażać na to, dostaną jeszcze jakiejś wysypki albo coś innego od tego kurzu i pyłu.
[Ja] Dziwne, mnie jakoś te przypadłości omijają, studentów też, ba nawet dyrektor instytutu od czasu do czasu zagląda z pytaniem nad czym pracuje. Ale przecież to oczywiście jasne, ze sprzątać trzeba samemu (więc po jaką cholerę jest utrzymywana armia sprzątaczek). Tylko jedna drobna prośba, od miesiąca marca próbuje się doprosić o odkurzacz. Czemu żadna z pań nie może przyjść i sprzątnąć nawet odkurzaczem?
[K] No jeszcze czego, niby dlaczego miałyby to robić?
[Ja] Fakt to nie jest ich obowiązek, w końcu to tylko sprzątaczki. Ale czemu osobiście nie mogę się o niego doprosić, w ostateczności sam posprzątam.
[K] Nie, nie dam panu odkurzacza.
[Ja] Niech mi Pani wyjaśni czemu?
[K] A co będzie jak odkurzacz się zapcha?

........... zbierając szczękę z podłogi usłyszałem jeszcze następujący tekst:

[K] Jutro pisze oficjalne pismo do dyrektora instytutu z informacja jak wygląda pańskie laboratorium. Coś z tym trzeba zrobić.

Suma summarum - jutro jestem u szefa na dywaniku. Znając życie dostane ochrzan. Najlepiej te sytuacje spuentował mój kolega, dyrektor jednej z największych firm z branży nano-tech na śląsku:

- Czego się spodziewałeś, to państwowa firma. Ty jesteś tylko doktorem nauk chemicznych, ona jest kierowniczką. To kto jest mądrzejszy? Miejsce u nas czeka na ciebie od dawna. Masz jeszcze wątpliwości gdzie powinieneś pracować?

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 579 (667)

#10045

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed dobrych kilku lat, opowiedziana mi przez ciocię. Słowem wstępu: ciocia prowadziła niegdyś mały sklepik w swojej rodzinnej miejscowości. Było to małe miasteczko, takie, w którym właściwie wszyscy się znają. Sklepik był mały, było tam kilka regałów z jakimiś napojami, słodyczami, pieczywo, jakieś płyny do naczyń itp., owoce i warzywa stały przed wejściem, pod niewielkim daszkiem. Ważne jest też to, że kiedy cioci zabrakło kilku groszy przy wydawaniu pieniędzy, wydawała ze swojego portfela, który zawsze leżał obok kasy. Jako, że sklepik mały, ludzie spokojni, uczciwi, portfelik leżał sobie spokojnie na ladzie.

Przejdźmy do samej historii. Środek lata, wczesne popołudnie. Upał straszliwy. Ruch mały, wszędzie pusto. Ciocia wyszła sobie przed sklep, usiadła na krzesełku i przeglądała jakąś gazetkę. Na niewielki parking po drugiej stronie ulicy podjeżdża samochód- z daleka słychać głośne ''umcy, umcy''. Zatrzymuje się z piskiem, drzwi od strony kierowcy otwierają się, wychyla się jakaś kobitka paląca papieroska. Z samochodu wysiada czwórka chłopaków, w wieku ok. 14, 15 lat i kieruje się w stronę sklepu. Ciocia właśnie rozmawiała przez telefon z synem, który miał jej coś przywieźć. Chłopcy podchodzą, gadając coś do siebie i śmiejąc się głośno, wchodzą do sklepu. Ciocia szybko wstaje i wchodzi. Klienci stoją przy półkach, szepcząc coś między sobą. Biorą coś do picia i podchodzą do kasy. Ciocia kasuje to, otwiera kasę, szuka reszty. No niestety, nie ma drobnych, musi wziąć od siebie. I niespodzianka, portfela nie ma. Szuka dookoła, no nie ma, był przecież. Patrzy na chłopaków, cały czas uśmiechających się słodko.

[C]ciocia- Widzieliście tu portfel? Taki nieduży, brą...
Jeden z chłopców, najwyższy, uśmiechając się wrednie, przerywa- Nie wiedzieliśmy, trzeba było pilnować swoich rzeczy.
I cała czwórka zaczyna rechotać. Bardziej niż pewne, że po prostu go ukradli. Ciocia patrzy, kieszenie w spodniach mają, raczej nie wyglądają na puste.
C: - Słuchajcie, nie żartujcie sobie, wiem, że to wy, mam dzwonić po policję, czy po prostu go oddacie?
Jeden z chłopców: - To sobie dzwoń, nie masz żadnych dowodów, że portfel tu był.

Ciocia już chce sięgać po telefon, kiedy w drzwiach pojawia się jej syn, ze słowami ''Co tam, mamuś, jakiś problem?". Syn wysoki, prawie dwa metry, szeroki w barach, wygląd niemalże szafy pancernej. Do tego kilka tatuaży i łysa głowa.
Chłopcy spojrzeli, zrobili ''oczy jak pięć złotych'', jeden z nich szybkim ruchem rzucił portfel cioci na podłogę. Nie minęła sekunda, jak ich nie było. Rzucili się takim pędem na drzwi, syn, nie wiedząc o co chodzi (pytanie o problem było oczywiście bezpodstawne, spytał tak po prostu), odsunął się, a cała czwórka poleciała do stojącego na parkingu samochodu, wsiedli, i po chwili nie było po nich śladu.
Od tego czasu ciocia nigdy nie kładła portfela na wierzchu.

mały sklepik spożywczo-przemysłowy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 557 (615)

#9946

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w kinie.
Przychodzi do mnie para koło trzydziestki. Standardowe powitanie, pytam który film chcą obejrzeć, wymieniają tytuł.
[Ja]: Dla państwa fotele standardowe czy VIP?
[F]acet patrzy pytająco na [T]owarzyszkę, ta wzrusza obojętnie ramionami.
[F]: VIP.
[T]: Po co ci VIP? Chciałam standardowe.
[F]: Dobrze, jednak standardowe.
[J]: Czy życzą sobie państwo coś do jedzenia, picia?
Facet patrzy na babkę, babka patrzy w przestrzeń.
[F]: Colę poproszę... Średnią.
[J]: Może dużą za jedynie tyle i tyle?
[F]: Aaaa, dobrze, dużą zatem.
[T]: Mnie nie zapytasz?
[F]: Czego się napijesz?
[T]: Niczego. Czy ja ci mówiłam, że coś chcę?
[F]: Poproszę średni Sprite. I popcorn, też średni.
[T]: Mały. Średniego nie chcę.
[F]: Więc jeszcze mały popcorn.
[T]: Mówiłam ci, że chcę mały!
[F]: Średni jest dla mnie!
[T]: Ale z ciebie debil.
[F]: I jeszcze dwie porcje nachos z serem.
[T]: Baw się dobrze! [odwraca się i kłusuje w stronę schodów ruchomych]
[F]: Wie pani co, ja jednak za wszystko podziękuję. [odchodzi żwawo w ślad za Towarzyszką]

Cała historyjka byłaby w stu procentach zabawna, gdyby nie to, że wszystko jak leci nabijałam na kasę, a jak państwo sobie poszli, to musiałam skasować i pod koniec dnia - zgodnie z procedurą - szczegółowo wyjaśnić, dlaczego usunęłam tak duże zamówienie. Mój menadżer nawet nie miał serca mnie zbesztać.

Kino

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 551 (625)

#8601

(PW) ·
| Do ulubionych
Klasyk z wielotomowej sagi pod tytułem PKP. Mieszkam w 70-tysięcznym mieście, dość ważnym kolejowym węźle komunikacyjnym. I ta właśnie historia przydarzyła mi się kilka lat temu, kiedy to codziennie dojeżdżałam pociągami, najpierw na studia, potem do pracy. Zamierzałam kupić, jak co miesiąc, bilet miesięczny. Jako, że dopiero co pojawiły się na jednym z okienek naklejki Visa, Mastercard i im podobne, postanowiłam załatwić sprawę bezgotówkowo. Podaję pani dane do biletu i po wszystkim podaję plastik. I tu dialog prawie jak wyjęty z "Misia":
[K]asjerka: Nie może pani zapłacić tutaj kartą.
[J]a: Ale dlaczego? Przecież ma pani terminal?
[K]: Nie może pani, ponieważ terminal jest zbyt duży i nie przechodzi przez dziurę w szybie.
[J]: [Totalna dezorientacja] Ale... przecież jest informacja że mogę, są naklejki, a pani ma terminal?
[K]: Tak, ale nie przełożę terminala przez dziurę w szybie i pani nie wklepie mi PIN-u, proszę o gotówkę...
I tak, w drodze do bankomatu, miałam okazję zastanowić się nad sensem całej tej sytuacji i skomplikowanej procedurze powiększenia dziury w pleksiglasowej szybie...
PS. nadal nie można płacić kartą na dworcu w moim mieście, a naklejki Visy zostały zakryte białą kartką...

PKP

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 660 (750)