Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

elfia_luczniczka

Zamieszcza historie od: 24 maja 2015 - 23:54
Ostatnio: 4 lipca 2020 - 9:01
O sobie:

Pasjami gram w Hearthstone, jeśli ktoś byłby zainteresowany partyjką chętnie wymienię się battle tagiem :)

  • Historii na głównej: 14 z 14
  • Punktów za historie: 4195
  • Komentarzy: 193
  • Punktów za komentarze: 1026
 
Pracuję w sieciówce medycznej (prywatnej).
Choć obowiązki są różne, najwięcej czasu spędzam na rejestracji Pacjentów na wizyty lekarskie/badania.

I dziś będzie o Pacjentach.

Ogólnie to przyznaję, że lubię zarówno ludzi, jak i pracę z nimi, staram się być pomocna. Są jednak sytuacje i to wbrew pozorom nie należące wcale do mniejszości, które powodują, że człowiekowi zwyczajnie odechciewa się wszystkiego. I wcale nie będę pisać o roszczeniowości - choć i tej nie brakuje.

Żeby było przejrzyściej zebrałam wszystko w punktach.

1. Standardowym zachowaniem pacjenta jest to, że nie wie co mu jest i oczekuje pokierowania od rejestratorki.
- Pani kochana, bo mnie tu taki pypeć wyskoczył i nie wiem czy to pryszcz, tłuszczak, uczulenie jakie... Do kogo ja powinienem z tym iść?
W takich sytuacjach podkreślam od początku, że ja nie lekarz. Nie wiem. Jak pan pacjent nie wie również to proponuję internistę, niech określi i pokieruje dalej.
- Aaa to nie, tak to nie chcę, bo interniście zapłacić, ten pośle do chirurga, chirurgowi zapłacić... Wy to ludzi oszukujecie, naciąganie w tej firmie!
Może i zrozumiałe, że pacjent próbuje uzyskać bezpłatną pomoc. Ale jak nie chce płacić to przykro mi bardzo - zapraszamy do NFZ. Według mnie lepsza wizyta u rejonowego internisty niż zawierzanie pani z rejestracji, bo przecież jeśli moim "fachowym" okiem zadecyduję, że to uczulenie, a okaże się, że się pomyliłam to do kogo pacjent przyjdzie po zwrot kosztów za bezsensowną wizytę u alergologa?
W tym temacie hitem była pani, która wysłała na adres mailowy mojej placówki zdjęcie rozchylonych pośladków z pytaniem, czy to na pewno hemoroidy, bo nie chce iść do proktologa bez sensu.

2. Często pacjenci dzwonią, by dopytać o cennik usług. Nie ma problemu, spisuję sobie badania i podaję (ceny przykładowe):
- Proszę Pana to będzie tak: morfologia 15 zł, glukoza na czczo 17, posiew moczu 38 itd.

W 90% przypadków następuje po drugiej stronie cisza pełna sapania i napięcia, a w końcu: ale.. jak to? To ja mam sobie to SAM policzyć?!?!

Bo ja powinnam nie dość, że ceny podać, szanownemu pacjentowi zapisać to jeszcze podliczyć i najlepiej dać swoją krew, żeby jaśnie pana nie bolało wkłucie.

3. Grafiki lekarzy mamy zawsze równo na 3 miesiące do przodu. Nie krócej, nie dłużej. Nie każdy pacjent musi to wiedzieć, więc zdarza się, że dzwoni ktoś w styczniu i chce umówić się na lipiec.
Grzecznie informuję więc jakie jest możliwie najdłuższe wyprzedzenie.
- Aha. To kiedy będę mógł się zapisać na lipiec?
- Najwcześniej 3 miesiące wcześniej.
- To w czerwcu mogę zadzwonić?

Nie, kurde, nie może pan. Zabraniam.

4. Lekarze mają różne grafiki i przy rejestracji często zdarza się, że np. pani dr X przyjmuje tylko w środy, a dr Y we wtorki i czwartki.
Nagminnie:
- Pani doktor jest u nas raz w tygodniu od godziny 12 do 21, są to środy.
- Ja bym chciał na wtorek.
- Rozumiem, ale nie da się we wtorki, tylko środa wchodzi w grę, może pan wybrać sobie odpowiednią godzinę.
- Naprawdę nie można we wtorek? Bardzo panią proszę...

Nie mam pojęcia, czego oczekuje taki pacjent. Że pójdę do lekarza i będę upraszać, Żeby specjalnie dla jednego pacjenta przyszła w dodatkowy dzień do pracy? Że zmienię grafik lekarza specjalnie pod jego preferencje?

5. Mamy coś na zasadzie kart abonamentowych. Czyli wizyty można realizować albo z pełną odpłatnością albo w ramach tej karty. Przy zapisie obowiązkowo pytam:
- Wizyta płatna czy w ramach karty?
- Nie wiem.
- To znaczy, że ma pan kartę czy nie?
- No mówię, że nie wiem.
- Proszę pana, karta kosztuje tyle i tyle. Opłaca pan kwotę miesięczna o wysokości X zł?
- NIE WIEM.

Przepraszam, drodzy Piekielni. Jak dorosły człowiek może nie wiedzieć czy co miesiąc przelewa komuś 3 cyfrową kwotę?

Hitem ostatnio była pacjentka, która przyszła do placówki z (według niej) prostym pytaniem. Chodziło o to, że pani nie pamięta czy dostała kartkę z numerem telefonu jakiegoś lekarza i ją zgubiła czy lekarz miał dać namiary, a nie dał. Więc pani potrzebowała informacji, czy wychodząc tydzień wcześniej z gabinetu miała w ręce karteczkę z notatką czy też nie. Pytanie skończyło się niestety awanturą, bo pani nie mieściło się w głowie jak personel może tego nie wiedzieć.

Żeby nie przedłużać: dorośli ludzie, nie żyjący od wczoraj potrafią zachowywać się jak dzieci we mgle. Najlepiej, żeby wszystko za nich zrobić i załatwić. Nic nie umieją, nic nie wiedzą. Dlaczego tak jest? Osobiście obstawiam, że postawa większości firm usługowych przekroczyła wszelkie granice postawy proklienckiej, przez co konsumenci traktują wchodzenie im w cztery litery jako obowiązkowy standard. Nie wyobrażam sobie, jak tacy ludzie funkcjonują w innych dziedzinach życia, skoro zsumowanie cennika kilku badań przekracza ich możliwości. I nie ma znaczenia czy to ludzie młodzi czy starsi, wykształceni czy nie.

Mimo, że jak zaznaczyłam na początku - lubię tę pracę, pacjenci potrafią mocno ją utrudniać.

Jeśli będą chętni do czytania to podzielę się innymi kwiatkami :)

sluzba_zdrowia

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (201)

#85912

(PW) ·
| Do ulubionych
Relacje rodzinne to trudna kwestia i im jestem starsza, coraz częściej zastanawiam się, czy to ze mną jest coś nie tak, czy jednak z moimi "najbliższymi".
Poruszę dwie kwestie (jest ich dużo więcej, ale ostatnio te dwie najbardziej mnie irytują).

1. W domu rodzinnym nie mieszkam już od prawie 10 lat - wyprowadziłam się na studia ponad 100km dalej i tak już osiadłam w nowym, większym mieście. Raz na jakiś czas wpadam w wolny weekend do mamy, wówczas spędzamy razem całą sobotę i niedzielę. Nadmienię, że rodzicielkę odwiedzam głównie za jej namowami: bo na zakupy razem chciałaby pojechać, nowy film w kinie zobaczyć albo może bym, to ciasto takie dobre upiekła... Odbieram to (być może błędnie) jako takie "tęsknię" tylko, że na okrętkę.

Jak już przyjeżdżam to regułą stało się, że te zakupy to nie takie ważne jednak, Zenek w pracy mówił, że film, na który chciała iść jednak jest głupi i już nie chce, a poza tym to siedźmy w domu, bo pogoda brzydka. A, i ciasta też mam nie robić, bo ona kupiła już w cukierni jakieś gotowe i nie będziemy marnować.
No i siedzimy. Jak zrobię kawę i spróbuję zacząć rozmowę pt. "Ty mów co u Ciebie, ja Ci powiem co u mnie" to jedyne o czym mamie się chce rozmawiać to o tym, że Grażyna w pracy to kwiatków w biurze nie podlewa, a Kryśka przechodzi za miesiąc na emeryturę. Próba podjęcia poważniejszych tematów kończy się "aaa nic, no co tu może być słychać na tej wiosze, u mnie to się nic nie dzieje".
Z kolei moje tematy są kwitowane nieśmiertelnym "aha, to dobrze". Nieistotne, czy mówię o redukcji etatów w mojej firmie, czy wyborze obrączek na mój zbliżający się ślub.

Zupełnie inaczej jednak to wygląda, gdy do mamy zadzwoni któraś z koleżanek. Wtedy telefon jest w użyciu przez 1,5-2 godziny, z pokoju mamy dochodzą gromkie śmiechy i jakoś tematy do rozmów się nie kończą. Przyznaję, boli mnie to i wkurza, bo w takich sytuacjach po prostu nie wiem, po co ona w ogóle mnie zapraszała. Granica została przekroczona, gdy podczas ostatniej wizyty udało mi się namówić rodzicielkę na rundkę po sklepach (o czym wspominała telefonicznie, że chce, ale jak doszło co do czego, to już jej się odwidziało). Podczas przechodzenia z parkingu do galerii, czyli dosłownie 20 minut po wyjściu z domu do mamy zadzwonił telefon. Koleżanka. Następne 3 godziny (nie przesadzam, 3 bite godziny) mama oglądała i wybierała bluzeczki raz po raz komentując "a mówię Ci Bożenko, ta moda to taka nieładna teraz, nic mi się nie podoba!" - czyli nie było to nic ważnego, bo oczywiście zrozumiałabym, gdyby koleżanka dzwoniła z czymś wymagającym omówienia w tej chwili. A ja? Snułam się względnie potulnie za rodzicielką, wypaliłam przed wejściem kilka papierosów i poczekałam, aż mama skończy. I zakupy i rozmowę. Była bardzo zdziwiona, że do domu wracałyśmy w milczeniu, bo byłam zbyt podminowana, by z nią rozmawiać.

2. Jako dziecko nie byłam popularna wśród kuzynów w zbliżonym do mojego wieku. W zasadzie nie wiem czemu, bo owszem, byłam najmłodsza, ale różnica wieku wynosiła 2-3 lata, więc nie była ogromna. Podobno śmiesznie się denerwowałam, więc szybko stałam się obiektem wyśmiewania z każdego możliwego powodu. Najbardziej zapamiętałam notorycznie zamykanie na balkonie na 2 piętrze (wpuszczała mnie babcia, jak sobie o mnie przypomniała, bo dom był duży i większość dnia spędzała na dole), zanurzenie mojej ręki siłą w klozecie i polewanie mnie wodą z węża ogrodowego. Pamiętam też zniszczone książki/zeszyty, w których rysowałam, chowanie moich butów itd. Babcia się śmiała, bo to takie dziecinne żarty i "jak Ci przeszkadza to się im odpłać tym samym!", mamie może było trochę przykro, ale nic nigdy z tym nie zrobiła poza krzyczeniem na mnie, że znowu płaczę i dlaczego nie chcę jechać na urodziny babci, co ja sobie wyobrażam.

Teraz już jesteśmy wszyscy dorośli, jakiejś strasznej traumy nie mam, ale w dalszym ciągu nie lubię kuzynostwa. No nie lubię i już, nadal pamiętam te wszystkie sytuacje i najchętniej nie utrzymywałabym z nimi kontaktu wcale. Bardzo dziwi mnie zachowanie rzeczonego kuzynostwa, ponieważ wydają się całkowicie tego nie pamiętać. Jestem regularnie zapraszana na śluby, kilka razy odmawiałam bycia chrzestną, wysyłają mi życzenia świąteczne/urodzinowe, a będąc w moim mieście dzwonią z pytaniem o spotkanie, bo przecież tak dawno się nie widzieliśmy. Kiedy mama wygadała najstarszemu kuzynowi, że będę w delegacji w jego obecnym mieście kuzyn od razu zadzwonił z propozycją przenocowania mnie, żebym nie musiała płacić za hotel i był szczerze zdumiony moją odmową.

Nie wiem kiedy i z jakiego powodu przestałam być tą beksą, z której można się śmiać i stałam się partnerką w rozmowie i osobą godną zaproszenia do swojego domu. Z mojej strony kontaktu nie ma wcale. Telefony odbieram, ale sama nie dzwonię, za życzenia dziękuję, choć sama ich nie wysyłam itd.
Dla mnie po prostu to są ludzie, którzy naprawdę napsuli mi mnóstwo krwi i wpędzili w kompleksy i nie odnajduję przyjemności w spotkaniach z nimi.
Może jestem nadmiernie mściwa, ale wydaje mi się, że inaczej byłoby gdyby choć raz którykolwiek z kuzynów powiedział, że za dzieciaka głupio wyszło, przepraszam, albo jakkolwiek inaczej dał znać, że pamięta. A tu nic, wręcz przeciwnie! W ostatnie Boże Narodzenie przy stole wspólnie sobie wspominaliśmy jak śmiesznie uciekałam, gdy śmieszki próbowały zamknąć mnie w kurniku.

W przypadku obu powyższych historii nie mam pojęcia, jak powinnam zachować się dalej. Czy zwracać mamie uwagę czy zaakceptować to, jak jest i nie odwiedzać jej wcale, jak traktować kuzynostwo? Czy ja w ogóle zbyt wiele oczekuję, że chciałabym być choć odrobinę szanowana? Dla mnie totalnym brakiem kultury jest odbierać telefon w towarzystwie, jeśli to nic pilnego, a co dopiero gdy się widzi jedyną córkę raz na kilka miesięcy. A zachowań pozostałych członków rodziny to nawet nie skomentuję, bo same niecenzuralne słowa cisną mi się na język. Najbardziej wkurza mnie to, że nie mogę nic poradzić na ich obecność w moim życiu (choć sporadyczną).

rodzina

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (155)

#80964

(PW) ·
| Do ulubionych
Temat historii może większości wydawać się błahy, ale podejrzewam, że nie tylko ja mam do czynienia z podobnymi piekielnościami życia codziennego.

Mówiąc krótko - nie lubię tańczyć. Nieistotne, czy umiem tańczyć czy nie (nie jestem w tańcu jakaś wybitnie dobra, ale wstydu nie ma), po prostu nie znoszę tej czynności. Wstydzę się tańczyć, nie bawi mnie to i kropka. Niestety powoduje to szereg piekielności wśród otoczenia.

Zaczynając od początku: moja mama od zawsze była miłośniczką wszelkiego rodzaju baletu, tańca towarzyskiego i wszelkiej maści tańca. Jako, że sama porusza się (niestety) jak słoń w składzie porcelany, całą swoją ambicję przelewała na mnie, choć od małego miałam awersję do tego rodzaju aktywności fizycznej.

W podstawówce płakałam za każdym razem, kiedy zapisywała mnie na nowe zajęcia taneczne. Nigdy nie wierzyłam w jej zapewnienia typu "tym razem ci się spodoba, zobaczysz!". Z przymusu brałam udział w prowadzonych dla mnie w bardzo nieciekawy sposób zajęciach, z których i tak niewiele wynosiłam. Zwyczajnie mnie to nudziło.

W gimnazjum zaczęłam już bardziej się "stawiać" i uciekałam ze szkoły w czasie, kiedy (zazwyczaj po lekcjach) miały być prowadzone zajęcia taneczne. W ten sposób nauczyłam się wagarować :) Oczywiście mama opłacała lekcje tańca, a ja te pieniądze marnotrawiłam nie uczestnicząc w nich, ale nie mam wyrzutów sumienia. Przecież od początku mówiłam, że nie chcę na nie chodzić.

Wypis z zajęć udało mi się wyegzekwować dopiero po którejś z kolei wywiadówce, podczas której mamuśka dowiedziała się o moich nieobecnościach.
W czasie mojej wątpliwej edukacji tanecznej, spotkania i imprezy rodzinne były dla mnie męczarnią. Nie obyło się bez zmuszania mnie do prezentowania figur, które opanowałam czy całych układów. Płacze, krzyki i symulowanie chorób przed wyjazdami nie skutkowały i tak, podczas każdego rodzinnego święta grałam rolę małpki w cyrku, którą zachwyca się podpita gawiedź.

W dorosłym życiu dalej unikam tańca. Rzadko kiedy daję się komukolwiek namówić na wspólny taniec np. podczas wesel czy innych uroczystości. Nie chadzam na dyskoteki czy do klubów, bo nadal nie przemawia do mnie taka forma rozrywki. Mój narzeczony o tym wie i na moje szczęście sam nie jest miłośnikiem wygibasów na parkiecie :)
Problemy z tym tematem nadal niestety się pojawiają. Dla przykładu dwie sytuacje wyłącznie z ostatniego czasu:

W zeszłym tygodniu miało miejsce spotkanie wigilijne mojej firmy. Impreza była w popularnym klubie, bo i dojazd i ceny przyzwoite, a ludzie dość młodzi, więc chcieli (a jakże) potańczyć z tej okazji.

Od samego początku wszyscy ciągnęli mnie na parkiet, a moje grzeczne odmowy były kwitowane stwierdzeniami, że zachowuję się jak stara babka, albo, że mam dwie lewe nogi. Nikt nie był w stanie przyswoić faktu, że nie tańczę, bo nie mam na to ochoty. Bardzo dobrze za to bawiłam się w wynajętej loży rozmawiając z ludźmi, pijąc kolorowe drinki czy szalejąc podczas gry w bilard, która również była w planach imprezy. Ten fakt jakoś umknął współpracownikom, bo przez parę dni wysłuchiwałam umoralniających kazań, jaki to ruch jest dobry dla zdrowia, i że powinnam nauczyć się tańczyć, bo narobię sobie wstydu na własnym weselu, jak poplączą mi się nogi przy "pierwszym tańcu".

Kolejna kwestia: planowanie imprezy sylwestrowej.

Z okazji zbliżającego się Sylwestra razem ze znajomymi postanowiliśmy wynająć salę, w której zamierzamy urządzić imprezę. Większość dziewczyn myślała przy planowaniu o tym, żeby był duży parkiet i dobre nagłośnienie.
Na moje pomysły, żeby zorganizować jakieś np. gry, konkursy, czy nawet planszówki dla zainteresowanych innymi formami zabawy, koleżanki parsknęły śmiechem, bo "jak się włączy muzykę i będziesz miała wygodne buty, to inne rozrywki już niepotrzebne". Na szczęście moje pomysły zostały poparte przez praktycznie całe zaproszone męskie grono i gry również się pojawią :)
Rozumiem oczywiście to, że większość ludzi lubi taniec. Ale czy bujanie się w rytm muzyki przez ok. 6 godzin to naprawdę taka świetna zabawa?

Żeby nie było: bardzo lubię aktywność fizyczną. Kilka razy w tygodniu odwiedzam basen, całe lato przejeździłam na rowerze, nie jestem otyłą i niezgrabną marudą. Nikomu nie zabraniam spędzania czasu tak, jak lubi. Ale czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że nie wszyscy muszą lubić to samo? Bardzo mnie irytują wieczne namowy, ciągnięcie za rękę w stronę parkietu i obrażanie się, kiedy po 50 grzecznych odmowach zaczynam być niemiła dla ludzi, których naprawdę lubię, a którzy nie są w stanie zrozumieć po dobroci.

Więcej wyrozumiałości, proszę :)

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (129)
W nawiązaniu do historii: http://piekielni.pl/78437

Swojego czasu dołączyłam do grupy twarzoksiążkowej mającej na celu pomoc bezdomnym kotom z miasta X, w którym mieszkam.

Namówiła mnie znajoma, która sama prowadzi z powodzeniem dom tymczasowy dla kocich znajd. Na grupie często udzielałam się z zakresu pielęgnacji kotów perskich, natomiast nieszczególnie chętnie wypowiadałam się w temacie innych ras, których nie znam aż tak dobrze. Dodatkowo często pojawiały się również ogłoszenia typu kupię/sprzedam/zamienię.

Ale skupmy się na głównym temacie, czyli pomocy kotom bezdomnym.

Otóż pomoc w większości przypadków wyglądała tak, że kilka co twardszych zawodniczek umawiało się np. przy parku jakimś tam, a następnie łaziły po okolicznych krzakach nawołując koty okrzykami "kici, kici!", łapały tyle sztuk, ile udało się im znaleźć i wynieść + kilka zazwyczaj szło za nimi samodzielnie, mając pewnie nadzieję na darmową wyżerkę lub z ciekawości czy innych kocich pobudek. Następnie Obrończynie ładowały zdobycze do auta jednej z nich i... wiozły do domów, dzieląc się po drodze mniej więcej na podobną ilość kotów.

Co robiły później? Każdy z kotów, który był na tyle ufny, by wsiąść z paniami do auta, ew. dał się wpakować na siłę, miał cykaną chwytającą za serce sesję zdjęciową (najczęściej przy misce podczas jedzenia lub w najciemniejszym kącie mieszkania, kiedy siedzi zdezorientowany i wycofany), a na twarzoksiążce pojawiał się milion ogłoszeń o "biednym bezdomniaku szukającym domu na cito".

Poniekąd na pewno była to słuszna idea, bo z pewnością jakaś część kotów znalazła faktycznie nowych opiekunów, ale kilka komediodramatów też się odegrało.

Mianowicie wielokrotnie na grupie ogłaszały się osoby, którym teoretycznie uciekły koty. Koty wychodzące, mieszkające w okolicach "miejsc poszukiwawczych" i z którymi nigdy nie było problemów w zakresie wracania do domu na kolację. Zguby często odnajdowały się u którejś z Wojowniczek (o ile jeszcze nie zdążyły ich wydać do nowych domów). Ilość wyzwisk i epitetów w takich sytuacjach była zatrważająca, pojawiło się też trochę gróźb i oskarżenia o kradzieży kotów, zwłaszcza w sytuacji, kiedy Panie "uratowały" zachipowanego kota. O obecności chipa dowiedziały się od poszukującej pupila właścicielki.

Okej, rozumiem, że wypuszczanie kota samopas nie jest rozsądne. Ale dobrze odkarmiony, często rasowy, zadbany kot, który nie boi się ludzi, to według mnie nie najlepszy materiał do ratowania, bo na 90% ma stały dom. Samozwańcze ratowniczki podobno kiedyś świsnęły kota z prywatnej posesji (jakiegoś ogrodu/sadu), a kiedy prawowity właściciel zażądał zwrotu zwierza, na grupie wybuchł istny Armagedon.

Kolejną kwestią, przez którą uciekałam z grupy w podskokach były próby wymuszenia, aby wszyscy członkowie grupy bezwzględnie podporządkowały się pomocy kotom w takiej formie, jaką uznały za słuszną Administratorki.

W praktyce wyglądało to tak: godzina 10:30, jestem w pracy. Dostaję wiadomości prywatne od innych grupowiczek, że w okolicy mojej pracy/mieszkania* kręci się jakaś znajda, a pół godziny temu widziano ją np. pod śmietnikiem przy bloku numer 10. I mam natychmiast rzucić to, co robię w tej chwili i iść ratować znajdę (czyt. złapać).

Kilka razy, kiedy byłam w domu podczas takich sytuacji, zgadzałam się, ale tylko pod warunkiem, że organizujemy jakiś transport do weta/domu tymczasowego i koteł długo u mnie nie zabawi. Raz czy dwa tak faktycznie się stało, ale przy kolejnych razach zaczynały pojawiać się głosy oburzenia. Że to przy mojej okolicy, więc mam najbliżej (prawda) i muszę złapać bezdomniaka, ale SAMA mam mu znaleźć dom zastępczy, a najlepiej mam go przygarnąć. Tłumaczenia, że nie mogę, bo nie mam warunków na 3 kota były ignorowane, tak samo jak argument o tym, że nie chcę zapchlić moich persów, a przybłędka najprawdopodobniej ma w futrze koleżków. Byłam zła, okrutna i najgorsza. Nagle to, że nie raz i nie dwa woziłam swoim autem znajdy do lecznicy i w miarę możliwości im pomagałam (np. codziennie dokarmiając) nie miało znaczenia. Mój ulubiony argument: "albo pomagasz na 100% albo tylko udajesz i tak naprawdę tylko szkodzisz zwierzętom".

Podobne sytuacje bywały, kiedy ktoś ogłaszał zgubienie/ucieczkę kota na grupie i jak jeden mąż grupowiczki organizowały akcje poszukiwawcze. W miarę możliwości w nich uczestniczyłam, choćby dlatego, że w ten sposób znalazł się też i mój kot, kiedy spier.. uciekł przez moją nieuwagę i niedomknięte drzwi balkonowe.
Ale próby zmuszania grupowiczek do brania urlopów na żądanie czy L4 w swoich pracach, by mieć więcej czasu na szukanie po całym mieście zguby, uważam za ostrą przesadę. I biada temu, który napisał, że w poszukiwaniach nie może z jakiejś przyczyny wziąć udziału, oj biada... Takimi wyzwiskami to chyba nawet zatwardziali recydywiści się nie obrzucają ;)

Dla własnego komfortu życiowego i zdrowia psychicznego opuściłam towarzystwo, choć nadal w miarę możliwości pomagam kotom. Mam nadzieję, że po obserwacji takich grup osoby chętne do pomocy się nie zrażają, bo naprawdę... nie warto się przejmować.

*Spora część grupowiczek to osoby, które znam ze szkoły/pracy, które wiedzą gdzie mieszkam i pracuję, wielokrotnie spod mojego bloku umawiałam się również na odbiór jakiejś znajdy z innymi grupowiczami, więc mniej więcej każdy kojarzył, z jakiej części miasta są inni, udzielający się członkowie.

twarzoksiążka

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (156)
Mieszkam w bloku.

Sąsiadami w większości są ludzie starsi, natomiast jakiś czas temu na parter wprowadziło się dosyć młode małżeństwo wraz z dzieckiem w wieku około 1,5 roku.


Pomimo tego, że w bloku jest wózkarnia, małżeństwo z maniakalnym uporem stawiało wózek swojej latorośli za drzwiami wejściowymi do bloku. Pomijając to, że ich zachowanie było irytujące ze względu na to, że aby dostać się do skrzynki na listy lub zejść do zabarykadowanej sprzętem piwnicy trzeba było lewitować nad wózkiem, ew. wyszarpać go na środek korytarza, zrobić to, co po co się przyszło i odstawić karetę z powrotem. Uwagi (grzeczne!) były Jaśnie Państwu niejednokrotnie zwracane, najczęściej przez babuszki, które poruszając się o lasce/kulach nie były w stanie przesunąć wózka. Przy każdej okazji tj. spotkaniu parki na klatce schodowej, pytaliśmy z narzeczonym czy chcą sobie dorobić klucz do wózkarni, bo może nie mają, może zgubili, cokolwiek. Odpowiadali, że mają.

Ja i mój narzeczony korzystamy z piwnicy raz na ruski rok, a nasza skrzynka na listy jest zamocowana dosyć wysoko i zazwyczaj udaje nam się dostać do niej bez odsuwania szanownego pojazdu, toteż jakiś czas temu machnęliśmy ręką na upierdliwych sąsiadów i stwierdziliśmy, że "szkoda szczempić ryja".

Ostatnio jednak w bloku nastała III wojna światowa, ogólne zamieszanie i panika, bowiem wózek skradziono!

Pani sąsiadka cała we łzach, nawołuje, czy ktokolwiek widział wózek jej dziecka, bo to nowy, markowy, taki drogi był! Głowa rodziny biega wokół bloku, zaczepia każdego w zasięgu wzroku, pięściami wygraża i Cthulhu wie, co jeszcze.

Niestety wózek się nie odnalazł, pomimo porozwieszania ogłoszeń na okolicznych słupach i wejściu do bloku.


Jeden z sąsiadów (osiedlowy pijaczek) przyznał nawet, że sprzedał go jakiemuś kumplowi za 2 jabole, ale ile w tym prawdy, nie wiadomo.


Cóż, jakoś nie jest mi przykro z powodu ich straty.

sąsiedzi

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 288 (316)
Jako, że piekielności, które mnie spotykają najczęściej przypominam sobie czytając historie innych użytkowników, dodaję coś od siebie w temacie osób niepełnosprawnych w szkole.

Na samym początku zaznaczę, że często mam styczność z ludźmi chorymi (co opisałam już w poprzedniej mojej historii), tym razem temat z innego miejsca, niż praca.

Studia.

Temat dzieci niepełnosprawnych w szkołach poruszamy tutaj, od kilku dni, ale jeszcze nikt nie opisał dotąd uczelni wyższej.

W grupie ok. 35 osób (gdzie było tylko 2 chłopaków, a reszta dziewcząt) jeden z kolegów był niepełnosprawny. Nazwijmy go M. M. poruszał się na wózku inwalidzkim, do tego miał "przykurcze dłoni - nie wiem, jak się to fachowo nazywa, w każdym razie pchać kółka w wózku mógł tylko jedną ręką, a druga była tak jakby "podwinięta", szczuplejsza i praktycznie bez żadnych mięśni. Co za tym idzie, nie mógł wykonywać nią żadnych czynności, nie radził sobie nawet z odkręceniem butelki wody i innymi podstawowymi czynnościami. Dodatkowo (prawdopodobnie) był opóźniony w rozwoju - mówił woooolnooo, niezrozumiale i często od rzeczy.

Studiowałam dziennie, a zajęcia odbywały się od poniedziałku do piątku w różnych godzinach. Często mieliśmy tzw. "okienka", bo niestety plan był ułożony beznadziejnie, tak więc zdarzało się, że mieliśmy np. ćwiczenia o 8:30 rano, następne zajęcia o 13:00, a kolejne dopiero o 17:00. Tak więc siedziało się na uczelni nie raz całymi dniami w oczekiwaniu na rozpoczęcie następnych zajęć.

Piekielności zaczęły pojawiać się już w pierwszych dniach po rozpoczęciu roku akademickiego. Otóż w czasie "okienek" każdy starał się zorganizować sobie jakoś czekanie na kolejny wykład, więc chodziliśmy do pobliskiej biblioteki lub galerii handlowej. Ot tak, poczytać czy połazić bez celu, byle nie siedzieć bezczynnie pod salą. Początkowo nikt nie odrzucał M., wręcz przeciwnie. Zawsze pchaliśmy jego wózek tam, gdzie się wybieraliśmy i bez marudzenia pomagaliśmy mu dostać się z powrotem na uczelnię. Wydawał się miły, trochę "ciężko kapujący", ale sympatyczny, więc nie mieliśmy nic przeciwko jego obecności.

1. Problemy zaczęły się już po kilku takich "wypadach". Jako dziewczyny fizycznie nie dawałyśmy rady taszczyć chłopa o ok. 180cm wzrostu i niemałej wadze i po godzinie każda miała już dość. Żadna z nas nie była atletką, a wózek z tak pokaźnych rozmiarów "zawartością" był naprawdę ciężki. W związku z tym (może to nieładnie z naszej strony) przed jakimkolwiek wyjściem zaczęłyśmy wychodzić szybciej, niby w pośpiechu albo innym wyjściem - byleby M. nie zdążył nas zaczepić. Oczywiście kiedy M. zauważał, że jakaś grupka nie bardzo ma ochotę wieźć go na "wycieczkę" próbował zakumplować się z innymi dziewczynami, które po kilku dniach dochodziły do takich samych wniosków, co wcześniejsze koleżanki.

Pewnie niektórzy zadają sobie pytania, czemu nikt mu nie powiedział wprost, o co chodzi? Otóż M. od początku znajomości żalił nam się na swój biedny żywot i na to, że nigdy nie miał znajomych, bo każdy odtrącał go przez "inność". A poza tym, powiedzenie niepełnosprawnemu facetowi "ej stary, sory, ale jesteś za ciężki" też nie byłoby do końca miłe i żadna z nas nie miała odwagi nazwać rzeczy po imieniu.

2. M. nigdy nie prosił o pomoc.

Uczelnia była oczywiście przystosowana do osób niepełnosprawnych. Podjazdy, windy, szmery bajery. Nasze zajęcia często były w różnych częściach budynku i wychodząc np. z jednej sali musieliśmy w 5 minut przerwy zdążyć przejść do budynku obok, by zdążyć na następny wykład. Co robił M. po opuszczeniu pierwszej sali? Ustawiał się przy samych drzwiach i czekał aż ktoś go zawiezie pod właściwe miejsce. Bez słowa, a często też w tym czaise wyciągał telefon/kanapkę i czekał, nie odzywając się do nikogo. Nierzadko zdarzało się, że dopiero przy odczytywaniu listy na następnym wykładzie profesor orientował się, że nikt nie "dostarczył" M. Więc w akompaniamencie uwag, jacy to my niekoleżeńscy, jedna osoba zawsze zostawała oddelegowywana w celu przyprowadzenia M. Schodziło z tym kilkanaście minut, a czas zajęć mijał, bo prowadzący nie zaczynał, póki wszyscy się nie zjawili. M. zapytany, czemu się nie przypomina, bo to przecież żadna złośliwość tylko bardziej zapominalstwo z naszej strony, odburkiwał: "no powinniście się przyzwyczaić już". Tak jakby obowiązkiem studentów było przywożenie na wykład innych studentów.

3. Przeszkadzanie w zaliczeniach

M. nie był orłem na naszym kierunku. Kiedy inni mieli np. 2 terminy zaliczeń, on miał szans "do skutku". Wykładowcy zadawali mu naprawdę najbanalniejsze z pytań i bez mała bili brawa, gdy udało mu się odpowiedzieć. W indeksie piątki i czwórki, a wiedzy zero. Dodatkowo, kiedy zaliczenia były pisemne i M. nie mógł liczyć na podpowiedzi od wykładowców (co przy ustnych egzaminach było nagminne), najczęściej oddawał kartkę 5 minut po jej otrzymaniu. Najczęściej pustą. Zasada była taka, że po zakończeniu pisania, trzeba było opuścić salę, by inni mogli się skupić. W przypadku M. skutek był odwrotny, bo kiedy on wyjeżdżał z sali, trzeba było popodnosić z podłogi torebki/plecaki, poodsuwać na odpowiednią szerokość ławki, a dodatkowo jedna osoba musiała wstać, by otworzyć/zamknąć za nim drzwi. Wykładowcy jakoś nie byli chętni do udzielenia choćby raz takiej pomocy. Szum i harmider przy wyjściu M. zabierał ok. 10 minut naszego czasu. O skupieniu można zapomnieć. A jak M. poprawiał oblane kolokwia? Oczywiście ustnie.

4. Akademik

M. mieszkał w akademiku. Na parterze, by nie było problemu z windami, jednak akademik zbudowany był tak, że w segmencie mieszkały 3osoby - jeden pokój 2osobowy i jedna "jedynka", dzielona łazienka i kuchnia.
Od współlokatorów M. często słyszeliśmy skargi, że M. woła któregoś ze współlokatorów, by zrobił mu kanapkę czy podniósł coś z ziemi, bo on sam nie może dostać. Niby nic, ale przy 50 takich prośbach dziennie można było dostać szału. Współlokatorzy skarżyli się również do administracji, gdzie nikt nie mógł nic zrobić. M. co prawda miał własnego opiekuna, ale jego rola składała się tylko z przywiezienia go rano na uczelnię i dostarczenia do akademika po skończonych zajęciach. Nic więcej. Tak więc współlokatorzy zostali przymusowymi niańkami.


Z uwagi na powyższe sytuacje, M. nie lubił nikt. Nie pożyczaliśmy mu notatek - zresztą, nigdy nawet ich nie chciał, bo wiedział, że zaliczenia zdobędzie ustnie z pomocą wykładowców i kontakt był ograniczony do minimum. Do dziś pamiętam sytuację, kiedy M. obraził się na całą grupę i plotkował o naszej bezduszności przez miesiąc, gdy dowiedział się, że jedna z koleżanek robiła parapetówkę i nie zaprosiła go. Koleżanka mieszkała na 6 piętrze bez windy, więc chyba spodziewał się wniesienia go na górę. M. często bywał roszczeniowy i uważał, że "należy mu się".

Dlatego też podzielam zdanie wszystkich, którzy nie akceptują klas integracyjnych i tego typu dobrodziejstw. Ani to potrzebne, ani przydatne. Jesteś niepełnosprawny? Przykro mi, ale nie mam zamiaru traktować Cię ulgowo z tego względu. Tak samo jak nie jest moim obowiązkiem noszenie na rękach moich zdrowych koleżanek, tak samo nie muszę tachać Twojego wózka. Mogę pomóc, ale nie znoszę być do takiej pomocy zmuszana.

PS: M. zakończył swoją karierę studenta po 1 roku, a jego rodzice straszyli uczelnię kuratorium i innymi wynalazkami za min. nie dostosowanie warunków do potrzeb studenta niepełnosprawnego. Co było wierutną bzdurą.

uczelnia

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (235)
Na fali historii ślubno/weselnych dodam również coś od siebie.

Zostałam jakiś czas temu poproszona przez moją najlepszą przyjaciółkę (Olę) o bycie świadkiem na jej ślubie. Radość ogromna, ale i odpowiedzialność. Tak więc dzielnie pomagałam wybrać wianek, kolor dekoracji w sali weselnej, szukałam najlepszej w okolicy kapeli, bo ani przyjaciółka ani jej przyszły mąż nie bardzo wiedzieli, jak się zabrać do tematu oprawy muzycznej... Generalnie byłam na każde zawołanie Młodych, ale ani przez chwilę nie byłam tym zmęczona czy zniecierpliwiona. Każdemu życzę takiej przyjaciółki, jaką mam ja, więc tym bardziej zależy mi na tym, by jej ślub był najpiękniejszy na świecie :)

Ostatnio jednak Ola chodziła jakaś przygaszona, bardziej nerwowa. Od słowa do słowa, wyszło na kłótnię rodzinną. A poszło właśnie o zbliżąjący się ślub i moją na nim rolę.

Otóż Ola ma ogromną rodzinę. Jej matka posiada osiem sióstr i jednego brata, a żadne z rodzeństwa nie pozostało bezdzietne, tak więc kuzynek i kuzynów jest aż nadto. Ola nie ze wszystkimi utrzymuje bliższe kontakty, większość kuzynostwa spotyka na komuniach dzieci czy pogrzebach, a z żadną z tych osób nie umawia się na pewno na kawę, piwo czy plotki. Nikt też nie zaproponował Oli pomocy przy organizacji wesela.

Mimo to kilka ciotek skrzyknęło się, wzięło i obraziło. Z tego, co Ola mi przytoczyła, głównami zarzutami kierowanymi do Oli było:
- "bo jak to obcego na świadka brać?! Nie wypada!"
- "mojej Karolince, Asi i Martynce jest tak bardzo przykro, że ja nie wiem, czy my na to wesele pojedziemy! One tak liczyły, że którąś z nich wybierzesz!"
- "Przecież wiadomo, że młoda para ze świadkami jest na każdym zdjęciu, a moja Paulinka przecież jest modelką! Dużo lepiej będzie wyglądała na zdjęciach, niż ta twoja koleżanka."
- "Gdzie to dziewuszysko się do kościoła nadaje z tymi wytatuowanymi rękami! Ksiądz Wam przez nią ślubu nie udzieli!"

I parę innych kwiatków też się pojawiło, ale zbyt długo przytaczać...


W każdym razie Ola nie wymieniła mnie jednak na którąś z kuzynek, ale zastanawia mnie, czy naprawdę dla ciotek takie sprawy są aż tak istotne? Według nich lepiej wziąć na druhnę pociotka, którego widziało się ostatni raz 5 lat temu i nie ma się z tą osobą o czym rozmawiać, niż przyjaciółkę, którą zna się od piaskownicy i na której zawsze mogło się polegać?
I wreszcie: nawet jeśli wybór panny młodej nie przypadł do gustu rodzince, to czy nie lepiej dać sobie spokój z kłótniami i cieszyć się szczęściem drugiej osoby?

Kompletnie nie rozumiem toku myślenia tych kobiet.

ślub

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 271 (293)

#77877

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już zdarzyło mi się wspomnieć w poprzednich historyjkach, pracuję na infolinii medycznej, a moja praca polega między innymi na odbieraniu połączeń od pacjentów.

Nasza infolinia (jak pewnie większość) jest podzielona na konkretne działy, a każdy dział składa się z kilkuosobowej grupki konsultantów. Razem ze mną w "naszym" dziale pracuje 9 osób, ale historia będzie dotyczyła dwóch z nich, powiedzmy X i Y.

Otóż rozumiem i w pełni popieram zatrudnianie osób z różnymi niepełnosprawnościami, bo uważam, że taki pracownik może często okazać się lepszym niż niejedna osoba pełnosprawna, a jeśli defekty zdrowotne nie utrudniają w znacznym stopniu obowiązków, to kompletnie nie widzę różnicy w tym, czy mój kolega/koleżanka ze stanowiska obok jest w pełni zdrowa czy też nie, natomiast uważam, że przy zatrudnianiu X i Y ktoś mocno się pomylił albo nie przemyślał sprawy do końca.

Na początek opiszę X:

Sympatyczny, pomocny chłopak, zna standardy i procedury, nie ma na niego skarg merytorycznych, a prywatnie też można się z nim dogadać. A to na piwo w piątek można wyjść, a to do pracy mnie podrzuci, normalna znajomość, absolutnie nie mogę powiedzieć, że go nie lubię. Problem niestety pojawia się w momencie, kiedy X zaczyna... mówić, co w pracy "na słuchawce" jest jakby konieczne.

X się jąka. I to nie w jakimś niewielkim stopniu czy w stresogennych sytuacjach. Zazwyczaj do powiedzenia "dzień dobry" składa się na 5-6 razy, a wymówienie np. nazw ulic (nie daj Boże ul. Bohaterów Warszawy, ul. Ludwika Zamenhofa czy inne podobnie długie nazwy!) zajmuje mu około 2-3 minut. Nie wspominam już o ewentualnym literowaniu nazwisk czy jakichś typowo medycznych, trudniejszych do wymówienia słówek.

Praca z X jest uciążliwa z tego względu, że podczas kiedy ja odbiorę np. 5 połączeń, X kończy dopiero pierwszą rozmowę. Tak więc jesteśmy w pracy tyle samo godzin, ja "przerobię" w tym czasie 150 pacjentów, a on może 40. Biorąc pod uwagę, że jako konsultanci jesteśmy rozliczani np. z tego, ile czasu pacjenci spędzają czasu na odebranie ich połączenia (w skrócie: jeśli miesięczna średnia czasu oczekiwania wynosi powyżej 1,5 minuty, to nie dostajemy premii) i każdy stara się jak najszybciej wszystko pozałatwiać, by przejść do kolejnej rozmowy, to można się wkurzyć, bo X notorycznie nam tę średnią zaniża.
Co więcej, przynajmniej kilka razy dziennie pozostali konsultanci odbierają połączenia od pacjentów, którzy np. zostali umówieni na wizytę przez X, ale mimo tego, że go słuchali, nie udało im się zrozumieć na kiedy, gdzie i do kogo mają się udać na tę wizytę. Są to połączenia generowane tak naprawdę bez sensu, bo ten sam człowiek musi zadzwonić 2 razy, żeby załatwić jedną i tę samą sprawę. A naprawdę szału można dostać, jak któraś z rzędu osoba prosi o wyjaśnienie tego, co powinna dowiedzieć się w pierwszej rozmowie. Żeby nie było - to nie wina pacjentów i im absolutnie nikt nie daje odczuć, że niepotrzebnie znowu do nas dzwonią.
X nie widzi problemu. No przecież poinformował, powiedział, załatwił. A to, że zrobił to niezrozumiale? Przecież to nie jego wina!

Z kolei Y to człowiek starszy od X, po 30., z zespołem Downa. O ile nie można narzekać na jego wiedzę i znajomość procedur, tak na sposób mówienia jak najbardziej.
Nie dość, że drze się tak, że słyszy go całe piętro (pracujemy na tzw. open space), to mówi niezrozumiale, bełkotliwie, szybko i tak chaotycznie, że nawet siedząc obok niego i znając problem pacjenta nie rozumiem nic z tej gadaniny. A jak ma go zrozumieć pacjent? No właśnie.
Codziennością są też telefony od pacjentów, którzy z nim rozmawiali i skargi na obsługę. Pacjenci kończą z nim rozmowę i dzwonią ponownie, żeby:

a) dowiedzieć się, czy zostali umówieni czy nie, bo w sumie nie zrozumieli
b) wydrzeć się i zwyzywać konsultantów i firmę za to, że pozwala pracownikom na picie alkoholu w pracy.

Tak, autentycznie ludzie myślą, że facet, który 5 minut temu ich obsługiwał, był pijany w sztok i dlatego mówił tak nieskładnie. A że nieprofesjonalnym byłoby powiedzieć "konsultant jest trzeźwy, tylko ma Downa", no to musimy kombinować.


Szefostwo wie o problemach, jakie generują nasi koledzy, ale nic z tym nie robi. Niejednokrotnie sugerowaliśmy, że może chłopaki powinni zostać przesunięci z odbierania połączeń na jakieś inne stanowiska (znalazłoby się bez problemu np. odsłuchiwanie i ocenianie rozmów, obsługa skrzynki @). Zwolnieni też nie mogą zostać, no bo przecież wiedzę mają większą od niejednego "zdrowego" konsultanta i wiedzą o naszej pracy wszystko.


Według mojej opinii nic się nie da zrobić, tylko czekać, aż chłopcy znajdą inną pracę albo cokolwiek zmusi ich do odejścia z firmy. Jednak szczerze nie rozumiem, co miał w głowie rekruter podczas zatrudniania ich...

call_center

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (241)
A chciałam tylko skomentować historię #74265... Niestety wyszło za długo jak na komentarz, czyli pomysł dodania tej historii zawdzięczam KatiCafe :)

Z punktu widzenia rejestratorki medycznej piekielnych Pacjentów można dzielić na kategorie, wymieniać bez końca i przytaczać niezliczone ilości anegdotek.
Zacznijmy od tego, że styczność z pacjentami mam tylko przez telefon, pracując na infolinii ogólnopolskiej, jednak w każdym większym mieście mamy swój oddział, do którego mogę zapisać zainteresowanego. Co więcej, pracuję w dziale prywatnym - pacjenci korzystają tylko i wyłącznie odpłatnie.
Skupię się na najczęściej spotykanych piekielnościach, z którymi mierzę się codziennie od ponad roku:

1. 'Pani mnie wciśnie, ja muszę!'

Sytuacja, która irytuje mnie zawsze w równie mocnym stopniu.
Pani Ania chce wizytę do dr Kowalskiej, dajmy na to neurologa. Potrzebne pilnie, dziś lub jutro. Terminu nie ma, jednak w takiej sytuacji mogę (ale nie muszę!) zaproponować przekazanie pani dr maila z opisem sytuacji i prośbą o zgodę na wizytę dodatkową. Jak się pani dr zgodzi przyjąć to pielęgniarka zadzwoni i zapisze na konkretną godzinę. A jak się nie zgodzi? To pielęgniarka i tak oddzwoni i poinformuje o decyzji lekarza.

Zazwyczaj przekazujemy takie prośby w sytuacjach kontynuacji leczenia lub kiedy pacjent faktycznie uzasadni, dlaczego nie może poczekać tygodnia, tylko musi na już.
Załóżmy więc optymistycznie, że się udaje, dr Kowalska ma dobre serduszko i pozwala zapisać nadprogramową pacjentkę. Na karcie pani Ani dumnie widnieje wizyta na jutro.
A jutro pani Ania bez wcześniejszego odwołania/przełożenia/poinformowania nie przychodzi na umówiony termin. Dzwoni za to po 3 dniach żądając następnej wizyty. Kiedy kolejny raz lekarz się zgadza, sytuacja się powtarza.
I naprawdę nie przesadzam! Niektórzy pacjenci potrafią mieć umawianych z sześć wizyt 'dodatkowych' i dopiero na siódmą docierają. A i to nie zawsze.

Wniosek?
a) krzyki i awanturowanie się są sytuacją nagminną, kiedy rejestratorka informuje, że dr Kowalska nie zgodziła się na KOLEJNĄ dodatkową wizytę lub w ogóle nie przekazuje prośby o dodatek, bo pacjentka nie skorzystała już z kilku poprzednich,
b) przez podobne akcje inne pacjentki mają coraz większe trudności z dostaniem się do lekarza, bo wizyt po prostu nie ma! Wszystko porezerwowane, ale finalnie może połowa z umówionych wizyt faktycznie się odbywa.

2. 'Bo ja potrzebuje na CITO'

Przyjmujesz stałe lekarstwa i nie możesz dopuścić do przerwania kuracji? Jutro masz operację, przed którą musisz dostarczyć dokumentację medyczną? W środę wyjeżdżasz do Tajlandii i nie wykonałeś jeszcze niezbędnych przed podróżą szczepień?

Co z tego? Zadzwoń na infolinię i zwyzywaj rejestratorkę do siedmiu pokoleń wstecz, kiedy ta próbuje Ci wytłumaczyć, że pewnych rzeczy nie da się przyspieszyć, ponieważ:

a) lekarza dotychczas wypisującego recepty nie ma w pracy, a żaden inny specjalista nie podejmie się przepisania silnych leków, jeśli nie widział na oczy człowieka, który będzie te leki zażywał. Poza tym, jeśli ktoś nie pilnuje własnych leków to niech pretensje ma do siebie.
Możecie się drodzy Czytelnicy domyślić, ile telefonów dziennie odbieram, gdy zaniepokojony pacjent mówi: 'bo ja dzisiaj zażyłam ostatnią tabletkę i nie mam już dawki na wieczór...'

b) Dział Dokumentacji ma kilka dni na przygotowanie wydruków. Z różnych względów nie da się tego przyspieszyć, bo część potrzebnej papierologii może być w archiwum, część na drugim końcu miasta, więc potrzeba 2-3 dni, by wszystko zebrać w jedno miejsce.
A po drugie: dlaczego pacjent zamawiający dokumentację tydzień temu ma czekać kolejny dzień na swoje wydruki? Osoby zatrudnione do dokumentacji nie mogą rzucić wcześniejszych zgłoszeń w pi*du i zająć się gapowiczem, który zapomniał o własnej operacji i formalnościach z nią związanych.

c) wiele szczepień działa dopiero po 2-3 dawce, a czas, który należy odczekać między kolejnymi dawkami to często tydzień lub miesiąc. Nie da się zrobić pełnego cyklu szczepień w ciągu jednej wizyty u lekarza.

Niestety lwia część pacjentów tego nie rozumie, o wszystko obwiniając rejestratorkę/lekarza/system/NFZ/wstaw cokolwiek. Wszystko, byle nie samego siebie i własne gapiostwo.

3. 'Co za różnica, gdzie zadzwonię?'

Jak wspomniałam, pracuję na infolinii ogólnopolskiej. Co więcej, infolinia ta ma IVR, czyli zapowiedź, której pacjent musi wysłuchać przed połączeniem. Zapowiedź mówi wyraźnie: 'aby połączyć się do działu X, wciśnij 1, aby połączyć się do Y wciśnij 2 i tak dalej'.

Nie jestem wybitna ze statystyki, ale obstawiam, że max 10% dzwoniących łączy się prawidłowo.
Najczęściej próby połączenia Pacjentów wyglądają w ten sposób, że próbują wdusić wszystkie klawisze po kolei, a jak nie działa to i wszystkie jednocześnie. Gdzieś się połączą przecież, więc co za różnica? Ano różnica. Otóż dział umawiający płatne konsultacje nie ma dostępu do umawiania wizyt na NFZ, Medycyny Pracy i tysiąca innych rzeczy. Nie ma dostępu, bo i po co ma mieć, skoro w zakresie obowiązków ma obsługę jednego typu pacjentów? Każdy inny rodzaj usług można umówić pod odpowiednią cyferką na IVR.
Jednak mimo tej oczywistej sprawy, codziennie trzeba kilkadziesiąt razy tłumaczyć ludziom jak krowie na rowie.
Najczęściej próby wyjaśnienia i podpowiedzi, jak połączyć się odpowiednio kończą się na tym, że pacjent:

a) wydziera się, że nie ma czasu na pierdoły i mam mu pomóc tu i teraz,

b) kompletnie nie widzi różnicy w tym, z jakim działem rozmawia. Przecież to jedna firma, prawda? Więc w czym problem?

c) próbuje przekonać rejestratorkę, że na zapowiedzi nie było nic o tym, czego on potrzebuje. Odpowiedź 'było, pod numerem 1 pan się tego dowie' skutkuje powrotem do punktu "a".

Przepraszam, że tak długo, dziękuję tym, którzy wytrwali do końca!
Jeśli odbiór będzie pozytywny, mogę podzielić się wieloma innymi kwiatkami z miejsca pracy :)

słuzba_zdrowia

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (257)

#69195

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko.
Historyjka nieco humorystyczna.

Bratowa powiła dziecię. Jako, że wraz z mężem (moim bratem) na stałe mieszkają w Anglii, pierwsze moje spotkanie z nowym członkiem rodziny nastąpiło w piątym miesiącu jego życia, kiedy to całą trójką przyjechali na 2 tygodnie do Polski.

Przyjechali do mojego mieszkania, standardowa kawka, herbatka, jak się maleństwo chowa, jak życie za granicą, prezent dla synka od dumnej cioci oczywiście też się pojawił - normalne rodzinne spotkanie. Nic nie przepowiadało armagedonu, który miał za chwilę nadejść.
A sprawcą wybuchu okazał się być... mój kot.
Uwaliło się bydle na takiej interaktywnej macie dla malucha, która była rozłożona na podłodze. Jako, że jest to pers i mógł zakłaczyć dziecku matę zawołałam w jego stronę 'Psssiiko! Wojtek, to nie twoje, złaź!'.
I się zaczęło.
Jak ja mogłam nazwać kota takim samym imieniem, jakie nosi ich syn?! Dowiedziałam się też, że jestem złośliwa, bezczelna i natychmiast mam 'przechrzcić' zwierzaka. Co z tego, że on na to imię reaguje! To niedorzeczne, oburzające, a ja jestem nieodpowiedzialna!
W pierwszej chwili mnie zatkało. Próbowałam obrócić sytuację w żart, jednak bezskutecznie. Dowiedziałam się, że jak będę mieć swoje dzieci to dopiero wtedy MOŻE zrozumiem, jak bardzo mojej rodzinie ubliża fakt, że byle futrzak jest nazywany tak samo, jak mój bratanek.
Generalnie rozmowa skończyła się fochem, zbieraniem rzeczy w tempie ekspresowym i trzaśnięciem drzwiami.

Być może reakcja brata i jego szanownej małżonki była w pewnym stopniu uzasadniona, gdyby nie fakt, że mój kot ma już prawie dziesięć ludzkich lat i rodzinka znała go już wcześniej, wiedziała również, jak się wabi.

W rozmowie telefonicznej z bratem (udało mi się dodzwonić dopiero po kilku dniach, wcześniej połączenia były odrzucane) usłyszałam dodatkowo, że nie spodziewali się po mnie takiego zachowania, bo uznali, że sama domyślę się, że muszę zmienić kotu imię, kiedy dowiedziałam się o tym, że ich pierworodny będzie nosił dumne imię Wojciech. A dzwoniłam tylko po to, żeby porozmawiać na spokojnie, bo jakby nie było kłócić się nie zamierzałam.

No nie domyśliłam się, przykro mi.

wesoła rodzinka

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 683 (755)